Pan Tealight i Krzyże…

„Wyrosły…

Na ziemi wzruszonej, na łzach drzewa wyrwanego, powstały. Gromadnie. Grupowo. W pełni swych sił. Może i dziwne w takim miejscu, może i nazbyt pełne katolickiej mocy, może… ale jednak pojawiły się. Czy chciały dać tylko wyraz, niektóre byle jak sklecone, byle jak zheblowane. Zbite z dwóch patyczków, deseczek, niektóre nawet tylko związane trawą, sznurkiem. Jedne bardziej zbliżone do krzyży sprzed cyrku noworeligijnego, inne znowu proste nadmiernie, zadufane w sobie, w onej swej smukłości, właściwie artystyczne, niesamowicie wyraziste, trochę nie na miejscu, ale jednak…

Wszystkie zebrały się by płakać Lipę.

Tę Lipę.

A może im chodziło tylko o Galę MET? Nie, na pewno nie… w żywicznych łzach było zbyt wiele smutku, wściekłości, oskarżenia. Bo przecież jak mogli, dlaczego, po co, czemu już? I tak naprawdę, okraszać to wszystko wielkimi słowami o sztuce, potrzebie piękna, wyrazie, w takim miejscu, z tak niesamowitym drzewem!!!

Pan Tealight jak nigdy poszedł do miasta i stanął na drodze. Niewidzialny dla wszystkich, dziwnie niematerialny. Smutniejszy niż zwykle, bardziej przygnębiony, oszukany pokrętnie, nienawidzący ludzkości. Pradawny żałujący tak wiele, ale pewien jednego, że już nie ma odwrotu. Że Śpiący Bogowie się nie przebudzą, choć odpowiadają na kołysanki Wiedźmy Wrony, że Śniący w końcu przestaną śnić, bo dla tych dwunogów nie ma już ratunku… że Zapomniani się przypomną i znowu popłyną łzy. I jemu będzie po raz pierwszy wszystko jedno.

Źle się działo na Wyspie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Idąc wybrzeżem do Vangu możecie przejść przez metalowy most… albo nie.

Dobra. Łukowato sklepiony, pordzewiały na śliczny, naprawdę wysmakowany kolor krwi zmieszanej z przeszłością, przedawnionych zbrodni, niezatartych ran, niewybaczonych win… Wiecie, niby taki most ze stopniami i z przodu i tyłu – już jak on tam uważa co za tył i przód ma – most stworzony z metalowych wycieraczek sprzed porzuconych domów. Z dziurami, tak, że widzicie wszystko.

Oną aż nader odległą dal.

Przerażającą.

Tak, mam lęk wysokości.

I tak, wolę nie przechodzić przez ten most, nadłożyć drogi przez kamieniołom, jakoś tak wtulić się w granit, choć i to miejsce mnie przeraża. Ale wiecie, na poziomie morza daje wylądować, a potem już tylko prosta droga z wodą po lewej, skałami obsadzonymi wysiadującymi, mocno wkurzonymi, mewami po prawej. Drzewami kwitnącymi i tymi się zieleniącymi, onymi błękitami i niebieskościami, skałami szarawymi… Ale najpierw kamieniołom. Drewniana aula wszelakich występów oraz ten betonowy, mocno splątany kłąb korytarzy pod. Niby są tabliczki, niby wszystko opisane ale jednak nie. Dziwnie tam. Jakby pot, ból i łzy wgryzły się w rozłupaną, wyrwaną ziemi dziurę. W te potargane szczyty, w te ściany, które zdają się krzyczeć: więcej nie… ale też ta dziwna artystyczność w kolorach onego kamienia. Co jak co, ale on fascynuje. Może i kurcze promieniuje, ale jednak.

Choć mocniej przeraża.

Ale lepsze to, niż ten most. Wolę go popodziwiać od dołu. Jest niesamowity. Naprawdę. Ale dla mnie lepsza jest droga pod. Strzeżona przez kwitnące drzewa na górze. Wychylające się. Jakby chciały podejrzeć, co to jest tam w dole.

Co się dzieje?

Bo tutaj jakoś nic nie jest przez przypadek, wszytko żyje. Nawet ten pusty port/zajezdnia statkowa, czy coś w ten deseń. Ślimakowaty kształt zagłębiony w morze z pogłębionym wstępem. Zapomniany. Porzucony? A może tylko na coś czekający? W końcu nigdy nie wiadomo, czy nie będą chcieli jeszcze podoić Wyspy. Bo w końcu do tego się nadajemy, co nie? Nawet z tym dziwnym słońcem, które niszczy wszystko.

I znowu Vang…

I można wrócić do domu.

A następnego dnia znowu.

W drogę…

Bo ono tam jest.

Znowu, a nawet mocniej. Wiecie, to morze, które rozmywa się z niebem, nieruchome… ten havgus, który łączy wszystko. I niebo i wody i już nie jestem w stanie rozpoznać granicy i nie wiesz ja to jest. Czy wciąż jeszcze są granice, czy w końcu na zawsze zostaniemy w tej niesamowitej kuli błękitów i niebieskości? Tak czarownej. Tak niesamowitej, którą chcesz w siebie wchłonąć i zachować na potem. Na czas kiedy będzie zbyt głośno, gdy już bolące słońce stanie się nie do zniesienia…

I oną bryzę.

… a więc siadasz na kamieniach, nierównych, wyglądajacych jak wulkaniczne, bo coś cię tutaj przyciąga. Zapatrzasz się w te dachy znajome, w kolory rozmyte, w to wszystko, to znasz tak dobrze, a jednak co znowu cię zachwyca. Tak mocno. Starasz się nie patrzeć na trzech staruszków na Tajki w starym cadillacowym, czarny mobilu, bo jakoś mi nie pasują do romantycznej oprawy. Wiecie, te wszelkie sex wycieczki do Tajlandii. Nie… nie chcę o tym myśleć, nie teraz. Nie, na pewno. Zresztą na małym stoisku znalazłam jedno z marzeń, misia wyrzezanego w lapis lazuli. W niesamowitych kolorach. Zwykle takie są tylko w sklepach z fetyszami Zuni, ale jednak mi się udało dostać go z Kanady.

I jest z rybą, co według wszelkich legend oznacza prosperity.

A potem, mimo niezbyt wielkiej liczby Turyścizny – PS. poro Polaków – uciekasz w las. Wybrzeżem do Czekających Wiedźm/Kapłanów, mijając samotnego, zgubionego pośród poległych Rycerza… stojące kamienie są tak bardzo niesamowite. Tak bardzo moje. I te drzewa, które choć już tak dorosłe, wciąż wypuszczają, jak moja ukochana, stareńka brzoza, której biel już dawno odpadła. Z guzami na konarach, a jednak magicznie piękna z onym pochwowym rozcięciem w korze.

Czekająca na ofiary.

Oj tak, drzewa na klifach, na skałach są jak mity o walecznych kobietach. Pokręconych, zmęczonych, ale jednak… wygrywających raz za razem. Po prostu niedających sobie dokopać, choć wiedzą, że ich best before dawno minął. A jednak wciąż ronią maleńkie jabłka, wciąż wypuszczają zielone, młodziutkie listki. Są takie niesamowite. A potem drogą prosto do domu. Dookoła. Zwyczajnie. Ulicą. Podziwiając i zielone i kwietne konstrukcje natury. I ostatnie zawilce.

Wiecie… oną mijającą wczesnowiosenność.

Ciekawe, kiedy wybuchną bzy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krzyże… została wyłączona

Pan Tealight i Aromaty…

„Zmieniły się.

No wiecie, one wiosenne aromaty wylewane na pola. Zmieniły się w wielkie, ogromniaste, potwornie nieokrśelone do końca, choć namacalne, powietrzne potwory, zbrojne w zębiska, pojemniki z psikaczami, wszelakie zarazy i zapachy wyżerające nawet smocze, dmiące nozdrza, z którymi musieli zacząć walczyć. Po pierwsze uszczelniając Białe Domostwo i Chatkę Wiedźmy, po drugie, szykując broń.

Ale jak walczyć z powietrzem?

Czym?

Czy diabła diabłem zwalczać?

Może właśnie o to chodziło, dlatego wszyscy zaczęli pracować nad zdrowym, aczkolwiek niesamowicie wybuchowym sposobem życia. Czy też dokładniej nad niemożebnie adekwatną do atomówek dietą. I Wiedźma Wrona Pożarta zdawała się wiedzieć o tym zaskakująco, ale i niepokojąco zbyt wiele. Tak naprawdę wszycy poczuli się dość zakoczenie, że ona tyle wie akurat… O TYM.

AŻ TYLE.

Bez urazy, może i jej dieta była dość zaskakująca i raczej niezwyczajna, ale jednak, żeby aż tak. No i… wiecie jakie poiadała umiejętności muzyczne, nieodzowne oczywiście przy onym się żołądkowaniu, ale jednak dość atypowe. Wybitnie choleryczne czasem, a czasem eperacko donośne. Muzyczne, z linią, refrenem, powtórzeniami, taktem, rytmem i całym onym barieniem dźwięków, ale i… dość odrzucające. Tak, częściej odrzucające niż naprawdę wciągają. Chociaż wiecie, akurat w tym wypadku co kto lubi. I najnowsze badania dowodzą, iż wdychanie onych armatycznych muzycznych tematów jest doskonałe dla samopoczucia i ciała i mózgowości.

Ale wiecie… jakby co, to wiecie, no raczej nie mówcie nikomu. Wszystko w końcu zostało opatrzone pieczęcią poufności wszelakiej, sekretności do i pozgonnej oraz… zapominalstwa, więc… Pewno i tak już nie wiecie o co chodzi i z czym się tego raczej nie je, ale na wszelki wypadek. Nie wciągajcie.

Za mocno…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Smród smrodkiem, ale pięknie jest i przy tym chwilowo pozostańmy. Aczkolwiek sugeruję omijanie okolic i samego Tejn. Naprawdę. Wiecie, ten rąbany trolling trwa, ludzie, którzy nie potrafią jeździć, gdzieś mają przepisy ruchu drogowego i tak dalej. Dodatkowo nieprzepisowo usadzeni na łodziach ciągniętych przez auta…

Omijajcie dla własnego zdrowia.

Da się przecież.

Górką jak się jedzie nie dość, że widoki inne, to jeszcze na dodatek kurcze dróżki takie kręte, wioskowość wszelaka i tak dalej. No i, kurcze, tego hałasu, dziwnego, ciągłego buczenia nie słychać. Bo widzicie, wciąż mamy havgus, horyzontu właściwie nie ma, ale łodzie są i buczą. A mnogość ich ogromna straszliwie, więc można się podenerwować. Lepiej wymijać.

Dlatego tym razem postanowiliśmy wyjść z Vangu i pójść w knieje i busze wszelakie. Ale nie wzdłuż brzegu, nie przez przerażający mnie, metalowy, prześwitujący most, ale przez las, dookoła, dziwną, nieznaną ścieżką. A pięknie tam niesamowicie. Bo po tej stronie wciąż puchata roślinność niszowata, wciąż zawilce, miejscami wprost gigantyczne, pierwsze żółte pierwiosnki i kokorycze, i jeszcze takie spore kwiatki różowe, co nie wiem jak się zwą i oczywista nasze orchidee, ale nie napiszę gdzie dokładnie. Dla bezpieczeństwa. Ludzie to jednak porąbani są niszczycielsko. No ale, idziemy. Droga się robi coraz węższa, chcemy dotrzeć do Blåskindalen, więc kawałek… a ścieżka zmienia się w ścieżynkę przytulającą się do rzeki albo do skał, i nagle jesteś w dolinie. Innej, pełnej błagań i mącznych pieśni. I ptasich trelów i jeszsze… i jeszcze jezioro. Czy raczej zbiornik? Właściwie jeszcze sobie doczytam, ale pewno trochę człowiekiem zmieniony w imieniu wiecznie płynącej wody… dla młyna.

W górę i w dół, a skały wciąż dookoła ciebie. Tu i tam się oberwały, naderwały. Erozja w toku. Drzewa powoli odziewają się w liście, ale wciąż zaskakują te białe chmurki – jabłonie, śliwki i wiśnie dzikie. I ten zbiornik. Tak odbijający niebo i to słońce, ciepło, a w cieniu nagły chłód gryzący do kości… A dołem te kwiaty i czosnkowa zieleń, która powinna już wkrótce zakwitnąć.

I zapachy wszelakie…

Droga, chociaż może nie aż tak długa jak potrafię iść, a potrafię dzień cały, ale jednak skomplikowana, pełna podgórków i zgórków i jeszcze podejść, i zeskoków i obsunięć i miejsc mokrych mocniej. Leśność wszędzie. Wszelaka niemonotonia rodzajów drzew, krzaki pojawiające się sporadycznie. I ptaki i jakieś ssaki i jeszcze w oddali wrzask pawia. Bo jakoś chyba wciąż moda na pawie trwa. Gdy bezczelnie dość wlazłam komuś boczkiem pola do sadu, nie żeby specjalnie, no ale zapatrzyłam się na kwiaty, to też je słyszałam. Tam pod jabłonią, która kocha swoją drabinę. Tam za krzakami pachnącymi, za drzewami nęcącymi, za wszelką przedzielenią…

No więc droga niedługa, ale skomplikowana. Skałki wyrastające z ziemi nagle, lekkie poślizgnięcia. Czas na łyk wody. Oj tak, trzeba wziąć coś do picia i jedzenia. I nagle droga i znowu las i nagle widzicie w oddali morze. W końcu wiem gdzie jestem. Po tym całym błąkaniu się – chociaż szlakiem i z mapą, aczkolwiek starawą – człek jest na drodze pylistej. Z tabliczką wspominającą tych, którzy protestowali przeciwko nadmiernemu wydobyciu granitu. I budową onego słynnego mostu. Wiecie, słynnego dla Skandynawii. No wiecie którego, oczywiście…

No to idziemy. Już w oddali, nawet między polami zielonymi, błękitem w oddali i w górze, słychać ten szmer. I jesteśmy w tym jednym z najmagiczniejszych miejsc na świecie. Naprawdę. I nie tylko chodzi o te wszystkie powalone drzewa, o rzekę wciąż rzeźbiącą ten świat i skały cię otaczające. Nie. No może chodzi o oną mnogość kwiatów, które często można znaleźć tylko tutaj w takiej ilości. O ścieżkę, która sama decyduje jaką być, niereformowalną… o wolność. To na pewno nie jest łatwa droga. Ale przepiękna. I wiecie, ni człeka tutaj. Tylko ta dzicz.

A potem o góry i brzegiem… a dokładniej klifem, mijając kolejne drewniane ławki, czepiając się o wciąż nieobielone krzaki, nieokwitnięte, podziwiając wielkie zawilce – serio giganty – widoki, ten błękit otulający wszystko i kolejne wodne zbiorniki. Po prostu zaskakujące. I ten jeden, w którym są ryby.

Ryby.

Serio ryby. Po jednej stronie skała, po drugiej skała, żadnej możliwości by wpłynęły, tym bardziej, że jesteśmy na szczycie klifu. I to cholernie wysokiego. Spadek w dół byłby nie dość, że bolesny, to możliwie, że jeszcze totalnie deadly! Brzózki w dole śliczne, no ale… skąd te ryby? I to tyle ich. I żerte takie!!! Serio. Czy ktoś sobie zarybił to miejsce i tak je zostawił tutaj? Samotne. Czy będzie je odławiał z onej kamiennej kałuży? A może jednak nie? No kurde, co to za tajemnica tuż przed kamieniołomem???

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Aromaty… została wyłączona

Pan Tealight i Podkast…

„Niby sława, kasa i wszelakie dobre traktowanie, ale jednak, widzicie tutaj w dziwny sposób wszystko jakoś nazywa się inaczej. I podkast jako taki nie ma na myśli siebie gadającego i w radio się puszczającego w pełni na żywo, no chyba że na zapisie, to wtedy wiecie, bez komentarzy, ale… tutaj chodziło o to coś pod. Coś leżące pod kastem. Pod wyraźnie grubą warstwą wszelakiego nalotu, betonu, okruszków, wszelakich metali, skorupek jajek, patyczków, szyszek i innych. Obierek, papierków, naturalnie skręconych, ziołowych petów i, co nadzwyczaj zaskakujące… pod Wiedźmą Wroną Pożartą, która odmówiła ruszenia się.

Serio… nigdy jej takiej nie widzieli.

Musicie zrozumieć, że ona zawsze coś robi. Zawsze jest pod presją działania, planu i wykonania 200 procentowej normy. Bo zwyczajnie tak. Bo lepiej żeby nie zostawała sama ze sobą, z myślami, światami, które się kręcą w jej głowie, z onymi wszelkimi bytami, które nocą wyglądają przez jej nos, a widząc, co się dookoła dzieje, jak bardzo ten świat się nie zmienił, jak wciąż nie zrozumiał… cofały się do niej, mościły wygodnie i tak jakoś, zwyczajnie, buszowały tam sobie.

To dlatego w Chatce zawsze coś musiało grać, brzdąkać, nawet jeżeli w kółko, nawet jeżeli nieoglądane, musiało sobie gdzieś tam lecieć… nawet jeżeli nikt tego nie rozumiał, ona musiała mieć te dźwięki, by zagłuszyć samą siebie. Tylko w lesie było okay, albo nad morzem, które samo w sobie było jednym wielkim filmem, serialem właściwie, pełnym zmiennych i bohaterów powracających zza grobu. A teraz… a teraz zwyczajnie tak leżała niczym płyta nagrobna, dość dokładnie rzeźbiona, wiecie, ze wszystkimi szczegółami i tak dalej. Oczywiście czarna, bo jakże inaczej.

Ale nieruchawa Wiedźma Wrona to coś niemożliwego.

Coś, co sprawia, że świat się zatrzymuje i sprawdza, czy czasem mu się kierunki nie pomieszały. I nagle zaczyna się zastanawiać, gdzie zmierza i co będzie jego przyszłością i czy serio te kolory, które rano nałożył na siebie to do siebie wzajemnie pasują… i czy przed innymi światami nie będzie wyglądał dziwnie. A wszystko przez kobietę w średnim wieku, która nagle się zatrzymała. I leży przyciskając coś do ziemi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Oblicze śmierci” – … więcej. Chcę jej więcej. Więcej autorki, więcej bohaterki, więcej takiego świata, przemyśleń, tajemniczości, a nawet brutalności.

Chcę!!!

Najlepiej już teraz!!!

Tym razem nasza bohaterka jako jedyna osoba wierzy ofierze/zabójczyni. Wierzy jej, że nie zabiła tych wszystkich ludzi w przeszłości wierzy, że nie zginęli z jej ręki te ci ostatni rodzina… wierzy, ale musi oczywiście odnaleźć prawdziwego mordercę. Potwora, który przez lata kształtował sobie oną młodą kobietę. Dziewczynę. Ale czy uda jej się to zrobić? Czy nie skończy jak inni, którzy byli dobrzy dla ofiary? Czy sama ofiara nie jest już na tyle ukształtowana, by zmienić się w bestię?

Wstrząsająca, poruszają opowieść. Z bohaterką wciąż walczącą ze swoimi demonami, z jej adoptowaną, wciąż niemówiącą córką i teraz kolejną dużą, zranioną, zniszczoną, przedwcześnie rozbitą… czy to niezbyt wiele?

W tej książce wszystko jest tak bardzo niepewne. Nie wiemy, kto tak naprawdę okaże się potworem. Nie wiemy, czy uda się naszej bohaterce przetrwać to wszytko, a co gorsza, czy nie starci osoby, która trzyma ją na tej ziemi wciąż żywą… adoptowanej córki. Nie wiemy niczego. Niczego nie możemy zakładać. Na pewno trzeba przeczytać pierwszy tom tej serii „Cień bestii”. Na pewno. A potem, cóż, modlić się, że wydadzą kolejne dwa tomy?

Chyba tak. Bo widzicie, to nie jest tylko suchy kryminał, nie jest też jakieś porąbane romansidło, jest coś większego, coś prawdziwszego. Bohaterowie zdają się być aż nad podziw namacalni. Bolą. Mocno.

Wiosna.

Weekend ma być ciepły i mocno wiosenny, a nawet letni, więc jeśli ktoś coś, to może nie trzeba będzie pakować sweterków? Ale wiecie, nigdy nie wiadomo. Serio. Tutaj pogoda zmienia się radośnie, gdzieś mają wielkich naukowców, przewidywaczy i meteorologów. I tyle. Jeśli chcecie, to na pewno jest miejsce i w domkach i na już otwartych campingach… aczkolwiek przyznam, że nie do końca pojmuję jak można przetrwać w wietrzności, która się nam przydarza, w takim, nawet wypasionym namiociku. No ale… może jednak można? Czy są jakieś elementy, które ocieplają bezpiecznie namioty?

Pewno tak…

No więc campingi są, hotel jest, sklepy niektóre otwarte, większość przymknięta lub zamknięta lub, co najbardziej porusza, wystawiona na sprzedaż. Oczywiście, że na ten sezon przygotowano masę nowości, ale głównie żywieniowych. Jeśli szukacie starych, znajomych miejsc, mogą was mocno zaskoczyć.

Jeśli chodzi o noce, to wciąż jeszcze są ciemne, ale już zaczynają, wiecie jako tak dziwnie już połyskują. Zmrok oczywiście zapada coraz później, jasno robi się coraz częściej, czasem nawet możecie złapać wschód słońca poruszający wszystko, ale… cóż, o tej porze, to lepiej jednak jeszcze dospać.

Serio!!!

Większość drzew owocowych już zrzuciła kwiaty. Smutne to trochę, że tak szybko, ale wczoraj mocno wiało, więc wcale się nie dziwnie. Jakby wiecie, żywioły chciały nadgonić. Jeszcze tylko jabłonie i już będzie zielono. Te postrzępione, niesamowite liście, niczym nieobrębione tkaniny, wciąż tutaj są i mnie rozczulają. Mocno rozczulają. Forsycje wciąż się trzymają, przekwitają żonkile i powoli wyłażą tulipany. Lekko zmieszane, ale chyba nie wstrząśnięte. Na pewno też poruszone onym nocnym chłodem, który spada do pięciu stopni. Chłodem dziennym… no wiecie, jednak pewno oczekiwały czego innego. Niezapominajki spoglądają na człowieka, jakby to była jego wina, że nie jest wystarczająco ciepło, chociaż błękit nieba zdaje się konkurować z ich niebieskością, więc może jednak to o to chodzi, a nie o mnie?

Ech wiecie… człek zawsze wszystko nazbyt przemyśla, a przecież tak naprawdę tak rzadko chodzi o niego samego. Tak rzadko.

Żeby nie było, nie, nie mamy majówki.

No nie mamy, taki kraj.

Zwykła robota i takie tam. Serio. Ale w końcu dlaczego mamy mieć? Tutaj bardziej świętuje się wszelakie święta kościelne. Chociaż kościoły ludzie tylko zwiedzają, nic więcej. A jednak… no nic, fotkę do paszportu trzeba zrobić. Funny fact: gdy robicie zdjęcie do duńskiego paszportu nie dostajecie zdjęcia na papierku, tylko wysyłają je od razu do odpowiednich władz i wszystko jakby odbywa się poza wami. Co zabawne, a raczej dziwne w małym może świecie, ale jednak świecie tak wielu artystów, mamy tylko jedno miejsce na całej Wyspie, gdzie takie zdjęcie można zrobić!

Serio.

No ale…

… kolejny dzień, znowu słońce, lekki wiaterek, zielona trawka, w niej stokrotki, niezapominajki, i oczywiście okrutny ryk kosiarki, krople stokrotkowej krwi spadające na skrócone korpusiki, kładące się zielone pokłosie… może i płaczą, może i łkają, może i głośno, ale nie przekrzyczą przecież kosiarki. Zresztą, nawet jeżeli, to przecież nikt ich nie zrozumie. Kto w dzisiejszych czasach zna płynnie stokrotkowy czy trawiowy język? No serio, kto jeszcze słucha jak rosną?

Przez cały czas czuję, że czereśnia zwana Strażniczką się na mnie gapi. Serio. No gapi się na mnie jak nawiedzona. Dumna w tych swoich płatkach białawych, w onej swej wiosennej, ślubnej kreacji. Ech, nie wiem o co jej chodzi, ale przecież jak ją uściskam, to może się jej nie spodziewać, a przez tę sąsiadową kosiarkę nie usłyszę co mówi. Ech, ciągle jakieś przeszkody w życiu. Okrutny świat. A taki spokój dookoła. Rzadko co jakieś auto przemykanie się za żywopłotem, smrodek z pola równo się rozkłada…

Wiosna pełną gębą!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podkast… została wyłączona

Pan Tealight i Alejka…

„Niby była to tylko ona, Alejka.

Napuchnięta kwitnącymi drzewami, świeżą trawą, dziwnie równo, choć z równym zakolem, wyrysowaną ścieżką. Piękna, krótka, ale mocna i pewna siebie. Zawsze coś mająca do Wiedźmy Wrony Pożartej. Zawsze chcąca, pragnąca jej uwagi. Zawsze krzycząca, gdy tylko widziała ją w pobliżu, ale szczególnie w tym okresie… bardziej nachalna.

To dlatego co roku ją stamtąd musieli wydostać.

Co roku zrywali z niej porosty, korzenie, odczepiali ostrożnie płatkami obsypane gałęzie. Niczym z chrzanionej królewny w wieku niemłodym. Albo wiecie, wymyślnej potrawy, która kryła się w głębi lekko pokręconego naczynia. Ale smacznej potrawy, żeby nie było. Wiecie, bardzo może nawet smacznej…

Ogólnie mówiąc mało kto wierzył w to, że ulice, alejki, czy jakiekolwiek, często nawet nienazwane, niechrzczone, całkiem przypadkowe, zakątki mogą posiadać tak potężne w sobie siły by przywołać do siebie człowieka i wiecie, no związać go i mieć niczym zwierzątko na zawsze tak. Ale w końcu komu potrzebna jest wiara, jeśli właśnie ugryzła go dzika czereśnia czy inna tam wiśnia w pełnym rozkwicie. Małpa jedna, tak milusio wygląda, a takie ma zębiska, gdy się nie patrzy, gdy chce się odzyskać zintoksykowaną Wiedźmę Wronę. No bo oczywiście, że znowu dała się złapać na te kolory, na one szepty, słowa specjalnie dla niej wczesane przez wiatr w drzew płatki i pojedyncze liście… wiecie, niereformowalna… No taka jest.

Tym razem trochę się spóźnili…

Może nawet więcej niż trochę?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Za oknem ciemność.

Coś zwyczajowego, gdy noc nadchodzi, ale nie przy takiej pełni. Chyba? Może jednak ten dziwny wiatr, który pojawił się nagle, całkiem niezapowiedziany, przykrył księżyc i już nikt nie będzie wariował? Ale co z drewnianymi krzyżami?

Co jeśli pofruną?

A tak, nie wiecie o jakie krzyże chodzi?

A może lepiej, nie kojarzycie żadnego wzgórka z krzyżykami, jak to mają w niektórych krajach ku pamięci, czy coś w ten deseń… ale teraz i my dołączyliśmy do tej gromady. Krajów z krzyżami. Nie tylko onymi na cmentarzach, tak nielicznych, nie tylko granitowymi, ale też zwykłymi, drewnianymi, ku pamięci… drzewa.

Lipy.

Ściętej nocą, ukradkiem… jak kurcze drzewa w Londynie. Po kryjomu. Całkiem oczywiście dbając podobno i mając na uwadze bezpieczeństwo uczestników wszelkiego ruchu drogowego… ekhm, jakoś ten ruch przy maksymalnie rozpieprzonych drogch wam nie przeszkadza, co? No mniejsza. Przegraliśmy. Ale to jeszcze pikuś. Nie tylko postawią koszmarek na rondzie, nie tylko wycięli zdrowe drzewo – jak setki innych na Wyspie ostatnio, ale przede wszystkim nie słuchali ludzi, obrazili ich, wyzywając od nieuków, nieczułych na piękno etc… Ale chyba przede wszystkim chodzi o tą ukradkowość. O to, że nikt nic nie widział, więc nic nie powie. Teraz zamiast pięknej lipy i trawki jest kopa ziemi. Kupa ziemi, w którą ludzie powtykali krzyże. Drewniane. Ręcznie zrobione. Krzywawe. Różnorodne jak oni sami. By pamiętać? Bo przecież nikt inny nas nie słucha, co nie? Wciąż jeszcze wierzycie w Bright Green Island.

W randap też wierzycie?

I jak wam idzie?

Tak, to było tylko drzewo.

A może jednak coś więcej? Może ktoś w końcu powinien na coś zwrócić uwagę? Ech, kogo ja oszukuję? Tutaj się nie słucha ludzi, ale gazety powiedzą wam inaczej. Tutaj stawia się drogi szmelc z naszej kasy i każe uznawać go za cuda wszelkiej myśli człowieczej i wytwór boskich, ludzkich rąk. A Winni, tia, to ta co rządzi, i tak ma to w dupie – tak, dziś jestem tak wkurwiona, że mam głęboko w zadku, że używam TAKICH słów – i tak w przyszłym roku nie kandyduje, bo wiecie, się obraziła. Bo nagle nie wszyscy śmieli na nią głosować. Nigdy nie zapomnę, że mimo drogiej kiecy i muskulatury z opalenizną, wciąż przy starszej o wiele Królowej wyglądała jak pomywaczka.

Tego nikt mi nie zabierze.

Wiecie, co w tym najgorsze?

Że ona cholerna sztuka jest sprowadzana z kontynentu, zamiast z Wyspy. Każdy z chęcią umieści artystów w broszurze turystycznej, ale nigdy nie będzie ich naprawdę promował, czy kupował sztukę. Nie. Jesteś stąd, więc musisz dawać za darmo. A takich geniuszy tu mamy. I oczywiście nie mówię o sobie!!! Ale gwóźdź programu nadchodzi… cała ona sztuka ma być umieszczona tam dopiero jesienią. JESIENIĄ!!! Po chuj wywalać drzewo kilka miesięcy przed?

Prawda jest taka, że nacjonalizm nie istnieje.

Tylko chowa się we mnie!!!

Ale te wszelkie wizje kraju względnej szczęśliwości raczej już dawno poszły się paść. I tyle… poranek wstaje taki, że nie do końca wiadomo, czy jest słonecznie, czy będzie słonecznie, czy może jednak ten smród zabije wszystko? A tak, znowu wali. I na pewno nie jest to gnojówka. Ten smród powoduje u mnie ostatnio dziwne wariacje skórno-zatokowe, więc mocno coś jest nie tak. Ale w końcu Monsanto wygrało i coś, co zwą ekologiczną perłą jest ponownie… kłamstwem.

Ale popatrzmy na kwitnące drzewa… oj, w nocy tak wiało, że już ich nie ma. Dobrze, że jabłonie jeszcze nie zaczęły kwitnąć, więc może się jednak załapię na jakieś sesje kwietne? Może? Kto to wie? Forsycje za to wciąż dają radę. Ptaszki świergolą, ale nie jak tak cuchnie. Jakby też uciekały od smrodu, jakby wiedziały, czuły, a może dostały email o tym, że dziś nie śpiewamy?

Kto to wie?

No ale. Mamy maj. Nie da się ukryć. A przynajmniej tak pokazuje kalendarz. Zresztą na pewno widziałam jak kwiecień się kończył. Jakoś sam ów koniec przeszedł jednak niezauważenie. Zresztą, czy to takie ważne, tak naprawdę? Jedni czekają na wakacje jak na zbawienie, inni znowu jak na wolność żarcia, puszczania się i wszelakiej samowolki, a jeszcze inni po prostu żyją. Bo wiedzą, że nie będą mieli wakacji. Tak po prostu. Wielu tak ma. A raczej nie ma. Z drugiej strony tutaj wakacje można mieć zaraz po wyjściu z pracy. Jest i plaża i las i rzeka… i wszystko w wielu odcieniach natury. W kwiecie swej różnorodności. Może to wystarcza? Jeszcze jak się trafi na nieśmierdliwe miejsce, to już po prostu raj.

A teraz wybaczcie, przywlekę pranie, bo się zacuchnie na amen z pacierzowym stosem. Tudzież wiele zdrowasiek…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Alejka… została wyłączona

Pan Tealight i Hotel Niecichy…

„Skrył się taki silny kamienny, gdzieś między powalonymi kolumnami, między drzewami, które już dawno przestały sobie liczyć słoje, trawą wzrastającą stokrotkami i fiołkami, poszarzonymi kamieniami znaczonymi runami, między grobami zapomnianymi, porzuconymi sztucznymi kwiatami z czasów, gdy te były jeszcze modne… Skrył się w murach starego kościoła, gdzieś między nawą, a wszelakim uporządkowaniem pociemniałych od czasu ławek.

Hotel tylko dla tych, którzy nie mieli innego wyjścia, których nagle zatrzymało coś, czemu nie mogli się sprzeciwić i nakazało im po prostu zostać tutaj na dłuższą chwilę. Dla onych spragnionych prawdziwej ciszy, spokoju, nawet onego wiecznego, dla tych zdolnych odeprzeć duchy przeszłości, ale i przywołać tych, którzy wciąż jeszcze żyją. I to wiecie, z wyżywieniem pełnym, nie jakieś BandB.

Hotel Niecichy, choć milczący i stroniący od wszelakich, nadmiernych dźwięków. Zresztą podobnie było z tymi, któzy go zamieszkiwali w sezonie i poza nim. Cisi byli. Niczym owi mnisi obiecujący, ślubujący wszelkie paszczy nieotwieranie. Mrożenie gardła i nadcinanie sobie strun. Niemówienie. Ale czy naprawdę one ciszenie się? Nie. Nie zawsze, bo przecież ludzie mieli w sobie zbyt wiele dźwięków. Mruganie, siąknięcie noem, przełykanie ślini, oddychanie, nasłuchiwanie, a już przede wsszystkim, to miarowe, znienawidzone bicie serca.

Ale przecież musieli gdzieś pomieszkiwać, od czasu do czasu. Nim w okresie cieplejszej aury jego mieszkańcy przenosili się z powrotem do lasów, nad stawy, rzeki, do skalnych jaskiń, pod nawisy, mosty… musieli…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Moja siostra czy ja?” – … dobra. Ta powieść jest tak mocno powalona, pokręcona, rozbierająca czytelnika na cząstki, a potem zostawiająca go, by sam się jakoś poukładał. Taka jest…

A wszystko oczywiście zaczyna się od rodziny. Od dwóch sióstr, które zawsze lubiły oszukiwać dorosłych, że nie są sobą, ale siostrą. No któż nie zna tej konfuzji, gdy widzi idealne bliźniaczki? Ale co, jeżeli pewnego dnia coś się zmienia i jedna z sióstr, ta cichsza, dziwnie zagubiona, nie chce oddać pożyczonego imienia? Co zrobi druga z sióstr? A co zrobi jej matka? Czyż matka nie powinna ich odróżnić?

Zawsze?

Powieść naprawdę miesza pod kopułą. Uświadamia nam, a może tylko przypomina, jaką wielką tajemnicą jest dla nas dzieciństwo. Jak naprawdę niewiele sobie uświadamiamy, jak niewiele pamiętamy, jak mało stało się częścią naszej przyszłości. Ale najważniejsze… czy one naprawdę się zamieniły? Czy któraś kłamie?

A może obydwie?

Może nie tylko one.

Naprawdę intrygująca powieść zdająca się być niemożliwą w pozaksiążkowym życiu, ale jednak… jak wiele nie widzimy w dzieciach my dorośli, ja często ich nie dostrzegamy i nie słuchamy? Jak bardzo uznajemy wyższość własnego wieku nad ich prawdomównością? Albo i wybitną umiejętnością do przeinaczania świata…

No dobra… wiosna.

Nawet ta cała majówka. W niedzielę znowu trzy autokary Turyścizny z Polski… nie wiem, raz byłam na takiej wycieczce i jak dla mnie to nic superanckiego. Serio. Jedziesz, ludzie wymęczenie falami, często po zbyt wielu głębszych, więc… niby zatrzymują się one pojazdy w kilku wybranych pieczołowicie miejscach, ale jednak… Co zobaczą tak naprawdę? Czego doświadczą, jeśli w ogóle? A może jednak niektórym to naprawdę wystarczy? No wiecie, zawsze mogą odbębnić, że byli.

Odznaczyć to na swojej podróżnej mapie.

Nie oszukujmy się, my nie mamy majówki.

Co prawda za tydzień znowu będzie trochę wolnego, ale czy to się liczy? Nie wiem… ważniejsze jednak to, że było słonko, a człowiek ruszył się na plażę. I to na tą piaszczyście mięciutką. Niesamowitą. Ale najpierw… najpierw sobie uwiadomił, że ma tyle do wyboru. Naprawdę. Że gdy przychodzi czas spaceru, to może na kilka rodzajów plaży, w kilka leśnych ostępów, na wybrzeże skaliste, w większe skały, mniejsze skały, w ruiny, nad rzekę, nad stawy ptaszków poszukać. Może wleźć w tyle miejsc. Może pomacać to i tamto, albo zwyczajnie gdzieś dojść i uwalić się na kocu i już jakoś tak się nie ruszać.

Ale na dziś wybrał Dueodde.

Najpierw droga na plażę.

Niesamowita.

Zahaczasz o święty kamień, bo ofiarę bogom złożyć należy, no i tak dalej, a potem zatrzymujesz się oczywiście przy czarownej, obrośniętej owocowymi, kwitnącymi biało drzewkami. Gdzieś w głębi majaczy domek, do którego chyba nikt jeszcze nie przyjechał, a może tylko nikt go nie wynajął, no wiecie, więc może mnie nie przegonią, bo mi tak bardzo zależy na tych zdjęciach, na onym szczególnym błękitnym świetle, które można złapać, gdy tylko człek się postara, gdy się odważy. Gdy nie zrejteruje. Gdy tylko pozwoli sobie na pewną nonszalancję i wiecie, będzie się trzymał w odpowiedniej odległości, bo jednak prywatność starej, murowanej chaty należy zachować. Przecież może sobie nie życzyć odwiedzin. Jeszcze nie. A może to jedna z tych, która pożera swoich odwiedzających? Kto to wie. Jedno jest pewne, wszelkiej maści Turyścizna już zjechała. Na razie występują miejscowo, ale jednak.

Są.

Ale ta biała kwietna aleja… łapię ją obiektywem już drugi raz o tej porze roku i nie mogę się nią nacieszyć. Niby krótka, niby przy drodze – zaskakująco dziś ruchliwej – ale jednak, ten zapach, te płatki opadające na ciebie gdy zginasz się, wspinasz na palce, pochylasz, gdy chcesz uchwycić jak najwięcej… Chcesz tutaj zostać. Wiesz, że to ten zapach i kolory, które otumaniają cię jak Tchórzliwego Lwa w „Czarodzieju z Krainy Oz”, ale chcesz się im poddać. Chcesz zostać w tym aromacie. Po prostu na zawsze.

Zasnąć.

Ale miała być plaża.

Przy plaży otwarte knajpki, sklepik i lody. Czyli większości już wystarcza. Po co leźć po onej drewnianej, zasypanej ścieżce. Po co się wysilać, a jednak warto. Naprawdę. Wiecie dlaczego? Dla tego mlaskającego odgłosu trzaskających w słońcu szyszek. Brzmią jak te wybuchowe czekolady. Wiecie, były kiedyś takie. Strzelały dopiero macane językiem… tak te iglaki brzmią. I teraz gdy idziemy na plażę i potem, gdy już będziemy wracali. Będą grały swoją własną melodię o nadchodzącym ochłodzeniu. Bo tak, po dzisiejszym miejscami nawet 20 stopniowym ciepleniu, jutro spadniemy do piątki!!!

Ale na razie gorąc na plaży, ludzie gdzieś majaczą, ale jakoś nie wybierają się na dalsze wycieczki. Niektórzy próbują nawet zamoczyć palec, czy coś więcej, ale raczej szybko uciekają. Za to samo morze pulsuje swoimi gradientami. W oddali jaśniejszy granat, potem szmaragdy, znowu niebieskości, szafiry nawet, lekka zieleń, aż w końcu bursztynowość. Jest w tym coś szalonego i ten szum, fale uderzające i przelewające się ponad stworzonymi przez siebie mikroklifami. Wszystko takie zaskakujące. Nieliczne wodorosty, reszta gdzieś przemieliła się w odmętach by stworzyć tą bursztynowość, ale są i te niechciane rzeczy… jakaś torba, plastikowy kubek.

Wycięte krzaki i drzewa, wydmy nietrzymane w ryzach.

Wsio się jakoś tak sypie.

Ale ta pustka i krok za krokiem, uspokajają. Człowiek się wyłącza. Coś w nim się znowu układa, jak w lesie, powietrze mąci mu coś w płuckach i wiecie, jest dobrze, co więcej, nawet bardzo dobrze. Pojedyncze maleńkości muszel, korcący mnie wielkie kawał driftwooda. Taki już wypieszczony, taki wyrzeźbiony. Chcę go, woła mnie, ale przecież nie zaciągnę go do domu, jest większy ode mnie!!! Dlatego ze smutkiem go żegnam, wpatruję się w rzeźbioną powierzchnię plaży, nęcą mnie fale na kałużach solnych… po prostu wszystko tutaj jest takie wybitnie artystyczne.

Takie inspirujące.

Ale spacer kończy się zbyt szybko. Niby wiesz, że możesz dalej, ale przecież jeszcze trzeba wrócić. No i czas szybko ucieka, więc… ścieżką przez wydmy, obok koła ratunkowego, no i znowu ten mlaszczący odgłos trzaskających szyszek. Taki smaczny, tak odurzający zapachem aromat rozgrzanej żywicy. Chciałoby się tym wysmarować, ale przecież wiesz jak to działa. Już próbowałaś. Lepi się momentalnie!!!

No i teraz przez las, między sommerhusami w większości wciąż pustymi. I niestety, między wyciętymi drzewami, gdzie pobudują się nowe domy. Znowu potykamy znajomego królika i wronę, z którą ów chyba się blisko kumpluje… Wiecie, takie nie do końca wildlife. I te ptaki, trelujące między gałęziami, brzozy już wypuszczające liście. Iglaki połyskujące od soków. Wszystko takie niesamowite. Niby tak powtarzalne, a jednak… No i te owocowe drzewa, puchate niczym kwoki na grzędach. Piękne, zachwycające, częściej zaskakujące. Piękne, nęcące aromatem. Znowu nie chcesz wracać do domu, ale przecież w domu też to masz.

A jednak mógłbyś tutaj zostać człowieku.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Hotel Niecichy… została wyłączona

Pan Tealight i Śpiące Królewny…

„Chrapały.

Ale o tym się nie mówiło.

Niektóre miały problemy z moczeniem nocnym, ale to też było tajemnicą poliszynela, Królewskiej Służby Zdrowia Niestabilnego oraz wszystkich tych, którzy sprzątali… ale poza tym, przede wszystkim, a często i w ogóle… spały. Wciąż spały. Wybrane pierworodne córki z najbogatszych rodów, nigdy niewspominane w annałach, księgach posiadłości, kościelnych, czy wszelakich innych. Zabierane zaraz po narodzeniu, kładzione właśnie tutaj na Polu Duszyczek Śniących… dorastające, ale niebudzące się. Dokarmiane, przykrywane mszanymi kołdrami, wygodnie rozpostarte, skulone, lekko się śliniące, ale jednak… jednak nadal tylko śniące.

Tylko co?

Kogo?

Badania, które na nich prowadzili wszyscy Przedwieczni… których nie było wielu, bo wiecie, niektórzy zapominali kim byli, inni znowu mieli to już gdzieś, bo ile można, a jeszcze inni postanowili prowadzić nudne, ludzkie życie i nie martwić się o rzeczy, które żywych krótkotrwale przerażały. Pan Tealight jednak był osobnikiem obowiązkowym, więc… opisywał je raz w roku.

Częściej serio nie miało znaczenia!

One skulone postacie, na tych różnorodnych łóżeczkach, przy niektórych jeszcze odwiedzające je osoby, przy innych pozostawione kwiaty i zabawki w zbyt pstrokatych kolorach. Tu i tam jakaś muzyka, pienia, zawodzenia delfinów, morza szum, ptaków śpiew, piasek przesypujący się w klepsydrach… no wiecie, prawie jak na cmentarzach. Ale tylko PRAWIE. Bo przecież one miały żyć zawsze. Ich dojrzewanie zatrzymywało się w tym okresie, gdy człek wciąż był młody i śliczny, ale wystarczająco mądry by zdawać sobie sprawę ze swojej głupoty, więc…

Czasem Pan Tealight zabierał ze sobą Wiedźmę Wronę Pożartą i ona zadawała mu najdziwniejsze pytania. Jak na przykład: Czy ci przychodzący im zazdroszczą? Czy może je czczą? Czy są ich snami? A on jak zwykle jej nie odpowiadał świadomym tego, że ma na to zbyt niewiele czasu.

A raczej ona go nie ma…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książka. Ze smokiem!

I to z dedykacją!!!

Niby nic, co nie?

Niby człek, który od zawsze z książkami, co to od małego dedykacje dostawał nawet na te książki na przyszłość, to powinien być przywyknięty, ale… ale nie. To zawsze coś w człowieku porusza, serce łomoce, niuch świeżych stron…

Mniam!!!

W sprawie turbociej…

Rybciowo. I pewno wcale nie chodzi o to, że to rzadka ryba… Wiecie. Przez to, że ta cała sprawa wybuchła, człek się nauczył, że nie każda flądra to flądra, choć każda płaska to flądrowata, znaczy jakoś tak. Sorry, ale wiedza głównie z wikipedii, więc wiecie jak to jest. Nie można być pewnym niczego. Ale… jak większość krajów nadbałtyckich i my mamy problem foczy. Pogłowie zwiększyło się strasznie, a jeść ich nikt nie chce. Foki ryb nie jedzą, tylko je niszczą, nadgryzają, wyrzucają, a nie oszukujmy się, człowiek już dawno zakłócił cały ruch łańcucha pokarmowego, więc… złapano jedną czy dwie. Jakoś z jedzeniem chyba było gorzej. Czy świat nas przeklnie, pewnie tak, czy świat zechce poznać realia, ha ha ha, nigdy w życiu i tyle!!! Zawsze tak jest. Do wieszania wszyscy, ale do myślenia pojedyncze, zlęknięte jednostki. Nie oszukujmy się.

No i dlatego pomysł z turbotem.

By zaludnić one wody dookoławyspowe i wiecie, potem mieć coś na sprzedaż, bo rybołówstwo u nas to jakaś forma mirażu, coś na kształt pradawnej sztuki, muzealnictwo i takie tam. Sztuka prawie zapomniana poza onymi pojedynczymi osobnikami moczącymi kije. I oczywiście wielkimi łowami w czasie zlotu białych łodzi…

Na czym ma to polegać?

A cóż, tutaj mały haczyk. Ekhm, zamierzony zarzut. Otóż łowcy wszelacy mają łapać i wypuszczać one zdolne do rozrodu sztuki. Nie wiem czy przy tym nucą im jakowąś płodną kołysankę, czy dają coś pobudzającego rybie feromony, czy pierun wie co, ale podobno to ma pomóc. Nie wiem, jestem sceptyczna. Poza tym… ech, ryby z Bałtyku są uznawane za te najbardziej trujące. Czy iperyt czy nie, czy się wsio już tam na dole rozszczelniło, czy nie; czy Rosjanie kładą swoje rurki, czy nie. Prawda jest taka, że nikt niczego nie wie. Za to zbyt wielu się oszukuje. Jak przy każdej nowości, wielkie poruszenie…

Myślicie, że wyjdzie ta cała turbocia palooza?

Może?

Wolne.

Czyli święta najgorszej buły!!! Ogólnie mówiąc zwyczajowy dzień wolny, gdy warto po raz pierwszy skrócić trawnik o stokrotkowe łebki, coś posprzątać, zjeść pójść na spacer. Czy ktoś pamięta o modlitwie? O tym, że wolno był jeść to i to, oraz że wyjść należało tylko do kościoła? Pewno niewiele, w końcu religia tutaj to sprawa płatna, więc można skorzystać z opcji na płacenie wyłącznie na miejsce na cmentarzu. Wiecie, takie oficjalne… a cała reszta. Kurcze, nawet nie wiem czy w Gudhjem były jakieś obchody kościelne, ale flagi zawisły ładnie. Jak co roku. Dla buły z kardamonem.

Bo co do modlitw, to wiecie…

Wydawało się, że ludzi w mieście będzie sporo, al nie, jakieś dziwne pustki. No dobra, może i jest dość chłodno i wieje dziwnie, wiar wciąż zmienia kierunek, ale jednak… przecież to wolne!!! A tutaj pierwsza i tylko kilka osób. Sklepy w sporej większość otwarte, ale też i wszelkiej maści murarze, czyściciele i tym podobni pracują przy nich szybko, sprawnie i kompletnie zatykając drogi. Hmmm… może jednak ono wolne jeszcze bardziej straciło na znaczeniu? Nie wiem.

Tradycja?

Nie, w sprawie tradycji, to już w ogóle dawno nic.

Za to błękit nieba sprawił, że człek po deszczowym dniu wypełzł w oną wietrzność i wybrał się w las. By nie nabrać zbyt wiele robactwa oczywiście wybrał Almindingen, więc… dróżki utarte i utwardzone. No dobra, w większości, bo potem nagle jakoś tak zbłądził na skały omszone, wilgotne, i zrozumiał, że wiele, zbyt wiele ścieżek rozmyło i trudno się poruszać. Sporą część odwala się na czworaka. Ale i tak wart, by obejrzeć one drzemiące trolle. Głowy złożone na zeszłorocznych liściach, wciąż mile wygrywających swoją szeleszczącą melodię, gdy się nimi rusza. Ale uważajcie, melodie bywają zwodnicze, a pod liśćmi kryją się głębokie, błotniste dziury. Bo choć długo nie padało – o dobra, wczoraj trochę – to jednak zalane pola wciąż obecne, a na wzgórzach nad Echową Doliną wciąż utrzymują się one czarowne, błękitne oczka pełne czystej nad podziw wody.

Ale widok z góry… niesamowity. Królewski kamień wolny i można usiąść z trudem powstrzymując się od zgilotynowania narowerowej Turyścizny, która nie powinna tutaj być. W końcu to tylko dla chodzących, ale wiecie, oni wiedzą lepiej.

Z miasta są.

Ze stolycy…

I już nerwy znowu masz nadszarpnięte i nie chce ich ukoić nawet świerkowy zapach. A pachnie tak cudownie, żywicznie, świeżo. Pięknie. Może jednak zostać w lesie. Nie ruszać się nigdzie. Może zwyczajnie zasnąć przy tych głazach, zanucić im coś, skamienieć. Nie ruszać się już nigdy? Odmówić bycia człowiekiem?

Może?

Czy wrócić?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Śpiące Królewny… została wyłączona

Pan Tealight i Dziecię Bezmatkowe…

„Podeszło do nich, gdy zastanawiali się gdzie wysiać ono niewielkie pudło kwietnych nasion, które okazało się, zaskakując wszystkich, zapasem na całe pole. Gdy przemyśliwali zerwanie trawnika, zamienienie siebie w łączkę i tak dalej, nawet robale chcieli zaakceptować. I wtedy ono się pojawiło. Niewielkie, chodzące, ale wciąż jeszcze opieluszone…

Może i by go nie zauważyli, tak byli zajęci. Bo wiecie, Wiosna tego roku była mocno opóźniona i troski specjalnej, choć wyglądała całkiem normalnie, ale i dziwnie niepozornie, więc… początkowo nie zajarzyli, że coś może być nie tak. Myśleli, że będzie nudno, ale nie podejrzewali, że Zima się zaciągnie i pociągnie aż do kwietnia. A co se dzioucha będzie darować. W końcu przez tyle lat jej ograniczano wszelkie działania, więc w końcu się zbuntowała. Może i nie nazbyt wybitnie, nie tak jak pamiętnego, ale jednak… ale jednak to zrobiła. I wiecie, jakoś tak Wiosna stała się jeszcze mniejszą, jeszcze bardziej szarawą, jakąś taką bez barw, wszelakich aromatów… dlatego chcieli te kwiatki, ale wiecie, nie myśleli, że to będzie zapas na całe pole. Niby mogli sąsiadowi z onego naprzeciwka zaszaleć na zaorance, ale jednak jakoś tak było to nie fair. Niby, że nie mieli skrupułów, ale Wiedźma Wrona Pożarta składała się z nich i wyrzutów sumienia, więc nie mogli jej tego zrobić. No przecież i tak od razu by się dowiedziała. A była w silnej rozsypce, więc lepiej nie…

No i tak stali i myśleli.

Z jednej strony chcieli onej łąki, chcieli starodawnego spojrzenia na nieużytek barwny i bzyczący, ale też te kleszcze krwiopijne, te wszelakie pajęczaki, no wiecie, jakoś tak nie… więc… i wtedy ono przyszło. Gdy oni tak rozmyślali rozrywani oną zielenią równą, oną perfekcyjną dywanowością, minimalizmem, a wszelką rozpustą kolorów, kształtów i oczywiście zapachów. No i bzyczenia, nie zapominajmy o tym…

Oni myśleli, i nawet nie zauważyli Dziecięcia Bezmatkowego. Malucha… który pragną tylko matki. Rodziny może. Zmiany pieluszki, nakarmienia, przytulenia, nauczenia mówić, czytać, pisać… tułającego się niczym ów legendarny Żyd Tułacz, który może i był jego ojcem, a może…

Czas mijał, a ono szukało.

Szukało i dorastało.

Ale nigdy do końca. Bo przecież nie da się ot tak, między drzewami, choć tak naprawdę się bardzo starały, między połamanymi płotami, chatkami, kolejnymi selfie robionymi przez innych, zdjęciami jego samego czasem trafiającymi do prasy, a z czasem coraz mniejszym zainteresowaniem, bo przecież było już duże. Za stare, by się nim zajmować. Za stare, by być interesującym…

… za stare by opłacało się mu pomóc…

Za nudne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ścieżka rowerowa w budowie.

Wszystko potrwa rok, więc… uwaga na światła ponad Gudhjem. Wiecie, aż słychać te „fucki”! Wybrzmiewają między skałami, zawilcowymi polami, listkami niewinnymi w swej dziwnej lakierowości, corocznie radosnych…

No ale, poszerzają.

Czy będzie źle?

Oj pewno, że będzie, ale przeca ja tam nic nie mam do gadania. Niech mi tylko znowu drzew nie wycinają, to jakoś pozostaniemy w pokrętnej koegzystencji. Serio. Nie rozumiem wydawania onych milionów, gdy afer za aferą się sypie, złodziejstwo urasta do rozmiarów jakiejś pieruńskiej epidemii – wiecie na taką ilość ludzi to to nagle gigantyczny procent jest – a starsi traktowani są gorzej niż w Polsce. Nic ino po czterdziestce kopać w kalendarz. A przynajmniej tak się człowiekowi wydaje. Nie wiem. Zawsze możecie to zwalić na moją depresję. A co do niej, to też chyba trza będzie znaleźć jakiegoś lekarza przez internety. Bo dobrze się ma…

I to z Polski. Chociaż te polskie sumienia i nienawiść do bab, nie no, przegranam na wszystkich frontach, jak nic. Ni ze mnie dziewica, ni z Orlenu, znaczy orleanu… z Orlenem pewno by jeszcze jakoś zabiło, chociaż, teraz to tyle rzeczy się zmieniło na Wyspie, między innymi polikwidowali właśnie stacje paliw. Widać nikt pićku nie potrzebuje, czy coś? A miejsce na spotkania folków zawsze są potrzebne. Czy takie tam. Wiecie, jestem dziwna, nie grupuję się to nie wiem. Chyba? No ale, ścieżka będzie, co prawda za rok, ale tutaj ostatnio wsio się ciągnie jak płodny żel z… ekhm, no co, że dupę można użyć w przenośniach a innych ludzkich otworów nie?

Bo babskie są?

Czy to jak z sutkami?

Trzeba w końcu stanąć, tak sama przed sobą, uczciwie i bez filtrów, makijaży i takich tam, no i w końcu pozbyć się wszelakich złudzeń co do mnie istniejącej w tym świecie w miarę świadomie. Nic z tego. Dobrze, że ci ludzie to wiecie, obecni są ino w sezonie. Chociaż teraz ten całoroczny prom, no nie wiem, czy nas one spodziewane tłumy nie podtopią. Serio. Na razie Niemcy nas okupują, Rosjanie nadal kopią w dupę i ceny wzrastają. A tak, bo wiecie, gdyby ktoś się zastanawiał, że drogo… drogo jest cały rok! I nie, płac nie ma tutaj z sufitu. Już od dawna nikt nikogo milusio, zapewniając bezpieczeństwo, nie dopieszcza. Wszelkie dopłaty, one podpłaty i inne tam są wycofane coby tym co mają dać więcej. A tym biedny jak zwykle podwyższyć podatki. Się nie martwcie. Jeśli jeszcze mieliście jakieś złudzenia to błagam, zrzućcie je z siebie, bo nie mogę już o tym słuchać jak to tutaj hygge i super. Do hygge wystarczy wam rąbany tealight, a cała reszta to ulotna mrzonka i miraż. Wiecie, taki unoszący się nad piaskami Dueodde. Jeszcze pustawymi, ale już niedługo. Mam tylko nadzieję, że tych domków nie podtopiło za bardzo. Onych bidulków letniskowych, za ludziami stęsknionych…

Chociaż, dlaczego mam się tym interesować?

Żeby tłumaczyć kolejnym osobom dlaczego tak drogo?

Dlaczego wylewa? Dlaczego pogoda jest taka a nie inna? Przecież wszyscy macie internet! Powinniście wiedzieć, że pogoda jest nieprzewidywalna, kraje mają różnego rodzaju uposażenia, prawa i wszelakie normy społeczne, oraz że tutaj buty się zdejmuje zaraz po wejściu w obce progi. A czasem i nawet przed, ale to wiecie, tylko gdy chodzi o drewniaki. Wciąż to tak wielu intryguje. I nie, nie mam tańszego sposobu na nocowanie schowanego dla wybranych! Sugeruję namioty. Świetna sprawa!!! Sami tak robiliśmy i to niesamowita wolność wyborów wszelakich.

Szarość…

Havgus przestał w końcu tylko sobie tak wisieć na horyzontem. Teraz wdarł się do lasu i na pole, omiata Chatkę, otacza, przytula. Zdaje się przytulać, koić bóle i smutki. Lekko obmywać wilgocią świeżutko rozkwitnięte forsycje. Zdychające hiacynty i krokusy. Kwitnące dywany leśnych roślin, które pachną… tak bardzo pachną. Dziwnie. Jakoś tak wdzierają się w głąb człowieka i po prostu pachną w nim, jakby chciały przypomnieć, że natura zawsze górą.

Siąpi.

Drobniutki deszcz przemienia się na chwilę w małą ulewę i nagle sobie uświadamiam, że tak naprawdę to od dawna nie lało. Wiecie, tak prawdziwie, obficie i długo. Zwykle tylko mamy mżawki, małe deszczyki, wszelaką wilgotność z mgieł i takie tam. Pada po raz pierwszy od bardzo dawna. Czy wystarczy? Nie wiem. Możliwe, że nie. Wszystko zdaje się być dość wyschnięte i dziwnie smutne, przygnębione i wciąż nie do końca zdecydowane. Chociaż niektóre drzewa już kwitną. One małe, białe, mocno pachnące kwiatki, tudzież te, które śmierdują, wylazły pierwsze. Jabłonka z gruszą się buntują. Jeśli chodzi o łagodną różowość płatków, to raczej jest w odwodzie. Drzewko u sąsiada dopiero się budzi. Na pewno pyli brzoza, zatoki mi grają, a maciupkie, jasnozielone listki pragną się narodzić… ale tak wiecie, w bólach chyba, bo powoli strasznie i jakoś tak ostrożnie. I tylko lubczykowi wsio rawno!

Rośnie.

Morze powoli zdaje pogłębiać swoją przybrzeżność, jak co roku. Plaża kamienista może zmieni się w piaszczystą, a może jednak nie. Wszystko jest taką niepewnością. Lekko podsuszone zezwłoki rybne pojawiają się na piasku, niczym małe, ale bardzo spektakularne rzeźby. Wyglądają jak niewielkie wachlarze. Takie, dla małych dłoni. I niby człowiek wie, że to już koniec kwietnia właściwie, ale jakoś tak tego nie czuje. Znaczy, bez urazy, ja nie narzekam, lubię chłodek i szarość. Fajnie w niej kolory połyskują.

A!

Pamiętacie gościa od łodzi podwodnej?

No więc go skazali. Nawet dość szybko. Czy to był wypadek czy nie i co to właściwie było, cóż… pewno nigdy się nie dowiemy, ale pamiętam gołych naukowców biegających po Wrocławiu, więc wariat i geniusz to często synonimy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziecię Bezmatkowe… została wyłączona

Pan Tealight i Grzebień Nieczesany…

„Spoglądał na nią jeszcze długo po tym, jak przestał słyszeć ten dziwny, tętniący drzewnie pogłos jej czarnych, wiązanych bucików. Jeszcze wciąż przetrawiał jej słowa, gdy jego zęby po kolei unosiły się z dokładnego środka nie mniej dokładnej, perfekcyjnej ścieżki, wiecie takiej z oną zaczeską zielonkawą pośrodku, dokładnie odmierzonymi, piaszczystymi boczkami, lekkim nachyleniem, doskonałą rytmiką, niemylącym się biegiem, taktem i wszelakim bitem. Takiej biegnącej i między domkami i między drzewami, ale nie będącą ni leśną ni do końca mieścinową. Wiecie, taka idealna idealność nie do końca opowiedzianej historii…

I pojawiła się ona.

I nagle przestało mu się tam podobać. A przecież tak zabiegał o oną miejscówkę. Od zawsze wiedział gdzie che być i kim. Nie oraczem głów wszelakich, ale właśnie tym niby zagubionym, niby leżącym tutaj przez całkowity przypadek… bo przecież ludzie nie wiedzieli, że grzebieniom niejedno jest imię. Że ono tykanie czubka człowieka nie jest jedyną możliwością

Nie jest jedynym przeznaczeniem.

Ale nagle cała ta idealność przestała spełniać warunki dobrej dla niego egzystencji. Nagle… widzicie, wystarczyła ona, te jej buty, umorusane, opiaszczone, ten zapach, te słowa, ale też i chyba ona wszelaka wiosenność i takie tam wiecie, pobłażliwe ruchliwość żywizny i to dziwne swędzenie między szarymi zębami… i już zwątpił w to, co sobie obiecał. I już był gotowy. Ale nie mógł tak od razu. No przecież miał swoją dumę. Może i był tylko szarym, zwykłym, męskim zwyczajowo grzebieniem, ale jednak miał swoją dumę, pogląd na świat i mądrość, której nie wczesał w innych. Wszystko to zostawił tylko dla siebie. Dla swojej niemacalnością…

Wszystko…

A teraz miał się ruszyć?

Pobiec za nią?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Niebezpieczna dziewczyna” – … dobra. Ta książka jest tak popierniczona, że nie mam słów. Wciąga, mami, powala, przestawia wam pod kopułą, a potem… porzuca.

Z jednej strony temat chorób psychicznych w thrillerach to żadna nowość, tylko że… widzicie, tutaj jakby wszyscy są chorzy. I główna bohaterka i ci, których spotyka. Wszystko się zaognia, wszystko się zaostrza i nie wiecie kto tak naprawdę jest przy zdrowych zmysłach, bo nawet sam czytelnik wątpi w swoje własne.

Może nie najlepsza powieść, ale ciekawa. Intrygująca, ale i miejscami męcząca strasznie. Tak naprawdę, niczego nie możecie być pewnymi. Naprawdę niczego. Porównywanie do „Dziewczyny z pociągu” jest jak najbardziej dla tej książki krzywdzące. Bo to całkiem coś innego. Dramatycznie odmiennego. Zamotanego tak, że nawet po odnalezieniu początku nici uświadamiacie sobie, że to jest koniec, jeden z końców.

Książka jak najbardziej poruszająca wiele problemów. Niezaleczone rany, wątłe umysły, dojrzewanie, które zostało zniszczone, brak rodziny, stabilizacji… współczesny świat zbyt nakazujący zapatrzenie się tylko w siebie, ale też… nadmierną miłość, jej odwieczne pragnienie, baśniowość, która się nie przydarza. Zbrodnię, która obywa się bez kary. Ale czy na pewno? A może tylko nie wiemy, że wszystko już się skończyło. Że pogoń za złem nie jest potrzebna, bo zło dawno już zostało ukarane? A może tak naprawdę nigdy nim nie było?

Może wszystko, to tylko pomyłka?

Czytajcie, ale nie zakładajcie zbyt wiele. A może zakładajcie i dajcie się omamić tej historii? Nie wiem, po prostu odbierajcie ją tak, jak was czas ukształtował. To chyba jest najlepsza droga jaką można obrać czytając.

Słonko, spacery…

Ludzie.

Nie oszukujmy się, tutaj człowiek z radosną łatwością, jeśli tego pragnie… staje się odludnikiem – odmianą odludka, co jest z tym okay. Wiecie, czymś takim na poły samotnym, na poły wyludnionym gdzieś tam od środka, nagle aktywnym, zdolnym być położonym do wyra przez najprostszą bakterię przyniesioną przez zabłąkaną Turyściznę… Jakoś drzewa i skały i morze wystarczają. I sztuka, praca wszelaka, choć niektórym pewno i telewizja, nie wiem, ja z tych samotniczych bytów, co to chowają się na widok wyfiokowanych osobników.

Już tu są…

Szok, jaki człek przeżywa jest GIGANTYCZNY.

Nagle ludzie tutaj, ludzie tam. Wciąż kogoś słychać, wszelaka cisza, który łamie tylko morza szum, ptaków śpiew, wiatrów powiew, nagle zajmują osobnicy płci wszelakich. Nie wiem kiedy człek się na tym łapie, że nie toleruje ludzi. Że nagle nadmiar ich, a raczej w ogóle ichnia obecność jest bolesna i niszczy wszelaką komfortowość wytworzoną przez ten czas. Nagle ci ludzie zabierają twój własny comfort zone, który tutaj dziwnie się poszerza. Te półtora metra średnicy już nie wystarcza.

Teraz potrzebujesz braku ludzi na horyzoncie.

W dziwaczny sposób tylko tak czujesz się bezpiecznym. Ale wciąż nie do końca potrafisz to zrozumieć. Opisać. Umieścić pomiędzy definicją człowieka jako osobnika stadnego, a Tubylca, który jednak woli być sam. Ale z drugiej strony, ci najstarsi wciąż zbierają się na bule i by śpiewać statkom i śpiewać sobie na wzajem, tudzież wiecie, po prostu zjeść coś i wypić… więc dlaczego ja czuję inaczej. N dobra, nie tylko ja, nie oszukujmy się. Czy wyspy przywołują samotników? A może jednak tylko ta? Nie… ci, którzy wyrwali się z Wysp Owczych, o wiele bardziej samotniczych, znowu na nie wracają, jakby ta samotność nie była oną wystarczającą… o czym to świadczy?

A może chodzi o to, że ludzie, którzy potrafią się zabawić sami ze sobą, umieją zawsze znaleźć zajęcie, nigdy się nie nudzą, jakoś nie potrafią, nie umieją żyć w społeczności? Może i o to chodzi? Przecież właśnie tacy: pisarze, artyści, wszelkiego rodzaju słupnicy, myśliciele gromadzili się w takich miejscach. Może właśnie po to, by bacznie słuchać samych siebie? Może? Jak myślicie? Czy istnieje odmiana ludzi, którzy muszą być w miarę samotni? A może i takich, którzy tolerują wyłącznie samotność?

Na wybrzeżu i w lesie.

Kwieci się.

I jest pięknie.

Pierwsze kokorycze lekko przełamują biel zawilców. Żółcienie złocieni po prostu mnie rozwala. Ale ta biel, ta biel pośród onej niezieleni jest zaskakująca, głęboka, soczysta, niewinna a jednocześnie i wybaczająca. Chrzcielna taka… Nie mogę się jej nafotografować. Po prostu nie mogę. Wiem, że będzie trwała krótko, bo w tym roku połowę wiosny skradła zima, za co jestem zimie wdzięczna bo piękna była, więc trzeba się spieszyć. I uważać na kleszcze. I o bardzo!!! Spragnione są jak nie wiem co.

Rąbane wampiry.

Ale dla tych zawilcowych pól po prostu muszę. Dla tej bieli, którą tworzy wiatr, bo wieje znowu i zatoki mi puchną, gardło boli, dla tej bieli warto. Warto zwyczajnie się poświęcić, gacie długie założyć i cykać. Po prostu dać z siebie wszystko. I złapać coś, z czego się będzie dumnym. Przynajmniej przez chwilę. Przynajmniej… bo widzicie, człowiek wciąż musi sobie stawiać jakieś dziwaczne cele.

By być lepszym.

Taka choroba chyba, czy coś?

A w sprawie polityki…

Ta cała sprawa z Rosją przybiera naprawdę chujowo obleśne kształty. Uwierzcie mi, zaczyna to być tak porąbane, że aż… no dobra, zawsze staram się dotrzeć do prawdy takiej czy innej, znaleźć oną prawdę ukrytą w każdej sprzecznej opowieści i wszelakiej plotce, ale to? Otóż Rosjanie przybyli, zwywiadwali ludzi i u siebie pozmieniali wypowiedzi. Nagle się okazuje, że mamy maszt, którym Ruskich podsłuchujemy i ogólnie mówiąc, wszelako nasz ta Rosja tak zajmuje. Problem? Hmmm… maszt to od dawna nie działa, a to, co podobno nadaje i szpieguje, to antena. Czy jest w tym coś, co nasza bezpieka wsadziła? A pierun wie, ludzie na pewno niczego o tym nie wiedzą. Ale nagle urośliśmy to gromady szpiegów przerażonych mocą carskiej Rassiji… ekhm, sorry, stara jestem, wiecie, carowie u mnie wciąż na topie. LOL

A tak naprawdę, to wszystko to wcale nie jest śmieszne, podobnie jak sarkofag królowej, który, jak dla mnie jest mega, ale jak przedwcześnie stworzony grób mojej Babci, który czekał na nią jeszcze kilka lat, niesie ze sobą smutek. Jeżeli jeszcze nie wiecie jak ono cudo wygląda, to przypomnijcie sobie kryształową trumnę Śnieżki i skrzyżujcie ją ze szklanym pociskiem wystrzelonym przez UFO.

Plus trochę złoceń.

Jak dla mnie sarkofag na pewno niesie w sobie i baśniowość i nowoczesność, ale przede wszystkim czadowo wpasowuje się w szalone Roskilde. Dla mojej udręczonej księżniczkowości, która gdzieś tam się pałęta w rejonach kości ogonowej, jednak chyba to przede wszystkim ona baśniowość. I oczywiście, że będzie tam spała wraz ze swoim księciem, bo wiecie… bo może. Nie wiem, czy w końcu trochę go wysypali na morzu czy nie, ale będzie jak chce Królowa.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Grzebień Nieczesany… została wyłączona

Pan Tealight i Ruszałka…

„Niby to miała być rusałka, a tak przynajmniej pisało w oficjalnych papierach, z którymi dostarczona była wymyślna klatka. A tak, klatka. Serio. Tak ją przywieźli. Razem z dmuchanym basenikiem, sztucznymi roślinkami, szafą pełną wilgotnych ciuchów, składowiskiem muszelek i wodorostów oraz kolekcją ulubionych, oślizgłych kamyczków. Tak przybyła dość po południu, w dziwnie gorący dzień, pierwszy taki…

Byli zaskoczeni.

Po pierwsze nikt ich nie uprzedził, że to dzisiaj, myśleli że mają więcej czasu, że zdążą się przygotować, poczytać o rusałkach z obcych krain, sprowadzić jakąś delegację onych miejscowych, wiecie dotrzeć i jedne i drugie, ale nie przymuszać. Że wybudują jakiś może zbiorniczek, albo przebłagają rzeczkę, by stworzyła zgrabne zarośnięte zakole… może? No wiecie, będą mieli jej co dać. Jakieś wodorostorzeczne ciasteczka, a może torcik? No i na pewno zrobić jakieś plakaciki, jakieś baloniki, fetę oną.

Ale nie wiedzieli, że to dzisiaj.

Nie byli gotowi.

A już na pewno nie byli gotowi na tą klatkę, na dziwne zabezpieczenia, na smutek, który wraz z nią przybył, oraz na ogromną OBSTAWĘ!!! A tak, wielcy kolesie w czarnych wdziankach z kałachami, one okularki połyskujące u niektórych, one dziwne, nerwowe ruchy, wielkie rękawiczki, maski na twarzach… I wszystko dla jednej rusałki? Nie no, tutaj coś serio i mocno było nie tak.

Tylko co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciepło.

Gorąco.

Dziwna suchość wdziera się w człowieka i męczy go. Jakoś tak nie daje sie oddychać mimo powiewów wszelakich, ale jednak… wiecie, to powinna być ona ciepłość wiosenna, powinna być jakaś wilgotność, wzbieranie soków i te takie tam. Wielkie odrodzenia, wybudzenia i inne takie, o których poeci od wieków pisywali. Problem w tym, że tego nie czuć, ale i tak człek lezie w oną naturę popłakać nad ściętymi drzewami. No wkurwia mnie to strasznie, jak już się wyryczę. Mordowałabym idiotów, ale podobno nie wolno. No bo wiecie, to ludzie chorzy na umyśle, więc od razu podpada i pod rasizm zdrowotny i wszelaką nierówność…

Ale serio?

Czyż to nie jak z palaczami, którzy dmuchają ci w nos, gdy się kurna napawasz świeżym aromatem lasowych strzępków? No bo przecież potrzebujemy tlenu. Potrzebujemy drzew. Nie, nie potrzebujemy mechanicznych kurna pszczół, ale odrodzenia pasiek. Nie, sztuczne drzewka nie są ekologiczne!!! Tak, sianie ziół i sadzenie wczesnych kwiatów jest okay… tak, pszczół jest coraz mniej, podobnie motyli, ale… w końcu spotkałam pierwszego w tym roku i zaskakująco był to paź królowej. Cóż to znaczy? Czyżby w końcu świat finansjery się miał nade mną zlitować i zacznę zarabiać jak coś bardziej, niż człowiek? A może nic to nie znaczy… Nie, wolę żeby znaczyło i tego się trzymajmy. Ludzie mogą wierzyć w makaron i jakiegoś wieloryba na Księżycu, więc czemu nie w motylka?

Od kilku dni jest ciepło.

Większość Duńczyków radośnie oznaczyła te dni w kalendarzu jako DUŃSKIE LATO i już. Bo wiecie, tutaj w memach jak z tymi z Irlandii, że niby zawsze pada i tak dalej. Marudzą. Żadna tam prawda. Po pierwsze: jakoś wszystkim umyka, że Dania, to kraj nader zróżnicowany i ma masę nasłonecznionych wysp oraz cudownych wybrzeży, a zamykanie państwowości i mierzenie pogody jedynie w obrębie miast to głupota. I kłamstwo zwyczajnie. Słońce mamy i to nazbyt często jak na moje potrzeby.

Oczy bolą.

Telefony nie działają.

Ale są kwiaty!!!

W końcu w lesie rozwinęły się dywaniki białych zawilców. Żółte są dość rzadkie, ale też występują, więc bez boja. Są nawet różowe, ale te już są dziwnie miejscowe. Może to jak z hortensjami? Wiecie, w zależności od zakwaszenia gleby? Nie wiem, ale do tego te strumienie odbijające przeczysty błękit nieba, one zielenie, pączki, zaczątki listków na onych najwcześniejszych drzewkach, kwiaty, które tylko czekają by wyrwać się z uścisku pączków na gałęziach drzew owocowych… takie to wszystko… późne. Ale jest. Może teraz wszystko przyśpieszy jak przydrogowe żonkile? Wiecie, one kępki żółtych słoneczek kołyszące się w rytm wiatrów i pędu aut…

Dzikie takie.

Zaskakujące.

Las niestety nie zamyka nas przed smrodliwością polnej ekologii, czy raczej tego, co zwą ekologią, bo ta gnojówka nie śmierdzi jak ta, którą niegdyś człek poznał. Niestety… nie da się uciec od smrodku. Trzeba go przetrzymać i tyle. I wiecie, często sprawdzać powietrze przed wystawieniem prania do suszenia. Jakoś tak łatwo włazi w czyste poszewki i gatki i potem zostaje z człowiekiem na dłużej…

Towarzyszki smród.

Ale wróćmy do kwiecia.

Zawilców i uroczych kępek dzikich fiołków. Te ich serduszkowe, żółtawe środki, one główki dzielnie wypatrujące niebezpieczeństwa w postaci buta, który gdzieś ma naturę, no chyba że robi fotkę na Insta… Ale ludzie niewiele. Może gdzieś wyjechali, może są w onych autokarach w pędzie strasznym przedzierającym się przez Wyspę. Wiecie, coby niby im pokazać, a niby tak nie do końca. Onej Turyściźnie, co to potem powinna wrócić, ale tak naprawdę większości autokar wystarczy. Natura w końcu ostatnio wciąż jest na onej liście przegranych. Dziwnie mało interesująca. Nawet żaby ich nie przekonują, czy tak zabawny skrzek, jeszcze na powierzchni wody, ale już za chwilę… kijanki.

Ale wróćmy do autokarów.

Bo dużo ich. Przyznam, że to było zaskakujące, być niemal rozjechany przez kawalkadę onych wielgachnych, niebieskich i białych bestii wypełnionych ludziną. I cóż oni zobaczyli? Może znowu okradzione centrum widokowe przy Hammershusie? A tak, znowu je tam poddemolowali. Tym razem chyba mocniej. Może warto zainwestować w jakiegoś strażnika? Pieski krwi żądne? Naprawdę. Może warto to przemyśleć, a nie po raz kolejny BYĆ TAK BARDZO zaskoczonym ludzką głupotą, bezmyślnością i okrucieństwem. A tak. Duńczycy zdają się być ślepi, albo zwyczajnie książek nie czytają, na ludzką głupotę. Na oną koszmarną pierdołowatość, ale też i na rozmyślną i z premedytacją wybuchającą w ludziach zgrozę. Pragnienie niszczenia, poniżania, gnębienia… zresztą, zwykli ludzie robią to wciąż, więc…

Ślepota czy głupota? A może naiwność?

Bo cokolwiek to jest, zdaje się być chorobą duńskiego narodu.

Za to w Kopenhadze wielkie party.

Niby jak co roku, niby ludzie wciąż to robią, ale nadal jakoś powiedzenie: „Bornholm, to nie Dania” trzyma się silnie. Jedzenie, picie… no dobra, picie w szczególności, w końcu u nas więcej piwa ostatnio się robi. Czy to ich skusi by przyjechali? Czy w ogóle to ma na celu, czy raczej zwiększenie eksportu z Wyspy na tak zwany kontynent? W szczególności obecnie czosnku niedźwiedziego.

Podobno ceny są zabójcze!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ruszałka… została wyłączona

Pan Tealight i Kokony Pierunwiecznego…

„Istniała na Wyspie taka legenda o Pierunwiecznym. O jego potomstwie zawoalowanym w gigantyczne kokony i ukrytym gdzieś w którymś z domostw, a może w jednej z jaskiń? Nie wiedzieli, nie pamiętali. Nawet Pan Tealight nie do końca pamiętał tworzenie się tej legendy. A już samego Pierunwiecznego chyba by nie poznał. Chyba… raczej na pewno, bo gdy ten zapukał do drzwi Sklepiku, tak lekko, cichutko, dziwnie niepewnie jak na wielkie bóstwo…

Wpuścili go.

Wysłuchali.

Nawet dali kanapkę z masłem i świeżym czosnkiem niedźwiedzim. Nawet napoili go herbatą z zeszłorocznych, malinowych gałązek. A potem, postanowili, że za nic nie chcą mu pomóc w odszukaniu dzieci. Nawet gdy tak błagał ze łzami w oczach. Bo widzicie, było nim coś tak dziwnie pajęczego, że wyobraźnia każdemu z nich podsuwała coraz to większe koszmary. A gdy tak człek czy stwór, złoży do kupy treści o kokonach, niciach, powale i oną pajęczynowość osobnika, to jakoś tak… nie oszukujmy się, ale jednak nie, nikt nie chce ogromnych, czy nawet i mniejszych pająków u siebie. Karmienia ich z buteleczki, pieluszek i tak dalej.

Oj nie…

Ale nie mogli mu tego powiedzieć.

No nie tak wprost…

… przecież by go zranili, a mimo wyglądu pajęczego, jakoś dziwnie miły był z niego osobnik. Ciężko zapatrzony w niewidoczną przyszłość i dziwnie zagubiony w zapomnianej przeszłości. W tych zniszczonych ciuszkach powiązanych w jeden kombinezon. Z tym kapturkiem nasuniętym teraz na oczy, z oną pochyloną sylwetką, całym nim takim skurczonym w siebie, świadomym może ich odmowy, a może wciąż karmiącym się nadzieją? Nie chcieli go zranić. A powiedzenie NIE zwykle to robi. I to na zawsze, do końca. I nic z wydumanej asertywności nie pociesza. Nic z błąkających się uśmiechów i rozmowy o własnym szczęściu. Przecież to go wcale nie obchodziło, wcale a wcale. Chyba? Czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciepło…

W końcu zrobiło się ciepło, ale tylko gdy słońce stoi wysoko. Ono ciepło wszelakie zdaje się być tak mocno zależne od słońca, że poranki i wieczory wieją… a jak wieją, to już na pewno na mocno zimnie. I tak nagle człowiek sobie uświadamia, że może ta wiosna jest tutaj, że może te hiacynty w tym roku w końcu wyłażą z onych cebulek rozrzuconych po trawniku, ale jeśli chodzi o całą resztę, to kurcze nie wiem… Zapowiadają 20 stopni, a potem nagłe ochłodzenie. Pogodynka rozpisuje się o tym dlaczego ci żyjący na wybrzeżach mają zimniej wiosną niż inni, a ja sobie myślę, że havgus wygląda super. Zamyka nas w onej chłodnej kulce i jestem mu za to strasznie wdzięczna.

Bo mi do ciepła niespieszno.

Siedząc na obrzeżach tarasu człek czuje i aromat gówienka rozlanego na polu na przeciwko, wysychające drewno namoczonego przez zimę wiatraka, wzrastające wszystko, czuje trawę, która przebija się i przez warstwę zeschniętej ziemi i mchy… i te hiacynty, dziwnie na zewnątrz pachnące całkiem inaczej, stokrotki, żonkile, masę muscari, które kocham straszliwie, bo pachną i wyglądają jak dzikie winogrona… I już wie, że trzeba będzie wkrótce ściąć oną trawę. I znowu zajmować się całą dookolnością. Czekać aż się rośliny przebudzą i zastanawiać się, czy w ogóle to zrobią? Bo może nie? Może w tym roku to nie wyjdzie, a może szałwia wyraziście i zbyt mocno znielubiła się z zewnętrzem, by wzrastać?

Wzrastać…

Dziwnie to wszystko na Wyspie jest bliżej człowieka. Spacerowania jest w końcu czymś tak naturalnym, tak wybitnie przymusowym, ale przymusowym ze środka człowieka, wybuchającym ze środka ciebie… bo inaczej nie można jakoś… nie być częścią natury. Może dlatego wycinka drzew tak mnie boli? Wkurza niewymiernie, ale przede wszystkim cholernie boli. Gdzieś tam, w środku, wiecie, „w misiu”.

No ale, słońce, ciepło… jak ktoś lubi, to łapać póki jest, bo co będzie, jak go nie będzie. Oczywiście słońce lekko zamglone, ale to taki kimat.

Czas konfirmacji nadchodzi…

Wiecie, taka tam komunia powiązana z bierzmowaniem, ale bardziej na koniach, kładach i tak dalej. Oczywiście jest i zwyczajowy problem… co zrobić z niewierzącymi. Oto i odpowiedź. Czyli konfirmacja świecka. Żeby nie było, mają też takie chrzciny, które bardziej podchodzi pod postrzyżyny słowiańskie, niż coś innego. Ale… chyba nigdy tego nie zrozumiem. Wiecie, onych świeckich komunii tylko po to by dostać prezenty. Tutaj konfirmacja ma jakby trochę głębsze znaczenie onego przechodzenia w dorosłość. W końcu to już takie nie do końca dzieci, choć i dzieci, ale jednak…

Nie wiem, ale jakoś nie dostaję prezentów na Chanukę, więc dlaczego, po co robić coś takiego? Jesteś niewierzący to jesteś, co za szaleństwo? Dlaczego ów ateizm nagle ubieracie w ramy religijności? Podobnie chrzanicie z pogaństwem… Niby tacy wyzwoleni, a tu nagle i kacyki jakieś grzmiące, że kobietom wolno to i nie wolno tego, i wszelakie lepsze i gorsze niby jednostki. Czy tylko ja to widzę, czy jednak po prostu jako jedyna tak bardzo nie toleruję organizacji wszelakich?

Nie chcę być częścią grupy?

Czy jestem samotnikiem?

Jestem.

I co z tego? Dlaczego nagle samotność jest czymś tak złym i czy w ogóle istnieje samotność? Czy rzeczywiście paplanie do innej osoby jest tak dobre? I czy dlatego mój psychiatra łkał na mój widok? Hmmmmm… Piorun go wie, może miał własne problemy, ale tego porządkowania wszystkiego na jedną modłę nie rozumiem. Oj pewno, oczywiście że tak łatwiej ludzi kontrolować dając im coś, do czego przywykli, ale… może zostanę papieżycą? Wiecie, jedna już była, niektórzy mówią, że nawet i kilka, ale czemu nie znowu? Papieżycą od tych niewierzących, co to jednak nie musi nosić okropnych ciuszków w złocie. Nie przepadam za złotem i zbytnią wymyślnością kamieni wszelako nad podziw szlachetnych.

Wolę wiecie, pospólstwo kamienne.

Ale jeśli niereligijni nadal domagają się religijności – tylko by dostać prezenty, nie oszukujmy się… to dlaczego nie mogę być ichnią papieżycą?

Hihihi!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kokony Pierunwiecznego… została wyłączona