Pan Tealight i Żałobny Trel…

„Najpierw usłyszeli dziwny dźwięk.

Coś jakby trące o siebie płyty, a potem coś metalicznego, kreda na tablicy wściekłej matematycy, dzwonki niewpadające w odpowiedni, wszelako melodyjny ton… wiecie, jak ten dźwięk, który sprawia, że gęsia skórka staje się waszą i na dodatek od razu jest w ziołach, przypieczona i posmarowana pomarańczą.

Potem usłyszeli drgania w powietrzu, jakby cząsteczki zimnego powietrza wpadły w dziwny stan, trelować. Wszystko jakby przytuliło się do tego dźwięku, w końcu zmieniającego się w melodyjny zaśpiew… przepełnionym żalem, bardzo mocno nasyconym kirem, słonością łez i wszelkim łkaniem. Ale nie rozumieli go, bo nie poczuli żadnego odejścia. Wszelakiego ześmiercenia, które przecież nie znaczyło tak do końca odejścia… które przecież rozumieli, które mogliby wyczuć.

A potem znaleźli skuloną Wiedźmę Wronę Pożartą i stertę przybrudzonego, topniejącego śniegu… i zrozumieli. No dobrze, może i nie do końca, ale… W dłoniach trzymała oklapnięte główni brutalnie pomordowanych ranników, a zęby miała zażółcone ich pyłkami. Oczy rozpalone wielkim obłędem, a cała jej postać trzęsła się i tak bardzo chciała się połączyć ze śniegiem…

Dopiero po pewnym czasie zauważyli, że na czubku zaspy siedziała Pani Zima i malała, kurczyła się, znikała, zanikała, mgliła się, jakby wymazywała się z powierzchni tego świata, jakby… jej czas znów nadszedł. Może i obie nie były tym zaskoczone, ale naprawdę… żadna nie chciała drugiej zostawić, więc Pan Tealight przyniósł kolejną śnieżną kulę i stworzył mały domek w niej, ośnieżony, i wtedy iskierka Pani Zimy wpadła do niej, by Wiedźma Wrona miała ją na zawsze…

…. a potem Pani Zima zniknęła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No topi się…

Dnie zmieniają się w dość dziwne, czasem mamy słońce, częściej nie… czasem w powietrzu tańczy śnieg, ale częściej jednak deszcz. Noce może już nie zawsze się mrożą, ale jednak wciąż w kościach jakiś chłód, czy coś? Dziś na przykład może znowu przymrozić, ale dzień ma być cieplejszych…

Musiało się raczej rozmrozić, bo w końcu przyjechała śmieciarka. Serio, u nas śmieciarze to ostatnio mega primabaleriny! I to takie z największym fochem. Po pierwsze dojadą jak im się będzie chciało. Po drugie worek nie może ważyć więcej niż dwadzieścia kilo, czego nie mam pojęcia jak zmierzyć, bo wiecie, worek jest w tym czymś z siatki metalowej i ma klapkę, a ja braki w wadze… no ale, z powodu śnieżnego kryzysu, który listonoszowi nie przeszkodził, po prostu koleś zostawił auto i z buta doręczał pocztę na zakopanych uliczkach, podobnie panie od gazet – ale to wiecie, kobiety, one zawsze znajdą jakiś sposób… takie jesteśmy. Nie znaczy, że dostaną kwiatka na 8 marca… choć w dzisiejszych czasach takie kwiatki to prośba  proces, albo coś…

Nigdy nie wiadomo.

Ale wracamy do śmieci. Ordnung przyszedł od jakiejś ichniej, na pewno samozwańczej i niekoronowanej królowej śmieciarzy, no wiecie jak wszyscy oczywiście rzecznika mają, w spódnicy, że mamy se wsadzić je w worki dodatkowe, a oni zabiorą wszystko… ekhm, choć drogi są przejezdne od tygodnia już, to oni sobie odczekali tydzień, więc choć mamy niewiele śmieci, to jednak nawet i my skołowaliśmy se worek i co… i oczywiście, choć nie wywalamy jedzenia, jednak jakoś, pewno to moja babska wina, zanęciliśmy dziką zwierzynę. Kurde!!! Niech mnie ktoś oświeci, jak to możliwe, by na Wyspie, która ma problem szczurowy wysoki, wybitny i bardzo pokrętnie silny, wzrastający… śmieci walają się pod domostwami? Oczywiście jak ci coś rozerwało worek to ci śmieciarze nie zabiorą śmieci i masz przesrane…

Chowaniec ganiał nasze po podwórku!!! Dzielny facet.

Śmieci oczywiście ganiał, nie szczury.

No ale dziś wzięli!!!

Ten foch czułam przez ściany obmywane skąpym deszczem. Serio… po prostu chciałam iść i przeprosić za to, że firmy pakują wszystko we wszystko, tudzież cokolwiek!!! No i wiecie, że w ogóle śmieci istnieją i choć butelek nie mamy, a i plastiku mało, szkło też do recyclingu, papier też… no wiecie, jednak coś leci do tego kosza. Nie da się kurde wszystkiego przeżuć.

Nie trawię celulozy!!!

Na razie spokój na tydzień.

Czy w piątek się pojawią, to tajemnica, którą może uda mi się odkryć jeśli tylko z nerwów, że zmuszam kogoś do bycia śmieciarzem, nie wywinę orła. Znaczy wiecie, nie kojfnę. No bo naprawdę!!! Jak śmiem!!?

Wpatruję się w szczątki śnieżne i żal mi ich… tak sobie topnieją lekko górą już zabrudzone… lekko już takie zleżałe, bardzo takie ubite. Patrzę na nie i się żegnam z nimi. Bez urazy, jestem mega wdzięczna za oną prawie tygodniową zimę, choć słonka mało było, prawie wcale i szronu, szadzi i innych tam też nie, ale jeśli chodzi o sopele, to znalazłam w swoim rozmiarze!!! Serio, takich gigantów, możliwych, bo domki u nas w sporej większości bardzo niskie, więc i stalaktyty i stalagmity i stalagnaty powstały… aż można zmierzyć im stratygrafię. Aż można… ech, niesamowite są nawet jak tak powoli sie skraplają, powoli bardzo, skąpią wody…

A teraz co?

Wiosna już?

Spod śniegu wylazły kwiatki całkiem niepotrącone. Znaczy wiecie, nieponiszczone, tudzież nawet nie gniecione. Odprasowane, tafla lodu zniknęła i tylko na murku dumnie pręży się, również topniejąc, popiersie na poły Andersena, na poły pierun wie jakiego dziwaka ze skąpą fryzurką z kawałeczków traw zeschniętych. Niesamowite, gdy tak człowiek z daleka patrzy, ale z bliska lekko creepy! Że też się komuś chciało.

Że ja o tym nie pomyślałam!!! Ech!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żałobny Trel… została wyłączona

Pan Tealight i Nazwij mnie…

„Przychodzili do niej też po imię.

Jakoś tak… jakby była jakąś dwunogą chrzcielnicą, tudzież Księgą Wszelkich Imion… a może i była? Przedwieczny nie do końca pamiętał, czy czasem czegoś takiego niegdyś nie stworzyli, a potem zapomnieli, bo w końcu jak można pamiętać o wszystkim? On jakoś od dawna uświadamiał sobie od czasu do czasu, momentami, nawet tymi dość radosnymi, tymi pełnymi kolorów, że nie pamiętał… nie pamiętał tak aż wiele. Ale z tym było mu łatwiej. Jednakowoż, coraz częściej zdawał sobie sprawę z tego, że większość z tego, co zapomniał, łączyła się z nią.

Jednak… czy dlatego do niej przychodzili?

Łapali ją w sytuacjach intymnych, gdy sikała za drzewkiem i tych, w których kompletnie nie była na myślenie o nazwach przygotowana… gdy naprawdę nie chciała z nikim rozmawiać, gdy serio nie chciała się z nikim spotykać, gdy naprawdę miała zbyt wiele nad głową, w niej i pod nią. Gdy wcale nie chciała rozmawiać. Mówić. Plątać się w słowach i mieszać zdaniami.

Po prostu nie chciała, ale oni…

Tak bardzo pragnęli być nazwani… mieć imię. Może i dziwnie brzmiące, ale ich własne, na zawsze. By sobie je wygrawerować na tabliczce przed domkiem, wpisać w annały, podać rodzicielce. By zwyczajnie spersonalizować swoją porcelanę, albo wiecie, wyszyć je sobie, wyhaftować na ręczniczkach… chcieli imion. Chcieli nazwy, określenia, a może i samego nazwiska? Chcieli, by je stworzyła i o prostu dała im początek, bo tak naprawdę, bo tak naprawdę to był początek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Oficjalnie zaczęła się odwilż… chociaż akurat w tej chwili chyba znowu pada śnieg, ale już taki wiecie, deszczowy i mokry. Za to wczoraj… przyznaję, że wyłączyłam ogrzewanie, tak słonko dawało. Po prostu nie można było wytrzymać. Polazł oczywiście człowiek w oną dziwną pogodę pełną mgły i słońca, nie do końca świadomy tego, co może oczekiwać, bo przecież… bo przecież lód, no i one głębokości, te zaspy, mokrość pod nimi, te ukryte krzaki i wykroty wszelakie…

Idziesz ostrożnie i otula cię dziwna, świetlista mgiełka. Niesamowita, nadająca światłu dziwną miękkość, ale i nieokreśloność, która na zdjęciach wygląda jak gruby filtr wymazujący wszelkie zmarszczki. Zaspy poznikały. Wciąż jeszcze sporo śniegu, ale tam, gdzie go nie ruszano objętość zmniejszyła się o połowę, tam, gdzie go było niej znowu tańcują ranniki i przebiśniegi.

… więc przez pola. Bo dlaczego nie. Ścieżką oczywiście, łapiąc ostatnie sople na drewnianej szopie, wsłuchując się w ich przeraźliwie odliczanie. Bo to nie jest muzyka, nie, to coś bliższego zegarowi przyczepionemu do bomby, tudzież rąbanego zamachowcy, który w imię jakiegokolwiek boga zrobi wszystko. Byle ino był ten jakiś bóg, wiecie, bo bez niego nie ma zabawy. I bez obietnicy, którą podobno ów bóg przekazał. Dziwna ta wiara ludzi w ludzi, że do jednych bozie przemawiają, a inne olewają. Czy naprawdę niczego wam to nie mówi? O nierównościach, o boskiej przebiegłości i okrutności? No serio, nadal się na to wszystko łapiecie? A w drzewa nie chcecie wierzyć bo co, bo nie krzyczą? Ależ krzyczą bardzo, tylko że oduczyliście się słuchać…

Ale na razie jestem ja i mgła… ja i trzecia osoba, pierwsza i ta środkowa. Skończona boskość we wszelkich odmianach. A co? No kto mi zabroni? A nawet jeżeli, czy powinno mnie to obchodzić? Nie. Dlatego leżę w ostatnich śniegach i cykam i zaspy i lodowe rzeźby i kwiaty, a potem idę w morze… bo znowu sobie gdzieś poszło. Serio, ostatnio to morze coraz częściej gdzieś sobie idzie. Ja już nie wiem. Leziesz i leziesz i leziesz suchą butą daleko, coraz dalej, aż do skał zwykle otoczonych falami, do ostatnich lodowych cukiereczków, do tych głazów, które przypominają teraz gałki mlecznych lodów. Ale bez wanilii.

Czystych, nietkniętych…

Dziwnie tak stać w morzu i nie w nim. Na morzu i na nim? Na wodzie, nie do końca, na skale, też nie, bo pierun wie co to jest… czy tylko odchody, czy mieszanka skalna, czy jakaś pulpa, która stwardniała? Dziwne to, ale i fascynujące. Niesamowite. Piękne i tak rzadkie. Tak trudne, by złapać to, uchwycić kamerą…

A potem w port, mijając tych, którzy lubią moczyć się w wodzie z patykami. Akurat mają przerwę, więc popijają co mają, no przecież nie będę im zaglądać do kubków, coś zagryzają, śmieją się… a rybki czują już pod łuską, że nadszedł ich czas. Może nadszedł ich czas… no wiecie. Może i ostatni kuter zniknie z Wyspy za kilka lat, ale czy znikną ci ludzie w gumowych ciuszkach? Pewno nie. Nawet jeżeli niczego nie złapią, to jest chyba w tym staniu jakieś uzależnienie. W onym czekaniu, wiecie, chwyci, czy nie chwyci, złapie się, czy zerwie jednak… a może puścić rybkę?

A może…

W porcie prawa strona zdaje się być miniaturową rzeźbą Finlandii. Serio. Betonowy mur oplatają sople i lodowe plecionki. Jakby człek nagle pojawił się w tym magicznym, budowanym co roku hotelu lodowym. Po prostu baja. Niska może, wiecie, wyraziście miniaturowa, ale jednak ta biel, szklistość i śliskość… niesamowita. Ktoś wyrąbał wąską ścieżynkę, ale tylko do połowy, więc dalej… ślizgam się na sam koniec. Tam, gdzie woda i słońce wyczyściło beton ale jednak zostawiło sople i te niesamowite głazy. Oblodzone, na czubkach jeszcze obśnieżone… Po prostu niesamowite.

I te szczebelki…

Szczebelki, po których wsuwasz się w toń w letnie i ciepłe dnie i wieczory… ech! Widzieć to tak bardzo oblodzone, tak grubo wciąż zabielone, jakoś tak sprawia, że lato zdaje się być czymś dziwacznym. Czymś niemożliwym. I może znowu wróci zima? Może te kwiatki znikną? Może…

No dobra, wiem że nie, ale…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nazwij mnie… została wyłączona

Pan Tealight i Ksztyna Ksztyn…

„Ksztyna Ksztyn.

Maleńkość maleńkości.

Coś może i widoczne, a jednak zadziwiające w swej dziwnej, pokrętnej niewielkości… Oto jest i ona. Wiecie ona zaskakująca, nieproszona jednak, może i nie do końca chciana… Ksztyn Ksztyna. Coś całkiem magicznego, coś co dopiero się i zaczyna. Coś co i się dopiero kończy? A może już zakończyło? Ej nie wiedzieli, kompletnie nie wiedzieli dlaczego i dokładnie tak naprawdę kiedy i po co, ale się i tutaj, w Sklepiku z Niepotrzebnymi…

… przydarzyło.

Wiedźmy z Pieca od dawna głosiły onego Wielkie Nadejście… ale pośród tych wszystkich proroctw i zwiastowań to wiecie, jakoś tak nie było w tym nic zaskakującego, może i wartego uwagi, może i uwierzenia? Po prostu w takich miejscach prorocy mają przesrane. Bo przecież każdy tutaj jest, każdy może, każdy wejrzy, widzi czuje, każdy ma coś do powiedzenia, coś do opisania… ale to coś? To coś było zbyt dziwne. To coś nie tylko wybiegało spoza wszystkich definicji, nie tylko matało, nie tylko tworzyło własne wymiary, ale jednak… jakoś nie mogli tego zatrzymać. Po prostu nie mogli i nie wiedzieli dlaczego. Nie mieli pojęcia… musieli to wypuścić w świat.

Ale który?

Ale jaki?

Bo tutaj nie pasowało i wiedziało o tym ono coś. Ale też… mieli dziwne uczucie winy, że nie mogą, że jednak nie są, że takie malutkie… póki nie przyszła Wiedźma Wrona Pożarta zalana łzami, bo znowu coś sobie ubzdurała i już wiedzieli, że oni mają swoje nieszczęście, więc więcej nie będą w stanie znieść…

Ksztyna Ksztyn też coś widać zrozumiała i wybrała zielone, małe drzwiczki ze zmatowiałą, brązową kołatką.

I zniknęła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyny z Roanoke” – … dwie. A może tak naprawdę cały ród? Może w rzeczywistości nie chodzi o one, a o tajemnicę tak wielką, tak niewytłumaczalną, tak… dziwnie pradawną.

Nie oszukujmy się. To, co zobrzydza nas w dzisiejszych czasach niegdyś było dopuszczalne i prawdopodobnie odwrotnie, ale do tego potrzebny byłby już seans spirytystyczny… a razie mam przed sobą skończoną książkę i masę pytań. Przede wszystkim… Jak mógł nikt nie zauważyć, no naprawdę?

Nasza młoda bohaterka po śmierci matki odkrywa, że ma rodzinę. Rodzinę, która jej pragnie, a której głową jest charyzmatyczny dziadek. Od tego czasu wszystko może się dla niej zmienić, a dokładniej dla nich. Jednak, co oczywiście jest nie tak. Coś dziwnie, nadnaturalnie tutaj cuchnie. Coś…

Cała powieść zadaje pytania o granic miłości, o wszelaką potęgę rodziny o uczucia zakazane, o piękno tworzenia rodu, o to, czy zawsze to co złe jest złym naprawdę… o śmierć i narodziny… o kochanie zwykłe i postępność. O kobiecość, tak, przede wszystkim w tej historii chodzi o kobiecość. O jej początek i koniec. O pełnię… zbrodnię, karę i przemilczenia. Po prostu o życie w fantastycznym domu pośród dość egzotycznych rejonów, jak dla mnie… Powieść może nie odkrywcza i łatwo domyślić się co stanie się dalej i kto co czemu, ale jednak, jednak ma w sobie jakiś klimat.

Można…

Nadal śnieg.

Wybiera się więc człowiek gdzieś, gdzie trochę go mniej i może da się przejść nie płynąć w nim, tudzież brodząc po pas i… jedziemy na Dueodde. A tam zaskoczenie. Ogólnie mówiąc po Nexø śnieg jakoś tak się kończy. Dziwnie go mniej, nie ma zasp jak u nas, nawet po chodniku da się przejść…

Czyżby na plaży nie miało być niczego?

I prawda.

Plaża jak najbardziej piaszczysta, zamrożona, z niesamowitymi, lodowymi rzeźbami, z wszelaką fantazyjnością wzorów stworzonych przez fale i wiatr… i te łachy śniegu i pojedynczy konar drzewa, dokładnie wiatrem i morzem, piachem oczyszczony. Zimny, niesamowita rzeźba, która należy do wszystkich i do nikogo. Chyba że wiecie, do samej siebie tylko? I idziesz oną pustką szeroką, bo tutaj po prawej gdzieś w oddali wydmy, po lewej morze, słońce na przeciwko i jest tak inaczej, tak dziwniej niż na tych naszych skalistościach dookoła Gudhjem.

Wyspa zaskakuje swoją różnorodnością.

Jakby dopasowywała sie nie tylko do każdego człowieka, ale i do każdego nastroju. Najpierw prowadzi cię ścieżka piaszczysta i biała, pachną sosny, trawy wciąż jeszcze się przebijają przez śnieżystość i piaski. Bo wiatr przecież robi tutaj co chce. Tutaj wywietrzy sobie, tam zasypie. Na jednej górce parka dzieci wyciera dupska zjeżdżając na plastikach, na innej cisza i spokój, i wciąż nie do końca zamarznięta woda, choć tak zimno… a może to tylko wrażenie?

I ta biała wieża… strażniczka. Wszelaka niedostępność, ale też i wielki wskaźnik: tutaj wracaj… ale jak?

Widzicie, czasem zajdzie człek za daleko… bo droga taka wietrzna, bo popycha, bo zdjęć tyle, bo przecież piękna ta cała morskość, ale w końcu musisz wrócić. A przez wydmy biegnie cieniutka ścieżka. I co się okazuje, że wiatr tutaj namieszał bardziej. Oj, o wiele bardziej…

Nagle wydmy stały się dziwnie niższe, nagle idziesz i wpadasz, a przecież nie powinieneś i po pas jesteś w śniegu. I piasek, tutaj zmrożony, tam znowu całkowicie miękki. I krzaki, wciąż jeszcze widoczne, więc im ufasz i potem żałujesz. Znowu giniesz pośród śniegów, a ta latarnia niby cię prowadzi, ale też i dziwnie mami. Już jej nie wierzysz… wierzysz sosnom i biegniesz ku nim potykając się o krzaczki wrzosów, kalecząc o trawy, brudząc piaskiem, który nagle wypełnia całego ciebie…

Taka tam panika.

Nie wiem dlaczego, ale ten kraniec Wyspy działa na nas obydwoje dość depresyjnie, a jednak, jest tam też tak pięknie, różnorodnie, tak wiele wciąż do odkrycia, że szkoda tego nie obejrzeć pośród różnych rodzajów pogody… tym bardziej, że każda chmurka i promień zdaje się nadawać temu miejscu inną cieniowatość. Każdy zmierzch i świt jest inny. Każde ułożenie kamieni, ich brak, sporadyczne muszelki… patyczki i wodorosty tak rzadkie… i ta szerokość piaszczysta, że idąc, możesz nie dotykać ni wody ni wydm, ni przechodzących ludzi, jeśli tacy się zdarzą. A czasem się zdarzają, czasem też dziwnie znikają, i nagle uświadamiasz sobie, że tutaj są i zakręty i ukryte ścieżki… i miejsca wciąż jeszcze dla ciebie całkowicie nieznane…

A jednak z wydm chcę jak najszybciej uciec.

W las, w te sosny, w one kręte, bardzo wąskie, dość niebezpieczne przy śnieżnych niewidocznościach ścieżki, zaspy nawet, w tą całą „niezdeptalność”. W tą czystość… świąteczność nawet? Może i spóźnioną? Może i po czasie, ale co tam. Ja się nie trzymam koniecznie kalendarzy!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ksztyna Ksztyn… została wyłączona

Pan Tealight i Dziecko…

„Zwykle Tubylcy i Autochtoni nie przychodzili do Sklepiku.

Wymijali go, obchodzili, udawali, że nie istnieje, no wiecie, jak zwykle gdy chodzi o coś, czego zwyczajowa, a może wyłącznie dotychczasowa, nauka, nie do końca pojmuje, a wszelako zwane miary i wagi nie są w stanie opisać…

Ta kobieta chyba o tym nie wiedziała.

A może była zdesperowana już tak, że nic innego ją nie obchodziło? Że miała gdzieś inności, dziwaczności, niewytłumaczalności? Albo też była do nich przyzwyczajona… nie oszukujmy się, w dzisiejszych czasach, gdy bekonem zwą papier z sera, nie można już ufać nikomu. Kompletnie.

Przyszła w południe.

Śnieżne, szare… jej ślady szybko zasypywał śnieg. Właściwie wydawało się, że w ogóle ich nie zostawiała, gdy tak szła od strony Iglastego Zagajnika. Gdy wysokie sosny nad nią się pochylały i wdychały jej zapach, by zapamiętać. Zakutana w szalik, włożona w pomarańczowe ubranko robocze, widoczna, a jednocześnie, jakoś tak znikająca w tej zawiejce, zadymce…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jedna ofiara śmiertelna…

Śnieg mamy od tygodnia.

Dziwnie… no trzeba to przyznać, że dziwnie się z tym czuję. Wiecie, człowiek wraca do przeszłości strasznie, do dzieciństwa pełnego wrażeń, do onych głębkich zasp, a nawt do pas zawalonych chodników i chodzenia odsnieżoną gdzie niegdzie ulicą. Serio jak za komuny. Ekhm. No co, takie mam wspomnienia, wszelakie zaśnieżenie, niesamowite tunele… i teraz znowu one. Może lekko niższe, ale śnieg wciąż tak puchaty. Może i nie da się z niego nic wybudować, ale…

Ale znalazłam żółte sopele.

Wiecie jak to jest, gdy się kocha zimę. Wszyscy od razu pieprzą o żółtym śniegu, jakbyś kurna był idiotą. Jakby człek nie wiedział jak to się dzieje, że nie każdy śnieg lody, nie każdy lizak należy wsadzić do buzi… traktują cię jak totalnego idiotę i tyle. Ale.. co tam, trza przeżyć. Niech się rzucają!!!

Ja mam śnieg i mróz!

Ha!!!

Ale serio, pnieważ czasem jakieś słonko wychodziło, to wiecie, pojawiło się trochę sopeli. Ogólnie, po liściach i kwiatach paproci na oknach – podobno przez one nowoczesne szyby, też i sopele są rzadkością. Nie no, pewno, że z wysokiego domu i tak dalej, przebije cię na wylot, ale jednak… tutaj u nas to domki w większości małe, sopele mojej wysokości, no i jak se podkradłam od dalszego sąsiada, to powiem wam, że niezły mieczyk! Twarde toto. Stratygrafia niesamowita… Po prostu na Potęgę Posępnego Czerepu!!!

Ekhm!!!

No co, no. Człek żyje w dziwnym świecie i tyle. A co do ofiary śmiertelnj tej zimy, to niestety jest jedna. Mężcyzna z demencją poszedł sobie na spacer i zasnął chyba gdzieś. Na zawsze. Chociaż… wiecie co, takie dziwne myśli mam ostatnio, choć trudno mi okolicznych podejrzewać o taką wyobraźnię, czy oczytanie, ale co, jeśli ktoś mu pomógł? Wiecie, miał dość zajmowania się dziadkiem, a może bratem, ojcem, kuzynem… może jednak to zemsta kolejnej z pielęgniarek?

Może serio ci Szwedzi nam potrzebni?

No tak… sprawa szwedzka.

Otóż, chcą sprowadzić Szwedów tutaj, bo wiecie, podobno za mało nas tutaj, a i do roboty kogoś trzeba. Ogólnie mówiąc chodzi o roboty wszelako najprostsze. Zwyczajne pielgniarki, robotników fizycznych, dekarzy, malarzy, tych tam od drewna, no stolarzy no… wiecie, w końcu nie każdy może być panem Solo. No więc chcą ich sprowadzać ze Szwecji. Nie pytajcie się mnie dlaczego. Stworzyli dla tego oczywiście stanowisko wielkie, na stanowisku, pewno świetnie jest opłacany, gość z dziwną grzywką i w okularkach i… i jest opowieść lekarza, który sprowadził się na Wyspę. I zgadnijcie dokąd dojeżdża bidok teraz do pracy, bo tu mu wielki Konsultant Do Spraw Przesiedleńców roboty nie znalazł… oj oczywista, że z powrotem do ojczyzny.

Ciekawe, czy przeklina decyzję…

Czy jak wielu innych wróci do domu?

Wyspa to miejce, którego większość serio nie rozumie. Czy ja rozumiem? Na pewno nie do końca, ale wiem jedno… tutaj dostępna jest dość unikatow natura. Spokojność wszelaka, wolność, czystość. Nie można tego przywalić większą ilością ludzi… ale jak nie będzie więcej ludi to nas w cholerę zamknę i tle, zayspią radioaktywnymi odpadami i tyle widziano Bałtyk. A co, myślicie, że nie, bo Dania to taki kurna hygge świat. Ha ha ha!!! Pożyjcie tu łużej niż 3 lata. Po tym okresie otwiera się ona dziwna bariera, szlabanik się podnosi, klapki z oczu z hukiem opadają i nagle zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo były ciężkie i jak bardzo cię oślepiały, i… wiesz, że liczy się tylko natura, a ludzie, ludzie są pojebani w większości jak wszędzie. A już władze… usz cholera jasna!!! Przykro mi bardzo, ale to taki sam świat jak wszędzie indziej…

I znowu ścięli kolejne drzewa i dziwują się, że ziemia spływa, skały pierdykają… ech ludzie, w cholerę, czy już niczego was nie uczą?

Tak, nie chce mi się już czegokolwiek upiększać.

Pasuję… mam dość. Oto świat, w którym stajesz się kimś wykwalifikowanym po jednym kursie, a określają cię mianem, jakie w Polsce zyskujesz po uniwersyteckiej orce! I zmieniać możesz się kiedy chcesz, co roku nawet, co miesiąc… Taka jest Dania. Genialny PR krajowy, a potem zderzenie ze ścianą.

W cholerę, dlaczego go tak kocham? Nie rozumiem tego. Pewno odmiana syndromu sztokholmskiego. Wiecie, syndrom Wyspowy. Jak nic. W końcu jest bornholmska choroba, więc czemu nie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziecko… została wyłączona

Pan Tealight i Bo chciała śnieg…

„Bo błagała.

Bo odprawiła ofiary…

Bo tego, co potrzebowała najbardziej Wyspa nie mogła, lub, jak podejrzewał Pan Tealight, nie chciała, bała się jej dać.

Dlatego zaśnieżyło.

I to mocno.

Zaśnieżyło równo lekkim, mało lepliwym puchem. Zabieliło tak niesamowicie, że chyba nie uwierzyła na początku, a jak wciąż jeszcze padało i padało i padało, po prostu nie wierzyła. Sprawdziła oczywiście, spróbowała, wiecie, tak wielu próbowało ją kitem karmić, że niełatwo wierzyła, a może i wcale… ale faktem była zimność oraz ona białość i drogi nagle nieprzejezdne i pługi, które jakoś nie chciały niszczyć bieli i spacery, które z dnia na dzień stawały się coraz cięższe…

Była niska, miała krótkie nóżki i co jak co, ale i problemy z równowagą ostatnio, ale nie mogła tak po prostu zostawić całego tego śniegu w spokoju. Wiecie, niemacalnego, śniegu nietykalnego, sopeli, które przecież mogły się pojawić, oblodzenia, wszelakiej puszystości, orłów, aniołów czy wróbeli na śniegu… Musiała to wykorzystać, choć światła było niewiele, a śnieg na drzewach nie chciał się utrzymywać. Ale to była, jak najbardziej i w całości… no wiecie, w końcu zima.

To nic, że już marzec no!

Przecież nie będzie marudzić mocząc gacie, wpadając z zaspy w zaspę, w końcu poruszając się w onych zawałach śnieżnych jakby pływała…

W końcu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I pada wciąż…

Licząc tak spokojnie, to od piątku.

Pada, przestaje na sekund pięć, mrowi słonkiem, a potem znowu zadymka. Z odśnieżaniem są ogromne problemy, więc wiecie… część ludzi zostaje w domach, część się odważa. Iść można niby szosą, bo jeździ niewiele aut, ale jednak… ślisko jak nie wiem co. Wiecie, niby tylko śnieg, niby na razie nie sięga temperatura minus dziesięciu, ale jednak… z każdym dniem prognoza pogody się zmienia.

Na szczęście dowieźli trochę brykietów, czy jak to się zwie, wiecie do palenia w kominkach i innych tam kozach. Bo nie oszukujmy się, tańsze to niż prąd. Ale my nie mamy wyboru. Wyłącznie prąd. Pewno że CO2 neutral, ale czy naprawdę? Przecież coś musieli spalić, z wiatru podobno nic nie dostajemy. Ostatnie wieści z wiatraków są drastycznie przerażające. Okazuje się, że cała ta mnogość potworów daje nic.

Czy kłamią?

Naprawdę?

Wszystko to jest takie bajkowe i pozwalam się sobie cieszyć jak dziecko. Nie myśląc o tym, że innym może być trudno. Bo wiecie co, zaczynam dbać o siebie i swoje „podobamisię”. Jakoś wszyscy w dupie mają, że mi gorąco latem, więc w cholerę mogę sobie mieć krótką zimę co dziesięć lat!!! No dobra, co osiem dokładnie chyba. Nie uważacie, że to sprawiedliwe? Coś dla każdego? No co? W końcu to tylko natura!!! A natura jest jaka jest. A człowiek? Cóż, człowiek ino śmieci i myśli, że wszystko mu ujdzie na sucho. Wrzeszczą na nas, że kurde tak śmiecimy, a jaki wpływ mamy na pakowanie nadmierne warzyw i owoców w sklepach? No i oczywiście, w Dubaju jebanym, którym się wszyscy tak zachwycają też mogą budować pierniczone dziwactwa, nienaturalne i kompletnie niepotrzebne. Ogrody kwiatów na pustyni, ile wody na to idzie? A ile plastiku na te popierniczone gadżety?

Serio?

Ale winny maluczki, którego nigdy na Dubaj stać nie będzie

No ale mniejsza tam, śnieg jest.

W czwartek miało nie padać, ale jak na razie kłamali. Za to Chowaniec wziął się na sposób, co oczywiście świadczy mocno o tym, jak bardzo nie może ze mną wytrzymać na chacie i nie dość, że odkopał Chatkę, auto, odśnieżył okolice, to polazł, znalazł faceta z pługiem i załatwił odśnieżenie naszej drogi. Mocarz po prostu. Patrzcie, co to z chłopem po 20 latach robi życie z jedną babą?

Ekhm… tak mi się przypomniało, że podobno w rok po zawarciu sakramentu – czyli tam podpisaniu papierka – co drugie małżeństwo się rozwodzi, potem po kilku latach trochę prawdopodobieństwo i statystyki maleją – ale nadal są wysokie – no ale po dwudziestce współżycia podobno znowu ponad połowa ludzików się rozwodzi… Ja już nie wiem co z tym światem. Opłaca im się? A może to ta druga młodość, czy coś w ten deseń? Kratki, paski, groszki… Ciekawe, jak to w innych krajach. Tutaj chyba w ogóle małżeństwo to mało popularna sprawa… a pamiętacie, jak byliście dzieciakami. Ile było rozwodów? Kilka? W ogóle niektórzy nie znali dzieciaków, które miały wyłącznie jednego rodzica. No i zawsze byli dziadkowie, a teraz…

… kryzys.

Ogólnie w sprawie dziadków, którym chyba dziś jedzenie dowozili, wiecie, nie da się odśnieżyć wszystkich – to raz – a dwa, to po prostu nie da się iść w śniegu do pasa. No sorki się nie da. I znowu pada… ale z dziadkami to wiecie, kiedyś byli, jakoś tak istnieli, a obecnie, ech, nie wiem…

Czy w ogóle istnieje jeszcze rodzina?

Czy tylko płodziciele zawsze pracujący i szkoły co mają nauczyć, wychować i jeszcze ożenić najlepiej…

Płatki pięknie tańczą w powietrzu, opadają na te, które dopiero co osiadły na poprzednich i wiecie, tak poetycko, lirycznie i romantycznie, no i ogólnie mówiąc pięknie… a tu w człowieku taki dziwacznie, pokręcone, brzydkie, brudne myśli, ech… Nawet bez słonka, światła, czy cokolwiek z lataniem z praniem po wyślizganym śniegu jest w onej naturze czadowo!

Po prostu baja i tyle!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bo chciała śnieg… została wyłączona

Pan Tealight i Sklepik z Niecierpliwością…

„Nie istniał.

Po prostu go nie było.

Zamiast niego istniała wyłącznie szarobura dziura wypełniona miałkim żwirkiem, chyba granitowym, z kilkoma kaczeńcami po prawej, strzegącymi czegoś mniej więcej podmokłego, niewielką łachą piasku z żonkilem, którego nie powinno tutaj być i… no właśnie, wszystko to było takie odkryte, niezaśnieżone… widoczne, właściwie ekshibicjonistycznie domagające się zauważenia.

Ale dlaczego?

Przecież nie istniał.

W rzadkich przejawach słoneczności żwirek połyskiwał różnokolorowo, a żonkil i kaczeńce nie odchodziły nawet zimą. Jakby to wszystko było jakąś wystawą, performancem, o którym nikt ich nie poinformował i może nawet musieli zapłacić za bilety, ale jeszcze o tym nie wiedzieli… w końcu w tym świecie waluty bywają różnorakie. Przychodzili tutaj, by pomyśleć, by zastanowić się nad sobą, ale raczej nigdy nie myśleli o tym, co powinno tutaj stać, bo i po co?

A żwirek połyskiwał.

Ukrywające się w nim drobiny diamentów, rubinów, kwarców wszelakich, piaskowych drobinek, bursztynów, minerałów, które w większych rozmiarach dają miliony i chciwość ludzką oraz wszelakie przekleństwa rodzą, tutaj rozbite na miliardy drobinek, prawie pyliste, jakoś tak… jakoś tak nie wchodziły im do głów. Czy tam w inne części myślące. Bo wiecie, byli w końcu zróżnicowani. Po prostu była sobie dziura i tyle… ale też dziura, której nigdy nie próbowali zmienić. Która miała zawsze pozostać sobą.

Która sama o sobie decydowała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mroczne zakamarki” – … coś więcej? Tak… od każdej powieści oczekuję więcej. Większość mnie zawodzi, ale nie ta!

Ponownie historia o powrocie do przeszłości. Dwie dziewczyny – niegdyś przyjaciółki – połączone wielką tajemnicą z dzieciństwa, a może i czymś innym. Bo czy można winić dzieci? Jest i morderca, jest i tajemnica i uciekający czas… Tylko, czy warto wracać do przeszłości? Trzeba, gdy umiera kolejna osoba.

Ta powieść z jednej strony wkurza i irytuje. Główna bohaterka ma naprawdę problemy ze sobą i powinna je jak najszybciej rozwiązać, ale trudno się jej dziwić. Właściwie nie ma rodziny poza babcią, a wrócić w miejsce, w którym narodziły się koszmary tylko po to, by zobaczyć umierającego ojca… cóż, nie widziała go od dawna, był w więzieniu, ale jednak… I co z tajemniczą siostrą? Co z przeszłością, która powraca i w końcu może pozwolić jej powiedzieć prawdę? Tym bardziej, że zegar tyka… umierają ludzie. Może zginąć kolejny, a potem…

I co z przyjaźnią?

Kiedy człowiek tak naprawdę staje się dorosły? Czy dorosłość daje prawo do rozliczania przeszłości? A może wszystko powinno zostać jak jest? Zabliźnione rany, zapomniane obrazy, wszelkie smutki…

Powieść wkurza, wciąga, irytuje i nie daje się odłożyć ot tak na półkę. Pewnych spraw jest aż nazbyt wiele, zakończenie was zmasakruje. Trochę warsztat autorki – zbyt scenariuszowy – kuleje jako powieść, ale to zrozumiałe. Gdyby tylko powieść lekko dopracować byłaby jedną z najlepszych. Mimo onych mankamentów – serio warto. By znowu pomyśleć o tym, co pamiętamy.

I czy to, co pamiętamy naprawdę tak się wydarzyło.

Śnieg…

Właściwie pada od kilku dni. Dokładnie, to najpierw pada, wieje, potem cichnie, wychodzi słońce, czasem na dłużej niż kilka sekund, a potem ponownie i wiatr i śnieg… Wczorajsze ślady przykrył już świeżutki opad. Drogi nie do końca odśnieżone. A tak po prawdzie, to jeśli chodzić, to tylko po nich. Co do chodników, to wiecie, sprawdziłam, gdzieniegdzie ścieżki rowerowe sięgają mi krocza. Znaczy nie same ścieżki, ale śnieg… ten tuż przy plaży stworzył takie zaspy, że można utonąć.

A jednak jest ciepło…

A może tylko mi się tak wydaje, bo minus 3 czy 4, to jednak nie do końca tak bardzo zimno. Oczywiście nie dla Tubylców, którzy zaczynają normalnie oddychać dopiero w okolicach 21 stopni, więc… więc policja uczciwie odradza wszelakie podróżowanie. Oczywiście Chowaniec pojechał do roboty. Było trudno, ale pojechał. Zadziwił świat, ale wiecie, nie przeczytał i tak miał, że wracał w niezłą zadymkę. Ciekawe jak będzie jutro? Bo wciąż pada. Śnieg zalepia okna i jest cudownie…

Czy byłam na spacerze?

A jak myślicie, od soboty łażę, by wepchnąć w siebie jak najwięcej tego puszku. I onej pustki. Bo przy takiej ilości śniegu, całkiem to rozumiem, nikt nie wyłazi. Nie da się na nartach, może da się na onych kanadyjskich krótkich, ale kto teraz będzie sobie je plótł? I po co? Podobno za tydzień ma się przecież ocieplić… naprawdę. Serio tak będzie, ale na razie minusiki.

Ale wiecie co, dziwne… ptaki są skołowane.

Od razu polecieliśmy do sklepu po żarełko, bo jak nigdy wszystkie jagódki, różane owocki i cały ten kram… zeżarte. Nie ma nic do jedzenia na gałęziach, a do robaków nie dotrą. Są trochę wystraszone, jakby się tego nie spodziewały, nawet one… dziwne to takie, jakby ktoś je oszukał, czy coś…

Ale wróćmy do dróg…

Podobno są te extra pługi, podobno nie powinno być problemów, a jednak… a jednak ruch znikomy. Nie oszukujmy się. To, co po południu odgarnęli na głównych znowu zasypuje teraz. Co do dróg pobocznych… niektórym się odgarnęło, niektórym nie, więc sytuacja jest zła jeżeli jesteś chory lub masz problemy z poruszaniem się. Cała nadzieja w pielęgniarkach, czy uczynnym sąsiedzie, który nie boi się brodzić w śniegu do kolan. Tudzież i wyżej… a to trudna robota. Chociaż na pewno świetne ćwiczenie na udka i inne tam części cielesności.

No i do tego ów chłodek…

Spalasz się tłuszczyk? Co?

Przez cały czas się zastanawiam, czy będzie tak jak w pamiętnym 2010? Może? Bo jeżeli tak, to Tubylcy nie nauczyli się niczego. Przede wszystkim jak zwykle bagatelizują naturę i jakoś tak… wiecie, wierzą w święte: na Wyspie śnieg nie pada. Bo zwykle nie pada, rzeczywiście. Specyficzny klimat, figi i winogrona, takie tam… najbardziej słoneczna i tak dalej. Ech… ale przecież to tylko natura. Kiedyś padało. Może zwyczajnie znowu wszystko wraca na swoje miejsce?

Trzeba zrobić jakieś zapasy, czy coś?

No nic, na razie za oknem wietrzno-śnieżne szaleństwo. Mimo ciemności, jedyne co człek widzi to śnieg, który przykleił się do szyby. Jakby wiecie, chciał coś ukryć, jakby się wstydził pokazać pewne części, może snestorm nosi jakiś kostium wianiowy? A może jednak chodzi o podglądactwo? W końcu na każdym płatku śniegu mieszkają różnorakie stworzonka, więc wiecie… i do tego prawie pełnia, kurcze!!! Nie no, co jak co, ale pogoda tej zimy wyraziście się poprawiła… choć sąsiad stwierdził, że jest gówniana. Hmmm… po raz pierwszy coś powiedział do nas i tylko tyle?

Ech… pogoda widać winna łączyć wszystkich, ale nie mnie tarzającą się w śniegu, w połowie gołą, bo przecież wylazła w gaciach od piżamki, co się podwinęły i w ogóle. Buty się suszą. Może tym razem zdążą choć się troszeczkę podsuszyć?

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sklepik z Niecierpliwością… została wyłączona

Pan Tealight i Wielkie Nieoczekiwania…

„Nieoczekiwała niczego.

Właściwie pogodziła się ze wszelką nieuchronnością pecha, wpadek, wszelkiego niepowodzenia i aczepliwości kasy, jeśli chodzi o jej własną osobę. Pogodziła się z tym, ale wciąż nie umiała tego pogodzenia się zaakceptować.

Po prostu nie mogła.

Nie chciała.

NIEEEE!!!

Bo gdyby tylko dopuściła do siebie oną możliwość, że nie spełni się to wszystko, co sobie skrycie, cichutko szepcząc wyłącznie liściom, korze i trawom obmyśliła… wtedy naprawdę nie miałaby po co żyć. Naprawdę. A w takim wypadku, po co w ogóle to ciągnąć? Po co się męczyć i mierzyć z demonami, które sama sobie wyśniła, które wydziergała, zszyła, które kolorowała i sklejała, gdy się potłukły?

Po co?

W jakim celu?

… więc stworzyła swoje własne Wielkie Nieoczekiwania i ich się trzymała. Nie nadziei. Nie wizji. Nie względnych radości, ale właśnie Wielkich Nieoczekiwań. Tej dziwności nietuzinkowej, która była dla niej jak najbardziej zrozumiała i logiczna. Na dodatek świetnie pasowała do jej specjalnej, Niewidocznej Kieszeni. Po prostu nie oczekiwała, a nawet jeśli jej się zdarzyło potknąć w onym postanowieniu, wtedy wiecie… po prostu oczekiwała najgorszego. Od razu stawiała siebie na przeciwko najgorszego, najbardziej krwawego i bolesnego scenariusza, który dodatkowo śmierdział myszami i kawą – sorry, kawy nienawidziła od zawsze – wpadek wszelkich, potknięć. Wiecie, to naprawdę pozwalało jej samej umieścić siebie w świecie: znikać, chować się, nie zwracać uwagi na ludzi, którzy dziwnie chcieli się do niej przytulać, przenikać ją wielokrotnie, wszelako dotykać, czy słowem czy dłońmi, a nawet i myślami, pasować ją we swoich własnych planach i Wszechświatach… Jakby coś wydzielała?

A może zwyczajnie była tylko ofiarą?

A może widać było po niej, że nie oczekuje czegokolwiek, więc wiedzieli, że nie muszą się kompletnie wysilać?

Może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer, spacer, spacer…

Ten jeden z dziwniejszych i piękniejszych zarazem. Wiecie, wychodzicie w słoneczny, wietrzny, lekko mroźny dzień, docieracie do lasu, jest śnieg, zaczynacie robić zdjęcia, ułożyliście się odpowiednio… oczywiście, że skończycie mokrzy i przemarznięci, ale to serio nie ma znaczenia, jeżeli tylko złapiecie tego rudzika… i przyłazi chmura. I nici ze zdjęcia, rudzika. W ogóle, to rudzik właśnie się wygrzewa w słońcu na granatowej doniczce lekko ośnieżonej – czujecie te kontrasty kolorów? – a wy co, w lesie pod chmurą. Ale nie tracicie nadziei, bo w końcu to ma być też spacer, czyż nie, więc tup tup tup. Torba na ramię i idziemy. Drogą śnieżną, pod górkę, gdzie mchy wyzierają spod śniegowych pierzynek, jakby chciały o coś zapytać, ale jakoś brak im odwagi, a może nie wiedzą w którym języku zacząć rozmowę, więc kapitulują i tylko mrugają porozumiewawczo, bo w końcu ten język ruchów i mrugnięć, dotyków i uśmiechów zna każdy…

I idziecie…

Wpadacie w las.

Względny las, bo droga raczej dość szeroka, no i widać, że wyjeżdżona ciężkim sprzętem, ale co tam… jest las, są iglaki i nagle wszystko robi się szare i ów błękit, który wciąż przebąkiwał coś spoza mleczno-białych chmur znika i zaczyna się niezła śnieżyca. Piękna. Najpierw niczym kulki styropianu spadające z nieba i piorące cię po gębusi, bo przecież… a potem dopiero wielkie płaty, gdy cała ta zawiejka spowalnia, gdy wszystko to zdaje się uspokajać… a ty stoisz między onymi świerkami i po prostu wiesz, że jesteś na miejscu. Choć potem okazuje się, że daleko od parkingu, ale co tam, na Wyspie wszędzie jest blisko. Jeśli tylko idziesz…

Szybciej.

I wiecie co… znowu wyłazi słońce.

W promieniach ostrego, zimowego błękitu skrzą się ośnieżone pieńki, ozielonione pnie i wszystko wygląda tak klejnotowo, jakby się Królowej Śniegu wysypały cudeńka z największej i najważniejszej szkatułki. A w powietrzu tańczą sobie pojedyncze płatki i patrzysz na nie, gdy spadają ci na rękaw, czy rękawiczkę i napatrzyć się nie możesz, bo takie wszystkie jedyne w swoim rodzaju.

A może wszystkich rodzajach?

Jak na razie cały weekend taki…

Co jednak będzie z tygodniem? Z oną apokalipsą, którą zapowiadają? Sprowadzili nawet dodatkowe pługi na Wyspę, a jednak drogi dziś nie do końca odśnieżone i to nawet te pi drzwi oko główne. Boją się powtórki z 2013tego, czy jednak 2010tego? A może z innego tego, no kto ich wie… prawda jest taka, na oną chwilę, że nie pada. Drogi są białe, wieje, zimno. Znaczy wiecie, bardzo zimno na te standardy, „niezimno” na inne i tyle. Ale szarawa niedziela z onymi przebłyskami błękitu ostrego z bielą nietkniętą była naprawdę cudowna. Człowiek mógł poszaleć.

Znaczy wiecie, jak dziecko.

I tak, znowu wróciłam mokra ze spaceru. Do kolan. Nic na to nie poradzę, że fale takie fajne i do mnie lgną. I nie rozumiem dlaczego wszyscy z takim przerażeniem to przyjmują. No przecież to tylko woda. I tak zimna, podobnie jak okoliczności przyrody, choć zdaje się jednak cieplejszą… bo wiecie, wiatr… I te fale, znowu szmaragdowe, piękne, lekko trącące barwą jak WuCeKaczki z zaprzeszłości, lekko takie nierealne, ale jednak… gdyby tylko porwały, to łbem o skałę i po tobie.

Ale śnieg… płatki wciąż tańczą w powietrzu, wciąż wszystko takie dziwnie mocniej bajkowe. Jak to jest, że ona niebieska biel sprawia taką różnicę. I gdzie ludzie? A tak… ferie zimowe się skończyły!!! He he he!!! Turyścizna wyjechała i proszę są warunki do nart, sanek i innych tam ślizgów. Hihihi!!! No dobrze, miałam wredne myśli spoglądając na dzieciaka targającego w dół swoje plastikowe ślizgi w czerwonym kolorze… bo wiecie, jutro szkoła. A ja już nie muszę… ech, nie lubiłam tej szkoły podstawowej.

Oj nie…

Ciekawe, czy nas zasypie?

Czy jutro obudzimy się lekko odcięci od świata? No przez żywopłot auta nie przeniesiemy raczej do tej części drogi, która może być odśnieżona, oj nie!!! HeMan by się przydał, czy wiecie, inna tam Xena. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielkie Nieoczekiwania… została wyłączona

Pan Tealight i Szczurza Królowa…

„Jeżeli chodzi o gryzonie, to Wiedźma Wrona Pożarta, to jakoś miała dziwny stosunek. Z jednej strony z Myszki Miki to wolała tego tam kreskówkowego psa i wujka od trojaczków kaczorowych, ale z drugiej, no wiecie, zbyt dobrze znała ten zapach… oj zbyt dobrze ten smród i ją, Królową Szczurów, która odwiedziła ją niegdyś, gdy była wciąż jeszcze Małą Wiedźmą.

To był jeden z tych upalnych wieczorów, czy już raczej nocy, tuż po sianokosach, tuż po tym, jak wszelkie bizony, głównie pomarańczowe, opuściły okolicę. Oj tak, upalny i pachnący siankiem, skończoną robotą, rozgrzanym ziarnem i wszelakimi tam nadchodzącymi dożynkami… taki był ten wieczór i noc, i oczywiście otwarte na oścież okno. Bo przecież gorąc, a wtedy, choć mieszkała w maciupkim zamku z grubymi ścianami, chroniącymi od żaru, to jednak Mała Wiedźma pragnęła tego zapachu, więc wiecie, miała otwarte okno… i to przez nie przeszły. Przez oną opuszczoną gardę, zwolniony most, wyschniętą fosę i śpiących głęboko, zmęczonych strażników… poprzez pewność bezpieczności, przez nadzieję ochrony…

Przeszły.

Całym stadem umościły się w doniczkach ustawionych na wszelako srebrzystym, wysokim stojaku. Najpierw myszy, cuchnące, zaznaczające swój, a raczej jej rewir, aż w końcu i ona. Wielka i tłusta, ogoniasta i wąsiasta, i dumna z tego. Mała Wiedźma bała się, bała i to tak bardzo, że nie mogła się ruszyć. Nakryła się kołdrą, choć było jej bardzo gorąco, ale nie mogła wytrzymać ni pisków ni smrodu, ni tych ślepi dziwnie połyskujących w świetle księżyca i gwiazd… Czekała na rycerza, czy cokolwiek innego, co ją wyzwoli, ale nikt nie przybył… Szczurza Królowa wiedziała, że tak będzie, więc… po prostu dobrze się bawiła. Robiła wzystko to, czego nie powinna była. Wypiła herbatę, zjadła ciasteczka, przeczytała książki, podotykała wszystkie zabawki Małej Wiedźmy…

Jakby była u siebie…

A może była?

W końcu to ona czuła się tutaj całkowicie bezpieczna i wolna, inaczej by się schowała, inaczej by tak nie nuciła wciąż, inaczej…

A teraz znowu Wiedźma Wrona Pożarta spotkała Szczurzą Królową. Rozjechaną, już nawet nie krwawiącą, lekko sztywnawą, z wytartym na boku futrem, ale wciąż imponującą… leżącą na drodze… i poczuła, że coś w końcu odeszło. I zrozumiała, że to coś, choć odeszło, wciąż będzie powracać, bo przecież jej potomstwo będzie wciąż istnieć i płodzić kolejne… jak to szczury. Ale przecież taka Królowa była jedyna, nawet jeżeli zastąpiła ją inna, więc i nie wróci.

Chociaż…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wciąż problem szczurowy.

No tak… nie da się ukryć, że źle jest… Szczury opanowały Wyspę, a co gorsza, z powodu piękności i kolorowości domków a co za tym idzie – ich wiekowości, gnieżdżą się oczywiście i w nich, co powoduje choroby.

Serio, muszę sobie odświeżyć Camusa!!!

Wiecie co…

… to takie pokręcone. No bo przecież ludzie higieniczni, żarcia nie porozwalane, a jednak te skurczybyki wielkie i tłuste. Jak nic jakieś mutanty nasłane przez złe siły. Siły, które chcą nas wszystkich pokroić na małe kawałeczki, posolić, popieprzyć, dodać ziółek, odpowiednich do każdego rodzaju mięska oczywiście i potem zrobić wielkie BBQ. Serio. Czasem tak stoją i patrzą na człowieka. Po prostu. Stoją i patrzą, jakby tak naprawdę się nie bały, jakby to nie miało znaczenia…

My… ludzie.

Dotykałam dżumy.

Przetrwalniki, wszystkie te informacje, że wyłącznie w wilgotnych częściach ciała, że… widzicie, wszystko to wiem, ale wiem też o ile więcej ludzi teraz choruje. I to dziwnie choruje, po prostu słabnie. Rzadko nawet ma gorączkę, jakby organizm nie widział żadnej choroby. Lekki kaszel czasem, brak smarków i tak dalej, ale przede wszystkim słabość. Niepokój. Dziwna grypa? Rąbana influenza? A może jednak coś nowego? Coś co się gdzieś wykluło i wymknęło spod kontroli w maleńkich, laboratoryjnych zwierzątkach, które spotkały większe, a te na statkach… w dzisiejszych czasach przecież tak łatwo wszystko roznieść po świecie.

Ludzie padają jak one muchy, tudzież osy, które znalazłam na poddaszu pokazowego domku. Domek przesłodki… gdyby tylko był za darmo, z ziemią i tak dalej, może jednak drewno to jest to? Bo dotąd zawsze byłam zwolenniczką kamienia. Bo widzicie, wiem jak to jest, jak po łóżku hulają myszy. Znam ten smród i dziwny, atawistyczny lęk, że cokolwiek zrobimy, one i tak wygrają. A może to tylko zbyt wiele „Autostopem przez Galaktykę”? Pewno tak, jednak… Może one tylko chcą nas przed czymś przestrzec? Może jednak jest w tym jakieś ostrzeżenie?

Może?

Temperatura powoli spada.

Wszystko to, co wykluło się w czasie tym samym, co rok temu, zamarło. Dziwnie. Jakby zaskoczone, ale tak nie do końca. Oczywiście łącznie z kwiatkami wystawionymi przez dziwnych sprzedawców, co to myśleli, że wszystkie przeżyją i co… i zmienna temperatura najpierw je zmroziła, potem rozmroziła i szlus. Umarły sobie, ale wciąż możecie je nabyć w cenie całkiem niepromocyjnej. Łącznie ze zdechniętym drzewkiem pomarańczowym… ech, ludzie nie myślą wszędzie…

Ale poza tym zima.

Nie no… śnieg to wiecie, bardziej wygląda jak styropian. Pada rano, wyjeżdżając do pracy podziwiacie biel po prawej, zieleń po lewej, a potem, po godzinie wszystko znika. I chociaż temperatura zahacza o ono mityczne poniżej zera, to jednak, jakoś tak topnieje… brutalnie i bezczelnie. Masz nadzieję, że jednak zostanie, że zdążysz się nim pobawić, być częścią tej zimy, ale jednak… znika.

Już go nie ma.

A jednak, wieczorem temperatura znowu spada i znowu sypie. Malownicze, choć miniaturowe sopele zdają się połyskiwać w skąpym słońcu i wszystko wygląda, tak wiecie, bajecznie! Tak jakoś inaczej, w końcu porządnie. W końcu jakoś tak normalnie, bo w końcu zima to mój czas. Tia… marcowe dzieciaki w rzeczywistości wciąż jeszcze należą do zimy, nawet jak się rodzą 25go.

Nawet wtedy…

Podobno znowu ma opaść. Podobno ten tydzień ma być onym najmroźniejszym, ale ja jestem z Wątpiących Tomaszów. Sorry. Najpierw wsadzę swój palec, najpierw leciutko sobie go odmrożę… może dopiero wtedy uwierzę… może? A może nie? Może uznam to za ułudę? Kto to może wiedzieć?

Kto?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szczurza Królowa… została wyłączona

Pan Tealight i Pierzyna Latająca…

„Na początku myśleli, że to tylko chmura, że może będzie padać, może nawet śnieg, może nawet niebieskie misie żelkowe? Może? Oj, ta durna naiwność Wiedźmy Wrony Pożartej… nigdy z niej się nie wyleczy. Wiecie, zawsze widzi coś innego, zawsze się jej marzy, zawsze się jej zdaje. Oj tak. Po prostu nie potrafi pojawić się onej wielkiej niewiadomej, która się w niej gnieździ, więc wiecie, przenosi ją i na to, co widzi… nawet jeżeli jest to pierzyna.

Pierzyna Latająca.

I to seryjnie, taka jak za dawnych czasów.

Wiecie, prawdziwe pióra, gigantyczna niczym miękka góra, ale jednak silnie przyciskająca obiekt przykryty do powierzchni, na której ów obiekt leżał. Jakby chciała udusić… choć tak niewinnie wygląda, choć taka zwyczajna, no przecież potrzebna, szczególnie, gdy zimno zagląda w miejsca, które nie chcą być mocno chłodzone… podobno chroniąca przed Potworami Spod Łóżka, ale…

Nie, nie żeby ją dotykali, gdy tak zawisła nad Wiedźmą Wroną Pożartą, która akurat w swoich gaciach od piżamy utknęła w zaspie, spragniona fotograficznych emocji… po prostu wiedzieli. Byli tego pewni. Niektórzy pamiętali nawet dotyk takich pierzyn. Tylko… dlaczego ta latała? I nie miała frędzli, więc jak się kierowała i skąd wiedziała jak i gdzie wiatr wieje i czy dobrze wieje? Taka wiecie, nie do końca biała, bardziej mityczna biel wełny, czyli brudnawość lekka, obsikana… pikowana niekoniecznie, choć chyba gdzieniegdzie nitka się jej już zaciągnęła więc wyglądała nierówno, a może po prostu była już tak bardzo wiekowa…

Wisiała tak nad Wiedźmą i sam Pan Tealight zdecydował, że jednak kurde dość tego cienia, bo przecież ile można, zresztą… podobnie jak pod mewami, to i pod pierzynami lepiej niestać długo.

No wiecie… te odrzuty!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ktokolwiek widział” – … ostatnio. Tak, ostatnio mam hopla na punkcie książek o powracaniu do przeszłości – pewno strach przed własną, co panie F? Udowadniających nam jak mało pamiętamy. Jak dorosłość nam mami wspomnienia. I jak bardzo niedobre mogą być dzieci. Nie tyle niegrzeczne, ale okrutne i… a jak dorastają, cóż, to eskaluje!!!

Oto historia przyjaźni, którą przerwała śmierć. Historia nieszczęśliwej kobiety, która powraca do opuszczonego pół życia temu miasteczka, by rozwikłać sprawę zaginionej przyjaciółki. Oczywiście, jak zwykle w przypadku takich książek, nasza bohaterka nie tylko kitra po kieszeniach masę wspomnień, sekretów i kłamstw, ale przede wszystkim nie wolno wierzyć ofierze, a jej rodzinie już w ogóle. No sorry, ale te książki są pisane właśnie w ten sposób. Tego, tego i tego nie może zabraknąć… i nie braknie. Ze wszystkich stron ściekają w nas wiadomości, podkręcone lekko dziwnie gotyckim w smaku, szarym, zapomnianym, smutnym aromatem miasteczka rozkwitającego wyłącznie w sezonie, a poza nim… i poza hotelami, żyjącymi piciem, prochami i masą sekretów. Uuuu… jest deszczowo, dziwnie i paranormalnie…

… problem w tym, że chyba autorka „Sióstr” – jakby ktoś nie wiedział z mało dyskretnej i natrętnej wiadomości – przesadziła. Przesadziła i wiecie od początku, iż coś to śmierdzi i nie jest to kanapka skitrana na potem. Z mortadelą. A może wątrobianą? Oj nie… wiecie, że zbyt wiele nie pasuje, a inne rzeczy znowu są tak pokręcone, że… no po prostu jak nic ktoś tu na pewno zginie, a może i kilka osób, ale…

… ale i tak nieźle się czyta. Chociaż książka nie jest nawet dobra. Jest względna. Intrygująca z powodu miejsca, w którym wszystko się wydarza, ale jednak dziwnie przewidywalna. I dziwnie nie jest to wina autorki, bo bomba wybucha na końcu, ale jednak, po prostu wiecie, że to mogło iść tylko w jedną stronę.

Ogólnie… średnia, ale dobrze napisana powieść. O wyrzutach sumienia, przeszłości widzianej oczami współczesności, kobiecych zwątpieniach, i tym wszystkim, co zmydlił w nas upływający czas. Pomyślcie o przeszłości. Pomyślcie o umiejętnościach mózgu do zapominania, pomyślcie… i już wiecie.

Budzi się człowiek, a tam śnieg.

Było już tak ciepło, a tutaj wielkie płaty powoli tańcują sobie w powietrzu. Część z nich już osiadła sobie na liściach żywopłotu, który gdzieś ma tą całą zimowość i jesieniowość i nadal są zielone, na trawy i tak dalej… Ale człowiek tak po prostu, atawistycznie i może, wierząc w Bogów wycinających biel w one fascynujące kształty, czarujących wodę. Po prostu mogących sprawić, że wszystko jest ciszą i to miękką.

Bo w śniegu to często właśnie o oną miękkość chodzi. Fascynującą, może i zimną, ale jednak tak bardzo zniewalającą. Gapi się człowiek i dziękuje sam sobie, że może. Oczywiście, iż zawirowanie w codzienności, kompletne zapomnienie o naturze jest faktem i każdym dniem większości… plus psioczenie na pogodę. Oj tak. Jakby we wszystkim, każdym jej rodzaju było coś złego. Ale co jest złego w tej śnieżności? Ale co jest złego w tej bieli? Tak naprawdę?

Jak bardzo wielu to wkurza…

Opierając się o zlewozmywak… sorry, ale tak widać i kawalątek morza i kilka domków i ten śnieg, chyba przeżywam życie. Nic nie robiąc, co nie? Zgroza straszliwa. Po prostu wstyd i tak dalej, szkarłatna litera i inne tam. Jak nic ogolą mi głowę obetną ucho lub rękę i nogę, czy ogon może. Chociaż nie, ogon to chyba nie…

Widzicie, wszystko przez ten śnieg.

Przez ten niesamowity śnieg.

Gigantyczne płatki, cudowność milczenia, ciszy, miękkości. Człowiek próbuje się jej nauczyć jej od nowa, bo jakoś to wszystko co przeżył odebrało mu tak wiele. Tak wiele z rzeczy, które uznawał za pewnik. Za coś, czego stracić nie można. Za coś, co sprawia, że jesteś sobą. Samym sobą.

Ale niestety… jest ciepło…

Nie mija godzina, a z porannego śniegu nic już nie ma. Tylko jakiś zapach w powietrzu, wyłącznie jakieś tam mgnienie… i nadzieja, że będzie więcej, w końcu jakieś tam tumany mroźności znad Syberii nadchodzą!

Jeśli chodzi o państwowość, to pogrzeb się odbył, bornholmska melodia została odegrana i człek się dowiedział o co chodzi z tymi kwiatami. Nagle cała ta opowieść o miłości Królowej i Tego, Który Królem Nie Będzie, nabrała pięknych rumieńców. Czy wymazała z pamięci ludzi jego anse, po których dzieci otrzymały jego nazwisko? Czy wymazała kolejne, które z czasem stawały się coraz częstsze i częstsze… i szczególnie te ostatnie. Te najbardziej bolesne, oczywiście dla jego własnej rodziny, bo reszta świata miała ubaw, które wytłumaczyła choroba.

I to jego nagłe odejście…

Ale u początków tego wszystkiego był ogród.

I dziewczyna.

Nie królowa, nie korona, nie władczyni… ale kwiaty i ona, piękniejsza niż one wszystkie. Tyle w tym wszystkim poetyzmu, a już szczególnie w tych kwiatach barwnych w surowych, biało-czarnych, protestanckich murach. I one dwie książęce pary trzymające się za ręce. Taka w tym symbolika. Czy naprawdę tego potrzebowali, czy było to wystudiowane? Bo przecież… człowiek tak bardzo już nie wierzy w to co pokazują media… ale łzy Marie, nie, nie mogły być sztuczne. W końcu dla niej to było trochę jak wciąż otwarte bramy do domu. Do rodziny, dzieciństwa, języka…

Ale to już przeszłość.

Królowa podziękowała za wszystko swoim poddanym i to chyba koniec. A przynajmniej do tego zostaliśmy dopuszczeni, bo nasza Władczyni uwielbia zachowywać sobie trochę prywatności. I o to chodzi. Tacy powinni być oni koronowani. Bliscy, opiekuńczy, ale jednak w pewnym sensie dygalni i niedotykalni. Myślicie, że „dygalni” przyjęłoby się za czasownik? Pasuje chyba. LOL

Znowu pada… za oknem zmrok. Czy śnieg, który napadał i wciąż jeszcze sobie za szybą sypie, w onej ciemności nietykalnej prawie, wytrzyma do dnia? Nie wiem. Czy mróz nie odejdzie… tutaj nie można niczego być pewnym. Ale można mieć nadzieję, choć ona strasznie wkurza i martwi człowieka.

Ją można mieć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierzyna Latająca… została wyłączona

Pan Tealight i Wojowicza Wiedźma Nienindża…

„Pluła.

Umiała jadem strzelić z oczu i spopielić człowieka machnięciem brewek i rzęs. Mogła gryźć, drapać – w zależności od stanu paznokci, albo przerzucić swój ból na kogoś innego. No mogła wiele, ale miała opory. Ludzie ich nie mieli, więc w końcu Pan Tealight zdecydował się ją przetestować i przyuczyć.

Początkowo szło jak szło… trafił w zły moment w cyklu, czyli tym czym w ogóle jest życie Wiedźmy Wrony Pożartej i lekko mu się oberwało. Najpierw rzuciła kubkiem – na szczęście mieli ten zestaw kubków dzielnych i wysoce do tego przeszkolonych, a potem podeszła go psychicznie i zwyczajnie się rozryczała. Wiecie, jak trudno uspokoić babę, która nie leci na czekoladę, ciasta czy wino, tudzież inne napitki wyskokowe? No po prostu się nie da. Ale jeśli ja znacie, wiecie kiedy wyciągnąć paczkę, która przyszła ze Sheepworld’a, NICI czy Forever Friends’a i wiecie, zmisiować ją, dać jej kulę śnieżną i jeszcze magnes. Albo tę kulę ze śniegiem, która na pewno uratowała świat przed kolejnym kataklizmem!!! No i zawsze były świeczki zapachowe, czy pewne sreberka, spacer i wszelakie macanki z kamieniami…

No wiecie, trzeba wiedzieć jak podejść do kobiety i tyle.

Do każdej inaczej.

Pan Tealight mimo bycia Przedwiecznym od tak wielu przedwieczności wciąż zbyt często się sam przed sobą przyznawał do tego, że kobiety to bardziej skomplikowane stworzenia niż cały Wszechświat.

I trzeba to zaakceptować.

No ale… jak już ją ugłaskał, ale bez dotykania, bo przecież ona nie lubi, no i bez słodzenia, bo to też jej wisi mocno i powiewa, zwyczajnie powiedział jej to i owo. Niby nie tajemnice i niby się zjeżyła jak mówił jej tyle oczywistości, ale jednak… powiedział, a potem przekręcił to, zmieszał i jakoś poszło… Oczywiście, że wciąż miała opory, ale stwierdził, że wolno jej wszystko, więc i uciekanie od ludzi, chowanie się, wszelaką niewidzialność i zwalanie wszystkiego wyłącznie nie na samą siebie.

Tak, to było najistotniejsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kurza morda, nie wiem o co chodzi, ale wiem jedno… nie miałam omamów gorączkowych, gdy widziałam pojedyncze sparowane kobiety w maskujących barwach. Serio… po Svaneke łaziły takie. Jakby nie wiem, jakieś alieny nas miały napaść, czy coś? A może jednak nas ktoś napadł ludzieski bardziej, bo raczej nic chemicznego, czy bakteryjnego, nosz bo przecież by dziouchy miały na sobie całkiem inne szatki. A te moro, na tle kolorowych domków Svaneke, dość mocno, dziwnie i zaskakująco pokrętnie… się wiecie, no odcinały.

Hmmm… może o to im chodziło jednak?

Wyobraźcie sobie nader smukłe, blond głównie, w moro wysokie babeczki. Plączące się pod nogami, znaczy chciałam powiedzieć górujące nad tobą zamkniętym w ciepłym autku, co prawda mającym gorączkę, ale przecież nie aż taką! No bez przesady ludzie, nie aż tak, chociaż… No nie, byłaby to grupowa halucynacja, a takie nam nie przystoją z Chowańcem, więc no worries!!!

Kim były?

A może kim są?

Bo przecież cały czas tam mogą być? Czy to żeński oddział militarności wszelakiej, czy coś innego? A może to oddział obrony całkowicie cywilnej? Wiecie… takiej bezbronnej, ale nie chcącej na takową wyglądać? No nie wiem, ale zaskakująco wyglądają takowe dziewczątka w niedzielne, lekko szarawe popołudnie wczesne, gdy wracasz bez lampy z jednorożca, ale za to ze szklanką pełną cebulek miniaturowych żonkili. I nadzieją, że one jednak wiecie, rozkwitną i tak dalej.

Ostatnio człowiek ćwiczy się w nadziei…

Kiepsko mu idzie.

Najgorsze, że lampek w kształcie chmurek i jednorożców nie dowieźli!!! Wiecie jakie to skurwysyństwo spieszyć się do Lidla i zderzyć się z rzeczywistością sklepu, który zaczyna wyglądać jak te, które pamiętam z dzieciństwa.

Trza obczaić ocet, czy co?

To jest jak z zastanawianiem się co się dzieje z paczkami i listami, kartkami, które do ciebie nie dochodzą? Czy siedzi gdzieś tam w kosmosie potwór jakowyś, który je niekoniecznie dla zawartości przechwytuje, czy jednak nie… ludzie nagle nabrali smaka na cudze słowa… bo to teraz taka rzadkość, sporadyczność właściwie. I nagle się okazuje, iż mimo całej onej globalizacji UK ma inne rzeczy, USA to już kompletnie, a u nas… u nas nawet lampki nie uświadczysz. Bo wiecie, ja nie rozumiem, że dostajesz do łapy gazetkę z ofertą, leziesz do shopu, a tam nic nie ma. No dobra… był Snoopy na kółkach. Razem ze swoją budą… ekhm, no co, człowiek musiał się pocieszyć, a że typ z niego nader dziecinny wstydliwie, a czasem oczywiście, to wiecie…

Ale o co chodzi z tym Lidlem, a raczej obydwoma Lidlami, które tak walczyły o to, by być na Wyspie, a po ponad roku upadają powoli… obumierają jak one prymulki mi ostatnio. Kupuje człek, a one zdychają od razu na amen.

No o co chodzi?

Całe to moje obserwowanie upadku Szwecji i Danii, pewno jest jak z obserwacją upadku Irlandii, ale to tutaj jestem, pogłębia mi depresję, która i tak już od dołu trumiennej skrzyni wali. Może by popatrzeć na Szwecję muszę wspiąć się na palce, ale wiecie, daję radę. Ha ha ha!!! Nie wiem dlaczego, ale czuję się oszukana. Te kilka lat, od boomu w okolicach 2006, do jakoś 2009 to był szok… teraz, to już tylko człekowi bruzdy smutku się pogłębiają. Jak wytną jeszcze coś, to wyjdę i zacznę wrzeszczeć. I żeby nie było, ale za te koszmarne czystki pod wiaduktem, jak się okazuje, odpowiada… tadaaaaaaam KOŚĆIÓŁ!!! A tak. To ich tereny, więc sarenek nie będzie. Okazuje, się że jak zwykle najdroższe tereny to oni, choć tu zdają się być inni, jednak posiadają… cwaniaki cholerne!!! No serio, że człowieka trzęsie, czekajcie, łyknę sobie proszka…

Ale wracamy do upadku… Jednym z takich symboli wspomnianego jest rybołóstwo. Ostatnio znowu podnoszą się głosy w typie: dlaczego, jak to naprawić itd. itp. Tacy wszyscy zaskoczeni, że za kilka lat padnie ostatni rybak. Zresztą, ilu my ich mamy na Wyspie dwóch?

Pięciu maks?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wojowicza Wiedźma Nienindża… została wyłączona