Pan Tealight i Zboczeniec Serowy…

„Nad Wyspą wzeszedł Zboczeniec Serowy.
Stworzony z goudy i wyłącznie z głowy.
Uparcie zaczął zaglądać w okna,
za którymi rozpusta i nierządza słodka.

Pan Tealight miał tego dosyć. Totalna inwigilacja dziwaka z Nieba, nie dawała mu spokoju… od dnia, w którym dowiedział się dlaczego… Dlaczego tak naprawdę nawet Księżyc nad Wyspą nie jest normalny. Zwyczajny. Jakiś taki swojski dla innych normalnych. Nie, nad Wyspą i Księżyc miał nadmiar ciemnej strony i mocy. Przybierał dziwne miny i nadmiernie podpatrywał mieszkańców małych domków. Co gorsza, nie wystarczały mu tylko noce… bezcześcił i dnie, gdy tylko Słońce lekko przykrywało się chmurą. Zawsze takie wstydliwe. Pan Tealight nie rozumiał tego dziwnego, złotego zagmatwania.

Ale najgorsze było, gdy Księżyc – zwany Serowym Zboczeńcem, bo podobno sam sobie smakował najlepiej – dobierał się do Wiedźmy Wrony. Wtedy ZmiennieKapryśny Czas stawał w miejscu. Stary Czas może i miał prozaiczne schorzenia, oraz powody by stawać, ale i tak na wrzask Wiedźmy działał jak wszyscy…

A to nawet nie pełnia!!! (wszystko zaś dlatego, iż na początku stworzenia Wyspa miała romans z Księżycem…)”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I po co on się tak gapi?

Wisi tam za oknem, wrednie wygięty, jasny jak cholera – tosz to obraźliwe… Wstydzę się!!! Nie wiem co robić? Zakrywać okna kocami, czy co? I tak się cholernik prześliznie. Wlezie wszędzie, zmaca promieniem! Bez pytania. Bez żadnej wstępnej lub przestępnej gry wszelakiej!!!

Zboczeniec!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wyspy Kreacjonizm…

„Na początku był Smok.

Bo w rzeczywistości wszystko się zwykle zaczyna od jakiegoś smoka, albo żółwia. Niektórzy wspominali też o słoniach, a nawet ważkach, czy motylach. Jednak Wyspa zaczęła się, jak to mają wyspy w zwyczaju, od Smoka. Wyłonił się z Chaosu i wszelakiej Nieładności Bezwładnej w Nieokreślonej Przeszłości. Zresztą należy nadmienić, iż był kobietą, a tym się czasu nie liczy. Potem nastał czas układania się. Na śpiącym, w kołyszących się odmętach Morza Smoku, umościły się skały i tajemnice. Wzniosły swoje jaskinie marzenia i wszelakie podziemne, magiczne stworzenia. Wody wprowadziły się w upragnione szapry i dziury… wypełniły wijące się wąwozy i rowy. Potem nadszedł czas wielkich zaklęć, narastania gleby i roślin. Gdy zaś wszystko było już doskonałe, co do ostatniego płatka i kropli, powstał „Sklepik z Niepotrzebnymi” i Wyspa wiedziała, że nadszedł czas problemów.

Dni mijały, noce bywały bardziej zauważalne, a na Wyspie pojawili się ludzie. Zaczęli od początku wścibiać nosy, gdzie nie powinni byli, ale Wyspa była uparta. Pozwalała na zabawę i życie. Uczyła swoich małych ludzi jak doceniać to, co mają i jak budować malutkie domki, większe domki i wiatraki. Nawet rozerwali się tworząc okrągłe kościoły i niezła twierdzę, przy której zabawili dłużej z kolorowymi jeziorami. W owych domkach chowali się malutcy ludzie, poddając się Wyspie. Prowadziły ich za ręce malutkie życia, które za cel miały wyłącznie ucieczkę i podziwianie świata – zawistnych i przemądrzałych Wyspa nie znosiła.

Ludzie pokochali Wyspę, która tak naprawdę ich stworzyła i czcili ją. Mimowolnie najczęściej, ale nikt nie wyprowadzał ich z błędu, ani nadmiernie nie tłumaczył wszechświata… To byli ludzie Wyspy. Nawet jeżeli tu się rodzili, nie oznaczało to, że tu zostaną, że będą JEJ. Wyspa sama wybierała swoich ludzi, zmieniała ich i kształtowała na własne, szalone niepodobieństwo. Wyławiała ich z całego Wszechświata, nie bacząc na inne siły. A owe Inne Siły… pozwalały jej na to i tylko Pan Tealight wiedział, dlaczego tak było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu nocą przeczytane: „GONE. Plaga” Michael Grant. Czyli ciąg dalszy psychologicznej rozgrywki pod tajemniczą kopułą. Trzeba przyznać, że autor konsekwentnie miażdży ludzkość za jej głupotę, pustactwo i ogólną bezmyślność… a wszystko na przykładzie grupki nastolatków. Bo przecież jest ich coraz mniej.

Czwart tom serii „Gone. Zniknęli”, to intrygująca pozycja. Opowieść z cyklu: „co by było, gdyby…”, lekko tchnąca dziełami Kinga i Koontza, ale też mająca w sobie coś z LOST. Po wielkim wybuchu, gdy dorośli zniknęli, a wiele z dzieci stało się mutantami… świat się zmienił. Teraźniejszość otoczyła kopuła, a bycie dzieckiem jest właściwie niemożliwe. Co prawda dzieciaki nauczyły się zdobywać pożywienie i walczyć, ale pojawiła się też zawiść i podziały. Niestety czeka ich kolejna plaga, oraz brak wody. Jedyna szansa to położone gdzieś tam jezioro. Ale czy zdążą?

Trzeba przyznać, że Michael Grant trzyma w napięciu. Dotarł do owego momentu, w którym już wiadomo, że chyba nie będzie tutaj happy endu. Jest prawdziwy i konsekwentny. Jego postacie wzbudzają w nas skrajne emocje. Wiemy, że siła jaką się wykazują, jest ogromna, ale też nie rozumiemy… nie rozumiemy jak oni mogą wciąż żyć!!!??? Przecież to tylko dzieci. Czy rzeczywiście ktoś na nich eksperymentował? Czy są tylko śnieżna kulą, którą ktoś potrząsa?

Co się z nimi stanie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy magikowanie…

„Pan Tealight, w ciszy i skupieniu swej szarej cielesności, z trzęsącą się uciętą główką w ramionach… starał się przeczekać. I nie zadławić się oparami wydobywającymi się z wielkiego gara. Obydwoje od ponad godziny ukrywali się pod kuchennym stołem Wiedźmy Wrony Pożartej, robiąc wszystko by być nadzwyczaj niewidzialnymi. Bo co jak co, ale w magii Wiedźmie nie należało przeszkadzać. Problem w tym, iż pewne elementy owej magikowatości były… no nader smaczne!

A Wiedźma Wrona Pzez Książki Pożarta… magikowała na całego i jeszcze bardziej. Dotykała przestrzeni poza przestrzeniami i dusz poza woalami cielesności. Bawiła się rzeczywistościami i napotykała wszelakie dziwności. A one, owe inności, spokojnie wkraczały w jej cielesność, panosząc się niezauważone. A może zauważone? W końcu kto mógł wiedzieć, o co chodzi Małej Wiedźmie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A potem Wiedźma wzięła się iiiiiiiiii z furkotem szmatek, w które się owinęła, zwyczajnie pooooooooooooleeeeeciaaaaaaaaaaaaaaaałaaa!!!

Ojojoj do Piekła wpadłam, wiecie, tak na chwilę. No dłuższą chyba chwilę, bo trwała całe dwa tomy!!! A to dopiero początek, początek opowieści: „Wielka Wojna Diabłów” duńskiego autora Kennetha B. Andersena.

Dwa tomy historii o grzecznym chłopcu, który zwyczajnie, przez tak zwaną POMYŁKĘ wylądował tam, gdzie żywot po życiu pędzą ci wstrętni i potępieńcy wszelacy, oraz persona znana, Władca Piekła, czyli Lucyfer, tym razem w niezbyt dobrym stanie przydatności.

W pierwszym tomie historii poznajemy i chłopca i Piekło. Dziwne porządki i zawirowania w planowaniu przestrzennym owych ciepłych rejonów. Ale przede wszystkim kapitalne, przekorne, choć i krnąbne, łobuzerskie… no DIABŁY!!! („Uczeń Diabła”).

Nasz bohater, dobry i zawsze odprasowany na kant, staje oko w oko z tym, czego nie potrafi… ale musi się nauczyć. Bo może to była pomyłka, ale sprawy odwrócić się nie da, więc Filip Engell zostaje uczniem Lucyfera. Bajer w tym, że z diabłami nigdy nic nie wiadomo. Ale i z Filipem niczego być pewnym nie można. Świat, też i ten podziemny, ma swoje tajemnice.

Pierwszy tom mnie po prostu urzekł ową piekielną prostotą i baśniową znajomością, więc od razu zabrałam się za drugi! „Kostka śmierci” rozpoczyna się na ziemi. Bo wiecie, jednak świat posiada takie tajemnice, iż czasem można wyjść z Piekła, ale trzeba powiedzieć, że jak się uda zwiać TAM Z DOŁU! niewielu pewno wraca tam ponownie. Filip Engell musi wrócić. Sama Śmierć potrzebuje jego pomocy. Ale nasz bohater nie jest już taki jak poprzednio. Dorósł, zmienił się, a i chyba zakochał się… czyżby na śmierć?

A może po prostu pragnie jednak zostać Władcą Piekła? Zresztą i tam zaszły pewne zmiany. Starzy wrogowie czekają, nowi się rodzą.

Świat piekielny jest czasem nawet romantyczny!!! Ten Andersena ma swoisty urok. Ową pierwotną poprawność mitologiczną, ale też te kuszące osobowości. Owych bohaterów rozrzuconych dookoła Filipa, którzy ujmują nas za srce – ale pamiętajcie, by nie dawać i palca, to się może kiepsko skończyć.

Teraz przede mną kolejny tom: „Śmierć w pigułce”, ale najpierw może zajrzę co tam w niebiesiech jakiś? Gdzieś na chmurce, w owych rozmodlonych pastelach, błękitach puszystych 🙂 W końcu piekielne czeluście trochę dla mnie za ciepłe… co jak co, ale ja wciąż kocham ZIMĘ!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Eventyr Sapiens…

„Eventyr wpadł do Sklepiku z Niepotrzebnymi sapiąc, krztusząc się i plując na wszystko, co stanęło mu na drodze. Na nieszczęście, była między przeszkodami ucięta główka zwana Ojeblik, więc hałas oznajmiający przybycie gościa uległ zwielokrotnieniu. Pan Tealight wyjrzał zza zasłonki – ta w mieniące się groszki, która ostatnio przypełzła sobie sama i zawisła – i potrząsnął tylko szarą głową.

Przeczuwał, że tak będzie. Uchylił się, gdy Ojeblik z łoskotem pomknęła w kierunku mieszkania Utopców – znaczy ich zimowej przestrzeni zwanej zwyczajowo łazienką – okupowanej przez Błotne Wiedźmiaki. Nawet nie patrząc – oczywiście, że się sparzył – chwycił imbryk i dwie filiżanki. Eventyr już łkał na fotelu, wycierając ogromny, śliwkowy nos w firankę.

Firanka lubi to 🙂

– Nic nie ma sensu. Kiedyś wszystko było proste. Baśń to baśń. Ale nie, ów tak zwany Homosapiens domaga się więcej. Ale ja już jestem więcej. Nie zniżę się. Nie oddam smoków i dziewic. A co mnie obchodzi, że oni mają na nie deficyt! Niech sobie wyhodują. – Eventyr possał wszystkie pięć kostek różowego cukru – cóż kontakt z romantycznością Wiedźmy Wrony zmienił to i owo – nim wrzucił je do kubka z herbatą i spojrzał dziwnie na pływające w niej płatki róż i stokrotek. Pan Tealight tylko wzruszył ramionami. Ćwiczył ten ruch!

-Świat się zmienia – szepnął, by tylko zabić odgłos męczonej postukiwaniem o brzeg filiżanki, srebrnej łyżeczki z rzeźbioną w smoki rączką.

– Ja się nie zmienię. Baśniowa kraina zostaje jaka była. Oni niech sobie stworzą swój Eventyr Sapiens!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytałam tom pierwszy trylogii „Strażnicy Veridianu” Marianne Curley – a raczej chyba należy powiedzieć, iż odbyłam podróż. Podróż specyficzną… dodatkowo wiem już dlaczego pewne rzeczy się dzieją, a wpływ na nie mamy znikomy. I wiecie co, świetnie się bawiłam.

Wyobraźcie sobie, że nasz świat i czas, to w rzeczywistości coś nader prostego, No może raczej powinnam powiedzieć, że my ludzie sami sobie wszystko bardziej utrudniliśmy. Całe to mierzenie, upływanie i wszelakie lęki… bynajmniej siły Dobra i Zła muszą się jednak równoważyć. To wiedzą wszyscy, ale niewielu wie, że pewna nieśmiertelna znalazła drogę, by zmieniać przeszłość, bawić się tym, co było, a tym samym motać w teraźniejszości. Nad wszystkim, co zapoczątkowała Chaos, bo to jej sprawka, czuwa Straż, po jej stronie stoi Zakon.

A tak w ogóle, Chaos jest kobietą!

„Strzegę czasu. Dokładniej mówiąc: historii. Moje praca polega na dopilnowaniu, żeby wszystko zdarzyło się tak, jak powinno, w taki sposób, jak już się zdarzyło.”

Nasi bohaterowie to ludzie o przeróżnych umiejętnościach, wędrujący w czasie, by przeszkadzać sługom Chaosu w ich niecnych zamiarach… Początkowo zdają się być tak nieliczni i młodzi. Poznajemy Ethana i Isabel. Parę nastolatków z okropną przeszłością, problemami i ich przewodnika – Arkariana. Jednak z czasem uzmysławiamy sobie, że Zło nie mogłoby żyć od tak krótkiego czasu, jak oni. I wtedy zaczyna się zabawa. Niestety wlicza zagrożenie duszy i ciała.

„Straż” to wielka przygoda. Napisana z pomysłem, nadzwyczaj prawdziwa, miejscami przerażająca. Nie stroni od znanych mitów, ale też pamięta o współczesności. Aż korci, by zrobić z tego film.

Melduję śnieg, aczkolwiek może nie jakieś nie wiadomo jakie ilości, ale jest. Tak cudownie tańczył, cudnie pod butami chrzęścił i szeptał… Tyle ma w sobie historii, gdy tak po drodze z nieba obserwuje ziemię… Tak piękny, cudowny. Zrobiłam zapas w zamrażarce. Jak co roku odnawiam pudełeczko ze śniegiem, a co! To moja magia, a raczej jej śnieżna część. Bo zima to mój wiedźmi czas!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmie towarowe zasady…

„Właściwie istniał jeden zaledwie towar, który zarazem był i zbędny, jak i kompletnie nieistotny, a z drugiej strony tak pożądany i popularny. Ze skupem wszelako problemu nie było nigdy, a już szczególnie w okolicy poświątecznej oraz przed wakacjami – w nadmiarze i za friko! Ze zbytem o zgrozo jednakowoż też nie! Właściwie też rzecz owa była to dość niewymowna. Z jednej strony niepoliczalna, z drugiej nadzwyczaj podwójna. Pan Tealight nie czuł się komortowo w obliczu owego asortmentu, więc całe składowanie oraz dystrybucję, zlecał Smokowi z Zapchanego Komina.

Smok lubił to. Podobno nawet w granicach fetyszu. Pan Tealight pozwalał sobie zwyczajowo nie drążyć tematu, a nawet nie zauważać obrotu owym towarem, uciekał do Wrony; Smok zaś pogodził się ze wszystkim i temat uznał za nieistotny. Podobnie jak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Dla tej wprost był to temat zakazany. I choć sama była właścicielką jednej sztuki, zauważalnej aż nadto… jednakowoż pomijanej w rozważaniach, wciąż miała zasady! A z wiedźmimi zasadami lepiej nie komplikować sobie teraźniejszości. Zawsze mogła w końcu zamknąć drzwiczki spiżarni i dostę do weków ograniczyć!

O tym nie rozmawiano na Wyspie!

Że nie napisałam o co chodzi? No o dupę chodzi! Zwykłe litery cztery, popularny cud co to każdy ma… ale którego wszyscy mają dość, bo się tam w odwłokowej części szyderczo i rzpustnie dynda; choć też jakże często gęsto pragną zwyczajnie mieć w nim wszystko ci sami, by ulżyć sumieniu. Sumienie zresztą też ma nadwagę! Jednakowoż sporadycznie zauważalną.

A co do dup, cóż, zdałby się poemacik dla tych policzków, fałdek i ochrony siedzenia. Dla symbolizmu oraz wszelakiej użyteczności. Jednakowoż: cicho sza! To wiedźmia zasada towarowa!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świat bez książek, a co to mnie obchodzi… póki mam co czytać znaczy oddycham i wsio mi tam w srodku bije jak należy, jak nie będzie co czytać, zacznę umierać. Po kolejnym tomie serii: „Kroniki Wardstone” tom 7 – czuję miłe łaskotanie. Takie coś, co szepcze, że w życiu istnieją wciąż dobre opowieści, baśniowe, choć tyle wnoszące do rzeczywistości. Choć czasem mi się już miesza co prawda, a co książka.

Na szczęście mi się miesza!!! Inaczej nie mogłabym żyć.

Siódmy tom opowieści o siódmym synu syna siódmego: Tomie, jego przyjaciółce Alice, oraz nauczycielu Stracharzu ponownie wtłacza nas w walkę Dobra ze Złem. Choć zdawałoby się, że można je tak łatwo rozdzielić, to jednakowoż pojawiają się starości. Stary Mistrz nie ma wad, a i młody skrywa tajmnice. I choć pod koniec tom trochę mnie znużył, to Delaney pisze tak, że aż coś mnie w środku drapie. Coś mówi – że pisać jeszcze można zwyczajnie umieć. I to odpowiednio do wieku odbiorcy, bo w końcu „Kroniki Wardstone” przeznaczone są dla młodszego odbiorcy.

Zastanawiacie się czasem co w życiu jest ważne, a co nie? Bo mnie naszło… bardzo mocno naszło. Ale ja tam jestem Bardzo Starą Wiedźmą Wroną Przez Książki Pożartą, na pewno mam dziwne poglądy! 🙂

Ostatnio dochodzę do wniosku, że poza łazienką, wodą ciepłą, dobrymi zębami (zgodnie z tym, co rzekł sir Pratchett) i czymś do zjedzenia… no poza książkami, pluszakami i łóżkiem, to ważny do życia jest piękny widok z okna.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Romantycznej Wiedźmy oddziaływania…

„Ojeblik – mała, ucięta główka, miała uczulenie na amorki. Szczególnie chronicznie oddziaływała na te gołe totalnie z pozłotką na skrzydełkach, a już wymioty wywoływały upiorne tłuste główki ze skrzydełkami. I choć większość mieszkańców Sklepiku z Niepotrzebnymi podejrzewała, iż główka zwyczajnie zazdrościła piórek innym – amorkowym, to zgodnie milczeli wszyscy.

Ale nie dzisiaj. Dzisiaj nie chodziło o małą, uciętą główkę…

Oj nie, bo dzisiaj Wiedźma Wrona wciąż była w stanie pisania. W takowym stanie bywała często, ale zwykle spokojnie mordowała, ujeżdżała smoki, elfiła się lub krasnoludziła. Tak łatwo można to było znieść… a nie popadała w romantyczność. W jej przypadku było to jak wyduszanie łez z kamieni. Niczym robienie soku z suszonych jagód. Ale na upartą Wiedźmę nie poradzi się nic.

Takoż więc w małej osadzie, na małej Wyspie, pewna Wiedźma Wrona wyduszała z siebie miłość: uczuciowości przelewała na strony, przywoływała ckliwości, serduszka, kwiatuszki, ptaszki, amorki i inne wszelkie jamiołki, słodycze i lukrowania, a cała reszta świata… we względnej i nadzwyczaj często wątpliwej ciszy, kichając i rozdrapując wyskakujące wypryski, pocierając zarumienienia i łzy z przekrwionych oczu wyduszając… cierpiała NIEWYMOWNIE!

Tylko Ojeblik przeżuwała zadowolona coś nader pierzastego. Coś piszczącego i chyba świecącego golizną… choć może lepiej uznać to za niebywale wymowne i zakończyć tę romantyczność?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzje: „Niepokój”, „Akademia mroku” i „Strasznie mi się podobasz”.


Nadeszła najnowsza powieści Jolanty Kwiatkowskiej. Muszę przyznać, że to jedna z tych fascynujących autorek, które sprawiają, że tzw. „upływ czasu” człeka babskiego nie przeraża, a na dodatek dobre pisanie zawsze w cenie! I choć pewno, smoków tam nie ma, to jednak dla owego DOBREGO PISANIA oj lubię Jolę poczytać. Jej poprzednie książki, to: „Jesienny koktajl”, „Rozsypane wspomnienia”, „Tak dobrze, że aż źle”, oraz „Kod emocji”.

AND!!! My amazing, beautiful gift from Kathy, created by Kasia, so also Kathy somehow 🙂 LOL the owner of the WANDS OF TRANSFORMATION!!! Another amazing wand. This time, this is a dream which became truth… the dream which is called healing SPIRAL!!!

And I love her!

Kasia also added awesome earrings, and You People know, that I have really MANY holes in my ears!

Amazing jadeit! And a wand which seem to sing in my hands 🙂 I took my Yule wand and we went for a walk to call some snow!

Magic is all around!!!

And me – a Little Old Crow Witch from an Island did it!!! I did it… in an hour it started to SNOW!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Romantycznie Rozkoszna…

„Pan Tealight od początku przeczuwał, że coś z tym dniem nie będzie jak należy. Najpierw do wilgotnego okna przykleiło się serduszko w kolorze wkurzonego różu, potem na progu „Sklepiku z Niepotrzebnymi” pojawiły się czerwone płatki, aż w końcu Ojeblik – mała ucięta główka – ozdobiła jego ciemny płaszcz kokardkami w mdlącej tonacji niedosolonego łososia (co zauważył dopiero za zakrętem).

Tylko jedna osoba mogła być za to odpowiedzialna! Jeżeli ogólnie wiedźmę można było zwać OSOBĄ! Szczególnie taką, której do końca ogarnąć nie potrafi nawet ona sama. Gdy pod stopą strzelił purpurowy, styropianowy aniołek, Pan Tealight westchnął ciężko i przystanął. Zaczął liczyc dni… nie, to chyba nie to, choć może wcześniej zaczynali w tym roku? Nie no dopiero połowa stycznia. To nie mogło być jeszcze to… zresztą znał dziwaczny stosunek Wiedźmy Wrony do kobiecości. Udawała, że jej to zwyczajnie nie dotyczy i tyle. Pan Tealight to szanował, serio! Ale nie mógł nie zauważyć dziwnie ozdobionej wiedźmowej chatki, zwisających wszędzie girland serduszek, pucołowatych aniołków, zwierzątek w wołających o pomstę barwach umaszczenia i… zastanowił się – tak! ten zapach!!! Waliło różanym różańcem.

Pod chatką wił się omdlewając ze śmiechu Chochel – chochlik pisarski nader poniższego stopnia i wielbiciel męskich aci oraz Chowaniec Wiedźmy Masław, zwyczajowo właściciel owych gaci. I wszystko było jasne… Wiedźma Wrona znowu pisała romans. Czyli koniec świata był tuż za progiem.

Wiedźmy nie uczyły się na błędach, one czyniły z „błędzenia” wielką sztukę!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

NOBO Konkurs jest!!! Wszelakie wieści TUTAJ 🙂

PS. Recenzja: „Królewska krew. Wieża elfów”.

A ja zatapiam się w zimowej cudowności, wilczej wolności wszelkiej namiętności, w tych słowach… bo przecież historie takie już drzewiej bywały, ale jednak ta opowieść, ci bohaterowie, ten typ narracji… Już „Drżenie” mnie zaskoczyło, na szczęście ciąg dalszy zapowiada się tak samo pięknie.

Jakoś tak pięknie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pierwsza Gwiazdka…

„Pan Tealight nie był może zachwycony, ale też właściwie nie miał wyboru. Wszystko zaczęło się od tego, że Pierwsza Gwiazdka, dotychczasowy symbol wigilijny, została brutalnie zwolniona z roboty. Co prawda w jej przypadku było to porządne łupnięcie, poprzedzone niewyrachownym zmieceniem z niebiańskiego firmamentu, ale kto by się czepiał szczegółów?

Za powód zwolnienia i zerwania niegdyś dozgonnego kontraktu, podano brak zainteresowania „targetu”… więc z rozpaczy Gwiazdka w target wycelowała i łupnęła. Niestety target nazbyt zapatrzony był w zwyczajność i owego „łupnięcia” nawet nie poczuł. Matka Tradycja załamała ręce, ale już dawno przestała wydawać głos. A i oczywiście Wigilijna Noc, teraz tłusta, napuszona dama, zawiadująca wszelkimi aromatami Świąt Zimowych była przekonana o swojej racji. Ludzie mieli zegary. Wigilie, co roku dziwniejsze, rozpoczynały się karnie co do zapisanej godziny. Nudnie ze śpiewem kurantów, zgrzytnięciem wahadeł, dzwonkiem mechanicznych maszyn… brzmieniem wściekłości nagromadzonej w ludziach.

Wigilijna Gwiazdka nie miała złudzeń i choć czuła się oszukana, od wieków zaglądała ludziom w okna, podglądała zmieniające się obrzędy, musiała rozejrzeć się za nowym Przeznaczeniem. To, że od tak dawna prowadziła badania nad wigilijną radością, obserwowała i notowała objawy radosnego oczekiwania, wigilijne ewolucje… od rozbuchanych radości starożytnych, po ugładzone spotkania, poprzez tajne zbory po gigantyczne bale. Wtedy była ważna. Ważna też gdy nadeszły czasy krwi i przemian… wtedy często była TYLKO ona. Potem pojawiła się Choinka, Zielona Iglistość, zastępując to, co niegdyś było tylko zielenią. Potem… to wtedy stała się jeszcze czymś. Twarzami za szybą, walką ze szronem pokrywajacym okna, magią iskrzenia. Po prostu świeciła.

Potem zaczęli o niej zapominać. Twarzy było mniej, choinki coraz strojniejsze i dziwaczniejsze; jej jasne światło nie pasowało do pstrokacizny. To wtedy zaczęła czuć się biedna, samotna i smutna. Przestała patrzeć na świat. Świat przestał się jej podobać i urażony postanowił przestać patrzeć na nią.

Upadła Wigilijna Gwiazdka nie mogła liczyć na bezpłatną opiekę psychiatryczną. Musiała poradzić sobie sama. Najpierw podpytała Panów Innych Świąt, ale nie chcieli jej. Oburzył ją absurd nie przyjęcia nawet do „Tańca z Gwiazdami”… tam podobno mieli nadmiar, byłaby tylko jedną z wielu! Wielu!

A przecież była JEDYNĄ!?

Pan Tealight uśmiechnął się i okrył Gwiazdkę abażurem w malinki. Pięknie wyglądała przy oknie, obok fotela… i choć nie potrzebował światła, była dla niego ważna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Poczta na dziś, czyli superszybkałorpowa moc przesyłkowa i proszę… nagroda z konkursu zorganizowanego przez Syndykat Zbrodni w Bibliotece jest już u mnie!

Dziękuję!!!

I to aż dwie książki!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight milczy…

„„Otuliłam się w magię ochronną zbyt szczelnie,
by do środka wpuścić choć cud i nadzieję.
Zakopałam się w ziołach, opisałam runami,
czy będę jeszcze ja, czy tylko to co za nami?
Zapomniałam przeszłość, pomijam teraźniejszość,
czy możliwe jest, by odczynić współczesność?
Bo ja tu nie pasuję, nie ten kształt i wiara.
Ja tu nie pasuję, ja jestem tylko mara…
Coś co się przytrafiło, pomyłka w obliczeniach,
zagubione marzenie, pominięte wspomnienia,
zapomniane pragnienia, niedostrzeżony cud…
gdyby tylko życie oznaczało mniejszy trud?”

Pomiędzy tym i innym Pan Tealight tylko milczał. Ale to wystarczyło Małej Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki, po prostu wystarczyło. Czasem niczego więcej nie było potrzeba. A może było, lecz nikt sobie z tego nie zdawał sprawy? Może tak było lepiej, milczeć i nie wiedzieć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem chciałoby się uciec jeszcze dalej… ale już nie ma gdzie.

AAAAA!!! Cudowna niespodzianka!!! An amazing surprise came today. I really did not know! And It made me smile! Made my day and changed me 🙂 Thank You Kathy and Hestia’s Hearth. She really creates an amazing magic, check Her shop.

I love it!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Niepotrzebna Niepotrzebnym…

„To był inny wiatr.

Nie przygniatał drzew do ziemi, ani nie unosił fal, nie bawił się z ptakami, ani nie rzucał, nie zmieniał narzuconych przez człowieka struktur. Ale jednak był to wiatr. Potężna siła, powiew i dech. I była ONA. Jedyna, która nigdy nie znajdzie się na półce Sklepiku. Ta, której ta naprawdę nikt w tym świecie nie chciał, a jednak potrzebował. Musiał ją mieć, by zobaczyć w życiu to, co dobre i piękne. To wzniosłe zatrzymać w pamięci.

Ulotnie urocze otulić.

Zawsze była wiatrem. Wciskającym się wszędzie powiewem, zauważającym wszystko podmuchem. Powietrzem, którym każdy oddychał i kruszyną tak niewielką, że pomijały je najdokładniejsze, naukowe sprzęty. Była bólem i smutkiem, brudem i wszelkim paskudztwem. Zmęczeniem, roztargnieniem, cierpieniem, niezrozumieniem, niesprawiedliwością. Była wszystkim tym, co tak bardzo staramy się wymijać na swojej drodze. Każdym dołem i ostro zakończonym kamieniem, śliskim pasem trawy i wciągającym błotem. Kawałkiem szkła na cudownie ciepłej plaży, ukrytym w miękkim piasku kolcem.

Kupą, która zawsze była aż nazbyt przylepna i aromatyczna.

Tylko ona, ten wieczny i przedwieczny wiatr zmian, nigdy nie odwiedzała Sklepiku. I Pan Tealight był jej za to wdzięczny. Miał w końcu swoje zmartwienia. Tej Pani nie potrzebował!

Ojeblik – mała, ucięta główka poszła, a raczej potoczyła się krok dalej i naskrobała przy pomocy innych na drzwiach: Tej Pani nie obsługujemy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Czytam teraz „Królewska krew. Wieża Elfów” – po raz pierwszy od dłuższego czasu mam w rękach książkę, która mnie wciągnęła. Lekko czupurną fantasy, łotrzykowską opowieść z bohaterami, którym świat się w pas kłania, a może i niżej… są tam i krasnoludy i elfy, a i magia oczywiście jest obecna. Jednak najważniejszy jest humor. Ten język, dzięki któremu człek w treść wpada, odbija się od dna i unosząc się pośród przygód świetnej pary złodziei, po prostu dobrze się bawi…

Melduję jednakowoż, iż śniegu nadal brak. Nic ino te sztormy, orkany, kurdcze wieje i wieje i wieje… Ale za to udało mi się wygrać w konkursie: Syndykat Zbrodni w Bibliotece!!! Yupppiii!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz