Pan Tealight i Bombka Choinkowa…

„Na choince w głębi Lasu Gustafffa wisi sobie bombka.

Niebieska, nieregularnie kolorowana, miejscami kobaltowa, miejscami ciemna, potem gdzieś tam lekko rozmyta i błękitna niczym one zbyt wiele błękitu na niebie. Niczym coś nie do końca zdecydowane w swojej mocy i sile. Ze srebrnym zwieńczeniem i srebrzystym sznureczkiem z niego wychodzącym. Niczym koroną, która jednak spełniała wiele znaczeń, a może… może miała tylko łączyć ich dwoje?

Poruszana wiatrami lekko dygotała, mokła gdy padało, gdy sarny ocierały się o pień drzewa drżała, że spadnie, ale drzewo wiedziało, że dzięki niej jest bardziej niż specjalne, więc mocno trzymało swoją bombkę. Pilnowało jej, czego ona sama nie była świadoma. W ogóle. Jakby wciąż jeszcze myślała, że wisi w powietrzu, w którym coś, gdzieś, ją przytrzymuje… zmądrzała z czasem, ale wciąż jakoś nie umiała porozumieć się z Drzewem. Tak, dla niej to było Drzewo, a dla niego ona była Bombką. I to całoroczną. Bo dlaczego odmawiać sobie onej radosnej, barwnej, świątecznej radości między świętami? No dlaczego?

Ostatnio świat tak pełen słońca bardzo doskwierał Bombce. Zaczęła się łuszczyć na boczku, który właściwie mógłby też być frontem lub tyłem, taka to swoboda okrągłości. Powoli też miejscami bladła, ale tym się nie przejmowała, bo był ktoś, kto dodawał jej koloru. I choć ostatnio rzadko tutaj się pojawiała… na pewno w końcu się zjawi, a kolor znowu powróci. Tak jak ostatnio… Bo w tym związku Ona była tą trzecią. Dziwną i ludzką, ale też i pradawnie drzewną.

Zafiksowaną zimowo i świątecznie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ta dziewczyna” – … matka i ona. Ona i matka. Jedyny syn, pokręcone małżeństwo. Ogólnie mówiąc stary, dobry scenariusz?

Tylko…

Tylko, kto ma rację?

Ona czy ona?

Powieść opiera się na dwóch filarach. Matki kochającej, ale też i matki jedynego syna, więc kochającej go ponad wszystko. Zdradzanej, wciąż pracującej oraz… tej drugiej: młodej kobiety, która kocha. Tylko czy naprawdę? Czy kocha jej syna? Spójrzmy teraz na nią. Młoda dziewczyna mająca ambicje i pragnienia dość określone. Koniecznie potrzebująca… pieniędzy, więc… Ale tak naprawdę? Która z nich ma rację? Która jest pokręcona? Która jest szalona i zdolna zrobić wszystko dla swoich pragnień?

Która jest święta?

W tej historii nie ma dobra i zła jest tylko szarość. Szarość uczuć i ich żar. Szarość pragnień i marzenia tak gorące, że ktoś jest zdolny dla nich… zrobić wszystko. W rzeczywistości powieść, w której jakby nie ma w ogóle tajemnic, w której znamy prawdę obydwu stron, tak naprawdę, do końca nie wiemy, która wygra. Która kłamie lepiej? A może żadna z nich? Może tak naprawdę ktoś inny wszystkim rządzi.

Może nie wybitna i miejscami nadmiernie przewidywalna, ale intrygująca powieść pokazująca, że tak naprawdę wszyscy kłamią. A prawda to luksus, na który lepiej sobie nie pozwalać. A miłość… cóż, nie wiadomo czy istnieje. Ta matczyna jednak możliwe, że przewyższa wszystkie.

Oficjalnie pobiliśmy kolejny rekord.

Najcieplejszy dzień od ośmiu lat!!! ŁOŁ. Nie pamiętam tego poprzedniego, ale nic to. W końcu to był tylko jeden dzień, a u nas upały trwają już od tak dawna, że nikomu się nie chce liczyć. Tylko się pocimy. Nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze modli się o deszcz czy ktokolwiek wierzy? Bo widzicie, kilka dni temu było ogłoszenie/ostrzeżenie o wielkich deszczach dla całej Danii i jak zwykle popadało.

Ale nie u nas.

Oj nie.

Ale to raczej nic dziwnego. W końcu przecież tak często określa się nas jako „niedanię”, więc przestańcie mi jęczeć w wiadomościach, że kłamię, bo przecież padało! W Danii padało! Widać było to jakieś większe wydarzenie, o którym grzmiały gazety i inne media, bo do mnie nie dotarło. Deszcz też nie. Ale w naszej stolicy podobno spadło kilka kropel. Ech! Szczęśliwy. A może jednak nie?

No dobra.

Co jak co, ale spoglądając na to, że mamy za sobą pierwszą połowę pierwszej połowy sierpnia. Tak nagle, jakoś do tego doczłapaliśmy, zmęczeni i tak dalej… i tak naprawdę, to nie wiem co będzie teraz? Czy dopadnie nas jesień mokra i mało kolorowa? A może jednak wciąż będzie słońce? Może trochę się ochłodzi, ale nie będzie padać? Może pozostaniemy suchą Wyspą? Może? Wiecie, nie można niczego wykluczyć. Świat się wciąż zmienia, a ludzka głupota pomaga durnym, złym, okrutnym zmianom, więc… nie wiem. Spoglądam na Niemców ratujących najstarszą lipę w Niemczech i jakoś tak, patrząc na miejsce po tej naszej lipie ściętej z głupoty… znowu niczego nie rozumiem.

Bo przecież…

Powinniśmy chronić to miejsce!!!

Tylko, jakoś tak niewielu chce. Jakby liczyli, że ktoś to zrobi za nich. Posprząta plaże, nabrzeża, no i jakoś posegreguje te wszystkie śmieci. Nie no, pewno że nie możemy zrobić sami wszystkiego. Każdy nie może być odpowiedzialny za wszystko, ale małe rzeczy, małe kroczki. Może? Tylko jak to robić, gdy statki zrzucają swój shit dookoła nas… jakoś traci się istotność tych czynności, jakoś smutek zabija.

Może czas tylko oddychać… póki jest czym?

Wieje.

Chmury.

Rzeczy, których nie widzieliśmy od tak dawna. I jeszcze to lekkie ochłodzenie. Nagle jest dziwnie. Nieznajomo. Nagle wszystko jest zaskakujące. Bo tak dawno… zaraz, wróć, przecież u nas latem tak bardzo nie wieje. Zachodnia Dania ma orkanowe powiewy, strasznie duje, do nas doszło słabsze, ale doniczki latają i trzeba ganiać. Wiatr zdaje się być dziwnie gęsty i chłodny, ale nie wrzący…

Jest chłodniej.

Zaskakująco.

Trzeba korzystać. W końcu człowiek nie musi włączać tych zimnych powiewów i jakoś tak oddycha spokojniej. Mocniej i łatwiej. I na dodatek ten weekend. Może w końcu wybierze się na spacer, ale przecież te jaszczurki żerte, te jadowite gąsienice, skorpiony, no tyle się narobiło hazardów!!! Aż strach!!! W wodzie pewno rąbane implanty już pływają. Nie no… ale może choć znowu nie zakwitło, co?

Może?

Ludzi mniej i można pobuszować po sklepach. Kupić coś na święta, bo przecież z końcem sierpnia spora część z nich się pozamyka, więc trzeba łapać póki jest!!! Nie ma innego wyjścia. Naprawdę. A poczta… no wiecie jak to jest. Z pocztą u nas to serio jest kompletnie niepewnie. No i co zobaczone i zmacane, to pewniejsze. Zresztą, można u na przecież znaleźć niezłe perełeczki.

I to dosłownie.

Albo i nie.

Jak kto woli.

A na razie cieszmy się chłodniejszą aurą!!! Naprawdę. Bo pierun wie, czy to wszytko nie wróci. Bo jakoś tak roślinki nie są zadowolone z tego wszystkiego. Zdychają na potęgę i to nawet te wytrzymałe!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bombka Choinkowa… została wyłączona

Pan Tealight i Meduzowe żelazko…

„Już przybyły.

Dziwnie zagubione, zmarznięte i rozgrzane jednocześnie.

Za wcześnie, albo za późno… kto to może wiedzieć? Może one mają w tym swoim meduzowym świecie czas całkiem inny? Może tak naprawdę gdzieś im się spieszyło, albo życie miały tym razem lepsze, pełniejsze i ogólnie mówiąc bardziej procentowo imprezowe? A może ktoś je wygnał? Bo przecież mógł. Zbił, przegnał, wypchnął z ich świata, najazd uczynił, zajął ich dotychczasowe ziemie… wody się znaczy, i naprawdę już zrezygnowały…

Bo widzicie, mało kto się meduzami przejmuje, jeśli nie parzą, nie zabijają i nie nurtują nerwów człowieczych. Jak tylko unoszą się niczym one implanty piersi, lekko niepokojąc, galaretowate, martwe może i, tak mawiają, ale jakoś też i żywe, barwne w swoich dziwnych żyłkach i wtrętach. Nie pływają, ale poddają się falom, lecz czy do końca? Przypatrzcie się im. Czasem wydaje się, że wciąż walczą…

Żyją?

No ale… chodziło o to, że Ojeblik – mała, ucięta główka, w onym szczególnym okresie zbierała je do swojego różowego wiaderka w fioletowe i pąsowe tulipanki, z żółtą rączką, a potem zasilała nimi swoje niewielkie, magiczne żelazko. Wiecie, to, które prasowało zużyte myśli, marzenia i sny, i oczywiście nadawało im nowy zapach, miękkość, aromat i jak najbardziej oczywiście nową użytkowość… nie żeby ktoś ich pragnął. Takich wyciśniętych i zużytych, ale Ojeblik chciała, marzyła, że kiedyś ktoś taki się znajdzie. Może i desperat, ale nie oceniajmy!

Ona wierzyła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W powietrzu czuć śmierć.

Niektórzy mówią, że ciepło jak na pustyni, ale choć niektórzy zwą pustynię śmiercią, to tak nie pachniała. Nie tak. Jakby wszystko miało się skończyć. Albo może nie chciało się już odradzać? Nie wiem… widzę tylko umierającą roślinność, przycięte zioła, które w tak szybkim czasie odbyły drogę od wzrostu, kwitnienia po niknięcie. Młode pędy, które są tak mikre i tak szybko żółkną… że nagle we wszystkim znika radość.

Tego nie da się zmienić.

Nie mamy na to wpływu. Nie możemy zrobić niczego, bo choć podlewane, te rośliny i tak odmawiają rośnięcia. Jakby się buntowały. Jakby wiedziały wiele więcej niż my wszyscy. Jakby były pewne zakończenia tego wszystkiego.

Oczywiście, że to brzmi apokaliptycznie, ale gdybyście mogli posmażyć się na moim tarasie teraz, może byście zrozumieli. Brak tlenu, azotu… ozon w zastraszających ilościach, ostrzeżenia. Tak naprawdę, co mamy zrobić? Przestać oddychać? A może zacząć i się przystosować? Bo to już nie jest heatwave, ale katastrofa ekonomiczna tego miejsca. Tych, co chcieli być ekologiczni i tych, którzy powycinali całą tonę drzew. Nagle nic już nie ma znaczenia. Czy byłeś święty i żłopałeś wodę z kranu, czy naprodukowałeś plastików. Nie ma teraz znaczenia.

Wszyscy się dusimy.

Nagle teksty w stylu: pozwól innemu robić to, co chce stają się kłamstwem. Nie możemy pozwolić innym na niszczenie tego świata. Bo on jest nasz, a jednak, jednak wciąż ludzie boją się powiedzieć głośno, że problemem jest zbyt wielka ilość ludzi. Że łatwiej by było, gdyby pewne części onego świata miały mniej dzieci. Tak. Zaraz zostajesz doktorem Mengele, gdy mówisz prawdę. Zamiast martwić się tym, że coraz więcej ludzi, przestańcie się tak mnożyć!!! A nie szukacie innej planety, modyfikujecie żywność i produkujecie… hmm homo coś, ale co?

Bo na pewno nie homo sapiens sapiens.

Nie ma tutaj już miejsca na rozum.

I tak, to jeden z tych tematów poruszanych w mediach, ale też obchodzących temat wielkim łukiem. Bo powiedzieć wprost umiała tylko Jane od goryli. I nawet jej, tak mądrej, inteligentnej i spokojnej, nikt nie wysłuchał.

Dueodde.

Ale nic to.

Może znowu jakiś spacer? Może się jakoś uda? Akurat dwa dni wcześniej chociaż było wrząco, jakoś tak się udało. Udało w piasek i dziwną płytkość. Tak płytkiego morza dawno nie widziałam. Tak naprawdę nie da się popływać na Dueodde. A raczej daleko trzeba iść, by cyckami nie ciągnąć po piasku.

Płytkie morze, dziwnie czarniawe, chmury, które się nagle pojawiły, niewiele osób na plaży, większość kryjąca się na wydmach. Dziwnie. Już sama droga mimo cudownych sosen, piasku bielszego od śniegu i całej tej niesamowitości, jakoś niepokoiła. Wiatr. Duszący, mdlący, mieszający w głowie. Ludzie plączący się. Wracający, idący, próbujący… tak bardzo było ich niewiele. Nawet tam daleko, na latarni morskiej. Nawet tam jakoś tak niewiele. Jakoś tak rzadko i nielicznie.

Uciekłam stamtąd.

Chyba uciekłam właściwie, w ogóle, z powrotem do domu. Bo chociaż jest tutaj nie lepiej, to jednak Gudhjem to dom. Fascynujący. Dom jeszcze może bez własnych ścian, ale jednak z marzeniami… które pewno nigdy się nie spełnią. Bo patrząc na to wszystko, możliwie że będę miała tylko to, co mam. I czy to naprawdę tak niewiele? Gdyby tylko pogoda, natura odżyła. gdyby tylko… nie było jeszcze gorzej.

Gdyby zaczęło padać.

Gdyby…

Uświadomienie sobie, że nagle pokochało się kawałek ziemi jest oszałamiające. Człowiek nawet rozumie „Czerwoną różę”. Oglądaliście? Dom i kobieta. Prosty związek. Może można i z wyspą? No wiecie. Kobiety poślubiają drzewa, więc dlaczego nie mogę być dzieckiem wyspy? No dlaczego? Przecież to takie logiczne!!! Ziemia i kobieta. Wspólność, dzielenie tych samych przejawów, skomplikowaność i brak komplikacji. Jeśli jedno cierpi, drugie też obrywa, czuje, jakby łączyło je coś wzajemnego. Jakby było w tym coś więcej. W ziemi i kobiecie.

W ciele i piasku.

W rzekach i pływach kobiecości.

Tak, to brzmi nawiedzenie… ale może tak ma brzmieć?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Meduzowe żelazko… została wyłączona

Pan Tealight i Piórko…

„Sfrunęło z góry, zagubione, chcące powrócić.

Czarniawe, lekko posiwiałe na brzegach.

Samotne.

Sfrunęło, opadło, zesmyknęło się po krawędziach światów odmawiając wejścia w którykolwiek inny, jakby było pewne. Dorosłe, tak dojrzałe, że przecież nie będzie się nawet zatrzymywać, gdziekolwiek… bo wie. Zresztą, kto by tam nawracał z drogi piórko? Leciutkie, cudowne, mięciutkie. Przecież się nie da. Jeszcze się popłacze jak mu powiecie żeby tego, czy tamtego nie robiło…

A płaczące piórko rozwala systemy.

Ale… ono sfrunęło.

Tak po prostu, dzielnie, a może jednak niepewnie, zdesperowania całkiem pewne, na stopień Chatki Wiedźmy, i posmyrało ją w czarniawe płytki, którymi ów stopień był pokryty. Mały spojler!!! Płytki robią się cholernie śliskie w czasie deszczu, mycia, lodów, zimy, łzawych powitań, łzawych pożegnań i takich tam… gdy mchy jeszcze je nawiedzają i ktoś nie wytrzyma do kibelka. Ale mimo tego ono się nie ześlizgnęło. Pewno pomogła wrząca pogoda, ale…

Ono wiedziało, że ma być tutaj.

Chatka Wiedźmy nie miała nic przeciwko ptakom i piórom, nie miała nic przeciwko sarnom podglądającym ją z ogródka, czy wronom i mewom, które uprawiały taniec w niewidzialnych, podkutych ciężkim metalem, drewniakach na jej własnym, spokojnym dachu… ale to piórko sprawiło tyle hałasu swoim cichutkim zstąpieniem… że poczuła się… napastowana!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Rønne…

Inne Rønne.

Takie, jakiego jeszcze nie widziałam, ale pewno wszyscy ci, którzy przybywają tutaj drogą morską ubawią się po pachy, ale Nørrekås widziałam po raz pierwszy. Właściwie nie wiem dlaczego. Z daleka pewno, że tak, ale by usiąść na brzegu, na pływającej tratwie, to po raz pierwszy. Dziwne miejsce. Z jednej strony zamknięta przestrzeń kąpielowa i zwykła marina. Statków mnogość, właściwie miejsca wolnego chyba brak, ale nie ma boja, naprawiony biletownik, jakby co! Zepsuło nam to weekend, a raczej go urozmaiciło, bo fajnie było tak nagle posiedzieć. Pewno że zdjęcia, ale jednak najpierw jedzenie. Choć przez chwilę. Zza kamieni, wielkich, onego falochronu, słychać fale. Błękitne, niebieskie i mocno zielonkawe. Cudowne, piękne, niesamowite! Mocne, pewno w czasie sztormu nawet przerażające, a może tylko fascynujące, przeskakujące one kamienie, takie dziwnie ruchome, jeszcze niedotarte…

Stanie na skraju wody i skał przyniesionych przez człowieka, onej dziwnej, sztucznej twórczości, jakoś tak działają na mnie inaczej, niż normalna skała. Naturalna sprawa. Wygładzenie, porosty, kolory… Ale jednak inne nie znaczy gorsze. Za to w onym innym nastało też coś intrygującego. Starość zapomniana. Wielkie, gigantyczne, zardzewiałe malowniczo, ogromne i grubiaste gwoździe, które pewno gwoździami się nie nazywają, ale jednak, są tutaj.

Pod skałami, obok nich, wraz z resztą drewna…

Oto jest przeszłość.

Drewniane umocnienie.

Pełne barw od słońca, morza i porostów, poprzetykane onymi gigantycznymi gwoździami. Miejscami nadgryzione, miejscami idealnie całe, ale wciąż drewno, więc jak zwykle po prostu powalające swoją strukturą. I jeszcze ta rdza. Piękna, cudowna, do tego sznury, Cieniutkie, ale bardzo mocne. Do czego służyły? Kogo zatrzymywały, a może jednak więziły? Dziewicę? Błagając o zmianę pogody.

Może powinniśmy to spróbować, bo znowu idzie przegrzanie, jakby codziennie nie było gorąco wystarczająco. Ale podobno mamy bić jakie rekordy, więc pierun wie. Należy też się wystrzegać jakiegoś ozonu? Złego ozonu? Zbierającego się, pewno atakującego, czy coś? No nie, w mordę, już w ogóle nie wyłażę z domu! Nie mam zamiaru się udusić i jeszcze postarzyć. Oj nie. Nic z tego.

Nie!!!

Staję się rzeźbą!!!

Własną.

Wykonanie też własne.

… zakupy i takie tam.

Dobra.

Jestem babą. Czasem muszę iść na zakupy. I wiecie, w okresie sezonowym jest co oglądać, choć lepiej nie przyznawać się, że człek jest stąd. Nie rozumieją dlaczego potrzebujesz torby z napiem „Bornholm to be wild”. Albo magnesów, kartek, znaczków i takich tam. No wiecie… trolli na przykład, czy patriotycznych koszulek. Nie rozumiem dlaczego nikt tego nie rozumie!!! No ale…

Do sklepu oznacza oczywiście udanie się do stolicy, no bo jak inaczej. Oczywiście ubaw roku, bo najlepsze shopy w Rønne zamykają się o 13tej lub 14tej, a to oznacza pośpiech, jeśli przez przypadek w sobotę zaspaliście. Bo tam w niedzielę, to wiecie, można ino pomarzyć. Nie no, do Lidla czy Netto się dostaniecie, ale przecież nie o to chodziło. Raczej o Siostry i Tigera. Te pierwsze są mieszanką IKEAi i artyzmu. To drugie większość z was zna. Coś, co miało być Poundlandem zmieniło się w latającego zwierzaka z Kopenhagi, no ale. Widać jakoś tak się onym specom od reklamy zamarzyło…

No ale…

… wyprawa do Tigera, który u nas jest malutki, to seryjnie zabawa. Człek zwyczajnie szaleje. Nie oznacza to kupowania, ale jakąś dziwaczną zabawę. Windowshopping trochę pewno też, ale i… no właśnie. Bo oni teraz mają lamy, więc przykro mi, ale zgrzeszyłam. Lamami. Bo czemu nie. W końcu stara jestem, zdepresjonowana i ogólnie mówiąc radocha przydarza mi się raczej nigdy, więc czemu nie. Tym bardziej, że niebieska lampka to ubaw, a u nas „hygge” to „must”. No i jeszcze kartki na zapas dla znajomych i tyle. Okay, pewno że chciałam też oną ceramiczną i jeszcze może kubeczek, który pewno by trzasnął, ale jednak… przecież gorąc jest, więc i tak ino zimne napoje!!!

No dobra.

U Sióstr oczywiście już wszystko do szkoły, bo duńskie dzieci już wróciły. Bidulki. Zgrzeją się. Chociaż z drugiej strony to raczej Duńczycy są zadowoleni z onych upałów. Zwykle mają inne zjawiska pogodowe. Nie wiem jednak dlaczego radio tak głodni, gdy ci, których znam wciąż jęczą, bo u nas AC nie ma. Na szczęście varmepumpe też trochę pomaga. Bez niej bym chyba nie wytrzymała.

Jest koszmarnie!!!

PS. Jakaś familia skorpiona przywlokła… ludzie są pojebani. Przecież to się namnoży!!! Ale co tam. Czyćmy idiotów!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piórko… została wyłączona

Pan Tealight i Niebieski Kamyk…

„Znalazł go w łóżku.

Nie pamiętał, że go tam wkładał.

Nie pamiętał, żeby go ten uwierał w nocy, by jakoś zawadzał, tudzież mu śpiewał, opowiadał historie… Po prostu obudził się i on tam był. Tak serio, to jakoś w ogóle dziwnie, po prostu tak sobie spokojnie, pokrętnie zwyczajnie nawet, leżał mu obok dłoni, która tuliła się do jego własnego, znajomego, starego, przedwiecznego tułowia… nieproszony? A może to on był tutaj gościem?

Bo czy w tym miejscu można być czegoś naprawdę pewnym?

Tak naprawdę i do końca?

Z przypisami, didaskaliami, wklejoną erratą, wstępem, spisem treści, przedsłowiem, posłowiem… no wiecie, tak naprawdę? Zawsze wiedział, że z przybyciem Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki coś się zmieniło, ale teraz, teraz był pewien, że nie tylko zmieniło, coś się raczej ustaliło. Coś na zawsze się uludziło, nie tyle uczłowieczyło, co raczej nabrało człekokształtnych kształtów, zapisało się w odpowiednich urzędach i stało się faktem. Na zawsze.

Może kamień był tylko kolejnym, następnym, bardzo gładkim i ładnym, śladem. Kolejnym okruszkiem w tej bajce… zresztą, gdy Pan Tealight znowu zapadł w drzemkę, on zniknął. Czy wniknął w niego, czy powietrze dookoła, czy opadł z łóżka pyłem, czy odszedł do nieba…

Nie wiedział.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Przepaść” – … no tak. Dlaczego? Bo autorkę od dawna uwielbiam. Znam może z innego rodzaju książek, ale pokazała w nich taki kunszt, dopracowanie i warsztat, że…

No i ostatnio kręcą mnie górskie tragedie.

Ale wróćmy do książki. Czy raczej na pierwszy rzut oka grubszej broszury – niestety. Oj wolałabym by ta powieść była dłuższa. Oj chciałabym. Naprawdę. Bo ta cała historia ma potencjał i on został tutaj wykorzystany, ale mogło być tego więcej. Tylko, czy wtedy nie byłoby za dużo? Nigdy nie wiem. Ale do treści. Oto jest góra. Oto jest historia i prawda. Oto fikcja szanująca prawdę i niebudząca duchów, a jednak…

… nurtująca.

Rok 1935, Kanczendzonga.

Himalaje.

Świat, w którym jedni postanawiają iść w ślady innych. Niby coś, co znamy, a jednak… oni są dopiero drudzy. Nie mają butli tlenowych, mogą polegać właściwie tylko na sobie. Dodatkowo część z członków naszej wyprawy, która chce zdobyć szczyt to zgrana trzódka, ale on… tak, on jest inny. Czy jest wariatem, czy jako jedyny widzi prawdę? A może jest tutaj tylko narratorem, bo to z jego punktu widzimy oną opowieść. A! Jest jeszcze pamiętnik, list i duch, ale czy warto ich wspominać?

Warto przeczytać oną opowieść o nazbytniej dumie, człowieczeństwie, które nigdy się nie zmienia. O przeszłości, która niezapomniana boli, trąci i rani. No i jeszcze o wierze i szacunku dla tych, którzy odeszli. I zrozumieniu. I jeszcze o kłamstwie i prawdzie, które mają tak rozmaite definicje…

Po prostu… o ludziach.

Ale w trochę innych okolicznościach przyrody.

Wakacje…

Tak serio, to dlaczego ludzie mają wakacje. No naprawdę. Nie no, jak najbardziej rozumiem potrzebę odpoczynku i bycia w domu, z rodziną, uprawiania wszelakiego hobby i tak dalej, ale tak serio… wakacje. Ten cały cyrk ze zdjęciami na facebooku, to chwalenie się, one opalania, wiecie, cyrki i cuda wianki, a nie… odpoczynek. Jakiś taki prawdziwy. Wyłączenie się. Ale… jak potem powrócić do świata tak zwanie zwyczajnego?

I po co?

Naprawdę?

Zaczynam coraz częściej się nad tym wszystkim zastanawiać. Nad tym, jak bardzo walczyliśmy i wciąż walczymy o to, by mieszkać tu, gdzie mieszkamy. Na tej Wyspie. W tym miejscu. W tej okolicy, bo nawet na Wyspie można mieć ono miejsce, które kocha się najbardziej. Do którego, gdy się wraca, to wciąż jakoś tak zapiera dech w piersi. Szczególnie przystając na skrzyżowaniu w Gudhjem i spoglądając na oną riwierę za Melsted. No przecież to jest tak bardzo niesamowite, tak cudowne, zakręcone, całujące morze…

A potem zjeżdżając w dół, bo przecież to jest dom.

Od tylu lat.

Od tak wielu, że każde inne miejsce, nawet ono kilka kilometrów stąd zdaje się być przygodą, albo… wakacjami. Bo przecież wakacje mogą trwać tylko godzinę czy dwie. Wyłącza się wszystko, zakłada sprane gacie na dupę i idzie nad morze, w las… gdziekolwiek. Może to są wakacje? Bo chyba nigdy ich nie miałam. Poza tymi dwoma razami, gdy rodzicielsko wysłano mnie na jakiś porąbany obóz, to raczej… nie. A może ja mieszkam w onych wakacjach, a raczej na wakacjach. Przecież prawie każdy z dziwnym, pokręconym wyrzutem mi to mówi. Zapominając, że na wycieczki to ludzie nawet do Czarnobyla jeżdżą, więc wasza Kozia Wólka może być naprawdę czyimś marzeniem. Wakacje, to stan umysłu i dziwny wymysł współczesności. Kiedyś jak się człowiekowi jego życie nie podobało, to je kończył.

I zaczynał nowe albo nie…

… więc jeśli jedziecie w jakieś „wakacyjne” miejsce, pamiętajcie, że dla niektórych to dom, praca i zwyczajność. Nie jęczcie im, że tutaj trawa bardziej gorąca, bo gówno wiecie o ich życiu. Naprawdę. Każdy ma swoje problemy, a piękny widok z okna ich nie wymaże. Może czasem złagodzić ból, ale tylko na chwilę…

Chmury…

Nie ma.

Przez tak długi czas tylko i wyłącznie niebieskie niebo. Nie no, większości marzenie, ale… no bez przesady. Ile można? Gdzie są chmury? Jak już, to niebieskość przesłania na godziny dziwna, gruba pierzyna szarości narzucając rąbaną wilgotność, duchotę i takie tam, a potem, znika… szybko i raptownie i znowu mamy słońce! I niebieskie niebo. Bez chmurki, bez załamania, bez skazy.

Dziwne.

Ale… oczywiście wieczorem wszystko się załamuje, jednak ostatnio trudno dostać piękny zachód słońca, bo ono jakoś tak się rozmywa, jakby tonęło w onym błękicie. Tylko lekko pozłota bursztynowa rozlewa się na falach i tyle. A fale są. Mamy jakieś. Nawet trochę wiatru, nawet i mocniejszego, który budzi fale.

Sypie piaskiem.

Zaskakuje.

Oczywiście nadal sezon.

Może już nie ten najwyższy, ale jednak jeszcze są i wózki dziecięce i rowery różnorakie i remonty, poszerzania ścieżek rowerowych, które jednak zdecydowali się na razie przerwać, coby ruchu nie utrudniać, bo ludzie już widać dość mieli. A może to tylko wynik tego, że zwykłych robotników od dróg, malowania, remontowania i takich tam brak! Serio!!! Jeśli ktoś szuka pracy, to może się rozejrzeć. Bo na rusztowaniach to jakaś dziwna cisza. Naprawdę. Jakby kto zapomniał. Z drugiej strony tutaj wraz z wybiciem określonej godziny kończy się pracę i już. Nie ma zmiłuj! Na ulicach pozostawione maszyny, na polach traktory pochrapują przez weekend, kombajny i takie tam. Zboże zdaje się spoglądać na nie dziwnie błagalnie, ale one wielkie maszyny nie słuchają.

Nie.

Nawet jeżeli został tylko kawałeczek do skoszenia, nic z tego!!! Zresztą, spora część z onego zboża urosła tak niska, że po pierwszej próbie ludzie dali sobie siana. Bo jak to zrobić. Nożyczkami? Oj nie, nie w tym kraju. Tu od wszystkiego muszą być maszyny. Pamiętacie jak spoglądali na mnie wyrywającą chwasty ręcznie? Tak samo ja na nich, niebiorących łopaty w łapy i odgarniających tak błocka ze ścieżek rowerowych… no przecież poszłoby szybko. Bez boja. Ręczna robota nie męczy, a i wiecie, niezłą górną i dolną, siłownię od razu zaliczycie!!!

Ech… starodawna widać jeszczę.

No ale serio.

Ścieżki zarastają szybko i mocno, bezrobocie płonie, więc dlaczego nie? No serio! Nie teraz, nie w tym upale bo wybijecie ludzi, ale przed sezonem… Przecież był czas. Przecież to się dzieje od kilku lat. Ono zarastanie, niszczenie. Brak ludzi, którzy wiedzą, że ręce służą nie tylko do klikania w przyciski i przesuwaniem opuszkami po ekranie. A może nie? Może już nie, a tyko ja taka durna?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niebieski Kamyk… została wyłączona

Pan Tealight i Nasionko…

„Zawiało…

Nie żeby nagle zrobiło się chłodniej, czy coś, ale tak nagle zawiało. Poruszyły się umęczone liście, zatrzeszczały dwie gałązki i zapiał kogut – wariat jakiś – z innego wymiaru zapewnie, bo przecież tutaj koguty raczej siedziały cicho, albo zwyczajnie nie istniały, a nawet jeżeli, nie przyznawały się do posiadanego głosu, więc…

Nagle jednak zawiało.

Coś się otworzyło, coś zamknęło, zaskrzypiała furtka, która nie miała prawa skrzypieć, bo nie dość, że drewniana i z zawiasami sznurkowymi, to jeszcze oliwiona codziennością Wyspy oraz wszelaką solnością, więc… Coś też trzasnęło, coś spadło, potłukło się, coś się też skleiło i coś pękło… Ktoś zakrzyczał, a może to tylko konar zaskrzypiał? Albo jakieś zwierzę się potknęło o własną osobowość? Potem spadła gwiazda, ale nikt jej nie obserwował, więc raczej może jej nie było?

Jednak ten powiew…

Ten powiew coś przyniósł i nagle wszystko się zmieniło. Wszystko wzięło wielki wdech i nie planowało nikomu oddać tego powietrza, jakby się bało, że ono kolejne będzie złe, trujące, albo tylko zmieniające wszystko. A ono… po prostu w tym czasie, gdy każdy, każde i ogólnie wszystko zajmowało się czymś innym, wgrzebało się w trawę, wysuszoną i beżową, suchą i kłującą, i postanowiło poczekać…

Na odpowiednią chwilę.

Bardzo odpowiednią.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie skończyłam, więc nadal Aakirkeby…

Wiecie, w końcu jest tam więcej rzeczy jak na przykład gęsi… Ta popularna rzeźba wykonana została przez Paula Ransleta z Rutsker w połowie lat dziewięćdziesiątych i… oczywiście dotyczy podobno kobiet. Że oczywiście? No bo to gęsi, co nie? Nie kojarzą wam się od razu z babami? Co tylko mi się kojarzą? W tamtych czasach podobno u władzy miasta były one cztery panie, więc stąd i gęsi. No nie wiem. Podobno jedna z nich to gąsior, ale tak naprawdę ile ludzi tyle interpretacji. Jakoś dla mnie bardziej kojarzy się to wszystko z onymi nordyckimi baśniami. Wiecie Andersen i Selma. Te gęsi latające, te łabędzie. One ptaki, skrzydła, symbole wolności wszelakiej.

Jakoś tak…

Na rynku obecnie można usiąść, poza niedzielą też coś kupić, w weekend zjeść, wypić, ale nawet teraz nie ma tutaj tłumów. Dziwne. Ale jakbyście mieli wybierać między plażą a miastem, więc raczej chyba… jeszcze w tym upale? A może całe miasto wyjechało na wakacje? W końcu Tubylcy to robią. Naprawdę. Uciekają przez Turyścizną sami się w nią przeistaczając. Bo wiecie, być Tubylcem w sezonie nie jest fajnie. To nagłe przeskoczenie z pustki w tłum powoduje dziwne zaskoczenie za każdym razem chociaż, chociaż przecież mamy to co roku.

A jednak za każdym razem to jakoś w nas rąbie.

Może jednak więcej z nas tak naprawdę traktuje Wyspę jako ucieczkę, miejsce, w którym można się schować, schronić i żyć przyrodniczo…

A może to tylko ja?

He he he!

Nie tym razem. Pamiętam, że od początku zastanawialiśmy się, gdzie są miejscowi. Oczywiście poza pracą jak to zwykle. No i teraz wiemy. Wiemy, że ucieczka w czasie zimy w tak zwane ciepłe kraje to całkiem wytłumaczalna sprawa. Bo człowiek odzwyczaja się od ludzi i tłumów. Kocha pustkę, cudowną, niesamowitą przestrzenność w naturze i to, że ludzie się do siebie uśmiechają na ulicy i mówią: Hi.

No ale, połowa sezonu za nami.

Powoli duńskie rodziny z dziećmi będą się wykruszać, czas na więcej Polaków i Niemców. Aczkolwiek chyba w odwrotnej kolejności. Wciąż mimo tych wszelkich połączeń, reklam i tak dalej, jakoś Wyspa nie wciąga? A może po prostu przerażają was ceny? Spokojnie, nas też przerażają i mamy je przez cały rok!!!

Tak, tutaj ceny się nie zmieniają z okazji takiej, że zostają ino niedobitki. Za to zwykle podnoszą się co sezon, więc… mamy przegibane. Dodatkowo zamykanie sklepów takich wiecie spożywczo wielobranżowych ma się super! Jakby chcieli wszystkich przymusić do robienia zakupów w naszej pięknej, niesamowitej stolycy. Bo w końcu i tak większość tam do roboty jedzie! I tak tam jest taniej, więc zamykajmy… a może jednak jest to coś duńskiego? Wiecie, taka dziwność narodowa, że jak coś nie gra, nie przynosi milionów, to niszczymy to i wywalamy, równamy z ziemią – patrz pociągi – jak pocztę, a potem, po jakimś czasie żałujemy. I nagle planujemy wielką odbudowę, czcimy pozostałości i tak dalej.

Nie wiem, ale spoglądając na dziwnie pusty w niedzielne popołudnie rynek w Aakirkeby naszła mnie myśl, gdzie wszyscy są? No dobra, to po pierwsze, a po drugie, czy te sklepy przetrwają kolejny sezon. Bo wiecie, artyści się wykruszają. Zresztą, jak co do czego przychodzi to i tak wolą promować kogoś z Kopenhagi, niż stąd tutaj, więc… trzeba się przenieść tam? Ale przecież my tak bardzo kochamy Wyspę!!! Tłumy na niej jakoś sprawiają, że się kruszymy, zamykamy, toczymy po drogach byle tylko nie złapać kontaktu wzrokowego, by im umknąć, by nas nie widzieli, nie męczyli, udawać, że tak naprawdę ich nie ma…

… ludzi.

No cóż.

Uświadomić sobie należy, nawet na rynku miejskim z murami kościoła za plecami – na rogu siedziałam – że człowiek wybierający mieszkanie w miejscu, które jest piękne, ale nie ma wielkich sklepów, odgrodzone jest morzem i przez sporo czasu słabo dostępne, naprawdę kręci niektórych. Ale tylko niektórych. Nie wszystkich. Tych, którym wystarczają drzewa, morze, rzeczki i kupy krowie oraz końskiej częściej spotykane niż ludzie. I jeszcze ta cała moc nieba, ona wielkość morza, te porty, łódki, chatki…

Hmmm… więc dlaczego ludzie tutaj przyjeżdżają w odwiedziny?

Dlaczego w ogóle mają wakacje?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nasionko… została wyłączona

Pan Tealight i Krowa Nabrzeżna…

„Czarna, niczym fragment zimowej, głębokiej nocy, gdy nikt już nie śpiewa, gdy nikt nie czeka na światło, gdy wszystko i wszyscy jakoś tak zwątpili w lśnienie. W jasność ogólnie pojętą… gdy zima jest niesamowita, głęboka i bezsłoneczna…

Czarna niczym węgiel, który czeka na czas palenia. Który wie, co się wydarzy, ale jednak trochę się lęka.

Krowa z misiowymi uszami.

Właściwie to nie dzisiaj mieli się na nią natknąć. Nie tak to planowała. Naprawdę. Przygotowała wszystko, by było inaczej. By było po jej myśli, ale ten żar lejący się z nieba, morze nagle dziwnie cichsze, te skały rozgrzane, woda do picia znikająca i trawa… trawa, z której zostały tylko beżowe korzenie. I białawe wypustki. Nic, czym można się było nakarmić, nic czym można się było odżywić.

Dlatego jakoś tak wyszło. Zagapiła się i pozwoliła się im zobaczyć. Im kroczącym w tym samym żarze. Jemu szaremu, dziwnie ciepłemu i jej, takie zamroczonej, ale i radosnej podejrzanie, dziwnie skoczliwej, wszystkim zachwyconej. Jej, tak bardzo innej niż wtedy, gdy widziała ją po raz pierwszy… a przecież nie było to aż tak dawno. Trzy cielaki temu, może cztery? Może…

Zauważyli ją oczywiście.

On najpierw, bo wiedział. Czekał, jakby ona dżentelmeńskość jakoś go nagle omotała i spętała i nie pozwalała pierwszemu się odezwać, czy też nawet uczynić jakiegoś znaku, że ją zna, widzi, że przypomina sobie to wszystko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Aakirkeby…

Oczywiście kościół.

Bo przecież. Wyróżnia się oną swoją szarością i brunatnością kamieni. Grubymi ścianami, skromnymi mimo wszystko oknami. Dla tych przyzwyczajonych do barokowości, rokoko, wszelkich złoceń, aniołków, postaci o dość bogatych kształtach, może być zaskoczeniem. Bo tutaj to zawsze łódź. Ona bezpieczna przystań na wzburzonym morzu. Jedyna droga do portu, w którym czeka przynajmniej chwila wytchnienia…

Takie mamy tutaj kościoły.

Wiecie, ubogie w zdobienia, ale przecież to całkiem logiczne.

Ale co do cmentarzy, oj tutaj poszaleli. Może i te równe ścieżki i trawniki szokują niektórych idealnością, to już same pomniki potrafią po prostu zachwycić różnordnością. Od odwzorowań wszelkiej różnorodności natury, kawałków kory, pni, drzew po wszelkie rzeźby, inspiracje pogańskie… ale są i ptaszki, akurat bardzo popularne i jeszcze aniołki oczywiście.

No ale miasto to nie tylko kościół przecież. Chociaż spoglądając na nazwę, to raczej tak, czyż nie?

Kościół jak kościół, dookoła niego, onej wielkiej bryły, miejskie kolorowe domki, dużo onej wyspowej czerwieni. Okna z niewielkimi firankami albo odkryte, ujawniające ich wnętrza, albo cudowne wystawki na półeczka specjalnie do tego przystosowanych. One figurki, rzeźby, roślinki, kamienie, kawałki drewna… wszystko. Miejska okienna sztuka. Coś niesamowicie fascynującego, czego jestem sama częścią już od wielu lat… kurcze, rzeczywiście!!!

Ale… wróćmy do miasta.

Rzeczywiście przejście się tymi uliczkami, chodniczkami, dookoła, między domami, zaglądając to tu to tam jest zaskakujące. Bo nawet w tym okresie, ludzi tutaj jak na lekarstwo. Nie żebym narzekała, ale byliśmy tam w niedzielę i nikogo nie spotkałam poza kolesiem stojącym na stawie. A dokładniej na drewnianej łódce na płytkawym miejskim stawie. Intrygujący koleś, ale mnie bardziej zachwyciły drzwi. Kurcze, niesamowite są. Niebieskie, drewniane, czerwone. Mieszane w barwach, walczące o palmę piękna z oknami, o ono zainteresowanie się drapiące.

Krzyczące: jesteśmy lepsze.

Po drodze do stawu minęłam najfajniejszą fontannę na świecie.

Właściwie, czy to fontanna, czy raczej coś na kształt konstrukcji artystycznej nie wiem, można się kłócić. Ale wielkie, drewniane, czarne koło, które obraca się i przerzuca wodę z jednej strony na drugą obrośnięte nasadzonymi kwiatami w czerwieni i fiolecie, jakoś tak rozciesza oną suszę. To pluskanie, sporadyczne powiewy wiatru… spokój i tylko te fale. I te krople. I to korytko, w którym zielonkawa woda, ale czyściutka, taka wersja z Krainy mitycznego pana Oza i nagle, gdzieś tak w środku Wyspy człowiek znajduje się w całkiem innym świecie.

Na chwilę.

Ale przecież takich miejsc jest cała masa. Każdy może sobie wybrać co tylko swojego. Ukochanego, ulubionego. Popatrzeć się w okna, udając, że nie patrzy. Pogładzić obłażące farbą ściany, bo akurat takie lubi i poglapić się na drzwi. I pomacać drzewa, właśnie te miejskie i jeszcze spróbować pooddychać…

Spróbować, bo jakoś nie idzie.

Zewnętrze to obecnie jebana Amazonia. Coś, czego chyba nigdy nie doświadczyłam. Serio Egipt był świeższy z pustynią i pełnym słońcem. Wszelkie lata, które przetrwaliśmy w Polsce czy na Ibizie to był pikuś. To, jak teraz śmierdzi Wyspa wali umieraniem. Chorobami wszelakimi i dziwnym przemęczeniem. Na dodatek znajomi mówią, że w Finlandii morze dotarło w stopniach do 27u, więc wiecie, jest kanał.

Po kiego przepłacacie za Hawaje?

Tu nie ma rekinów!

No, na razie…

Przerażająca myśl, gdy człek patrzy na mapkę pogody i widzi ów fiolet. Potem zagląda w prognozę pogody i widzi, że obiecany deszcz zniknął. Właściwie, to robią to co tydzień. Wrzucają, że będzie padać, a potem to wymazują. Obiecali od jutra ochłodzenie i chyba też im się odmieniło… więc żar się pogłębia, nie opada.

Serio, planuję już sukulenty w ogródku!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krowa Nabrzeżna… została wyłączona

Pan Tealight i Czerwony…

„Rany no…

Widzicie, bo eksperymentował z oną urodą międzyplanetarną i tak jakoś wyszło. Znaczy Mars w ramach poprawy na czerwono, bo to podobno wzmaga działanie preparatów i tak już mu zostało. Rany, jaka się z tego zrobiła rozróba!!! Rany!!! Cały świat oszalał. Od razu przepowiednie, od razu śmierci, od razu zdjęcia…

No dobrze, nie żeby on nie lubił wszelakiej atencji. Nie oszukujmy się. Kocha ją. Wciąż jej pragnie, wciąż o nią woła, wali z onego nieboskłonu i wie, że na pewno zostanie zauważony! Zawsze. A im większy tym lepiej. No i to jego oddziaływanie na kobiety. Wprost mityczne, legendarne i wciąż żwawo-żywe. Nie żeby one były mu jakoś za to wdzięczne, czy co, za te pływy i przepływy, za one wzdęcia i nakazy istnienia, za podglądanie, włażenie we sny i ogólne, przymusowe, niechciane nawet, kształtowanie kobiecości, no ale…

… co miały zrobić?

Przecież nie mogły mu dokopać?

Choć podobno kiedyś była jakaś, co to zrobiła. I była jakaś krowa, która serio przeskoczyła jego oczekiwania, ale poza nimi. Nie, chyba nie. Chyba się poddały. Nawet onemu zaćmieniu i tej czerwieni, dzielność czerpiąc z Marsa i nie wierząc w jego winę. Bo jak to tak, zwalać na innego? No nie, nie można tak.

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kości mówią” – … nie. To nie jest szczyt literackiej poezji. Ni dobrze napisane, ni słowa się do końca nie kleją. Przerwy miejscami w najbardziej spodziewanych, choć niechcianych miejscach… ale ona taka jest.

Zawsze była.

Nie oszukujmy się, ale Reichs czyta się tylko i wyłącznie dla antropologii. Bo chociaż rzeczywiście problemy sercowe, rodzinne i takie tam są intrygując złożone, to ona schematyczność, one zawsze sny, wizje, zawsze wpadki… są podane zawsze w określonym porządku. Ale antropologia… Mniam! No dobra, bardzo mniam, ale w wietrzonym prosektorium!

Tym razem sprawa jest jeszcze bardziej pokręcona, a do tego trzeba podjąć decyzje dotyczące własnego życia i nasza bohaterka zwyczajnie, po ludzku nie wie. No i pojawia się jeszcze babcia – znowu! Znaczy jej matka, ale wiecie, ta pani to ma potencjał! Jak byk musi istnieć w realu. Tego nie da się wymyśleć! Znowu są kości, tajemnice, ludzkie rozterki, wściekłość, ból i oczywiście starzy znajomi. Choć pojawia się też ktoś nader intrygujący by uwypuklić ono wiekuiste zło człowieka.

I tyle.

Dla wielbicieli.

Ja się bawiłam przednie i zauważam pewną poprawę w pisarstwie autorki, w znaczeniu tego tam, wiecie no, warsztatu. Coś ostatnio płynniej idzie!

I spacer…

Skały parzą.

Krowy meczą?

A tak, znowu spacer. Pewno że gorąc taki, że człek nie wie, którym końcem oddychać, ale jednak nie może tak żyć bez długich, kilkugodzinnych spacerów, więc… więc w końcu wynurza się ze względnie chłodnego domu i ciśnie na skały. Na skały, bo tam go jakoś dawno nie było. Choć żmije wariują, to jednak zakłada lepsze buty i dalej. Na wspinaczkę lekką, na skakanie z kamienia na kamień, w oną suchość przerażającą, w to stuprocentowe nasłonecznienie, zbyt wielką wilgotność.

W ten świat, w którym oddychanie boli…

Ale najpierw trzeba dojść do skał, a spacer w stronę latarni w Sandvig, tutaj od strony morza, to jednak milusia sprawa. Te wysokie drzewa, choć przetrzebione przez durnych ludzi, te krzaki, choć zdychające, bryza od morza, słabo wyczuwalna… i w końcu wysokie sosny i poszum znikomy i ta biel wieży na końcu ścieżki. Coś w tym jest. Ona magia docierania w końcu do sedna sprawy, ona jedyna wyczekująca ukochana, baśń, bajka, opowieść i mit, legenda i zaśpiew pradawny w jednym. W jednej onej skalistej drodze. Jednej wieży. W drzewach czekających, wpatrzonych w morze lekko pofalowane, miejscami wzburzone.

Ta droga, choć może niewymagająca, to jednak coś niesamowitego. Wiecie, takie miejsce, w którym tak łatwo można by zamieszkać i poczuć się sobą. Gdzie coś człeka ciągnie i coś jakoś wciąż jeszcze nęci. A potem, a potem te skały. I wszelakie miejsca, gdzie możesz bezpiecznie się zanurzyć, choć niegłęboko, albo od razu wybrać się do Szwecji. Bo przecież potem drepczesz dokładnie krańcem Wyspy, wprost do ruin. Mniejszych i większych. Mijając miejsca, które przecież widziały tyle zaprzeszłych, tak innych, jednostek pływających.

Mniej lub bardziej spragnionych lądu.

Te skały.

Takie miejscami beżowe, pomarańczowe, rdzawe i krystaliczne nawet. Mieszane, gładkie lub chropowate, sprzeciwiające się jakimkolwiek gładkościom. Jest w nich coś takiego, że tylko chcesz usiąść, mimo palącego słońca, mimo wszelkiego żaru i gorącości, mimo tej niemożności oddychania… usiąść i słuchać morza i wglapiać się w one niebieskości, i zielenie, wszelkie załamania, odbicia, refleksje nieba, ziemi i machającego łapami człowieka stojącego na najwyższej skale.

I krowy.

A tak.

Wiesz o tym, że tutaj są, bo mijasz ich pozostałości. Wielkie, ogromne. Niektóre posłużyły komuś za ekspresje artystyczne, a komuś za mocny poślizg i z pewnością wokalny popis a potem dużo skrobania, wycierania i tak dalej. No ale, zwykły czas i dla krów. Chociaż wciąż mnie zastanawia, gdzie są owce?

No nic, ale są krowy i stojące kamienie. I jedne i drugie na kamienistej stali plaży. Krowy między kamieniami i kamienie między krowami. Wiecie, tymi kudłatymi lekko z grzywkami i dużymi, misiowymi uszami. No przesłodkie stworzenia, ale tak umęczone, że aż żal. Wiem, że w krzakach mają schowaną wodę, ale chyba się skończyła, bo pokładły się pod pojedynczymi drzewkami i jęczą. Matki z małymi. Cudowne, ale zmęczone i oblepione muchami. Cierpiące. Ale też kurcze, ale mają widoki!!! Mocny zapach krowich ekhm, no wiecie, wzbija się w powietrze i nie ma niczego, co mogłoby to rozwiać poza idiotą z papierosem. Wybić kurna takich! Cholera jasna, susza jest od twojego peta cymbale możemy się zmienić w jebaną pochodnię pachnącą wołowiną!!! Czy ludzie naprawdę tacy są durni…

Spoko, to było pytanie retoryczne!

Czarne i brązowe plamy, lekko dyszące, szukające trawy, ale znajdujące tylko susz… piękne, ale też dobijające i jakoś… no w jaki sposób one nie niszczą tych poukładanych przez ludzi kamiennych wieżyczek? No jak? A może to jakieś alienowe wynalazki są? Może? Kto to wie? Tyle dziwów ostatnio na niebie przecież.

Człowiek się już nawet nie poci. Strasznie to dziwne, ale jakoś woda nie chce go opuszczać, jakby temperatury się wyrównały i tak miało już zostać. Strasznie to pokrętna rzecz, ale właściwie lepsza niż zalewanie się potem. Pewno że mało naturalne i niezdrowe, ale jednak, kurcze… sama chciałaś na spacer. A może chodziło tylko o to, że po spacerze postanowiłaś rzucić się w toń? Pewno i o to chodziło, ale nie przewidziałaś tego, że kurde morze takie gorące!!!

I pierwsze chełbie w nim już są.

Tak wcześnie ich jeszcze nie widziałam, a podwodne zdjęcia pokazują ich wprost mrowie. Mnogość ogromną. Miejmy tylko nadzieję, że jednak nie trafią się nam te parzące i trujące. Bo już te gryzące robaki wystarczą.

Czarne skurczybyki!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czerwony… została wyłączona

Pan Tealight i Piorun…

„Nagle spadł z nieba.

Nagle i od razu został zauważony, ale tak to jest jak coś przebija miękką, obutą w kapeć króliczka stopę Pana Tealighta. No dobrze, może i ona stopa nie powinna była tam być, bo to przecież dzień gorący, więc lepiej siedzieć w domu, w grubych ścianach chłód trzymających, z czymś mrożonym w dłoni, macce, ręku, nodze, odnóżu, pałce, lasce, włosiowym plątaniu… może i ona stopa miała mieć co innego do roboty, jakieś ocienione ścieżki, które na nią czekały i takie tam…

… może…

Widzicie, ale jednak jakoś tak się wydarzyło, że Los Przeznaczeniowy postanowił by było tak, a nie inaczej i sprawił, że i króliczek i kapeć i stopa miękka, i, co ważniejsze, lub nawet i najważniejsze, cała reszta Pradawnego, oraz sam Piorun sprawiły, że zwykle milczący… zaraz, co ja piszę, no przecież on zawsze milczał właściwie i jakoś tak się porozumiewał mocniej, bardziej i ponadnaturalnie, choć dla niego jak najbardziej naturalnie, więc… No chodziło o to, że ból był cholernie bolesny. W stopniu nader gryzącym, męczącym, dołującym i tak dalej, nie do wytrzymania i wszelako ewoluujący i jako tak…

… przytwierdzał do ziemi na zawsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra…

To sierpień.

Hmmm, ciekawe? Jak myślicie, będzie jakiś deszcz, bo mi się raczej nie wydaje. Spoglądając na te koszmarne mapki z przesuwającym się karminem nad granicami europejskich państw, to mi się niedobrze robi. Wyjście na zewnątrz oznacza zderzenie się z grubą, dziwnie wilgotną i wciągającą, wrzącą ścianą o aromacie siuśków i starych skarpet. Nawet wieczór zwykle nie przynosi ulgi co jest takie dziwne! Bo tutaj zawsze jest jakaś bryza. Takie coś się nie zdarza. No kurde no!!!

Ale cóż.

Mamy to, więc trzeba przetrwać.

Najlepiej pod varmepumpe, która na szczęście ma też opcję chłodzenia. Może od tego zatoki napierdalają i oddychać się nie daje, no ale z drugiej strony tak też się nie daje, więc wolę zimno… i ból. Bo ten żar, ta ściana smrodku, to parzenie, dziwne niepocenie się, albo poenie i nie schnięcie. Oj nie, to nie dla mnie. Pewno że przecież heatwavy zdarzają się ciągle, więc człek nie jest jakoś zaskoczony, ale tutaj bijemy wszelkie rekordy, wyznaczamy rąbane trendy. I chyba to nie dla mnie.

Ale nic.

Przecież już prawie sierpień.

No przecież coś musi – zagląda w pogodynkowe wynurzenia – musi się coś zmienić? Jak to nic? Jak to wciąż rośnie? Porąbało was, czy coś? Przecież ja się nie przemienią w murzynka Bambo! Zaraz, że nie można powiedzieć „murzynka”? A walcie się, za stara jestem na poprawności. Jakby co, jestem też psychiczna, a pod wpływem temperatury moja psychiczność narasta, więc drżyjcie narody! Znaczy tam, zostawcie mnie w spokoju w chłodnym miejscu i pozwólcie coś robić. Bo jakoś nawet w upały nie umiem bez roboty. Sorry, taka uroda.

Albo raczej jej brak i z tego wynikająca nadaktywność.

Czerwony księżyc.

Okay.

No to był.

Nie żeby coś, ale muszę przyznać, że jak przeszedł to zrobiło mi się lepiej. Jakoś tak. Zwyczajnie. Po ludzku. Gdy już zniknął. Gdy skończyło się ono całe zaćmienie, całe to krzyczenie, cały ten zgiełk medialny, zapatrzenie, miliardy zdjęć rozmazanej, krwawej kulki… i Marsa oczywiście. Bo przecież w pewnym momencie pod krwistą kulą pojawił się równie krwisty Mars. Dziwny. Taki niewielki, a przecież sprawca wszystkiego. Ale to nie to było najdziwniejsze. Oj nie, bo w pewnym momencie przesunęło się coś więcej na nieboskłonie. Według aplikacji na telefonie była to stacja kosmiczna, ale czym było to coś, srebrzysto-niebieskie, co to przemknęło obok niej?

Co?

Nie wiem, ale tego wieczoru całe niebo było porąbane. I te dziwne jasne chmury i ten księżyc i jeszcze oczywiście medialność i ten księżyc, no i wszystkie planety dziwnie nazbyt aż tym razem widoczne. Może i był koniec świata? Wiecie kto tak naprawdę wie? Może i się stał i wkroczyliśmy w nową erę.

Jakąś tam erę?

No nic.

Jakby ktoś się zastanawiał, to oczywiście pogoda wciąż bardziej niż tropikalna. Wilgotność plus gigantyczny żar w okolicach trzydziestki. Ściana prażenia, a jak jeszcze wybierzecie się jednak masochistycznie na spacer, to może być ciężko. Naprawdę. Woda zawsze w zasięgu ręki, pamiętajcie o tym!!! Tyle sklepów pozamykali, że czasem naprawdę może być to trudne by coś zdobyć, a na rzeki nie ma co liczyć.

Bo tutaj wszystko jakoś schnie, ginie i znika.

Nie wzrasta…

Ale może to się zmieni? Dziś znowu ogłoszenie o ulewnych deszczach dla całej Danii!!!Tak, jak pewno się domyślacie w tej chwili, cała Dania nie oznacza oczywiście Wyspy. No bo przecież. No jak by to było możliwe. Wymazuje się nas z map lub przenosi w okolice Lesø dla lepszego uplasowania, więc…

Kicha!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piorun… została wyłączona

Pan Tealight i Wędrujące Czaszki…

„Było ich chyba trzy i o dziś nie wiadomo skąd się tak naprawdę wzięła. Kika osób co prawda wskazywało na winę Wiedźmy Wrony Pożartej, ale spojrzała na nich tak, że im przeszło ono obwinianie i wiecie… przestali. No więc tak w onej pełnej sytości wątpliwości oraz dziwnej obsesyjności, zaczęli szukać dalej.

No skądś musiały się wziąć.

Ale co, jeśli do kogoś należały?

Co jeśli się zagubiły, samotne się czuły i szukały drogi do domu, a GPSa nie miały ni mapy czy telefonu ratunkowego przy sobie? Żadnego przewodnika, czy pomocy od gwiazd i innych mocy. Ni magii, ni nauki ni… czegoś tam. Co jeśli chciały tylko wrócić do domu, ale może przez pogodę, ten dziwny księżyc rdzawo-czerwony, ten brak deszczu, ciszę wiatrową… jakoś nie umiały? Może bywały tutaj już wcześniej, ale nigdy ich nie przyuważono, bo w końcu to tylko trzy czaszki, całkiem niewielkie…

… dziwnie lekkie…

A może to jednak jej wina?

A może jego?

Może ktoś przywołał coś, co przemieniło się, przekształciło i pozostało w takowej postaci i za nic nie chciało wracać do siebie? Może demon? Może Nessi, może smok, goryl mutowany czy też agenci FBI po treningu amfetaminowym?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Mistrz ceremonii” – … dobra. Tak, uwielbiam autorkę. Paranoicznie i pokrętnie. Po prostu to jedna z moich ulubionych ostatnio autorek, więc jak tylko coś się pojawia, to staram się to od razu złapać, a potem…

… a potem się zastanawiam, jak to z nią jest, że choć dużo pisze to pomysły wciąż ma. No i pewno czas jakiś, albo i ludzi pomocnych? Bo każda powieść jest jakaś, każda mnie zaintrygowała i każda została pożarta na posiedzenie!

Jedno!!!

No ale. Oto jest książka nienależąca do żadnego cyklu, więc łapać możecie ją spokojnie. I poznać szczególną kobietę, która zaczynając pracę w policji 30 lat temu, po swoim pierwszym aresztowaniu wróciła na miejsce zbrodni. Wróciła na pogrzeb, ale też i do całej opowieści. Bo coś chyba wciąż jeszcze nie jest rozwiązane. Coś tutaj wciąż siedzi pośród tych gór, wierzeń, laleczek glinianych…

Oj tak, ponownie autorka sięga po ten nadnaturalny smaczek. Czarownice, dziwne organizacje, ludzie zdolni zabić dla przeszłości. Wiara, nadzieja, śmierć. I do tego kiepskie tłumaczenie. Naprawdę. Albo korekta, jedno z dwóch. Ale przy tak szybkim wydawaniu to ostatnio wydawnicza norma chyba. Tak, utrudnia to czytanie, ale naprawdę warto się przemóc, bo w tej książce coś jest. Po pierwsze bohaterka, już niemłoda, doświadczona, po przejściach. Po drugie sama sprawa, która w rzeczywistości zazębia się o naszą codzienność. Bo przecież te organizacje wciąż istnieją, kolejne groby są ujawniane, więc… czy w ogóle warto z nimi walczyć?

Czy się przyłączyć?

Czy to jest zło?

Czy wiedziałam kto, co i jak szybciej?

Oczywiście, ze tak, sprawa jest w tych granicach nader oczywista, ale potem po zgooglowaniu kilku spraw, cóż… UKej jest naprawdę dziwnym miejscem. Dla mnie teraz jeszcze dziwniejszym, choć spoglądając historycznie, wcale mnie to nie zaskakuje… no chyba.

Lipiec.

Powietrze gęste, wrzące i duszne. Dzień i noc. Żadnego ochłodzenia. A wszystko jakieś takie żółtawe, jakieś takie, jakby ten tlen i azot kurna ktoś obsikał i to dość aromatycznie Duszę się. To nie jest świat, do którego przywykłam.

Wyczołguję się z domu, a tam to samo. Niby gdzieś tam błąka się jakaś bryza, ale chyba alb młoda jakowaś ona, albo zwyczajnie rabotać się jej nie chce. Bo ni chłodu ni orzeźwienia. Ni jakiegoś odstąpienia, chwili wypoczynku dla ciała, a przede wszystkim głowy. Bo myśleć się nie dale i jeszcze ona dziwna nerwowość. I w sklepach i na ulicy… przeraża mnie świat, który tak bardzo kocham. Niby wiem, że to musi się kiedyś skończyć, ale kiedy? I czy my wszyscy dotrwamy do tego czasu we względnym zdrowiu?

Nie wiem.

W temperaturze mocno ponad 30 stopni musiałam udać się do miasta. Nie, nie poprowadzę was cudowną wycieczką przez wyschniętą osadę, przez zbrązowiałe krzaki, dziwny brak kwiatów poza tymi wysadzonymi, podlewanymi, pielęgnowanymi codziennie… tak, domy wciąż pięknie połyskują, okna mają się dobrze, sklepy wyciągnęły ciuchy na wrzącą aurę i jest sporo buszujących, ale kupujących to nie, nie… raczej nie. Każdy szuka raczej jedzenia, cienia, klimatyzacji i czegoś do picia. Napoje schodzą jak w zimie ciepłe bułeczki, do tego słodycze, półeczki nieźle przetrzebione. No i jeszcze zupki koreanki. Wiecie, jak to zwykle. Co do sztuki i takich tam, to raczej nie. Wszyscy dreptają zblazowani i lekko spoceni, ale dziwnie mało śmierdliwi. Widzicie, ta pogoda od razu wysusza.

Bierze człowieka i wykręca z niego każdy gram wilgoci.

Nie ma litości. Żadnej. Jakby dbała tylko o siebie, ale przecież nie od dziś określa się naturę jako okrutną? Jednak, czy jest to prawdziwe okrucieństwo? A może krytyka nastawiania drugiego policzka, tak popularna u wielu?

Nie wiem, ale ludzie zaczynają sypiać na zewnątrz. To może mieć poważne reperkusje jeśli chodzi o tak zwane dzikie zwierzęta. No wiecie, obudzić się z jeżem w ramionach może być bolesnym zaskoczeniem. Albo siorbająca cię porannie sarna, jelonek, czy też… na przykład taki bizon z wielkim jęzorem?

Ekhm, może być intrygująco!!! LOL

Ale śliwki są.

I sarny…

Od pewnego czasu w ogródku sypia nam sarna. Mam na to dowody!!! Nie tylko żywi się moją choinką, ale też kocha ten cały mech, który u nas zdaje się kumulować jakoś wodę czy coś, bo pojawiło sie odrobinę trawy. I jakoś takoś nie dość, że zwierzynka może się posilić, to dodatkowo jeszcze jest względnie bezpieczna.

Dziczyzna jest sporym elementem wystroju zewnętrza u nas. Rodzina zajęcy, jeże, cudowne ptactwo i oczywiście one ssaki. Sarny. Niby coś zwykłego. Niby właściwie nic ciekawego, co nie? Bo kto tam sarny, czy jelonka nie widział, ale… jakoś tak lepiej się człowiekowi na duszy robi. Bo znaczy, że jeszcze tutaj są.

Że żyją.

Istnieją.

Znaczy zaraz, jak to było?

Sarna to kozioł i koza, a jeleń to byk i łania. To raczej na pewno koza, ale sporawa i z dużą głową, tymi wielkimi, ciemnymi oczami… no nie wiem. Na pierwszy rzut oka raczej sarna, ale może jednak nie. A może są dwie? Kurcze, tak trochę nie do końca rozumiem dlaczego umyka z lasu, ale z drugiej jest to aż nazbyt logiczna, jakby co może nawet wody pociągnąć z pojnika dla ptaków. Wiecie, trawka jest, meszek jest, świeżutko, cienia też dostanie, biedna choinka ledwo zipie, no ale…

Wracajmy do śliwek.

No więc śliwki są. Jeszcze nie do końca dojrzałe, coś na kształt mirabelek, żółtawe oraz takie czerwonawe, które smakują dziwnie miodowo. Tym żółtym do rozwiązania jeszcze trochę brakuje, ale kolorowe… no cóż, z nich raczej nic nie będzie, bo na gałęziach zostało tylko kilka, a ziemię zasnuwają poarszczone osobniki. Dodatkowo jakaś Turyścizna rzuciła sę na drzewka i połamała gałęzie dobierając się do owoców, no i nie skorzystała, bo kwaśne. Ale biedne drzewka, co i tak mają przesrane, przesrane mają jeszcze bardziej. Oczywiści sławetne czereśnie w tym roku były słabe, wiadomo sprawa, ale trochę coś ich było…

Jabłka?

Opadają w postaci niedorozwiniętej.

Smutne to.

Dlaczego tak bardzo zasmuca mnie ból natury? Bo ludzi mamy za dużo, a drzew za mało. Dzikości ziemi za mało. Lasów za mało. Łąk… to już nie wiem nawet, czy łąki jeszcze istnieją. Niby UK wprowadza zakaz stosowania pestycydów w przydomowych ogródkach nakazuje ludziom zapoznanie się z robalami, ale też bawi się we fracking i mamoli z GMO. I gdzie tutaj sens? No weźcie no!!!

Cholera bierze.

Nasi pewno i na to znów wpadną!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wędrujące Czaszki… została wyłączona

Pan Tealight i Burza…

„Pioruny…

Grzmoty i mgnienia świateł, które pojawiają się i znikają.

Dźwięki, które sprawiają, że niektórzy z dziką fascynacją w oczach podchodzą do okien i przyklejają się do nich, ale też i ci, którzy chowają się pod kołdry, mimo strasznych upałów, wciąż to robią. Nie bacząc na temperaturę i zaduch, zjedzoną późną kolację, fasolki i tak zwane zdrowe żarcia… nie chcą tego widzieć. Nie chcą tego słuchać. Najzwyczajniej w świecie… się boją.

Niezależnie od wieku.

Może i irracjonalnie?

Ale przecież nie mogą walczyć z tym, co narzuca im własne ciało i umysł. Nie mogą. A może i nie chcą. Bo przecież w tym lęku jest coś takiego dziecinnego, o nie pozwala dorastać, ale i boskiego zarazem, co sprawia, że natura stawiana zostaje na porządnym, istotnym, tym, którym winna, miejscu… więc może właśnie o to chodzi w tym wszystkim? Strachu przed burzą, piorunem, światłem… w tym oczekiwaniu, liczeniu, onej pewności nadciągającego dźwięku, onemu omenowi?

Nad Wyspą przepływała Wielka Burza.

Ale ni zagrzmiła, ni zaświeciła.

Ni nie zrobiła niczego innego.

Po prostu przesunęła się nad umierającymi drzewami, spragnionymi sarnami, zmęczonymi jeżami, głodnymi ptakami i ludźmi tak mocno podenerwowanymi, że nikt już nie wiedział co zrobić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Człowiek jest dziwnym, pokrętnym zwierzęciem.

Cokolwiek by o nim nie mówić, tylko zwierzęciem.

Zwierzęciem, które się poci i dyszy. No nie oszukujmy się, jest kanał. Znaczy nie no, pewno jak ktoś na wakacjach to tam mu za jedno może i chciał takich upałów, ale jak wstajesz coby poklikać w klawiszki i szukasz dziwnych znaków na skałach na północy i dowiadujesz się zniszczeniach i pożarach i tym wszystkim, to nagle… nagle uświadamiasz sobie, że bez wody nie będzie jedzenia. Że będziesz skazany na żarcie nie wiadomo skąd z nie wiadomo jaką zawartością czegoś… bo przecież Niemcy też dostają po tyłku, więc jak to będzie? Te ubite krowy okay, ale co będzie jadł trawowielbiciel? Bo boleśnie, niestety nim jestem. Wiecie, niektórym odbija na starość i nagle tego nie mogą jeść i tego nie mogą jeść i już… nic im nie smakuje.

Powinno to być zbawcze dla sylwetki.

Odkrycie!!! NIE JEST!!!

No ale… jeżeli w UKeju już zabraniają podlewania trawników to i do nas pewno to dojdzie, chociaż nie wiem, czy wiecie, ale u nas w ekologicznym podobno świecie to się plastikowe kładzie. No serio, najnowsze odkrycie, podobno czysta ekologia, bo podlewać nie trzeba, ciąć nie trzeba a zielone wciąż. Wiem, że ludzie nie myślą, ale aż tak? No przecież nikt nie podlewa trawników, nie stać nas na to!!! A już mus ten plastik na pola wszelakiej piłki używalności trzeba to kłaść. Hmm… ciekawe czy na tym mniej kolana się obciera? No nie wiem, dla mnie to nadal pomylone.

No nic, to jakbyście nie wiedzieli… gorąco.

Chyba w nocy to najbardziej dopieka. Dla mnie spanie w temperaturze na plus jest trudne. Naprawdę. Wolę hibernację. Ale gdzie tutaj pojechać żeby zdobyć jakiś chłodek? Kurcze, gdzie jest teraz zimno i niezbyt daleko? Może na Islandię? Bo mnie korci Islandia, a właśnie się dowiedziałam, że można popłynąć z Danii tam promem. I to z przystankiem na Owczych kurcze, wiecie co, chcę!!! Tylko skąd wziąć te korony? Może ktoś ma na zbyciu, to wszelkie donacje przyjmę radośnie.

LOL

Spoglądając na kolejne pogodowe, wariacyjne kompilacje, to jakoś nawet jest mi coraz cieplej. Serio. 30 stopni i więcej, nie, wychodzę z tego świata. Poproszę o lodową jaskinię, jeśli można w jakimś fajnym smaku.

Mało wybredna jestem.

Kurcze, ale tak naprawdę, to przez cały czas zaskakuje mnie ta dziwna cisza, wiecie, taka jakby brakująca jak grille i wypalarki do trawy i jeszcze oczywiście kosiarki. Nie ma ich. Nikt nie ryzykuje chyba raczej mandatu, a może po prostu wszyscy odpuścili? Sama wiem jedno, muszę przyciąć zioła, bo zdychają. A tymi patyczkami to już nawet bączki i pszczoły czy motyle się nie interesują.

Czas na jesienne cięcie latem wczesnym.

A co…

Chowaniec wkurza się na kolejki w sklepach.

No tak, teraz mamy korki i kolejki. Pewno, że to nie tak jak w wielkich miastach, ale przerzućcie się z pustek w tłum obcy i nagle wszystko jest inne. Dziwna nerwowość narasta w powietrzu, wszystko się miesza, mami, małe dzieci układają się na podłodze i naprawdę masz ochotę skopać dorosłych, ale przecież jak to zrobić w tym upale? No nie da się!!! Po pierwsze wysiłek fizyczny i pot, po drugie oni dorośli nieświeży tacy. Bo nie wiem dlaczego, ale nasze sklepy nie posiadają klimatyzacji. Wróć, może niektóre posiadają, ale ja w nich nie byłam. Dlaczego? Bo u nas upały zwykle są niezdychalne, zawsze jest jakaś bryza, a raczej… może zawsze była i już to ni wróci?

To se ne wrati… czy jak to był?

Nie przeraża was to?

Co, jeżeli tak już będzie? Północ się zapustyni? Czy jest taka możliwość? Bo z tego co pamiętam, to północ miała być zalana wodą. Helloł!!! Gdzie te topniejące lodowce? Gdzie moje „Pojutrze”?!!! Czy wszyscy się mylili? A może serio te bieguny się zmieniają, wywróci nas na drugą stronę i zostaniemy zombie? Nie wiem, ale z pewnej strony perspektywa bycia zombie, wiecie, to odchudzanie, dieta, może nie będzie źle. Ale ten zapach? Ekhm, z zapachem będę miała problem.

Wrażliwa jestem.

To może wampiry?

Jako wielbicielka starej Anne Rice – w znaczeniu, nie że ona stara, ale jej wcześniejszych książek – chyba byłabym za. Może miałabym problemy z krwią, ale znowu, jak będę chuda i młoda, to czemu nie? Noc mi styknie, słońca i tak nie lubię. Potrzebuję do zdjęć, ale przerzucę się na księżyc, albo będę chodzącym za dnia, czy jak to było… To jak myślicie? Zombie, wampiry, czy wszyscy zostajemy morświnami?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Burza… została wyłączona