Pan Tealight i Koneserka koneserstwa…

„Moje zmysły mają się dobrze – lekko się uśmiechnęła potrząsajac malutką, puchatą niczym dmuchawiec główką. – Wyczuję w winie zgniliznę ziemi, złożone w niej ciała, robaka, który tonął w gnijącym owocu, a nawet wściekłość i zło w sercu zbieracza. Dla mnie smaczny oznacza mało w sobie niosący, dobry, pozbawiony złych, negatywnych myśli.

Dlaczego więc Pan mnie potrzebuje?

Akurat Pan?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Może i żyję na Wyspie, którą nad życie kocham i tak serio to więcej świata mi nie trzeba… a jednak uwielbiam wieści zza morza. Tym razem moi drodzy Peru 😉

Mają tam lamy, góry i kokę 😉 A także wiele innych ciekawych rzeczy.

Jak dla mnie trochę za wysoko, ale moje radosne wnętrze macacza czaszek i skorup się raduje!!!

No czasem dobrze mieć znajomych takich od serca bardziej, którzy przyślą z tego innego dalszego krańca świata kamyczek i muszelkę.

Taka z zielonym pod nosem 🙂 aż człowiek sobie myśli, że możeby jednak chciał zobaczyć ten inny świat… ale z drugiej strony może i nie… te robaki 🙁

A teraz wieści książkowe, czyli coś na co polowałam od jakiegoś czasu. Najpierw Prószyński i Ska nowości – pamiętajcie o ich promocji, warto bo dobre książki wydają ostatnio:

i wygrana od Wydawnictwo Łyński Kamień:

… oraz długo oczekiwana paka od zwierzaka, czyli Wydawnictwo Jaguar:

Nie powiem, że mam co czytać, a wcale nie 😉 Wciąż jeszcze mam trochę długo wyczekiwanych tomów, no ale z głodu literaturnego raczej nie powinnam paść w ciągu najbliższych dni! Zresztą jakby co na Papierowym Psie jest fajna opowieść o Karolce, czytaliście?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i nieopornie ofiarna dziewica…

„- Tudzież robimy to tak – osobnik o dziwnie zwichrowanej profesji potrząsnął trzymanym patykiem, i w pyle drogi dalej rysował gestykulując właściwie całym ciałem… choć wydawało się to takie niemożliwe. – Dziewicę bierzemy, ale wiadomo sprawdzamy towar, wie Pan w dzisiejszych czasach człowiek niczego nie może być pewnym, a kapłani są wymagający. Bierzemy takową i odziewamy odpowiednio, jakoś lubią takie romantyczne szaty, zwiewne i lekkie – wiecie Panie – zniżył głos do szeptu – lepiej też się palą. Bo najfajniejsze są takie trochę tłuściutkie i koniecznie z długimi włosami, niegolone nigdzie. Zawsze to dodaje aromatu stosowi… No tak i stos trzeba dobrze ułożyć. Nie chodzi tylko o samą temperaturę spalania dziewicy, ale przede wszystkim o ten aromat. Wyczuwalny strach i pierwotną siłę… tego tam dziewiczenia. – Mężczyzna podniósł się i spojrzał na Pana Telighta.

Obydwaj stali przed Sklepikiem z Niepotrzebnymi i w blasku letniego, zachodzącego wstydliwie słońca, przeglądali zapasy sklepiku. Pan Tealight jak zwykle nie posiadał żadnego wyrazu twarzy, ale ucięta główka była nad podziw zaintrygowana.

– Tak naprawdę ważne są elementy, pewne intymne sprawy… jak owłosione bujnie nogi, potężne te – mężczyzna wykonał dziwnie kolisty ruch w okolicach klatki piersiowej – i dobry nos. No i donośny głos. Krzyk jest zawsze w cenie. Dobrze wrzeszcząca dziewica na długo pozostaje w legendach. –

Pan Tealight potrząsnął głową i zastanowił się. W końcu trzeba było opróżnić komórkę. Za dużo się tam tych dziewic lęgło, oj za dużo…”

PS. Recenzje „Całując grzech” i „Darkar. Poświęcenie”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Śmierć w depresji…

„- No naprawdę – Śmierć, która wciąż protestowała przeciwko złożeniu swoich kości na którymś z foteli lub krzeseł, lekko klekocząc wysiąpiła otwór ponosowy w zasłonkę wystawy. – Naprawdę, dlaczego oni się tak mnie boją? Przecież i tak nikt mi nie umknie. Ten numer z kością i szpikiem na pewno już nigdy nie przejdzie… Może mam ubytki w systemie tkanek miękkich, aczkolwiek i tak się uczę! Ale oni wciąż mają w oczach strach. Zresztą nie tylko tam – firanka zakołysała się i dziwnie oklapnięta uderzyła o ścianę. – Oni się moczą, rozumie Pan, moczą się i nawet robią gorsze rzeczy tylko dlatego, że to, co czeka ich w tym co nieznane… jest niespodzianką. Ludzie powinni lubić niespodzianki. Z psami i kotami naprawdę nie mam tych problemów. –

Pan Tealight wciąż stał za kontuarem i starał się miarowo nie oddychać. Drżąca ucięta główka u jego stopy – zwana Ojeblikiem – zamarła. Tylko pojedyncze włoski na jej lekko podsuszonej główce wykonywały dziwny, paranoiczny taniec. Każdy mieszkaniec Sklepiku z Niepotrzebnymi słuchał.

– Czy zapakować coś jeszcze? – profesjonalizm był najważniejszy.

– Ale w ekologiczą torbę? – upewniła się Śmierć i potrząsnęła doczepionymi, srebrnymi lokami.

– Oczywiście. Klej też jest ekologiczny, a kosmetyki nie były testowane – Pan Tealight zająknął się, nawet nie był pewien, że to potrafi… – ekhm, testowane na niczym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pełnia Księżyca mnie po prostu tym razem doprowadza do szaleńczych drżeń, tańców niekoniecznie Świętego Wita i pomroczności. Ale za to dostałam fajną, wygraną książkę 😉 Dobra przyznaję, okładka jest kapitalna!!!

Czasem książka, to najpierw świetna okładka…

… konkurs był zdjęciowo – drzewny…

… a jako Wrona uwielbiam Gawrona, tudzież Kruka 😉

… książka na dodatek z autografem 🙂

Do recenzji od nakanapie.pl

I podziękowania dla Raven’s Moonlit Hollow polecam!!!

… leciało aż z Australii, ciekawe czy na kangurze?

… jakby trochę wonieje eukaliptusem, cudnie!!!

PS. A niegdyś Timo w końcu odnalazł swoje imię!!! Tak więc przedstawiam raz jeszcze: NejTak Gumigurumiś:

PS. Recenzja „Bezzmienna”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight się buja…

„Wszystko się wiało.

Zaczęło się jak zwykle od ciszy. Cisza była wszystkim i wszystko nią było poza pewnym, nader upartym pajączkiem, który chciał nauczyć się bzykać. Ale i tak nikt go nie słyszał. Jednakowoż on był przekonany, że wydaje dźwięk.

Cisza powoli wzbogacała się. Najpierw zaczęły się poruszać listki i gałązki położone najbliżej ziemi i te najbardziej od niej oddalone. Leciutko zaczęły drgać jeszcze nie przyrumienione słońcem owoce, a z wszelakich kątów, spod krzesełek ogrodowych i schodków, wydostawały się ostatnie, jesienne skarby. Stare, zasuszone liście i płatki, oraz kilka papierków po cukierkach. Tych dziwnie jeszcze kolorowych, którym cień nadał dziwną politurę. Potem zatrzeszczały gałęzie. Drzewa zaczęły się przeciągać, konary rechotać, a w krzakach wyraźnie coś się poruszało… Trawa, ta, którą Morderca Stokrotek i Mleczyków pozostawił w godnej wysokości, zaczęła zauważać siłę. Wiatr poruszył karkiem, zrobił parę głębszych wdechów, rozkaszlał się – cóż, czasem i wiatr ma problemy z kondycją – i zaczął wiać…

A potem Pan Tealight poleciał… i tylko wronie gniazda pozostały w tym ruchomym świecie dziwnie stabilne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Wieści z pola listonoszowego – po pierwsze uno to mamy wiater, więc promy mają morską chorobę, „Leonora” w ogóle wysiadła, a „Villum” jest za malutki, tęsknię za „Pomeranią”, była taka fantastyczna…

Po pierwsze wieści ze Szkocka, chyba już ostatnie – będzie mi ich brakować 😉 Iza mnie rozpuściła i… strasznie jej za to jestem wdzięczna. Kocham dostawać wieści spoza mojego świata. To jakby dokumentuje istnienie czegoś poza tym, co tak ciasno wokół mnie się dzieje.

Potem przybyły wieści z Brazylii… co dowcipnie dotarły z Kopenhagi 😉 Cóż, szkoda, że nie pozam Sophii, ale jakoś to nadrobimy 😉

To zaskakujące dostać coś, co pochodzi z miejsca, w którym chciałam być… a może raczej ze strachu przed pająkami raczej nie… no chodzi o Indian. Kocham ich. Kulturę, wierzenia… a Ci z Amazonki mają problemy, pamiętajcie o nich!

Zresztą sposób pisania Sophii jest cudowny. Taki starodawny, elegancki i szalony zarazem. To wspaniała człowieka, którą poznałam – jak to się dzieje w takich przypadkach… no przez przypadek 😉

Nagroda z FB Zew nocy – już kończę, więc wiecie, będzie rcenzja… a na razie możecie poczytać o Bezdusznej – podobało mi się!!!

Recenzja „Bezduszna”.

Nie znudziło się Wam jeszcze? 😉 No czytanie tych recenzji! Staram się je kombinować, dziwaczyć i wszelako uszaleniać, ale wiecie jak to jest 😉

Kubuś 🙂 To tak pierwszy raz od 2009 roku w końcu sobie golnę od serca – przyznaję, że nie myślałam, że ta paczka kiedykolwiek dojdzie, ale doszła!!!

Na koniec TIMO. Poznajcie cudowność, którą wykonała dziewczyna z Hiszpanii – KNITTING DREAMS!!! Gdy będziecie myśleć o prezentach, może dacie szansę temu niewątpliwemu talentowi, który tworzy pluszaki z duszą!

Timo wciąż gada po hiszpańsku i pyta się gdzie jest słońce. Z drugiej strony cieszy się, że dotarł, bo szykuje się nieliche wiatrowanie!!!

A teraz razem będziemy pisać dalej „Wiedźmę Intuicyjną” albo „Usypiaczkę”… Wena mnie strasznie wnerwia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

ALE FAJNE KONKURSY!!!…

PS. Kto nie lubi wygrywać? Nie znam, a Pan co podniósł rękę, to chyba do toalety chce… więc zaczynam.

Konkursy bardzo fajowe: 1 – czyli coś na wakacje od A-Arachne 😉

2 – konkurs tyż bardzo fajowy 🙂 Biżuteria Artystyczna!!!

3 – Śliwkowe trzewiki – inspirujące bardzo!!!

4 – bardzo niespodziankowy na maksa 🙂 od Nessa

Ale tak w ogóle, to bierzcie udział, albo zwyczajnie kupcie coś sobie od Dziewczyn, bo te nasze talenty trza wspierać, popierać ich umiejętności i lekką wesołość, którą wprowadzają w życie swoimi dziełami 🙂

Możecie też kupić coś dla mnie, nie powiem NIE 😉

Przypominam też o konkursach i plebiscytach: przykominku, nakanapie i wielce zniesmaczonym Ka, nader bluźnierczym we wszelakich odmianach oraz Zbrodnia w Bibliotece 😉 Tam też znajdziecie masę recenzji i wieści… wcale że serio nie tylko książkowych!!!

Na zachętę domowa magia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Mordowanie wyobraźni Pożartej Przez Książki…

Postanowiłam zamordować Wyobraźnię. Tak zwyczajnie nie widzę pożytku z owej pokrętnej suki. Jakoś wydaje mi się, że bez ciągłego myślenia i tworzenia, moze w końcu będzie jakiś spokój? Może pisanie stanie się łatwiejsze? Może przestanie przypominać opętanie…

Przy okazji dobijam tzw. Inteligencję (tak, wbrew własnym nadziejom wszelkim okazuje się, że chyba coś mam, chudzina marna, ale jest), Sumienie i Wolną Myśl. Nawet nie krwawią. Tego akurat nie rozumiem. Skopałam w kuchni Pobłażliwość, nie wiem dlaczego akurat tam się ukrywało, oraz poturbowałam wyszukanie boleśnie Grzeczność Wszelaką. A wciąż coś jest nie tak… no nie mogę dotrzeć do Względnej Normalności. Nie nęci jej nic, nawet wywieszone na drzewie cukierki nie pomagają… Może gdy zbiesi się Poprawne Wychowanie, może wtedy coś się zmieni? I kątem oka uchwycę Stabilizację Finansową. N tę okazję mam przygotowany najlepszy klej, dodatkowo wagon smarków, mąka, woda, maziaje wszelakie… i Siłę Przebicia – znaczy akurat tej ostatniej też jeszcze nie mam, ale kurde uda się!

Musi do cholery!!! Bo nic mi się nie udaje, a ostatnio już nie mam siły… Też tak macie? Nie chcielibyście czasem być NORMALNI? No dobra, tak względnie normalni? Nie opętani przez słowa, postacie, przygody tych, którzy istnieją tylko w Waszych głowach? Ich życie, dziwnie ważniejsze niż Wasze? A może tylko ja jestem wariatem? Byłoby to nader intrygujące, ale nie mam tyle szczęścia, jestem raczej psychus nader pospolitus…

Cudne aniołki od duńskiej artystki Arielle Javanna Nielsen!!! Czasem anioły to coś więcej niż tylko chrześcijański mit… to magia, pełnia i siła… Ona ją ma i przelewa w szkło. A może to szkło decyduje? Nie wiem… Sama Arielle jest wspaniałą i ciepłą kobietą. Choć nie mierzyłam jej temperatury 😉 No wiecie – ciepłą promieniście, jakąś taką dobrą, dziwnie wróżkowo naznaczoną?

Gdy tak sobie patrzę na cuda robione przez innych sama głupieję doszczętnie. No co? Ja tak nie potrafię.

A to Helle Hutchinson – znaczy ręka moja, ale misio jej. W końcu udało mi się ją poznać. Kapitalna kobieta i świetna artystka. To co przeżyła na Grenlandii i mieszkając w Ameryce Północnej przekształca w ceramiczne cuda… niby formy się powtarzają, a jednak drzemie w tym siła. Helle spotkacie w Svaneke, mieszka w domu, w którym artystycznie spełniał się niegdyś Oluf Host… tak, ten od Muzeum w Gudhjem.

Sam dom też możecie kupić 😉

Potrzebuje na pewno opieki, ale tam się tworzy tak jakoś automatycznie, zwyczajnie nie można byc nudnym, normalnym i codziennym 😉

I oto Loczek – czyli kolejny skrzywdzony pluszak. Czeka mnie sporo pracy nad jego rozdartym noskiem… czasem naprawdę niecierpię bachorów! Jak można tak ranic pluszaki? No jak!!!??? Tak wiem, tylko ja mam historie z pluszakami zamiast z ludźmi…

Bo pluszaki są fajniejsze niż ludzie, są jak książki!!!

PS. Recenzja: „Bezduszna”. A ja kończę drugi tom i muszę przyznać, że świetnie się bawię, choć to znowu wampiry i wilkołaki!!!

A na koniec: nowe konkursy (Istoty ciemności :)) coś do poczytania – Papierowy Pies i wiele dziwacznych może bzdurności, może i mądrości Dziadka Jacka… bynajmniej warto!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Osada wiedźm…

„Właściwie było to miejsce takie jak każde. Ot niewielka wioska, położona w szerokiej kotlinie, strzeżona przez specyficznie uformowane szczyty i przecięta dziwnie w pełni granatową strugą Tej Rzeki. A jednak. A jednak wioska wiedźm, specyficznie zwana Grzędą przez tych, którzy rzadko tutaj zaglądali, a Ostatnią Miotłą przez mieszkanki… miała w sobie coś niepokojącego. Coś niepokojącego wyczuwało się w tych małych, a jednak tak różnorodnych domkach, pilnie strzegących swojej anatomii i różnorodności. Gdzieś pod sztywnie wpatrzonymi w niebo płotkami siedziały Plotki. W rogu każdej z chatek kuliło się Pomówienie... a wszystko miało dziwny kształt kota. Kątem oka zagubiony i wciąż żywy przechodzień mógł ujrzeć Zadumienie, rzadkie i sporadyczne, a wszędzie rozpychała się Wredna Kreatywność. W powietrzu wyczuwało się wciąż żwawe Współzawodnictwo, które mieszało się z grochową, pomidorową i ogórkową.

To miejsce było skomplikowanym i osobistym światem wiedźm. Tylko i wyłącznie wiedźm. Starych, często schorowanych, szykujących się na wyprawę na drugą, inną, stronę lustra, oraz tych innych, które nie potrafiły zwyczajnie znaleźć sobie miejsca w, istniejącej poza kotlinką, rzeczywistości.

Czy one się kłóciły? Ależ nigdy. Przypadki dziwnych opadów nie były w końcu sprawą jednostkową. Miotła w plecach nie jej właścicielki była dyscypliną sportową, a sztacheta w… części tylniej wiedźmy – wypadkiem przy pracy. Kociołek na głowie tylko wybrykiem mody mało współczesnej, a koty… tych nikt nie ruszał.”

(„Osada wiedźm” Chepcher Jones)

PS. Dorotko dziękuję straszliwie raz jeszcze za przesyłkę 🙂 Mam nadzieję, że moja niespodzianka choć Cię rozbawi 🙂

A ja… mnie nie ma. Znalazłam się w szponach „Bezdusznej” Gail Carriger – ta narracja, ten język, wiktoriańska Anglia i wilkołaki, wampiry, duchy, pewna bezpruderyjność, ale i etyka, honor, galanteria… Podoba mi się 😉 Wciągnęło i za grzyba nic więcej już nie zrobię w świecie poza książką… sorry misie, że tak powiem!!!

Tylko czytam. Smakuję te słowa, wyrażenia… lubię to!!!

Pewnie, że najbardziej rozwalił mnie miś Przemiś miś 😉

Ale te zakładki są takie kapitalne!!!

I magnes na lodówkę 🙂 czyli moje jedno z uzależnień!!!

Pisałam o zakładkach 😉 ??? a miałam dostać tylko książę 😉 hihihi…

…czuję się taka rozpieszczona…

PS. Recenzje: „Porta Coeli. Czarne żniwa” i „Kwadrat zemsty”.

PS – KONKURS!!! WEŹCIE UDZIAŁ 😉 NO BO CZEMU NIE 😉 ZAPRASZAJĄ SŁOWA DUŻE I MAŁE 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i bajka…

„W Sklepiku z Niepotrzebnymi istniały zwyczaje i obrzędy, każdy miał ulubioną porę dnia, posiłek czy też nadwrażliwą potrzebę… Mogłoby się wydawać, że mieszkańcy tego specyficznego miejsca, bogaci w swą różnorodność i obciążeni wszelkimi niedogodnościami, jakie ona ze sobą niesie, nie będą mieli wspólnych szaleństw… poza tym, by zostać tutaj, nigdzie już nie iść, mieć gdzieś poznawanie świata, który ich nie chciał. Prawda była taka, iż w tej różnorodności czas bajki był w pewnym sensie świętością. Dla wszystkich bez wyjątku. Pan Tealight siadał wtedy w swoim fotelu z Ojeblikiem przytulonym do stopy i opowiadał. A raczej łapał trzepoczące się wokół niego słowa, te używane nazbyt często i te przyprószone ładunkiem kurzu i składał z nich historie…

Nowe.

Niespotykane.

Temu, co niepotrzebne nadawał inne znaczenie i sens, inne potrzeby i marzenia… cele.

– Za górami, za lasami, za morzami, rzekami, jeziorami, strumykami i wielkimi kałużami, splecionymi w miłosnym uścisku z niewiadomymi ciekami o nazbyt ostrej woni… Za skałami, drogami, ścieżkami i polami, zaroślami oplatającymi dziwne budynki i tymi chatkami, które stały się już częścią ekosystemów… Za głosami, myślami, marzeniami i pragnieniami, gdzieś za ostatnim oddechem, psim skowytem i kocią kulką… No wiecie, zwyczajowo miejsce takie nazywa się zadupiem – z akcentem wyniosłym na cztery litery… Bynajmniej więc w owym miejscu, które jest na końcu zupełnym, zwyczajnie za nim nie ma już na cokolwiek miejsca, ani cokolwiek nie wyraża zgody by być zadupiem Zadupia… więc w tamtym miejscu było NIC…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kartka ze Szkocka z odwiecznym pytaniem – co z tą bielizną 🙂 od Izy co pożera haggisy?!!!? 🙂 Siostra no rozpieszczasz mnie!!!

ciekawe czy znaczek lizany czy lepiony?

na pewno nie skasowany 😉


I z cyklu dostane, przeczytane i wcale nie było tak źle: „Z ciemnością jej do twarzy”. Zderzyłam się z masą recenzji nie tyle krytycznych co zlewających tę książkę… a ja bawiłam się całekiem nieźle. To taka POCZYTAJKA… przyjazna odbiorcy opowieść o siedemnastolatce nie znającej swej rodziny, poszukującej i zdziwionej tym, co otrzymuje – cóż, kto by się nie zdziwił, że jest Gorgoną, może zmieniać ludzi w kamienie i ma węże we włosach, a na dodatek w wieku 21 lat nie będzie już żyć… Na dodatek, jako dziwadło w swoim świecie, dostaje się do miasta, w którym jej „dziwaczność” to pikuś!!!

Pewnie, że sama rozpisałabym tą opowieść, dorzuciła tonę retrospekcji, więcej inoformacji z mitologii… ale wtedy byłaby to opasła powieść. A tak mamy przyjazną poczytajkę. Taką historię, w którą jeśli się wczytać, jeśli jej pozwolić… może w naszej głowie zrodzić szalone pomysły, fascynujące obrazy i myśli oszałamiające. No i Nowy Orlean. Mimo braku opasłości autorce udało się oddać ten specyficzny smak, ową wilgoć, siłę pnączy, magię… zaintrygowałam się i chcę więcej 😉 Kelly Keaton to intrygująca postać na pisarskiej arenie. Jakaś taka prawdziwa, naturalna, potrafiąca zajrzeć w duszę, przypomnieć sobie opowieści i mity i wkleić je pośród codzienność.

Ja się po prostu dobrze bawiłam z tą opowieścią, a tego właśnie potrzebowałam. Zabawy 😉 Wydawnictwo Znak – ostatnio wydają sporo opowieści dla młodzieży i to opowieści, no całkiem całkiem!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pożarta Przez Książki i mgła…

„Mgła w rzeczywistości wcale nie była jednym, związanym i w pełni definiowalnym, organizmem. Tak naprawdę była państwem. I to dość skłóconym. Państwem złożonym z miliardów kropelek i pyłków, przewalających się między granicami małych osad i miasteczek. Tworząca zastęp kłębów, z których każdy pragnął być bardziej wybujały, kształtny i widoczny niż inne, przewalała się.

I była w tym mistrzynią…

Mgła nie zwracała uwagi na przeszkody. Nic nie mogło jej powstrzymać. Ani wiatr ani deszcz, ani drzewa, góry czy rzeki i jeziora… Mgła zwyczajnie się przewalała kłębiąc się po drogach i krocząc tam, gdzie nikt inny nie ośmieliłby się wejść. Najmniej przeszkadzały jej ludzkie twory. A ludzie… byli permanentnie nieistotni. Należało zwyczajnie przez nich przejść, nie zauważając. Do czasu. Wszystko trwa do jakiegoś czasu… A ten człowiek był inny. Niemożliwością było zwyczajnie go przeniknąć… był interesujący. Wart poznania. Kłębienia się wokół niego, zauważenia do najmniejszej istoty jego państwowości. I wtedy mgła się zatrzymała. Owo morze w powietrzu, dziwne zjawisko mające sobie za nic to, co twierdzą naukowcy, postanowiło wejść do środka. Zetknąć swoje cząsteczki z drobinami tego człowieka.

Wyszłam na zewnątrz i wpadłam w wilgoć. Specyficzną. Nie oblepiającą ciała, ale wtłaczającą się poprzez pory do środka. Pomiędzy moje książki. Dotykającą każdej strony i smakującą każdą literę. Wilgoć jedyną, która odżywiała, a nie psuła… I zaczęłam czuć się inaczej.”

(„Słuchając Wyspy – nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

PS. Ale miałam wczoraj poranek pocztowy 😉 Cudowna, wspaniała, zaskakująca niespodzianka słodko-sowia z Krakowa…

Dziewczyny mnie po prostu zbiły z… łóżka 😉 Sezamki i krówki i cudowny rysunek Julii, który Śnież Miś pilnuje bacznie, wpatrując się w swoją podobiznę… dzwoneczek, serduszko, cukrasy i Lajkonik i sowy 😉 Cudne, wymarzone i w ogóle 🙂 Wzruszyłam się strasznie i bardzo dziękuję raz jeszcze!!! Może niektórym się wydawać, że to przecież takie nic, takie coś, co ma się dookoła… ale ja tego nie mam. Dla mnie to mały cud, który pozwala znowu wziąść głębszy oddech i zderzyć się z kolejnym dniem!!!

Książka od Prószyński i Ska – i obietnica przesłania mi pierwszego tomu przez pewną Dobrą Duszę poznaną przez FB 😉

Jak widać sowy chciały znowu na zdjęcie 😉 No i wygrana, kapitalna płyta od Pachnącej Szafy – którą uwielbiam w każdej formie 😉

A na zewnątrz zrobiło się ciemno. Bornholm najpierw zamilkł, a potem zaczęło wiać. A może tylko liście zaczęły się poruszać. Wtedy najlepiej zacząć czytać… i nie myśleć o tym, że natura jest Największą i Jedyną Słuszną Siłą…

PS. Recenzja „Porta Coeli. Czarne żniwa” – jak tylko skończę pisać, bo wciągnęła mnie Brugia, z której recenzję chcę wysłać na konkurs Zbrodnia w Bibliotece 😉

A DZIŚ ZNALAZŁAM CUDOWNOŚĆ. MILUSIOWATOŚĆ MAGICZNĄ I PARANOICZNE SZALEŃSTWO!!! czyli czekam na Timo z ETSY.COM 🙂 Bardzo mocno czekam, myślę o tym jak się rodzi w dalekiej Hiszpanii 😉 i jest to fascynujace uczucie, że ktoś może tak lepić magię!!! Jak dotrze, to Wam pokażę 🙂 Ciekawe kiedy napisze Sophia? A może jednak przyjedzie? 😉 Poznawanie ludzi jest takie intrygujące… jak zabawa z jadowitym pająkiem – niby włochaty, intrygujący insekt, a jednak może użreć… no dobra, zwyczajnie boję sie ludzi, ale Sophia to taka mała nadzieja, że wciąż są ludzie ludziowaci, z wyobraźnią i biglem i duszą starą, milusią 🙂

Dzięki niej znowu kocham pisać listy!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pożarta Przez Książki, czyli wiedźma i morze…

„Usiadłam na piasku swoim ciężarem wpływając na kształt ziemi. Głaskając dłońmi kamyczki, myślałam o przeszłości, która je ukształtowała. Poddałam się sile fal napierających na brzeg i obmywających stopy. Moje serce powoli zmieniło rytm na ten zgodny z kolejnymi oddechami morza… Tak jest zwyczajnie łatwiej. Przytykając ucho do wielkiego kamienia wsłuchałam się teraz w bicie serca Wyspy. Było tam. Dziwnie mocne, ale i niewpene, jakby szukające słuchaczy, ale też lekko stremowane… Tak prawiecznie przedwieczne, ale nieśmiałe niczym płochliwy nowy osobnik w gromadzie starych wyjadaczy. Wyspa zapowiadała przemianę w momencie, gdy ja pragnęłam stabilizacji. Okrzepnięcia w, dla wielu raczej nader względnym, dobrobycie zabierającego oddech… widoku.

Tak niewiele trzeba do życia.

Wdech i wydech…

A potem wskoczyłam do wody. Tsunami, które wywołało moje wielorybie sadło, zalało inną wyspę.”

(„Słuchając Wyspy – nie słuchając ludzi” Chepcher Jones)

PS. Ogłoszenia parafialne, czyli z życia duńskiej poczty królewskiej 😉 Jedno jest pewne, nagabywanie i męczenie tych co to obiecali, gdzie się wygrało… przynosi efekty. Ale podejrzewam, że nie będą mnie już chcieli znać 😉 Przykominku uczy mnie pisać… A takie pewne DużeKa obiecało jedzonko książkowe 😉


PSS. Recenzja „Porta Coeli”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz