Pan Tealight i Respiące się samochody…

„Miejsce.

Cisza.

Auta.

Pojawiają się, ale skąd? Nagle jakoś, dziwnie, jakby nie przyjechały, a wyrzucił je portal, statek UFO, czy inne dziwactwo… Naprawdę. Tutaj, na tej malutkiej wysepce, odłamku wielkiego lądu, części wielkiej cieśniny, zatokowej lekko, lekko innoświatowej. Pełnej załamań, zawirowań terenu i skał. Nie ma tu pól, tylko domki, nie ma chyba ludzi, a jednak są te auta…

Auta czekające na prom.

Na dziwny, malutki prom, który za zadanie ma przebyć właściwie wyłącznie podwójną długość samego siebie. Ale jednak, jest, pływa, no i będzie konserwowany. Hmmm… czy to znaczy, że w puszki pójdzie? Bo na puszki raczej nie przecież, wciąż ma pływać. Ruszać tym żółtym kółkiem, przewozić i ludzi i auta na onej swej szerokiej na dwa rzędy aut, i resztę ludzką, pomarańczowość.

… tylko skąd te auta?

Bo ludzi nie ma. Dookoła cisza mroczna i pustka, szelesty dziwne, wąskość, podobno jakieś ruiny, ale za bardzo ją to miejsce przeraża. Chociaż jest wiedźmą, może więc nie powinna się bać? A może jednak raczej powinna wiedzieć czego i kiedy się bać? Właśnie przez to, że jest kim jest?

Pan Tealight spoglądał na nią z oddali względnie suchej.

Wiedział, że nie może do niej podejść, zdradzić się, że tu jest, że jej pilnuje, że wie dlaczego ona się boi, że tak bardzo chce, by wróciła na górę do zamku, nawet jeżeli tam w ogóle nie może jej kontrolować… a potem nagle rozległ się plusk i musiał ratować Ojeblika – małą, uciętą główkę, która nagle zmaterializowała się na onym wakacjonowaniu Wiedźmy Wrony i to nie na lądzie… i wtedy…

… Wiedźma Wrona Pożarta nagle zniknęła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Hamburgsund

Chatki, plaża, masakra piłą mało mechaniczną… hałas. No tak, człek się tego raczej nie spodziewał. Nie wiem dlaczego w końcu rok temu nie zwiedziliśmy tej wysepki, na którą przepływa się promem. Wiecie, onym malusim, elektrycznym chyba ustrojstwem, co to powoli was ciągnie i nie pyta o zdanie. I jest za darmo. Ale teraz chyba wiem…

Przeczucie miałam.

Bo sorry, ale zobaczyć nagle wodny plan do filmu „Masakra wszelako skandynawską piłą mechaniczną i łódki” było szokujące.

Najpierw samo miejsce.

Spokojne, odludzione choć są domki, skały, mało drzew… ale jednak ludzi nie ma, więc skąd te samochody, które płynęły w drugą stronę? Tak jakoś wychodzą z portalu jakowegoś, równoległe światy, czy coś? Bo to miejsce, gdzie teraz jestem, do którego doprowadziła nas kręta, maksymalnie wąska droga, jest jak z innego świata. Wyobraźcie sobie dziurę w ziemi wypełnioną wodą. Takie coś wulkaniczne, albo po kopalni odkrywkowej. Siedzicie kilkadziesiąt metrów poniżej otaczających was skał, po prawej czerwone doki wtopione w skałę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Po lewej to samo, ale jest i dróżka bez wyjazdu, ale jest. I jedno drzewko. A reszta to nagle tylko te obłe skały i morze lekko wzburzone wciąż chlupiące.

Hałas.

A przecież uwielbiam jak mi morze chlupocze, więc dlaczego to miejsce mnie tak przeraża? Rampa prowadząca do wody, dla łodzi, te chatki, kilka łódek. Żadnego człowieka, ale w oknach zdaje się co czaić, a może raczej poza nimi. Gdzieś w innym świecie, którego są odbiciem, a może aż i wrotami? Może? Lewa strona zdaje się tak odległa, gdy człek staje na pomoście i ze szwedzkiego poprzez duński i resztki swej inteligencji, której jeszcze nie wywiało mu ze łba, czyta: wchodzisz na własne ryzyko… Znaczy co? To jest kolonia oderwana od państwa? Świat, w którym nie ma żadnego ubezpieczenia? Król Gustav mnie nie uratuje?

Ale jak to?

Przecież to Szwecja?

Chyba wciąż co nie?

Czerwone, maciupkie domki na drewnianym pomoście. Patyki, czy raczej bale wtopione w podłoże z przywiązanymi łódeczkami. Na jednym pomościku przed domkiem krzesła, tam znowu dyndają w doniczce kwity. Jakieś firanki niedrgające, prywatność, a może samotność? A może coś więcej? Człowiek skręca i nagle coś odkrywa… że tak naprawdę te domki stoją na palach, a między nimi a skałą jest ścieżka, jakie kable. A w skale, w onych załomach, gdzie drobinki ziemi się wytworzyły, gdzie właściwie tylko czasem dociera światło…

… kwiatki.

Przeciska się człowiek między ścianami drewnianych chatek, raczej takowych domków łódkowych niż letnich rezydencji dla bardzo małych, szczupłych i bezproblemowych, ale… jakoś tak wydaje się, że to miejsce żyje w jakichś wymiarach, które są pełnoprawne. A nawet pełnoroczne. Morze stukające właściwie o wszystko oprowadza mnie do szału. Kolejny korytarz, przytulam się do zimnej skały, pod nogami cienkie drewno, szpary, morze…

Takie to wszystko dziwne i inne.

Takie straszne.

No przecież jak mnie tutaj ubiją, to nikt się nie dowie. Zresztą nawet jeśli, to i tak kogo to będzie obchodziło, a jak tak, to chyba ino jakiś freakowy kolekcjoner by mnie ubił. Bo ja taka mało raczej interesująca jestem, więc. Nie no, jak już to kraken, który na pewno tutaj żyje, w tej dziurze dziwnej, w onym atolu właściwie, bo widzę wąski przesmyk prowadzący na pełne morze; żyje, a może tylko się wakacjonuje?

Nie wiem…

Uciekam stąd.

Wiem, że gdzieś w oddali jest jeszcze kilka domków takich samych, jeszcze bardziej wbitych w te obłe skały, ale mam dość. Chcę plaży, obiecano mi w końcu muszelki no i… i jest plaża. Kamienista, zasłana żółto-czerwonymi oraz burgundowymi parzylcami. Znaczy no tam, wiecie, meduzami, ale tymi bolesnymi. Plaża, z kibelkiem smrodliwym, dziwnymi chatkami kąpielowymi w szaro-niebieskich kolorach, pomostem przytulonym do skał pod nimi… i muszelkami. Małymi i większymi. Przerobionymi przez pływy i skały. Właściwie bardziej to ułamki kolorów: niebieskości, błękitów, różowości i bieli wszelkich odcieni, niż większe muszle. Ale i tak cudne. No w końcu u nas nie ma. I do tego zachód słońca przez kilka sekund niesamowity, a potem nagle zachodzi za te grube damy i jest szarość i ciemność, i straszność znowu.

Bo tak, dla mnie to zawsze będzie Plaża z Grubymi Damami. Te kały tak właśnie wyglądają. Jak ułożone na bokach krągłe, wenusowskie damy. Rubensowskie, czy jak to kto chce nazywać. Patrzące na ciebie.

Oceniające.

Dziwne.

Szokujące nawet.

Chcę do domku mojego białego. Cudownego. Chcę już w miejsce bardziej przyjazne i bezpieczne. Chcę… ale jeszcze czekanie na prom.

Bo przecież nie mamy amfibii.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Respiące się samochody… została wyłączona

Pan Tealight i Plaża z Grubymi Damami…

„No dobra.

Wiedźma Wrona Pożarta po raz pierwszy w życiu była tak zaskoczona. Wiecie, nie żeby myślała, że wszystkie plaże to piasek, woda i dal kosmiczna, bo tak nie myślała, znała różne, z niektórymi wchodziła w porąbane związki, ale to miejsce, ten specjalnie wydzielony obiekt kąpieliskowy…

… był dziwny.

Po pierwsze mieścił się na Krańcu Świata Bardziej, a po drugie otwarty był na morze tylko poprzez wąski szpaler wysepek i skał. Choć co czyni coś ino skałą wystającą z morza, a coś wyspą? Rozmiar?

Ma znaczenie?

A może…

A może chodziło jednak jej tylko o te wielkie, krągłe kobiety, które otaczały kamienną plażę zasłaną parzącymi meduzami? Przerażały ją. Patrzyły na nią rozwalone, leżące, obmywane falami, niebojące się morskich stworzeń, które tutaj były tak kompletnie odmienne od tych jej znanych i tak przerażające, a jednocześnie… tak piękne. Niesamowicie czarowne, przyciągające, a jednak…

… a jednak…

Tak, oto była plaża, która nigdy nie mogła należeć do Wiedźmy Wrony, w żadnej części, ale też jej nie odpychała. Pozwalała zbierać muszelki, zezwalała na czycenie i głaskanie, ale też nie chciała, by ona się w niej naprawdę zanurzyła. Opryskiwała ją chmurką solnej konieczności, ale jednak nie falą… A te panie, damy, boginie może nawet… milczały. I spoglądały na nią. Dziwny, potargany twór, który nurzał się w kamienistości, buszował w niej odziany w czerń i wiedziały…

Że kiedyś będą chciały jej więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Artyści i Fjällbacka…

No są.

Istnieją tutaj.

Na pewno jest ktoś, kto maluje skrzynki na listy… czy też raczej skrzynki na reklamy. Bo czy poza mną ktoś wysyła kilkadziesiąt przesyłek, kopert, kartek z wakacji. Za jakieś 800 koron? Nie. Kobieta, przemiła osoba, ale bardzo przerażona ilością i moją nadaktywnością znaczkową, ledwo sobie poradziła. Ledwo. Ale jednak chyba też i szybko jej poszło i pomoc miała, bo pierwsze przesyłki już docierają!!!

YAY!!!

No ale miało być o sztuce. Choć… przecież epistolografia to też sztuka. W moim wykonaniu bad handwriting one, ale… jednak jest. Wymaga podstawowych narzędzi, ołówka, długopisu, papieru. Kocham je. I znaczków, pięknych, czadowych. I jeszcze kopert, tajemnic, odrobiny magii, dorzuconego liścia, zasuszonego kwiatka, może i czegoś większego? Formy w kształcie dziwnym, magnezu, ołówka z far far far awaya. Albo tylko odciśniętych ust?!

Artyści!!!

Jakoś nie trzymam się tematu. No ale, to ja. Wróciłam ze świata pełnego starych rytów, lasów i skał, miejsc dziwnych i dziwniejszych i braku wifi!!! Czadowego, który przenoszę tutaj. I serio, ograniczam się. Tylko, czy mi się uda? Musi, w końcu sztuka czeka. Niszczenia obrazów to jedno, ale malować też się chce. No i jeszcze kilka zostało, więc jeśli ktoś coś, to pamiętajcie, że cena do uzgodnienia. A sklep tutaj! I tak, wiem że duńskie korony to tak strasznie ilościowo wyglądają, ale sprawdźcie kurs! I zwyczajnie spytajcie o ofertę 3 w jednym LOL Może coś małego na prezent, a może większego na zbyt wielką i białą ścianę?

Bo artyści też jeść muszą!

Niestety… i używają dezodorantów!

I prądu!!!

Artyści?

Są tutaj wszędzie. A przynajmniej tak mi się wydaje. Bo każdy dom ma w sobie coś, każdy jakoś tak czaruje. Te cudowne wycięcia, kolory, ta niemonotonnia. Ta porażająca, odważna nieskromność barw! Te uliczki, kwiaty. A jednocześnie ona skromność. Tu dzwonek, tu kilka doniczek, łódź w oknie. Jest w tym jakaś surowość, ale też wciąż połączone morskie klimaty. Jakbyśmy, ci żyjący nad morzem, nie mogli bez niego egzystować nawet i w domu. Własnym domu.

Są tu obrazy…

… oczywiście inspirowane Szwecją, folklorem, wierzeniami, obrzędami, ale też i tym namacalnym. Tym co w wodzie, w trawie, w porostach, opadłych liściach. Tym, co na niebie, pod nim, tym wszystkim tak prawdziwym. Czasem srającym z melodyjnym pluskiem. Łodziami, podróżowaniem nawodnym. Ale przede wszystkim jednak, tutaj, w tym mieście… wyspami.

Te malutkie, czarowne skały, czy też ona skała, do której Fjällbacka się przytula – lekko przerażająca, osypująca się, zwiastująca collapse – i to one stały się wielką inspiracją dla wielu artystów. Mnie też dotknęły. Na pewno coś namaluję, ale nie tak jak On. W końcu Go spotkałam… Petera Engberga. Artystę, którego jakoś nie udało mi się spotkać rok temu, a którego prace zwyczajnie mnie urzekły. Człowieka, który w swojej galerii – razem z Oscarem Nordblomem – prezentuje właśnie te wyspy/skały. Miejsca, które niczym okruszki z kontynentu prowadzą nas na pełne morze.

Każda z nich ma nazwę, więc i on się nimi inspiruje. Nie tylko kształtem, nie tylko specyfiką terenu czy domków, ale właśnie nazwą. Może i historią z nimi związaną, odosobnieniem, dziwnością, lub tylko innością… Antropomorficznością, a może tym, co czuje, gdy na nich jest, lub na nie spogląda. Jest w tym coś z bajkowości, jest w tym jakaś mityczność, ale przede wszystkim…

Chyba prawdziwa Fjällbacka.

Ta jej część porozrzucana.

Pogubiona może nawet…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plaża z Grubymi Damami… została wyłączona

Pan Tealight i Kripi Wiocha…

„Na palach…

Na morzu.

Przy skale.

Pod skałą i jeszcze w niej prawie, dotykając pierwotnej formy Wszechświata, który upuścił tutaj cząstkę swej samotności, trochę dziwaczności i 100 procent przerażenia. Wyprodukował sobie później nowe… umie tak. Na poczekaniu oczywiście. Bo wiecie, to w końcu wszystko jego robota, jego produkty, więc…

Ale to miejsce… dziura w skałach wypełniona wodą, której wyjście w pełne morze zdaje się jakoś zakryte. Z prawej domki czerwone z łódkami, zdają się być wtulone w wielką, gładką, miejscami pękniętą skałę, z którego to pęknięcia wyrastają żółte kwiaty… w onej ciemności między drzwiami domku a skałą, jakoś żyją. Mocarze, czy też najdzielniejsi z bohaterów? A może nie mają innego wyjścia?

Jest tutaj ona i niczego nie rozumie.

Po lewej stronie morza droga, ale zdaje się nią nie być. Jakby istniała tylko jako przykrywka. Oczywiście przed nią też domki. Tylko pięć, a może to ułuda? Może jest ich mniej, bo wszystko zdaje się być lustrzanym odbiciem… i skała i morze i łódki, i ciągły, dziwny rechot fal. Nie, tutaj morze nie szumi jak u nas. Tutaj ono jest dziwnie bardziej zaborcze, groźne nawet, niewrażliwe. Łódkom to widać odpowiada, czy ludziom? Nie wiem. Nie widzę ich. Chyba mignął jej gdzieś rower, ale tutaj nie jest pewna ni tego co widzi ni tego, czego nie słyszy, a może i czuje?

A przed nią one… skały.

Obłe, antropomorficzne.

Niby ukultowieni bogowie, którzy już nie mają nadziei, ale zdołali uwięzić tutaj grupkę swoich wyznawców. Może dlatego zdaje się jej, że w tych czerwonych domkach są jacyś ludzie. Są jakieś dusze i siły, są jakieś byty, a może i moce, które zostały związane najpotężniejszymi zaklęciami…

Skały…

… ona chce je dotknąć, uszanować, pokłonić się, ale ją odpychają, jakby nie wierzyły, jakby już wszytko widziały, jakby…

… skały…

Przyciskające wszystko do siebie, nie tulące, nie… raczej pragnące cię do końca stłamsić, unicestwić.

Nie…

Wiedźma Wrona Pożarta… nie po raz pierwszy, ale może po raz pierwszy tak nagle i szybko… uciekła od natury.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sztylet ślubny” – … i co dalej? Bo ja chcę wiedzieć teraz, a nie czekać na kolejną część. Bo się wciągęłam!

Strasznie.

Aleksandra Ruda to autorka, którą znam, cenię, lubię, i która naprawdę mnie bawi. Jest prawdziwa, tworzy fajne światy, ale też jest trochę przewidywalna, więc gdy zaskakuje, to na pewno i na całego. Tu nie zaskakuje i naprawdę łatwo domyślić się ciągu dalszego, ale ona bezpieczność sprawia, że jest mi dobrze. Bawię się. Wiem, że to wszystko musi się dobrze skończyć no i…

Śmiechu mam co niemiara!

To drugi tom trylogii, więc zakończenie pozostawia nas, jak zwykle, w miejscy, którego nie chcemy dotykać, no ale. Taki prawa trylogii i tyle. Trzeba poczekać na kolejny tom! Tylko… ile jeszcze?

Dla wielbicieli fantasy z przymrużeniem oka. Dla tych, którzy chcą się pobawić. Którzy lubią fajnych bohaterów, nie do końca grzecznych, nie do końca znajomych, może i niektórych zaskakujących… którzy zwyczajnie nie uznają w fantasy granic. Którzy bawią się ich brakiem w literaturze.

Po prostu fajna książka z lekkim miłosnym zabarwieniem i wielkim laniem po mordach i innych miejscach. LOL Oraz z kilkoma tajemnicami, które nie zawsze są takie, jak się spodziewaliście. A może są? LOL

Więcej Fjallbacki…

Już pierwszego dnia, który na szczęście był słoneczny, zabiłam swoje łydki i po prostu… dałam z siebie wszystko. Wariacko. Ale z drugiej strony, może chciałam sobie po prostu udowodnić, że Agatha Christie nie do końca miała rację? No wiecie, z tym jej powiedzeniem, że nie powinno się wracać do miejsc, w których się czuło szczęśliwym. Ale ja… po pierwsze nie odczuwam szczęścia, po drugie nie wierzę we wspomnienia, a po trzecie, nie wiem, jestem dziwna i tyle. Dlatego lecę za przeczuciem i wracam. Do miejsca, które jako mnie dotknęło, wpłynęło na mnie, poruszyło mną…

Poza Wyspą tylko to miejsce, ryty naskalne dookoła niego, tylko to jakoś do mnie przemawia. Dziwne to… no ale, bierze się co jest i zajeżdżając wieczorem kupuje wodę, masło i chleb i tyle. I jeszcze malutki spacer, kilka kroków, bo trzeba odebrać klucze do domku i pierwza noc i nadzieja, że będzie słońce.

I jest.

Dzień wstaje ciepły, lecz nie wrzący, z tym niesamowitym, przeddeszczowy światłem. Z chmurami na horyzoncie, morzem mało wzburzonym, z drzewami spokojnymi, na szczęście już mniejszą mrowią ludzi. I człek idzie, bo chodzenie jest super. Zatrzymuje auto, parkuje zgrabnie i idzie. W miasto, czy raczej miasteczko? One domki jeden przy drugim, niektóre wrośnięte w siebie jak syjamskie bliźnięta z dachami, fikuśne, z hafciarskimi właściwie wycięciami w drewnie, miniaturowymi ogródkami, w górę i w dół, i do portu ogromnego, pełnego pomostów i łódek, łodzi, wszelkiego rodzaju jednostek pływających i oczywiście… one morskie byty, bo to morze jest tak całkiem inne niż nasze. Meduzy tu mają brunatne, niebieskie, rdzawe i burgundowe. I takie jeszcze co, co niby jest błękitne, a prześwituje. I jedno i drugie lepiej odsunąć od siebie kijem od szczotki, albo…

… nie pływać…

Oj, chyba se człek nie popływa. Zresztą, nawet jeśli, to plaży tu nie ma. Jest gdzieś tam dalej, gdzie dopiero dotrę, ale tutaj tylko skok na główkę z pomostu. Żadnego piaseczku tylko ta skała i te skały, i wyspy mniejsze i większe, gładkie takie, niesamowite, niczym ludzkie szczątki osobników utuczonych…

Łazi człek po pomostach i jakby po wodzie chodził.

Wszystko się buja i tańczy na falach małych, ciekawe jak to jest gdy są większe i czy takowe bywają? I jak tu jest zimą? No jak? Dość tych pytań, dość morskich stworzeń, czas wrócić na ląd. W końcu już wyszliśmy z morza, a na wyspy, na ów archipelag najlepiej pogapić się z góry. Z onej skały.

Tym razem nie wybieramy drogi pod wiszącymi skałami, ale idziemy tymi uliczkami podziwiając kolejne domki. Wszystko wydaje się takie puste, jakby tylko Turyścizna, której w końcu jesteśmy częścią, była tutaj obecna. Najazd Azjatów. W życiu nie widziałam ich w takich ilościach. No po prostu moc ich tutaj. Zajeżdżają onymi wielkimi autokarami, które ledwo się mieszczą na uliczkach i… są. Są rzeczywiście tacy, jak ich opisywali ci, co to mieszkają w Chinach, Koreach czy Japonii (wycierają pupę po numerze dwa i rzucają papier do kosza na papiery po wycieraniu rąk). Inni. Intrygujący, ale też dziwnie patrzący na resztę z góry. Masa hiszpańskojęzycznych osobników, para z Rosji, a reszta z okolic. Chyba? Kto to wie w dzisiejszych czasach?

Ale wejdźmy na skałę, bo mam plan.

Plan niewykonany rok temu. Wielki plan. Znaleźć brązowy pochówek, pomacać kamyki, obejrzeć wszystko dokładnie i bez pośpiechu dookoła, i zaliczyć niebieski szlak. Bo tak. W końcu żółty mnie przeturlał, to niebieski powinien zrobić to samo, czyż nie? I robi to. Po onej wspinaczce schodowej z wymijankami, bo tłocznie, w końcu człek siada na górze i nagle, wszyscy znikają. Ma człek oną wielką skałę, do której poprzyklejały się domy, tylko dla siebie.

Na chwileczkę.

I jest czadowo.

I jest niesamowicie, jakby się dotknęło nieba i spoglądało na rodzący się świat. Na ludzkość wynurzającą się z prazupy. I jest kamienny kurhan, oczka wodne mijane po drodze i czarowność znana, a jednak jakby nie do końca, a potem iglasty las, droga w dół i powrót do miasta ulicą. Bo w końcu człek sobie zaliczy rybę z frytkami w Matyldzie! A co!!! I powiem wam, że to była najlepsza ryba z frytkami jaką jadłam! Frytki w gazeciarskim rożku, ze skórką, rybcie w panierce, do tego sałatka… miodzio!!!

A wszystko z widokiem na skałę i morze i mewy, które starają się wyprzedzić kelnerów. Wiecie, walka o każdy kąsek trwa.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kripi Wiocha… została wyłączona

Pan Tealight i Żaden Świat…

„Istnieje taki… Żaden Świat.

Jest po prostu taki żaden, ale też i jedyny i malowniczy, jednak… żaden. Kompletnie i przedśmiewczo jest on żaden. Wydawałoby się, że więc go nie ma, czyż nie? Ale jednak on jest, bo jego siła woli przekracza wszystkie granice. Nawet one jego własne i dlatego Pan Tealight tak go lubi.

Właściwie nawet miłuje w nim oną żadność… światową.

Żaden.

Może i wiecie, trochę anemiczny i ascetyczny. Może i drobniusi on taki, chudzina zagłodzona, wiecie, no ameba prawie. Beztreściwy jednak nie, ale może nieokazały już tak? I oczywiście marniutki, choć wymowny. Trzeźwy i niezwykły, choć wciąż jednak żaden taki. Kompletnie.

Dla większości ludzi, a może i prawie każdego niewyczuwalny. Dla niewrażliwych niewidzialny nawet czy też przybiedzony. Niewyczuwalny. A może jednak wyłącznie subtelny i mikry? A w dzisiejszym czasie rozmiarowość ma tak wielkie znaczenie, że on właśnie choć jest, to nikt nie widzi onej jego żadności…

A może chodzi o kameralność, liryczność jakąś i małą wytłumaczalność i tą knajpkę z kanapkami z ogórkiem i ciasteczkami w kształcie wybranych zwierzątek i bitą śmietaną pachnącą jaśminem… może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Norwegia…

Świat łosi, reniferów, drzew i fiordów? Sag? O tak, sagi to znam. Co do całej reszty, to nie mam pewności. Oj pewno, że człek się naczytał i naoglądał zdjęć, ale jednak, widzicie, każdy wszytko czuje inaczej. Ja chyba nie czuję Norwegii. Ale… spróbuję raz jeszcze. Aż do Oslo. Jak już, to iść na całość.

Wstać przed świtem i zaszaleć.

Tylko, czy warto?

Niby od miejsca, w którym się zatrzymaliśmy to tylko 2 godziny, prosta autostrada, nudna może, przerażająca miejscami, ale… tak, tego nie przewidziałam. Tunelowa. Wiecie, te mniejsze tunele to jeszcze spoko. Ale te dłuższe, dumnie krzyczące ile to człek jest pod ziemią, czy raczej skałą, to już nie. Pierwszy tunel, drugi, kolejny. Nagle człek znajduje się w korku, GPS radośnie krzyczy, że to i tak najszybsza droga, a widok w dół… dobijający. Wielkie domy. Drapacze chmur. Beton na betonie. Pewno że obrzeża lesiste i ze skocznią w oddali, ale te bloki. Dobijające. Na szczęście są tramwaje, urocze przypomnienie Wrocławia. Niebieskie na dodatek.

Nostalgii szczypta.

Najpierw to, po co przyjechałam.

Czyli krowy. A tak, w parku Ekeberg, a dokładniej chyba poniżej go, bo trzeba przejść przez tory, ale w parku się parkuje… ha ha ha… są kapitalne ryty naskalne. Po prostu niesamowite. Znacie podział krowy na porcje mięsne, no to coś w ten deseń, ino z dalekiej zaprzeszłości. Prawdopodobnie mezolityczne. Ponad 4300 przed naszą erą. Przecież to było… dawno. A one, choć w takim miejscu, poniżej drogi, tuż przy szkole, narażone na sól i wszelkie zanieczyszczenia, wciąż są… nie tak jak rzeźby w samym parku. Te już młodsze, mieszanina starszych kopii, powiększonych, zdaje się adorujących kobiecość, a może płciowość w ogólności. Piękne są. Po prostu, to wszystko razem, i jeszcze t dwie wille/muzea czy co tam jest, te drzewa, igliwie, miasto zdające się być w tak dalekiej oddali, że… niesamowite. Jeszcze nie wiem, że przesławnego parku z golasami nie zdążymy obejrzeć. Jeszcze tego nie wiem. A może wiem, tylko już jestem tak zmęczona, na początku? Jazdą, miastowością, korkami, których już nie znam. A potem dobijają mnie kolejne tunele? A tak, bo by dotrzeć do Wikińskiego Muzeum trzeba przetrwać masę tuneli, długich tuneli, i to nie jest miła sprawa. Wcale a wcale. Nawet gigantyczny czerwony Mikołaj na jednym z rond mnie nie pocieszył. Tak, mają tam takiego. Ale przecież jak już tu jestem, to nie dam ciała.

No nie dam, a może jednak rozkleję się na parkingu…

Rozkleję się, wezmę leki na człowieczeństwo udawane i znowu za Azjatami – czy oni ich produkują, a może oni się jakoś respią tutaj – udam się w nieznane. Popatrzeć na 3 łodzie, różnorakie rekonstrukcje, w moim mniemaniu tak młode… i popłaczę sobie na filmie wyświetlanym na ścianach?

A może to wszystko przez pranie na szlabanie?

A tak, dorwał nas gość i się zaczęło. A dlaczego to, a czy w jeden dzień z Danii, a czemu taki paszport, a czemu nie inny. Walnęłam z naukowego punktu widzenia, to spojrzał na mnie dziwnie i zażądał otwarcia bagażnika. Nie wiem czego się tam spodziewał – ciał nie braliśmy, no bo i po co zwłoki ze sobą wozić, ale duchy były i się im to nie spodobało; ale w końcu pozwolił nam wjechać. W drodze powrotnej, tuż przed sklepem wolnocłowym z cenami z kosmosu, ale i rzeczami jakich u nas nie widuje się, go nie było. W ogóle. Nie wiem, czy trafiliśmy akurat na jakąś poranną akcję, czy co? Czy chciał złapać Duńczyka? Może mieli za to premię, czy coś? I czy wkurzyło go, że Polacy jadą w aucie na duńskich numerach? Czy już chciał złodziejstwo nam wytknąć, czy to tylko…

… przypadek, który mnie skopał zbyt mocno. Bo człek nigdy czegoś takiego nie miał. W Izraelu, ale to na lotnisku. Za malucha to nie bywał za granicami. No i nie prowadził auta, wiecie, pasażerowato. No bynajmniej, gość nie był jakoś zdziwiony, on był powalony. Nie umiał ułożyć sobie w głowie mnogości krajów, wielonarodowości i wszelakiej komunikacji na stopniu: psze pana ja krowy na skale zobaczyć chce, wie pan te sławne takie bardzo, niesamowite, bo ja archeolog.

No ale…

Pierwsze muzeum kapitalne, drugie muzeum… mniej. No ale w pierwszym mieli zajebiaszczy sklepik z pamiątkami, i te wielkie łodzie, ogromne hale i ludzi, którzy nie zatrzymywali się zbyt długo, bo tak serio, to tyko chcieli to odbębnić, a cała reszta to ten sklepik, a nawet dwa, bo i na zewnątrz stoisko. Zresztą, jak to jedna Amerykanka stwierdziła w jednym z miejsc muzealnych, ale mniejszych – ja w takich to nic nie kupuje. Ciekawe. Pewno wsio z Alieexpresu ciągnie, czy co tam teraz popularne? W muzeum Wikingów trzeba przeczekać tłum i po prostu postać sobie przy łodziach, popodziwiać, uruchomić wyobraźnię, a potem serio pójść na film. Co 15 minut leci, więc można ładnie wycyrklować czas. I pozwolić sobie na patrzenie i łkanie. A może to tylko ja tak się zryczałam. Jakoś tak. Za mniejszą, wiecie, przeszłością.

Za byciem jakimś innym.

Za czymś.

Drugie muzeum – etnograficzne bardziej – to miejsce, oddalone o krok, ale do wejścia trzeba przejść ich trochę więcej. Wielkie kamienice z wystawami plus zrekonstruowane oraz przeniesione tutaj domy z różnych epok Norwegii. I tutaj, serio, co niesamowitego, chociaż i trochę nudnego, jak kogoś spacer przez epoki nie interesuje. Jakby co, też mają sklepik, ale spacer też polecam. Wjazd drogi, ale warto. Tylko potrzeba czasu by przejść przez te wszystkie epoki, spotkać kościół jak w Wangu, posiedzieć w nim chwilę, da się. Popodziwiać oną stolarkę, budowlankę. Te zdobienia, rzezania. A potem murarkę. Te stare kamienice, te sklepiki… nawet z zabytkowymi Donaldami!!!

Serio!!!

Taki vintage!!!

Warto tutaj spędzić pół dnia. Świetny plener zdjęciowy, my niestety mieliśmy deszczyk, więc trochę kijowo. No i… dla nas to co dla nich stare, to wiecie, wciąż w użyciu. W końcu u nas na Wyspie w takich domach wciąż się mieszka. Skrzynia z XVIII czy XIX wieku to norma. Szachulcowa zabudowa, drewno, cegła, kamień…

Trochę uciekamy z tej Norwegii.

Mijamy one fiordy i… nie wiem czy chcę tutaj wracać. Może na wieś tak. Może to tylko mój strach przed miastem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żaden Świat… została wyłączona

Pan Tealight i Piłeczka…

„Wiecie że Wiedźma Wrona Pożata Przez Książki nigdy nie widziała piłeczki golfowej? No seryjne. Taka jest ograniczona.

Nie żeby nigdy nie widziała pola golfowego, jest takowe na Wyspie, ale przebiegała przez nie zawsze osłaniając głowę, szybko i z zamkniętymi oczami. Po prostu nie rozumiała tej gry nigdy, a latające piłeczki były jej zmorą i złymi snami, ale jednak… no właśnie, jednak ją korciło pomacać piłeczkę, ale jakoś nie było szans… A tutaj, nagle, zatrzymuje się wakacyjnie na Szklanej Górze, w Białym Domku/Szklanej Wieży, w nie do końca obcości, w nie do końca znajomości też… i rozmarzenie rozgląda się po Tulących Skałach i tam ona jest.

Naprawdę jest.

Nie pieczarka!

Nie alienowski spodek w wersji mini…

Ale piłeczka.

Chyba Wiedźmę Wronę czasem naprawdę łatwo zadowolić. Czasem aż przerażająco łatwo. Dajesz jej plażę z muszlami i jest jej lepiej, może nie szczęśliwie, bo w tym ma braki mocne, ale jednak jest i spokój i czasem uśmiech… albo pokazujesz jej piłeczkę. I nagle pole golfowe, które rozpościera się między nią a skałą, nie jest już tak bardzo straszne. Nie jest smokiem pożerającym roztrzepane wiedźmy, ni wdzierającym się w ciało potworem, który zmienia cię w tłustą krowę ni nawet…

… jej odbiciem lustrzanym. Czymś, co najbardziej ją przeraża. Że ktoś mógłby by być jak ona. Dokładnie jak ona. Czyniąc ją… POWTARZALNĄ!!!

A piłeczka, cóż.

Fajna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zagubienie.

Najlepiej się zagubić. Ale nie tak strasznie i do końca.

Tutaj fajnie się zagubić, choć tak naprawdę, to przecież się nie da. Choć może… no dobra, da się. Tym bardziej, że opuszczając miasto dzicz nie ma nazw, tylko pojedyncze domki. Dzieci w szkole, więc wiadomo, koniec sezonu. Ale podobno było gorąco, 2 miesiące bez deszczu i ogólnie czad. Ludzie się z tego cieszyli. A ja znowu nie rozumiem ludzi. Ale nic to… mieszkać mamy tuż obok pola golfowego. Wiecie jak mi już mózg wariuje!!! Najpierw wyobrażam sobie zniszczenia, jakie mogą zrobić mojemu Nutkowi, potem, że ta piłeczka może wybić mi we łbie ładną dziurkę i z jednej strony, wiecie, święta się zbliżają, więc zawsze jedna ozdoba więcej na choinkę…

… ale z drugiej…

Oczywiście piłeczka może też przyrąbać w domek, w którym mamy zamieszkać, a który architekturę ma przepiękną. Wiecie, taki typ podniesionego namiotu, w połowie drugie piętro – niewielka, słodka sypialnia, płotek, stolik i telewizor, w drugiej połowie plan otwarty i wysoki, drewno, biel, panele, biała kuchnia… no po prostu nic ino zdjęcia walić. Oczywiście, że zapowiadają pogodę całkowicie niezdjęciową, no ale… z tym nie mogę walczyć!!! Na pewno coś się da skombinować.

Ale te golfiarze… hmmm.

Mieszkamy w czadowej dolince. Pewno niegdyś pełnej wody, ale teraz zielonej, z drogą i kilkoma domkami. Biało, czysto. Cicho… póki nie odkryliśmy, że dość niedaleko jest lotnisko dla małych lotników. Ekhm. Oj pewno, że to żart!!! Ale sama dolinka, nawet z tymi golfiarzami, jakaś taka urocza. Drzewka, spokój względny, nie wiem dlaczego babka wynajmująca nam domek poinformowała nas też o tym, że idzie na operację oraz, że gość przychodzący do niej nie jest jej mężem, ale czymś w rodzaju chłopaka i mieszka na wyspie, bo woli samotność, a ona ta do niego czasami, on do niej. Nie żebym pytała i tak dalej. Pewno, że widzimy jej domek z naszego, ale co mnie obchodzą jej zwyczaje seksualne czy też towarzyskie?

Czy to tylko w Szwecji?

Czy może teraz, wiecie, przez te internety, to wszyscy tacy otwarci? A ja o tym nie wiem, czy coś?

Tak, to Fjällbacka… znowu.

Dobra, ale wtedy, rok temu, nie mieszkałam tutaj, właściwie byłam tylko przez godzinkę i to jeszcze sturlałam się ze skały ino raz, bo mnie szlak żółty dziwnie poprowadził i w ogóle… to było jak popatrzenie na wielki pucharek lodów, mały liz i tyle!!! Za mało tego było. Musiałam wrócić. No i ten domek.

Nie mamy internetu!!!

To dość wyzwalające uczucie.

Zaskakująco niesamowite i powalające, mocno i dziwnie uzależniające… takie, że nie chce się wracać. Naprawdę. Nie myślałam, znaczy podejrzewałam, ale nie myślałam, nie mogłam mieć pewności, że aż tak mi się to spodoba. Pewno, że będę miała masę do nadgonienia i nikt i tak nie kupi żadnego z moich obrazów, ale jednak… no to jest takie… naturalne. Wstaje człek nagle o świcie, patrzy na samochodzik koszący trawę, czy też maszynkę, na świt, na pierwszych golfiarzy, na słońce wstające nad granią skały, nad koronami drzew, na te kolory…

Tak, odłączają cię i nie chcesz wracać.

Tylko jak zarobić bez wracania?

Jak żyć?

Mieć te fajne rzeczy, które robią inni, jeśli nie można się wymienić? Nie możesz pójść z obrazem do kawiarni, kwiaciarni, warzywniaka, ICAy czy COOPa. No po prostu się nie da. Na dodatek mili znajomi są w internecie. Takie to mało sprawiedliwe, ale z drugiej strony dobrze wiem, że oni lubią tam być. Bo jednak ten cały ludzki kontakt jest przereklamowany.

Bardzo!!!

Golfiarze wystarczą!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piłeczka… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma w Szklanym Zamku…

„W Szklanym Zamku na Szklanej Wieży, w świecie leżącym pomiędzy tak wieloma światami, że nie ma szansy by je zliczyć… zamknięto Wiedźmę Wronę Pożartą. I to podobno za jej zgodą.

Pan Tealight nie był co do tego w pełni przekonany, ale jednak jakoś nie mógł jej powstrzymać. Znowu przecież wyruszyła w dziwny świat rozciągający się, pulsujący całkiem innymi rytmami, choć i jakoś podobno, świat Poza Wyspą, którego on starał się unikać, ale jednak tym razem nie mógł jej ot tak, po prostu opuścić. Oj nie… tym razem miał jej pilnować.

I to bacznie.

Nie mogli sobie pozwolić na to, by ktoś ją porwał, skradł, tudzież nawet i uszczknął kawałeczek jej jestestwa. Bo ostatnio, gdy była w tym miejscu, bo to nie był pierwszy raz, co było przerażającą aberracją, coś takiego się stało… i coś się zmieniło. Coś więcej niż przewidywali. A teraz… siedziała w tym zamku na tej wieży z onymi schodami śliskimi gdy pada, ze strumieniami plumkającymi dookoła niej, gdy leje i skałami, które zdają się aż nazbyt mocno ją tulić… chcieć jej.

Pragnąć.

Bał się…

Bał się, że nie wróci.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przejazd…

Bycie pasażerem jest boskie. Naprawdę polecam. Znaczy, nie jak wtedy, gdy wam zaklejają ryj taśmą, nie… i więżą i takie tam… Chociaż podobno niektórzy to lubią, na serio. Są i tacy, ale nie mi oceniać. Jak drzew nie wycinają, nie palą papierochów mi w nos, nie smrodzą, nie rodzą milionów dzieci, to co mi tam. A niech się seksualnie pobawią. A co… należy im się pewnikiem.

Ale tylko za obopólną zgodą!!!

No ale miało być o pasażereniu się bez obawy i z zabawą. Bo wiecie, właściwie można wtedy wszystko. Pewno, że kierowcy przeszkadzać nie wolno, więc głośne wycie na autostradzie odpada, ale jednak… przecież sama autostrada i tak głośna, więc… można pośpiewać. Albo posłuchać i pośpiewać. Zwinąć się w kłębek na siedzeniu przednim lub tylnym. Wyłączyć się całkowicie… po prostu. I patrzeć. Patrzeć na samochody, na ludzi w nich albo inne tam byty. No i pogapić się na skały. Bo wiecie, znowu jedziemy w Szwecję. W końcu blisko i język taki podobno.

No dobra, z tym językiem to tak połowicznie. Niby podobne, a jednak nie. Bardziej śpiewnie jakoś i skocznie tak, jakby oni zawsze mieli być weseli… ciekawe, czy są? Znaczy no wiecie, tak naprawdę? Mija człowiek pola pełne trawy wyschniętej, bo u nich też susza nabroiła. Lasy połamane, popalone i takie tam. Ale krowinki są i owce, tylko że gdzieś daleko i jakieś takie malutkie i ogólnie mówiąc tak ich niewiele jakoś, bo to przecież autostrada. Ciężarówki i wariaci. Mało kto blimka tym tam migaczem zmiany strony. Mało kto zważa na wszystko inne… więc i żywizna pewno unika tych okolic.

Tylko ten pęd.

120 na godzinę, po norweskiej stronie ino 100…

Ale jesteś przecież pasażerem…

Oczywiście wyjeżdżając z Wyspy na wakacje, czy jak w moim przypadku by pomacać ryty naskalne z epoki brązu najlepiej lub wcześniejsze… najpierw trzeba wpakować się na prom. I wiecie co, Leonora Christina zaliczona ostatni raz. Dziwnie to może brzmieć, ale naprawdę ostatni raz. Zmienia się przewoźnik, a Leonora podobno będzie teraz szaleć na Kanarach czy Hawajach innych jakichś. Ciekawe, czy się jej spodoba. Będę tęsknić. To już trzeci prom, za którym będę tęsknić…

Dziwne.

Czy kiedykolwiek bym pomyślała, że akurat promy, których się boję i na których wywraca mnie na drugą stronę, staną się częścią mojego życia? Nie… no na pewno nie. Ludzie, gdzie tam, w życiu!!! Ale jednak stały się częścią mojej, marnej może i nic nie wartej i ogólnie mówiąc porąbanej, poplątanej i tak dalej, egzystencji. Ogólnie, życia. Całego, pełnego życia. Hmmm…

No ale, jak już człek przetrwał lekkie bujanie, a potem pożegnał się z promem nabywając pół kilo emenemsów, to zaczęła się droga w znane. No i nieznane trochę. Wiecie, na północ jechaliśmy przecież nie pierwszy raz. Właściwie, to jedziemy w to samo miejsce co rok temu, ale tak nie do końca. Bo przecież nie wszystko zobaczyłam, muszę jeszcze coś sprawdzić i może… może w końcu łosia zaliczę?

Ale jako pasażer!!!

Bo chociaż bycie pasażerem pozbawia na pewno kontroli, to wiecie, wspomaga podglądactwo. A nawet przy dużej prędkości ono podglądactwo ma się dobrze. No i jeszcze te tunele. Cudne takie. W skale wykute, obrośnięte brzózkami puchatymi, miejscami zdechłym z suszowych powodów… I te fiordy, tu raczej rozlane i niskie, może i w oddali, i te rzeki, mosty i ten rytm i jego brak.

Tak… lubię być pasażerem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma w Szklanym Zamku… została wyłączona

Pan Tealight i Rusałki w proszku…

„Dostarczyli je w wielkich pudłach, pogrupowane według miejsca występowania, mokrości i żywieniowych ich preferencji. Bo nie, mimo nadziei niektórych, nie były onym proszkiem, co to miał wzmacniać męskość, babskość, czy powiększać cycki. Nie były też cudownym rozpuszczalnikiem na chwasty czy też zarybiaczem syrenim, czy wiecie, przywracaczem młodości, co to tylko procenty dorzucasz…

I już jest.

Pudła były wielkie, pudłowate, ale pachniały iglastym lasem, pięknie tak, głęboko. Ustawione w pokoju obok kuchni Białego Domostwa sprawiały, że wszystko pachniało lasem. Po prostu. Szyszkami i igłami. Spacerami, liściami sporadycznymi, jesienią, leniwością, kocykami i poduszkami… jakby w tym wszystkim, co to w końcu miało trafić do podziemi i zostać zamurowane na wieki, było coś, za czym wszyscy oni tęsknili. Wolność, którą dają tyko lasy…

Wspomnienia.

Pragnienia.

Nie chcieli otwierać tych pudeł, bo jakoś czas nie był odpowiedni. Wiecie, nie chodziło o zakazy czy obostrzenia, bo jakoś mieli je gdzieś, w tym miejscu, tym czasie z tą Wiedźmą Wroną Pożartą, jej Depresją i Strachem Wiedźmy… po prostu nie bali się. Zwyczajnie wystarczyło im tylko to. Że one tu są…

… i pachną…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wyklucie” – … no tak. Znowu. Apokalipsa wielka. I tak, chciałam taką powieść. Chciałam coś w takim zabarwieniu, o takich smaczkach, ale… nie tak cienką no!!!

Oto koniec świata!!!

Czyli jak zwykle. Tylko tutaj ten koniec świata zwiastują nam pająki. I tak, macie tutaj całą masę smaczków w stylu wykluwania, drapania, włażenia i wybijania się z ludzkich ciał. Mniam! Język znośny, krótkość rozdziałów już nie. Wszystko bardziej przypomina scenariusz filmowy i serio, niezły film z tego by mógł być… choć przewidywalny. Bo tego typu powieści ostatnio mają jednakowe zakończenia.

Widać taka moda…

A jakie?

Sami się przekonajcie.

Milusia opowieść o zagładzie ze zbyt wieloma postaciami, z których człek nie może sobie wybrać ulubionej, bo a nóż widelec mu ją zjedzą?! Zakończenie super, szkoda że taka krótka. Szkoda, że nie głębsza miejscami… i nie mam tutaj na myśli pajęczej penetracji. Naprawdę. Bo z tego byłaby kapitalna historia, gdyby tylko nie spisano jej w tym NOWOCZESNYM języku i formie. Wiecie, krótko, bo przecież się zmęczą i nie umieją skupi uwagi i tak dalej! No i to tylko pająki. A może jednak jest w tym coś bardziej, coś więcej?

Eeee… nie.

Gorąco.

Znowu na kilka dni powróciło wrząco gorąco. Słonko pali, w powietrzu aromat wodorostów. Ptaki rzucają mi w dach nasionkami, czasem i orzeszek spadnie, czasem kamyczek. Srają morwą za to. Serio!!! Takie kurde mają diety, że je stać!!! No naprawdę. Może i jabłuszka mają takie marniawe, choć gdzie niegdzie zdarzają się drzewa starsze, lepiej uplasowane, którym udało się zaowocować, ale…

Gdy tak człek się wybierze drogą nadmorską z Gudhjem do Małej Szkocji, a potem dalej, to widzi że susza zraniła i rośliny i skały. Jeżeli zacznie lać, to wszystko spłynie i tyle. Tak po prostu. Cały camping, pozostałości po namiotach, bo wiecie… sezon się kończy. Jest jeszcze wrzesień, ale się nie oszukujmy. Część sklepów już powoli się zamyka, niektóre w ogóle już pozamykane, co mnie mocno zszokowało, muszę przyznać, w tym roku poszli w zamknięcie dwa tygodnie przed końcem sierpnia? Bo co? Szkoła? No bo tak wcześnie? I to w czasach, gdy cała Wyspa podobno pragnie przedłużyć sobie ów sezonowy szał, mieć Turyściznę rok cały, a oni tutaj się zamykają?

I jak to będzie?

Nie no, oczywiście, że życie nie polega wyłącznie na shoppingu, ale pomyślcie, co robić jak wieje, leje i tak dalej? No i przecież jak zarobić mają na Wyspie Tubylcy? Najlepiej sprzedając własne wyroby. No albo te made in China… chociaż może nie najszczęśliwszy wybór, no ale… Turyścizna lubi chińszczyznę… Popodglądałam sobie które sklepy mają największe obłożenie i sorry tylko ciuchy i chińszczyzna. I wiecie co? Dlaczego właśnie ciuchy? Rozumiałabym jeszcze takie personalizowane, albo kulturowo okay, ale zwykłe ubranka? Serio jedziecie na wakacje po gacie i spodnie? Dobra, czapka bo ktoś zapomniał, ale wielka kiecka? Buty? Przecież nawet nie ma promocji!!!

Co ja kupuję na wakacjach?

Bezczelne pamiątki, najchętniej sztukę, kartki i znaczki… no tak, wysyłam tego na kilogramy, nie wiem dlaczego, patrzą na mnie zawsze jak na wariatkę. Odwiedzam artystów i zawsze staram się coś kupić. Coś niewielkiego, sorry, bida piszczy i to nie z rozkoszy… nos chyba że rozkoszy mego cierpienia? Oglądam stare rzeczy, szukam sztuki i czegoś, czego nie ma u mnie. Hmmm, to akurat durny przykład.

W końcu u nas niewiele jest!!!

No ale… to ja…

Może tak naprawdę jestem czymś tak bardzo dziwacznym i pokręconym, że… no cóż, jestem walnięta, ale świat ma inne problemy.

Bo widzicie, na przykład u nas rzeki zniknęły.

Chyba było to dla mnie logiczne, ale jednak… jestem zdziwiona, że aż tak. Zaskoczona, poruszona, zszokowana. Odczuwam fizyczny ból i pocieszanie? Bo przecież zawsze, nawet jak było gorąco, to coś tam płynęło. Ale jak się nie ma opadów mokrych od kwietnia, to wiecie… logiczne. Jednak, jakoś tak, dziwnie. Ma padać, znaczy musi bo inaczej będziemy w grubej dupie, ale czy ja w to wierzę?

To chyba jakiś atawistyczny strach.

Coś na pograniczu gigantycznego lęku i pragnienia złożenia kogoś w ofierze, bo wiecie winie przychude, krowy wybite, cała reszta żywizny też mikra jakaś. Trzeba będzie jednak dokarmiać. Lepiej człowieka. Dużo ich. Ale kogo? Kto sprawi, że spadnie deszcz? Bo tańce wszelakie nie działają!!! Modlitwy i inne ofiary też!!! Wykorzystałam wszelkie sposoby. Zostało tylko to. No dalej.

Jacyś chętni?

Idąc dalej za Małą Szkocję człek napotyka szalone skały i niewielie morskie fale, które zdają się być nawet ponad nim samym. Wszystko tutaj jest niby blisko znajomych miejsc, a jednak, niby znajome, a jednak… takie różnorakie, inne, wciąż zmienne. Takie dzikie i pierwotne. Szalone… a potem jest plaża.

I kolejna plaża.

Moja ukochana. Najlepsze krzemyczki i oczywiście ślady zaprzeszłej działalności człowieka. Tutaj chronologia stanowiska wciąż tyka. Wciąż są ludzie, wciąż robią to samo. Pływają, bawią się, wędkują. Chociaż, nie, są jeszcze zombie. Jakoś ostatnio więcej ich widuję. I smutne to. Ale… niech tylko uważają na drodze!!! I odkładają to jak kierują jakimkolwiek pojazdem. Serio!!! Nawet zbyt wypasionymi butami.

Jedno jest pewne.

Jesień nie idzie.

Ona tutaj była chyba przez cały czas. W ukryciu. I się paliła.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rusałki w proszku… została wyłączona

Pan Tealight i Milczenie…

„Podobno przereklamowane.

Podobno całkiem zbędne, a w mniemaniu wielu nawet i szkodliwe.

Dlatego pewno od razu, z końcem wakacji się zbliżającym, przybyło do Sklepiku z Niepotrzebnymi. Bo wiecie, w wakacje to jeszcze gdzie niegdzie udało mu się załapać na pogaduchy bezsłowne, ale teraz, gdy czas wakacji mija… gdy lato ma się podobno kończyć i tak dalej, to nie wiem, no widać tak jakoś łatwiej.

Czy znowu odejdzie późną wiosną?

Jakoś tak ludzie nazbyt je lubią zimą. Jakoś tak pomijają gadanie i wydalanie głośne myśli. Wolą koce, telewizory i takie tam. Nawet w święta. Nawet wtedy, gdy przy stole każdy ze swoim telefonem wgryza się w uszko. Czasem ten czy inny się pomyli, ale kto by tam na to zwracał uwagę, co nie? W końcu na instagramie wielka dupa pokazała cycki, a to zdolne jest odwrócić ból jak niegdyś Kaszpirowski.

Nawet operacyjny!!!

Ono…

Milczenie.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki je kochała. Naprawdę. Nie odczuwała potrzeby ciągłego klekotania, bo wiecie, tego co to do siebie, lub której z siebie, to raczej nie liczyła. W końcu było w sobie, w Wiedźmie, więc… prawie jak milczenie. Ale nie to Milczenie. Bo to było pewne.

Pełne.

Całkowite.

I ja najbardziej jej odpowiadało. W końcu tak wiele mówiło. Naprawdę. Cichość nie znaczyła w rzeczywistości braku wymiany informacji, ukłonów, uścisków, wszelkich wieści, wrażeń i uczuć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zielono.

Dziwna ta zieleń, która wylezła spod tej całej wiekuistej zmarzliny letniej. Się znaczy wiecie, no tego poparzenia, ale jednak… jak są pustynie lodowe, to czemu nie zmarzlina suszowa? Czemu nie? Przecież tak to wszystko wyglądało. Okropnie, strasznie, smutno i tak jakoś chyba i boleśnie. Nie żeby od razu teraz się poprawiło, ale przecież już się nie poprawi. Przecież nie.

Nie da rady, to już raczej jesień.

Tak jakoś jesiennie pachnie powietrze, tak jakoś się to wszystko czuje, tak jakoś i nawet wygląda. Przycięta trawa zrobiła się puchata, ale nie rośnie. Jakoś tak, wciąż nie ma stokrotek. Wciąż jeszcze nie jest normalnie. A tak w ogóle, to czy cokolwiek jeszcze odpowiada definicjom normalności? Czy takowe istnieją? Jak wykazać odstępstwa? Nie wiem. Gubię się w świecie, w naturze, o której mi opowiadano, którą mi opisywano, której mnie uczono.

Gubię się.

Ale alarm suszowy odwołany, więc grille, ogniska i palenie wraca. Nie żeby tak seryjnie, ogólnie można było, no ale. Wiecie, nie mogą już ludzie jęczeć, że im się wielce prawa ogranicza. Ech, dziwne priorytety ma ludzkość. Bardzo dziwne. No ale… jak im się tak do ognia tęskniło, to proszę. Nie, nie padało. Po prostu polało godzinkę, pokropiło w ciągu dnia przez chwilę i jakoś tak wszystko nagle już lepiej? A może to tylko te czadowe chłodniejsze wieczory i noce? W ciągu dnia temperatura podchodzi czasem i pod 30ści, ale już wieczorem milusi chłodek, odskocznia od męczącego, koszmarnego, wiekuistego tak długo, pełnego nasłonecznienia.

Baja!!!

Byle do zimy!!!

A w kościach mi przez cały czas gra, że to idealny moment na wszelakie zmiany. Domowe, ludzkie, może więc i naturalne? A może to przez naturę?

Nie wiem.

Biały…

Na niebo wróciły białe obłoki, na ziemię dmuchawce, a w Almindingen widziano białego jelenia. Nie ma co. Świat szaleje. Oczywiście, że inaczej spoglądam na białego zwierzaka, niż reszta świata. Wiecie, bardziej ze strony Wielkiego Ducha, świętego zwierzęcia, błogosławieństwa duchów i tak dalej. Tak zza progu Winnetou, gdzieś pomiędzy moim ukochanym Siedzący Bykiem a nie mniej szanowanym Szalony Koniem. Żeby sobie pomieszać prawdę z ułudą. Chciałoby się poleźć do lasu i złapać takiego obiektywem, ale… nie da rady. No bo kto mnie podwiezie? No nie dojdę tam tak w ciągu jednego dnia. Znaczy dojść dojdę, ale włączając w to iście w te i wewte oraz wszelkie polowania doprowadziłyby mnie do zgonu w rowie przy drodze…

Pewno w drodze do domu.

Mam nadzieję.

Czy mogę wlać zawartość nocnika w okno idioty z bardzo głośno włączoną muzyką? Kurna nie mam nocnika, zawartość może by się dało skołować… albo taka pyra śmierdząca? Jajco może by było okej też, wiecie, taki ordynarny zbuk? No bo naprawdę. Człek się cieszy względnie chłodniejszą pogodą, robotę ma do zrobienia, cisza i spokój mu się marzy, a na nasze maciupkie osiedle, tudzież drogą do niego prowadzącą, jeździł sobie taki głośny, na pewno wredny i egoistyczny czub?

Nosz przecież no!!!

Wdech i wydech… może Szlag go trafi, bo serio nie zdzierżę. Nie śmierdzi gość jeszcze i nie ma podbitego oka, tylko dlatego, że nie mam środków cuchnących!!! No serio nie rozumiem po kiego pieruna urządzać takie tutaj dyskoteki. I żeby to jeszcze dzieciaki były… a jak już o dzieciach mowa, to zombie widziałam!!! Serio prawdziwe, wiecie, ordynarne takie coś co idzie po drodze, bo przeca prostej linii toto nie trzyma, i gapi się w telefon. Dobrze, że chociaż części ciała nie gubi. I wiecie co, kurde ja wyglądałam tak samo, tylko ja czytałam książkę, nie telefon. LOL Ale na pewno nie rozbiłam tego jeżdżąc na rowerze!!! No weźcie no!!! To już jest przesada. Szczególnie teraz, jak wciąż jeszcze jest jakaś Turyścizna!!!

Ale biały jeleń, czy tam saren kozioł bo nie do końca wiem czy to od sarny czy jelenia? No tak z daleka, to trudno poznać. Podobno ktoś na pewno widział byka z dużym porożem białego, ale ktoś i kozła sarnowego, więc może mamy białasów więcej? Czy to przez suszę, czy sprawa to jest duchowa, się pewno obaczy.

To teraz… gdzie mój jednorożec?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Milczenie… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Strach…

„Pojawił się.

Znowu.

Całkiem niewołany, niepragniony, niechciany… ale się pojawił i jakoś tak głupio było od razu go kamieniem po łbie i pod brzózkę na spoczynek, może nie do końca wieczny, bo skurczybyk żywotny strasznie jest i Pradawny, ale wiecie, na jakiś czas. Na wytchnienie. Ale nie… Tym bardziej, że Nowy Zły Sąsiad Wiedźmy Wrony, nie mylić ze Starym Kaszlącym Sąsiadem, brzózkę ściął. Razem z czarnym bzem przez co duchy wkurwiły się bardzo.

I bardziej niż bardzo.

… więc jak Pan Strach przylazł, to wiecie, nie dało się jakoś tak od razu. Trzeba było przygotować jakiś plan. Najlepiej wielki, aczkolwiek nieskomplikowany bo choć chłodniej się w końcu zrobiło, to wciąż procesy mózgowe zdawały się ciężko, i powolnie, przepływać pod kopułką Wiedźmy Wrony Pożartej. Nie można było jej przemęczać, tym bardziej, że to ona była zawsze najlepszym i najłatwiejszym celem dla onego straszącego przybysza. Bo tak on był nie o odstraszania ptactwa, słodki i wszelako komicznie odziany i nasłomowany, ale był tym potęgującym strach.

Paraliżujący.

Nie nadawała się na walki z nim, więc musieli jej pomóc. W końcu Wiedźmę mieli ino jedną takową, i nigdy już nie miała się taka narodzić, a on… on był zawsze. Wystarczały kreseczki na teście, wyrok od lekarza, potknięcie się, zawiśnięcie nad przepaścią czy zwykły powrót do domu zbyt późno… dla każdego było to coś innego. Dla każdego była to chwila wystarczająca, by go przywołać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zwykły dzień.

Chłodniejszy wieczór.

Nic się nie dzieje.

W tym roku słyszałam więcej syren karetek i straży wszelakich niż przez wszystkie lata mieszkania tutaj. Naprawdę. Bardzo to przerażające, wybijające z rytmu tak dalej. Pewno że w mieście to zwyczajność, ale nie u nas. I to u na charakteryzuje się zwykle ciszą… ale ostatnio ciszy mniej, a teraz na pola znowu wywalali jakieś chemiczne dziwactwo i… już nie rozumiem tego świata.

Znowu.

Siedzi człek w aucie, znowu uruchomili remonty i wszelkie poszerzania dróg, więc światła mamy i korki. Znaczy wyspowe takie, nic wielkiego, ale jednak. No to siedzi sobie człowiek, ma czas, by – bezczelnie mówiąc – loda sobie zjeść, co go zakupił w Netto, bo taniej, a na takie wymyślne go nie stać… i patrzy się na prawo i na lewo. Po prawej w oddali ono wielkie morze. Lekko poszarzałe, bo niedziela na szczęście i radosność lekko wietrzysta i mile szara. Nawet nad niektórymi miejscami leciuchno pokropiło. Może i rozmyło się nim dotknęło ziemi, ale jednak!!!

To było mżawkowo!

Ale… stoi w korku, czeka na czerwień zmieniającą się na zieleń i się gapi. Na szare morze. Na zielonkawość sporadyczną dookoła niego. Na pola, gdzie tak niewiele krowinek i innego żywotnego zwierzęcia. Koniczków też mało. Kóz czy owiec, no po prostu niewiele. Pewno przez zimę się zrobią, ale jednak, smutno. Na malutką chatkę w dole, białą taką, z niewielką zagrodą. Na jeszcze mniejszą obok niej, pewno letni domek, ale kto to tam wie. Gdzieś tam wyżej majaczy większa rezydencja, za nami czerwony gaard, jeden z większych. Zwyczajność po tej prawej stronie.

Jeśli chodzi o lewą, to jest kilka drzew, za nimi pole na skarpie niewielkiej. Już zaorane. Nawet wspomnienia po tym, co na nim było nie ma. Jakby może nic nie było? Jakby wiosna nie istniała, lato tylko paliło, a jesień… no właśnie, jaka będzie? No ale, zaraz za polem kolejny biały gaard, obok niego, lekko w dół niesamowity biało-czary budynek, w którym kiedyś mieszkaliśmy.

Po prostu kapitalne miejsce.

Ale jest zielone.

Znowu…

Może nie oną zielonością znajomą, raczej dziwną jakąś, geriatryczną, zmęczoną, niemożliwą. Może… a może zwyczajnie nie znamy się na takiej zieleni. Brzozy już od miesiąca zmieniają się na rdzawości i złocenia…

Ale zaraz, przecież ja o zielonym świetle!!!

Papierek po lodzie leci do tyłu, się potem posprząta. Przecież bezpieczeństwo ważniejsze. A wychodząc z auta kubły na śmieci zaraz obok. Trzeba wykorzystać czas i wracać do domu. Wiecie, trzeci raz w tym roku przyciąć trawnik! Łuhu!!! Trzeci raz. Kurka wodna, nosz rozpusta. Zwykle od końca kwietnia co tydzień leci, ale teraz nie. Jakaż to oszczędność na prądzie, czy na co tam ta kosiarka chodzi. A ile wolnego czasu, co nie. Nic to, że susza, wsio zdycha łącznie z owadami i ludźmi, nic to…

Trawy i tak niewiele, ale szare chmury robią klimat. Klimat, który od dawna już się nie pojawiał. Czyżby naprawdę mieli znieść ban na ogniska i takie tam? No nie wiem, ja bym się tak nie spieszyła. Trawka trochę odbiła, ale wciąż to wszystko jest tak bardzo marne, nienapite, dziwnie zmęczone…

Jak ja.

Na szczęście to już trzecia, ostatnia część sierpnia. Wrzesień za progiem, rogiem, czy co tam. Gdzie tam. Pewno podgląda, pewno tylko czeka coby tu zrobić, zbroić i wszelako przyśpieszyć swój własny czas. Ale nie musi przecież. Wszystko już jakoś przygina się ku jesieni. Pragnie jej. Umęczone. Chcące tylko spać, drzemać i śnić. Już nie kwitnąć, już nie produkować…

Odpocząć.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Strach… została wyłączona

Pan Tealight i Nieistnienie…

„Nic.

Kompletne niebycie…

A może tak naprawdę pustka, której nikt nie zauważa?

Brak, czy jednak zwyczajne niedopatrzenie Wszechświata?

Nie wiedzieli jak to opisać, nie wiedzieli jak do końca zdefiniować. Wiedzieli, że to ono, ale jednak… co teraz? Co z tym zrobić? Z czymś, co jest niczym. Co jest kompletną niebytnością, więc… jak z tym pracować, zabrać na kawę, czy cokolwiek w ten deseń? Jak włączyć do rodziny, czy z niej usunąć, jeśli naprawdę zacznie się wykluwać w zbyt niewielkiej i bliskiej nazbyt znajomo okolicy?

Nie wiedzieli.

Ale ona tutaj była. Chyba bardziej żeńska niż męska, ale to przecież mogło się zmienić. I to w każdej chwili. Chyba… Bo widzicie, z jednej strony znali ją, czy tam jego, znali dość dobrze, prawie sezonowo, ale jednak… nigdy nie dotarli do wiadomości jak ją wykorzystać. Jak sprostać wyzwaniom i przeinaczyć ją na coś mniej smutnego, dołującego… chociaż. Chociaż tak naprawdę w samej onej wielkiej może, ale jednak tylko pustce nie było niczego złego. Problem w tym, że nie było też czegokolwiek dobrego, więc… było zbyt wiele niczego i to właśnie było nadzwyczaj niewygodne.

W zrozumieniu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Złodziej kości” – … trudno. Naprawdę mega trudno się to czyta, choć temat od początku zdaje się być nęcący. I ten opis na okładce. No wciąga… Bo kto z nas nie zna tych przerażających opowieści, legend miejskich, wiejskich czy domowych, którymi straszono nas za dziecięcia. Onych kobiet utopionych, demonów, co to cię porwą jak przekroczysz linię lasu, złamiesz zakazane, rozpieprzysz taboo, most przejdziesz… czy inne tam?

No kto?

Jaka jest wasza ulubiona?

Jakkolwiek nie spoglądać na te potwory spod łóżka, wiedźmy zza zakrętu czy miejskie koszmary, gdy nagle stają się bardziej namacalne… czy ktoś w nie wierzy? Nasza para gliiarzy nie. A może jednak? Gdy wpadają w sprawę zagubionej, udręczonej kobiety, nagle wszystko się zmienia. On wątpiący, ona… no właśnie. Ona. Najprawdopodobniej kryje w sobie tyle sekretów, że może powinna zabrać głos, ale jednak tego nie robi. Czy będzie to miało wpływ na całą sprawę? Kto wie? Od razu macie swoje podejrzenia. Od razu coś wam w nich nie gra. Bo przecież jeżeli pracują ze sobą tak długo, to dlaczego są tacy zimni?

Tacy obcy?

Okay.

Oto opowieść chyba kryminalna, bo do końca nie wiadomo, która się wlecze, dziwnie zarzuca czytelnikiem i… nie daje się czytać. No naprawdę, ja rozumiem bolesną przeszłość, ale przecież ktoś może zginąć! A może już nie żyje? A zresztą, czyż policjant nie powinien mierzyć się przede wszystkim z własnymi demonami? Oj nie, z nią nie polubiłam się w ogóle, on tak naprawdę to orzech z kamienia, więc nic z rozgryzania tej pary. Naprawdę. A jak nie polubicie głównych bohaterów, to powieść traci właściwie zbyt wiele. I jeszcze ta cała reszta. Książka przypomina mi kilka powieści połkniętych wcześniej, ale w formie rozpuszczonej i z dodanym sztucznym barwnikiem. Nawet nie chodzi o ten dziwny, roztrzęsiony język, którym się posługują bohaterowie. Dziwne skoki po bohaterach pobocznych, wątki niewątki, niepotrzebne miny, wtręty słowne, zbyt wiele tego wszystkiego, zbyt wiele.

No i oni… no po prostu są niekompetentni!

Najzwyczajniej w świecie, więc jak biedny autor miał ich inaczej opisać. Aż chcecie by Kościej ich zeżarł. Ze smakiem!!!

To jest dziwne.

Szczególnie w tym roku.

Tłumaczą to tym, że rok temu lato było chłodniejsze i dlatego mniej mamy wizytatorów. Ale i tak, czy to naprawdę tłumaczy te dziwne pustki? No naprawdę. Mamy piątek, tuptamy na plażę, a tam tylko jedna para w krzaczkach. A woda boska. Może trochę nalazło wodorostów, ale to można wyminąć, w końcu nic nie gryzie, meduzy też zniknęły. W końcu woda nie zupa, choć gęsta, mineralna, kapitalna. Pewno kosmetyk w płynie, ale jakoś mam nadzieję, że nic tam do nas nie doszło z Dueodde.

No dobra, ale jednak, gdzie są ludzie?

Nasi to wiadomo, jeśli mają dzieci, to one do szkoły, oni wrócili do pracy. Ale cała reszta? Jakby ich wymyło, a przecież to dopiero druga połowa sierpnia. o dobra, pewno że już koniec najbardziej zagmatwanej części sezonu, ale jednak.

Przecież wciąż coś się dzieje, wciąż…

A może suszy się przerazili?

Albo tego, że ostatnio kilka dni mieliśmy spokojniejszych, szarych trochę, takich dających wytchnienie od uciążliwych upałów? Może pomyśleli, że zaraz arki trzeba będzie budować, czy coś, więc się ulotnili? No nie rozumiem. A może to te zagmatwania promowe? Bo w końcu nadeszło nowe, nikt nie wie jak to będzie… strach pokrył Wyspę? A może zwyczajnie dziś postanowili nie wychodzić z domów? No ale dlaczego? Było bardziej niż bardzo ciepło, fajnie było w wodzie, nieźle nawet zdjęcia na piasku wyszły choć ciemnawo, na horyzoncie jakaś mgła się kłębi?

Może nie dopłynęli?

A może te ssak, co to go widzieli, czy to delfin czy coś w ten deseń, ale widzieli, więc może ich zjadł, stał się wielki i wiecie, przemienił się w wielkiego, ogromnego balonika, uniósł ku niebu i tak już tam pozostał… razem z nimi wszystkimi w środku, zjadającymi się na wzajem. Tak do końca. Co do włoska i kosteczki. Bo przecież nie można marnować jedzenia. No i wiecie, cała ta sprawa zapewne będzie miała jakiś ciąg dalszy, ale kto by tam był zainteresowany przemieloną w trzewiach Turyścizną?

Nie no, nikogo nie dyskryminujemy, al to zalatuje już wycieczkami w typie wojażuj po życou!!! A nie wiem jak u nas z kolejnymi wcieleniami!!!

Waleń!!!

No dobra, znaczy morświn.

Podobno gości takowych zaobserwowano w naszych okolicach więcej, ale jak przyszło co do czego i kajakarz wyciągnął aparacik, to wiecie, ino płetwa jedna zamigała i tyle gości widzieli. Ale wierzę mu na słowo. W końcu to dość popularny zwierzak! Dość zaskakujące, bo ja tam nie widziałam, a moczę dupsko w morzu często.

Morze im towarzystwo ludziny jednak nie pasuje?

No nic… wieczór. Ciemność w końcu, lekkie ochłodzenie wieczorem. Aż człowiekowi bardziej chce się żyć. Wszystko odpoczywa, ale mało co postanawia wznawiać dalsze wzrastanie. Wiecie, jak róże czy zioła, które u nas właściwie pędzą się przez cały rok. Jak trawy czy stokrotki… no właśnie. Co się stało ze stokrotkami, które największe mrozy przetrwały, które do flakonika właściwie przez cały czas można było zbierać. Najwytrzymalsze kwiatki na świecie i co?

Nie ma i nie będzie?

Jak jakoś zniknęły zaraz w kwietniu, to potem…

… chyba już nie wróciły.

Dziwne to tak mocno. Zdawało się, że one są w stanie przetrwać wszystko. Kompletnie wszystko, widać poza oną suszową zagładą. Oj, coś zabłysnęło, ale nie zagrzmiało. Czy będzie padać? Mogłoby bo przecież nadal sucho. Jakieś półmózgi stwierdziły, że popadało raz w nocy, więc koniec suszy i zaczęli palić jakieś świństwa i… zapłacili. Bo sorry, ale susza nadal na topie. Grzybów brak. Za to mamy wciąż topiące się drzewa, liście się palące a nie zmieniające kolor i takie tam. Ale może, jak trochę popada, jak trochę chociaż i jak nie będzie wiało, to może fajna będzie jesień? Zdałaby się w końcu jakaś poprawna, bo tej nie mieliśmy już od kilku lat.

Smuteczek taki.

Ale może się uda?

W końcu susza taka, że aż o sukulenty się prosi była, więc może i barwna, ciepława ale nie wrząca jesień, też się nam jakoś trafi? A potem jeszcze bardzo zimna i śnieżna zima. Wiecie, taka zimna, ale ze słonkiem, coby mi zdjęcia bajkowe fajnie wyszły. By człek w końcu to skrzypienie prawdziwe usłyszał.

Zobaczymy?

Zobaczymy!!! LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nieistnienie… została wyłączona