Pan Tealight i Wiedźma Macana…

„Wiatr przewrotnie zmacał Wiedźmę Wronę. Wyobracał bidulkę pomysłowo, sponiewierał nowatorsko, choć był i uniżenie tradycyjny… miejscami. Wszystko działo się na głównej ulicy, miejscami nadmorskiej, w porze nader publicznej, gdy tłumy turystów, lekko znudzone zmienną pogodą, właściwie nie miały co robić. Bo ile można patrzeć na szare morze? Ile można wciągać w siebie lody nawet w rozmiarze XXL? Ile można w końcu wzdychać nad pięknem kolorowej architektury i krętością uliczek, oraz ogólnym, szalonym artyzmem miejscowych malarzy?

A Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, właśnie miała zamiar pielęgnować swoją pędzelsko-artystyczną stronę. Targała opierającą się Kanwę, w zbliżonym do siebie rozmiarze, za uszy zatknęła kilka pędzli, u torby – wielkiej, włochatej i kobaltowej – trzęsły się tubeczki z farbami… i wtedy dorwał Wiedźmę Wiatr. Znudzony turystami, co są jak zwykle ślepi i nieuważni, spragniony niczym owa kania czegoś wilgotnie niespokojnego! Na drodze jego kołującego liście lotu tylko ona była jakoś tak znajomo, niespokojnie nieobliczalna. Znał ją, a jednak zawsze go zaskakiwała. Zwykle w tym niebieskim worku targała tyle kamieni, że można nią było co najwyżej porzucać, ale dziś… zapomniała. A może wydawało się jej, że i tak była wypchana szmatkami, pomysłami, miśkami i wszelakim śmieciem wodorostów, że nie pomyślała? Widząc ją, Wiatr naprawdę dał z siebie wszystko. Więcej niz obiecała Sfrustrowana Pogodynka, a i szacowały Pokrętne Chmury… bo mógł. A zwyobracać i zmacać Wiedźmę… cóż, zawsze przynosiło szczęście! Wiatr też ma swoje talizmany i amulety, dmucha na szczęście, nie wieje pod drabiną, jednak nic nie zastąpi sponiewierania TEJ Wiedźmy!

Gdy już turyści się uśmiali, a Wiatr zmęczył, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki podniosła się z ulicy, spod czerwonej łódki wyciągnęła swoją włochatą torbę i podejrzanie uśmiechnięta, z radośnie podskakującą Kanwą H. Vacui, która znów uniknęła pomalowania… podskakując, wróciła do chatki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „BZYK” – pierwszy tom był szaleństwem, kapitalną opowieścią o śmierci, drugi jednak – o duchach – już mnie tak nie rozochocił… ale ten, i nie chodzi TYLKO o to, że SEKS jest na tapecie… zwyczajnie ta powieść jest świetna! Dla wielu informacje będą znajome, ale inaczej podane, niektórych zaskoczy penis u kobiety, a cała reszta pobudzi wyobraźnię i zdziwi się, że lata trzydzieste były mniej pruderyjne niż my dziś!

Warto! Bo seks jest ważny!

„Mechanizm serca” – to miała być piękna perełka, ulotna, alegoryczna opowieść o miłości… chyba nie wyszło. Ta historia jest piękna, ale nazbyt ludzka, w tej okrutnej, okropnej części. Zbyt dorosła, pozbawiona słodkiej naiwności, zbyt mechaniczna… nawet boleśnie bezlitosna! Pomysł tak, opowieść, postacie… szkoda, że gdzieś zagubiła się ta ulotność, to nawet przybliżone „happily ever after”. Co trzeba nadmienić – to historia dla dorosłych.

Niby dwie powieści o miłości… a proszę jakie rozmaite sfery, że tak się wyrażę DOZNAŃ!!! Ha!!! I choć zdawać by się mogło, że to drugi tom powinien być tym „romantycznym”, to jednak nic z tego… Czy moja Wyspa jest romantyczna? Cóż, obecnie jako dyniowy łeb lekko zaśmiecona!

Oj tak. Dynie się rozgościły, ale chłostane deszczem, wiatrem, oraz turystami nader nieczułymi też chłostane… w większości giną. Pleśnieją, odchodzą w niebyt niezależnie od tego, czy są drążone, czy nie. Zapomniane, zmieniają się w coraz mniejsze staruszki, suszone  marszczone, gotowe by dodać je do przypraw. Część z nich ponosi tragiczną śmierć w wypadkach samochodowych, lub rowerowych, bo kto by myślał o dyni, jako o czującym bycie?

Ja myślę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Jesienna Depresja…

„Spotkanie zaaranżowano w Rozsądnych Małoszumnych Wierzbach. Szpaler drzewek, poproszony wcześniej o oddanie telefonów komórkowych, ptaszków, oraz innych podobnych pipaczy i bipaczy, łącznie z kornikami, motylami i usypiającymi już w kierunku zimowym, muszkami – stał wyprostowanych, choć lekko nonszalancko oparty, o rustykalny w ogólnym zamierzenia wyglądzie, płotek oddzielający świat Seniora Windmilla od… reszty plebsu. Było tam kilka Krowich Placków, na szczęście rozmyślnie ukrytych w wysokiej trawie, choć bacznie wszystko obserwujących, w międzyczasie prowadzących zawzięty dyskurs z Końskimi Bobami o właściwościach podłoża i wpływie jesieni na chropowatość ździebeł trawy. Ten zaskakujący flirt, w niedomówieniach, pełen był ostrzegawczych mlasknięć i ziewnięć, co dawało pewność, że nikt się do nich nie zbliży. Ot ochrona doskonała.

Żadne Paparazzi się nie zbliży!

Pan Tealight czekał. W oddali brzmiał świat, co zwykle się nie zdarzało. Ten dziwny świat pożądanych i upragnionych, powodujących zmysłowy ślinotok, kochanych i uwiebianych… czasem tylko w tym momencie… niezbędnych. Mrugały flesze, a światło nie wiedząc w co uderzać rozpełzało się po Wyspie, zmuszając spóźnioną sromotnie muchomorzo Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, do ruchów skacząco-pełzaczych, gdy przedzierała się w kierunku wiatraka. Buczały kamery. Niemiły dźwięk. Drzwi limuzyn trzaskały boleśnie, a same auta drgały w męczarniach znosząc przewalające się przez nie tłuste masy. Lub te kościste, drące i siniaczące ich wymuskane obicia. A potem nagle wszystko ucichło i znów było słychać tylko Morze i Wyspę.

Pan Tealight znudzony ziewnął i wyłączył świat. Pozwolił jej zwyczajnie przyjść. Dobrej znajomej. Przedzierała się w swojej szykownej, długiej sukni, gubiąc cekiny i kryształki, a może i garść brylantów… niepotrzebnych, brnąc w dziwnych, jakże niewygodnych buytach, modnych niepotrzebnie, przez zwykłą drogę, grudy zaoranej, lekko zzieleniałej ziemi, ocierając się o jęczące badylki i suszone osty… zostawiając za sobą smugę trendy nader  zniechęcenia.

Jesienne Depresja. Modna. Na czasie. Jakże obecnie rozchwytywana! Usprawiedliwienie brutalne, jakże zawsze niesprawiedliwe, niezrozumiałe, dziwnie bezbarwne przy zawsze dobitnej Depresji Zwyczajowej Dobijus Jużulis– tej na co dzień i od święta, od pór roku niezależnej, kotłującej ciała, zmysły i duchy, wiszącej na zgrabnym dębowym krzyżyku w Wygódce… Przybywała co roku do Sklepiku, by spojrzeć na Wiedźmę Wronę i… naprawdę się zasmucić. I zapłakać. I rozerwać szaty… i cierpieć, nie wiedząc właściwie dlaczego…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mrok” – opowieść o świecie, który zdolny jest zagłębiać się w czas i przestrzeń. O ludziach, którzy mogą dotrzeć tam, gdzie wielu z nas tylko marzy… o czasie, który z łatwością można zagiąć i umiejętnościach, mocach, których wielu z nas tak bardzo pragnie. Ale też o zwyczajnych namiętnościach, przyjaźni, miłości, pasji… ot zwyczajnym życiu, które jest odrobinę inne i czasem ratuje świat!

Jeżeli czytaliście tom pierwszy – „Straż”, to wiecie o co chodzi… choć nie wiecie, że tym razem głos należy się Isabel. Tej, której moce jeszcze do końca się nie opisały. Niepewnej, choć, czy do końca? Gdy Arkarian jest w niebezpieczeństwie, to właśnie ona zdaje się przejąć inicjatywę i walczyć… choć wszyscy zdają się byc przeciwko niej. Za wyjątkiem tych, których zwie przyjaciółmi.

Oto opowieść o przyjaźni i miłości, zauroczeniach i zaufaniu. A także garść tajemnic z życia tych, którzy mieli być TYLKO nauczycielami. Kolejne starcie z siłami chaosu i to ulotne piękno światów, w których wszystko jest możliwe! Ot życie z odrobiną magii, ale też i odpowiedzialności. Jak dla mnie lepszy tom, niż poprzedni!

KSIĄŻEK MI SIĘ CHCE!!! Jestem na głodzie i raczej nie wpływa to pozytywnie na moje stosunki z dwunożnymi. Tak mi się przynajmniej zdaje. Mogę być niebezpieczna i raczej pluję jadem… tak tylko ostrzegam!

Celebryctwo – bycie sławnym z powodu… bycia sławnym, wielkiej dupy, kasety niecenzuralnej, albo innego, dziwnego przypadku, istnieje też na Wyspie. Aczkolwiek przyznaję się do tego, że nie wiem kto jest sławny. Gorzej, nawet jeżeli wiem, to nie wiem, bo zwyczajnie nie oglądając telewizji, nie czytając gazet, przemykając ukradkiem przez interentowe chaszcze… nie widzę twarzy. Choć jest jeden taki podobno artysta – coś w typie: „tak rysowałem jak miałem lat 3″… nie rozumiem tej „sztuki”, ale chyba jakimś celebrytem jest. Podobno uwielbia go Pamela A. Ta co po plaży biegała z implantami… Ja chyba nie rozumiem świata!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Pomocna Dłoń…

„Właściwie nie istniało coś takiego, jak jeden jedyny i ważny bardzo Dzień Dostaw. Pan Tealight musiał być gotowy w każdej chwili i na wszystko. Jednakowoż potężny stos prawych i lewych, wszystkich sprawnych i nader żywotnie ruchliwych dłoni… niektóre obwieszone biżuterią, z pomalowanymi paznokciami, a nawet tatuażami… Stos przysłaniających słońce rąk, nie był może wybitnie nadzwyczajny, ale serio robił spore wrażenie!

Cóż, ten dzień rozpoczął się dość zwyczajnie.

Ojeblik, mała ucięta główka, mozolnie, ale też i dokładnie kaligrafowała językiem na wielkiej płachcie prześcieradła (we wściekle różowym kolorze): „Kobieca dłoń, od zaraz – świeża dostawa”, „Rękojmie – traktuj nas dosłownie” i „Do zaręczyn, do głaskania i do lania – wszystkie rozmiary, różne owłosienie”. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki czołgała się po polu, podglądając rozbierająco się topniejący Pierwszy Nocny Przymrozek i ukradkiem robiiła mu zdjęcia mając nad głową rozwrzeszcazne mewy i wrony. Jej chochlik pisarski – Chochel – bezczelnie i robiąc nic, kimał w promieniach wschodzącego słońca, wychyliwszy się przez barierkę na schodkach, nakrywszy się – za co każdy był mu naprawdę wdzięczny – Zasłonką z Kuchni. Zasłonka była z tego wszystkiego najwdzięczniejsza! I w ciągłym ruchu, choć nie było wiatru. Miotła Wiedźmy tańczyła w kupie liści, starając się dość pokracznie, co bardziej kolorowe przebić witkami i nadziać na siebie.

A opuszczona przez Chowańca Chatka Wiedźmy… cieszyła się, że to wszystko nie dzieje się na jej terytorium.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego” – najpierw był „Sztywniak”. A jak już nie żyjemy, to czas na życie po życiu, czyż nie? I o tym jest ta historia. Ponownie równo naukowa, jak i pełna krytycznego oglądu świata. Przesycona i mistycyzmem i niewygodnymi pytaniami… ale też przyznaję, trochę mniej wciągająca, niż pierwsza powieść Roach. Właściwie nie wiem czego jej tak naprawdę brakuje, a raczej może czego jest zbyt wiele… ale wciąż czyta się dobrze. Wciąż zaskakuje tropami, które prowadzą autorkę.

I jej wnioskami, by potem powalić humorem!


„Dzieci cienie tom 1” – tom zawiera dwie powieści: „Wśród ukrytych” i „Wśród oszustów”, skupiające się w historię Luke’a. Dwunastolatka mieszkającego z rodziną na farmie – trzeciego dziecka. Grzechu. Zakazanego owocu. Tego, który narodził się, by zawsze się ukrywać. Gdy dotąd dostępna dla niego przestrzeń lasu zostaje mu odebrana przez bogatych, Luke wie, że jego życie skurczyło się do samotności strychu. Bezsilności i bezradności. Nie ma znaczenia, że rodzice go kochają… on właściwie nie żyje. Czy jest jedyny?

Po niektórych książkach człowiek ma zryty mózg i tyle! Tak jest z powieścią Haddix. To przed czym codziennie uciekamy, ten cały strach dawkowany nam w nadmiarze przez media, u niej nabiera twarzy. Staje się małym chłopcem. Chłopcem, który stanie przed zbyt dorosłymi problemami.

Książka wstrząsa, rzuca o ścianę, wyciąga nam z głowy elementy codzienności, które mogą doprowadzić, a może już doprowadziły do takich absurdów, przeraża. Jest esencjonalna, ale do końca przedstawia rzeczywistość z punktu widzenia dwunastolatka. A jednak nie dostrzeżecie w niej zdziecinnienia. Nie ma tam zabawy. Jest tylko strach i bezsilność. Oczekiwanie, nadzieja… To opowieść o dziecku, które narodziło się, bo matka tak chciała. Nie bacząc na konsekwencje. Nie bacząc na prawo! Dziecku, któremu właściwie rodzice nie mogą ofiarować życia.

Haddix podnosi tak wiele tematów, zadaje pytania o świadome macierzyństwo, porusza fakt istotności wychowania, nie tylko „wydalenia dziecka”… wytyka głupotę świata opartego tylko na korzyści jednej kasty i bólu pozostałych. Istnienia ziemi tylko dla wybranych! Porusza temat głodu na świecie i… mówi PRAWDĘ! Cholernie niewygodną. Ta książka tak bardzo pasuje do tego, co dzieje się dziś, do poniżania ludzi, wykorzystywania mas, ucisku, świata dla celebrytów, głupoty i pustaków, że trudno się po niej otrząsnąć.

Ta powieść naprawdę powinna się znaleźć na Waszych półkach!

Zdołowana wizją durnego świata, w którym przyszło mi żyć… wkurzyłam się chyba na wszystko. Poza drzewami, Wyspą, no i ogólnie naturą! Na nią przecież nie można się obrazić. Ona zawsze przytuli…

Nocny przymrozek i świat wygląda znowu inaczej… i nie chodzi tylko o moje uzależnienie od zimy, która coraz bliżej – oj niech będzie śnieżna kosmicznie, piękna i fascynująca! Po prostu małe kryształki lodu nadają wszystkiemu – w tym przypadku chwastom i trawkom – jakąś taką ulotne magiczną otoczkę. Jakby wróżki je obsrały i już! Bo przecież wróżki, elfy i inne drobne ferysy nie mogą robić kupowej kupy, co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wietrzność…

„Wiatr Wietrzności był taki, że głowy odrywało, a one radośnie, nieświadome jakiejkolwiek grozy, jakiejkolwiek przyszłości, toczyły się niekoniecznie prosto w dół miasteczka. Wprost do portu, do łodzi, strasząc nielicznych, dziwnie płochliwych turystów posezonowych, równocześnie w ogóle nie wzruszając autochtonów. Autochtoni to twarde sztuki, albo z wadą wzroku, lub zwyczajnie obojętni. Choć, czy można być obojętnym, gdy głowy tak milusio się toczą i dudnią rytmicznie, czasem gubiąc conieco z siebie, o czerń drogi?

Wiatr też nie zwracał uwagi na głowy, po prostu wiał i je strącał. Niby przypadkiem, a jednak artystycznie… głowy kapuściane, głowy różane, stokrotkom głowy, nieliczne, kapeulsze grzybom, dziwiąc się, ze noszą je na nodze i inne łebki też strącał. Zrzucał kopułki i zmiatał bańki, puste i pełne, dudniące i głuche. Deńki i makówki… wszystkie miały coś wspólnego, ot toczyły się. Nie wszystkie krągłe, nie wszystkie równe, niektóre z nakryciami: kapeluszami, chustkami, toczkami, stroikami, kokardkami, kucykami i ogonkami; inne z uszami, jeszcze kolczykowane, niektóre nawet z oczami, jeżeli te wcześniej nie wypadły. Spoglądające na swoją przyszłość z całkiem innej, krętej, kolistej perspektywy, jakże szybko umykającej.

Ot toczyły sie głowy ku wietrzności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Lot Nocnych Jastrzębi” – jak ja czekałam na tę książkę. Ale chyba pewni autorzy przechodzą do przeszłości, bo choć intrygujący, to jednak ten tom mnie znudził. Bo wiem, że Feista naprawdę stać na więcej. A raczej pamiętam, że te poprzednie tomy – między nami też lepiej wydane, jakieś takie bardziej poręczne – pochłonęłam. Żyłam Thomasem i Pugiem. Walczyłam z potworami, bogami, sprzecznościami światów… smakowałam je. Wszystko było spójne, fascynujące, jakieś takie poskładane. Wciągało!!! „Wojna Światów” była i moją wojną. Chciałam postawić się w pierwszym rzędzie walczących!!! Naprawdę! A trudno mnie zmusić do babrania się w krwi poległych.

A teraz NIC!


Recenzja: „Jesienny koktajl”

MAMY OKŁADKĘ!!! Gdyby ktoś się zastanawiał… bardzo fajną okładkę ma nasz nowy zbiorek – bo to już drugie Halloween z 31.10!!! Niezależnie od tego czy pierwszy tom Wam się spodobał, zapraszamy i do drugiego. Tym razem znani i nieznani! Opowiadania starych wyjadaczy i konkursowe perełki!

Wiater tak dmie, że właściwie człowiek czuje się jak dmuchawiec dmuchany. Nie można zrobić kroku, bo… nie da się. Wiatr stawia próg zwalniający i to taki, którego nie można przekroczyć. No NIE DA SIĘ I TYLE! A jednak jest w tym jakaś moc natury, ale taka utulająca bardziej, niż przerażająca. Jakby ktoś mnie kołysał, choć czasem chyba zbyt mocno, przez co wypadam z tej mojej chwiejnej, mało materialnej kołyski i zderzam się z twardością świata.

Nazbyt brutalnie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wielce Monster…

„Pan Tealight wiedział, że coś się święci. Coś się zbliżało. Niepokojącego coś, wielce barwnego, w ten depresyjny sposób nakazujący wszystkim tylko i wyłącznie radość. To nie było grzeczne! I jeszcze nuciło szczęśliwie! Wydawało się być skrzącą, bolesną bombą pozytywności. A już specjalistyczny, wysublimowany Sklepik Z Niepotrzebnymi nie był na to na pewno gotowy.

Nikt nie mógł być na to gotowy!!!

To dlatego w drzwiach drżącego Seniora Windmilla postawili Ojeblika, małą, uciętą główkę. Ktoś musiał stanąć twarzą w twarz z Monsterem! A wygodniej będzie, jeżeli jedna z tych twarzy będzie się znajdowała najbliżej podłoża. Tak jakoś poddańczo, służalczo, pokornie! Zresztą, Ojeblik i tak napchana żelkami w kształcie psich łap… drzemała spowolniona cukrem i dziwnie sprężysta, aczkolwiek na pewno rycerska… w jakimś mydlącym znaczeniu?

Gdy główny obrońca Sklepiku stał na straży, reszta spoglądała przez okienka i szparki, z ukrycia, lub całkiem jawnie… na zbliżające się tęczowe zło. Niektórzy sie modlili, inni wyżeralili zapasy, odchudzający się wyżerali zakazane węglowodany i tłuszcze…  A samo zło? Wydawało się kuliste, gdzieś w środku podskakujące, dziwnie rozbebeszone, ale i spójne. Mieniło się i wydawało dziwny dźwięk, jakby: SZUUUUUUSZELeszczenie. Czasem wyrzucało w górę, a i na boki, na pewno trujące wyziewy i sadze, które deszem opadały na pola… i nie znikały. Pan Tealight zaczął odczuwać przerażenie. Nie wiedział z czym będzie walczył. Nie wiedział, czy w ogóle będzie walczył, czy nie lepiej się poddać, może uciec, choć Czas zdawał się tylko stać gdzieś z boku i chichrając się potępieńczo, szalenie dobrze się bawić. Nie mieli wyjścia. Monster był blisko. Zdawał się składać z wielobarwnych puzli. I… chyba był specyficznie ciepły.

Ale czym był?

– Coś się stało? Hej!!! Co wszyscy tacy zapatrzeni – Chochel, chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki stanął w uchylonych drzwiach i jedną ręką przytrzymując gacie odsuwał z drogi Ojeblika. – Na co patrzymy? – nie rozumiał przerażenia kotłującego się w środku wiatraka. Gdy podprowadzili go do okna, tylko się roześmiał, potem zakrztusił, złapał za gardło, opadły mu gacie, wszyscy zamknęli oczy, patrzałki i inne spoglądaczki… a potem nastąpił BUM! I z wielkiej kuli liści, dobranych kolorystycznie, miejscami posegregowanych nawet, miejscami splątanych… wysunęła się silnie oszołomiona, możliwie naćpana i paraliżująco przerażanie UŚMIECHNIĘTA WIEDŻMA WRONA!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzje: „Legendy i opowieści z czasów wojen polsko – szwedzkich”.

Kąpałam się w liściejach, oj pływałam, trochę może po warszawsku, może i w wilgotnej ziemi, prawie błocku… ale jednak było cudnie. Jesienne liście tak pięknie pachną. Tak szeleszczą, buczą, śpiewają, szepczeszeleszczą. Barwią całą tą zieleń i wielkie burzany brunatności i czerniejości. Opadają z drzew, a te nagle nagie, jak za dnia narodzin wiosennych, drżą…

To moja pierwsza taka Jesień. Jakaś taka pełna, pachnąca, taka dziwnie do końca prawdziwa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i tańsze SPA…

„Ziemia była lekko wzruszona, aczkolwiek wcale nie zmieszana, jednolicie aksamitnie ciemna… niezależnie od nocy, co to była jak oko wykol, tudzież spoglądała z miejsca, gdzie nic nie dochodzi. Pan Tealight i Ojeblik, mała ucięta główka, jednak nie mieli problemów z dotarciem po niej do SPA. Od czasu przeprowadzki pojawiali się tutaj raz w tygodniu. Ktoś musiał przecież odbierać Wiedźmę Wronę, a lepiej żeby Chowaniec pozostawał w boskiej nieświadomości jej nadmiernych aktywności upiększających… Czasem trzeba było chronić mężczyznę.

… więc ziemia była wyraźnie zmiękczona. Deszcze padające przez ostatnie dni odwaliły niezłą robotę, ale też i kamienne ozdoby, namoknięte, ofiarowały dziwne, posuwiste ruchy skradającej się parze. Ktoś jednak musiał. Gdy pukali w kamienne wrota, Ojeblik podskoczyła i odturlała się przerażona za stojącego niedaleko iglaka… nietoperki! Wstrętne i jakże flirtująco straszące latające myszy. Błoto gęstniało. Oblepiało ich już całkowicie, a przecież musieli jeszcze wyciągnąć Wiedźmę. I wyciągnęli ją. Grób był może nieświeży, ale też nie przestarzały, czy skostniały. Niczym dojrzały korek z butelki, oblepiona i tchnąca mocą ziemi Wiedźma Wrona Pożarta, wyskoczyła z donośnym PUK z cmentarnej brei…

– Mówiłam, że tańsze… a i towarzystwo mile milczące – wyżęziła plując korzeniami i nawet się nie otrzepując, powoli twardniejąc w wiejącym od morza wietrze, klekotała się z powrotem do domu. Pan Tealight mlaskał idąc i tylko Ojeblik szeleściła frywolnie zawiązanym, woreczkowym kapturkiem.

Niektórzy zawsze trzymali klasę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka” – przyznaję, oto opowieść, która zaczyna się jak wiele przed nią. W pewnym momencie deja vu zaczęło mną tak łomotać, że nie wiedziałam co zrobić! Ale potem, po kilku kolejnych stronach, sprawa nabrała pieprzyku… i dalej wiadomo. Rozrywka z domieszką pary, wilkołaki z domieszką pary, przeklinające papgugi z domieszką znanej historii i wszystko to, co jest, choć powinno być inaczej. No i patyczkowaty, szczudłowaty Jack. Dobra, przyznaję, domyśliłam się o co chodzi, ale wykonanie… ta powieść jest jak nurkowanie na głębokości przytłaczającej potrzebę oddychania. I te poboczne cuda, elementy, które nie pozwalają się udzić, ta cała drugoplanowość i trzecio i czwarto. Bawiłam się!

I to nieźle!

A ten język! Pomysły! Twory wszelakie! Można się miejscami rozpuścić, przesączyć na strony… a te strony, oprawa graficzna, nawet sposób zszycia-sklejenia, ujmuje nawet okładka.

Męcząca ta cała idealność!

Recenzja: „Śmierć nieznajomego”

Na Wyspie wszystko ocieka. Ociekają dynie, czekające na Halloween i turyści, lekko zakręceni w feriowym zamęcie, ociekają sklepikarze zamykający się na zimę i domy, do których nikt nie zajrzy przez długie, zimowe noce…

Świat zasypia, ale czy wszyscy? Może na świat wynurzają się ci, którzy nie przepadają za turystami. Głośną odmianą człowieka, który wrzucony w inne środowisko w tym dziwnym czasie nieskrywanej wolności, jest dość nieobliczalny. Zaskakujaco okrutny, dziwaczny i nieposkładany. Zaburzony, szczerzący się, skwierczący i fotogeniczny. Może i podglądali wszystko przez zakurzone szybki zdobione pajęczynami, ale dopiero teraz mogą spokojnie oddychać. Pełną piersią.

Znaczy, jeżeli stwierdzimy, że owi ONI mają piersi?

Myślicie, że mają?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Sensej FredOgRo…

„OM wyło.

Lekko się łuszcząc mozaikowo w wilgotnym, jesiennym poranku, ciepłym, ale dziwnie pachnącym zimą, wzbijało się powoli do góry, by potem opaść i zgęstnieć. Na nich. Na zebranych na rozoranym, ale też lekko zieleniącym się ozimie polu pod wiatrakiem. Polu Sklepika z Niepotrzebnymi, gdzie zebrali się wszyscy.

To Pan Tealight wpadł na ten pomysł relaksacji, z którego objęć dyskretnie świecąc wymówkami wysunęli się najpierw Chowaniec Wiedźmy, oraz Ojeblik, mała ucięta główka… a potem majtając gaciami w okolicach chudych kostek, wyrwał się panicznie i Chochel. Zdrajcy!!! Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki niestety nie uciekła. I cierpiała. Zadomowione w niej poczucie grzeczności, robienia innym dobrze i umartwiania swej zarazem cielesności, jak i podzielonej na trzy duchowości… nakazało jej siedzieć na wielkiej grudzie zmarszczonej ziemi. Piaszczystej, wciskającej się bezczelnie w wycięte gacie. Kto by pomyślał, że Wiedźma Wrona nosi takie gacie? Chyba lepiej o tym nie myśleć. Powierzchnia bieliznowa wiedźmy nie jest czymś, o czym ktoś chciałby rozmyślać… nawet zboczeńcy i fetyszyści unikają tych tematów? Tylko zaraz, ale skąd ja to wiem? No mniejsza…

Siedzieli, a OM ich obtaczało w panierce swej dźwięczności. Wychodziło z Senseja FredOgRo. Wędrującego uciszacza i pieśniarza spokojności, rozrzucającego pokój i piórka błękitów, chudego kolesia w prześcieradle! Łysego, aczkolwiek w pełnym makijażu? Cóż, myślenie często szkodzi, ale widać spokój lubi dobra oprawę. OM na pewno! Właśnie zawisło na chmurze i spoglądało na tych poniżej, trzymając ich na wdechu. Okrutne było też. Za to z powrotem spadło z lekkim furkotem i wróciło do nich w dziwnym mroźnym wrażeniem. Wiedźma Wrona miała siedzieć spokojnie. Wiedziała, że wszyscy ją obserwują, OM też. W końcu wiedźmy nie nawykły do spokojnosci… więc zaczęło się od stóp. Najpierw podrygiwały. Rytmicznie, jakby zasłuchane w sobie tylko słyszalną melodię. To w prawo, to w lewo, w końcu przyłączyły się do nich dłonie, najpierw palcem podrzucały malutkie kamyczki, w końcu całe dłonie zanurzyły się w glebie i zaczęły tworzyć malutkie zamki z ziemi…

Gdy była już rozmytą plamą na horyzoncie, Sensej podniósł się, otrzepał prześcieradło i przechodząc obok dziwnie uśmiechającego się Pana Tealighta, wcisnął w jego zaomioną osobowość kilka banknotów. Cóż, może i był bardziej uduchowiony, ale ten zakład zawsze przegrywał… OM poleciało za nim zahaczając o żółcące i czerwieniące się, powoli łysiejące czubki drzew.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zmiennoskóra” – powieść z dreszczykiem w dreszczykach… chociaż mimo dobrej zabawy, to serio nie rozumiem jak zamiast wypełnić zadanie, bohaterka wciąż gdzieś łazi. No rozumiem, że się przemienia, Bestia też chce dać głos – zresztą Bestia jest super!!! ale przecież ona ma zadanie! Jane poluje na wampira pośród wampirów i lepkości Nowego Orleanu. Fascynuje indiańskimi legendami, pociąga… a potem nagle przestaje być konsekwentna. Ale ten świat jakoś mnie wciągnął, więc jak najbardziej piszę się na dalszy ciąg. Szczególnie, że w tle brzmiała intrygująca wiedźma! Zresztą, lubię ten typ książek, a ten dodatkowo jest indiański… a ja nie kochałam zapałek na zakrętach, ale zawsze always forever WINNETOU!!!

To dobre czytadło. No i ma potencjał na przyszłość!

Recenzje: „Dziewiąty Mag tom 2. Zdrada” i „Hinduskie zaślubiny”.

Deszczowość Wyspy miesza się ze słonecznością. Fascynuje mnie to inne trochę Gudhjem. Mam w końcu dla niego więcej czasu, mogę obserwować każdy kawałeczek i bawić się w kolorowych liściach! Po prostu mogę!!! To moje najukochańsze miejsce na świecie… uzależnienie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Sprzedawca Zmian…

„Pukanie do drzwi Wroniej Chatki nigdy nie było przejawem rozwagi. To już nawet nie była skrajna nieostrożność, tudzież brak odwagi ofiarujący na wyprzedaży pazerną brawurę, czy też zwyczajowa głupota… Szaleństwo w ogóle odmówiło udziału w definiowaniu owego zjawiska! Jeżeli nie byłeś Listonoszem w trzęsących dłoniach ściskającym paczkę książek… właściwie mogłeś już spisywać testament. Albo trzymać transparent: Po śmierci jestem skłonny oddać swe ciało na cele badawcze – i, lub (niepotrzebne skreślić) – spożywcze. Znaczy tam i tak było wiadomo, że pójdzie w weki, ale wiecie, lepiej udawać, że jakiś wybór istnieje.

Taka tam Wronia Wiedźmowa Polityka.

On jednak zapukał. Miał drewnianą głowę brutalnie ociosaną, szmaciany tułów, trzy plastikowe ręce od manekinów, które widać ich nie potrzebowały, bo nosiły tylko biustonosze; trzymał się powierzchni wyłącznie dzięki napięciu w zardzewiałej sprężynie i oczywiście ciągnął za sobą drewniany wózek o sześciu skrzypiącyh kołach. Każde skrzypiało oczywiście coś innego. Był Sprzedawcą Natychmiastowych Zmian. W ofercie miał dwie głowy w cenie jednej, niewielce mało bolesne usuwanie zużytych części i halabardę w promocyjnej cenie do każdej zakupionej nogi.

Na szczęście Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki… nie było w domu. Jeszcze by się opacznie skusiła?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Sebastian” Anne Bishop – czekałam na tę książkę. I to naprawdę mocno. Rozkochana w poprzednich powieściach autorki, wciąż tęskniąca do kamieni, pewnego demona i całej jego zachwycającej rodziny… rzuciłam się na Sebastiana łaknąc więcej… Więcej nie było. Oj pewno, że jest wspaniały świat krajobrazów i niepewności, świat z przeszłością, aczkolwiek nie do końca opisany i wyjaśniony, choć nęcący… jest i bohater, który mógłby konkurować z tymi noszonymi w sercu i pamięci, jest i przyjaźń i miłość, i przeszłość… i przepowiednia i strach i walka o to, co najważniejsze. Ale jednak wszystko wydaje się być dziwnie wtórne, trochę nielogiczne. Dla mnie, która wciąż kocha serię „Czarne Kamienie”. Nie oznacza to, iż po kolejny tom nie chwycę, bo chwycę… ale też wiem, że ponownie wejdę w historię, którą już trochę znam.

Ale dla tej autorki i tak warto!

W rzeczywistości „Efemera”, której tom pierwszy stanowi opowieść o Sebastianie, pojawiła się na świecie gdzieś pomiędzy kolejnymi tomami o Krwawych. Nosi ich wyraźne piętno, ale też jest odrobinę inna. Ale tylko „odrobinę”… Jednak Bishop pisze tak, że zawsze po nią sięgnę. Dla magii, dla tych mężczyzn i kobiet! Walczących, kochających i jakoś tak, no poprawnie poukładanych.

No wiem, brzmi to dziwnie.

„Władczyni rzek” Philippa Gregory – XV wiek, Anglia. Życie magiczne potomkini Meluzyny, Jakobiny Luksemburskiej… Jak zwykle w przypadku tej autorki mamy i rys historyczny i bohaterkę swojej epoki. Obszerna powieść zawiera w sobie prawie całe życie Jakobiny. Ale tak naprawdę jest oknem w przeszłość. Dobrze odmalowaną przygodą z historią. I magią. Tym czymś trwożnym, zawartym pomiędzy pragnieniem spełnienia marzeń, a stosem, który szybko mogą ci zbudować. To fascynująca epoka i warto ją poznać. Dla tych kobiet i mężczyzn, którzy jednak nie bali się być inni. Dla historii, która dzięki Gregory staje się bardziej ludzka. Ma twarz, a i flaki, pomysły i marzenia. Scenografię i świetnego kostiumologa.

Po prostu lubię jej powieści. Autorka, właściwie nie opowiadając się tak naprawdę po żadnej ze stron, wyciąga z historii kobiety zapomniane, albo te jednoznacznie ocenione i pozwala im przemówić! Bronić się, lub pogrążyć. Jakobina jest jedną z tych zapomnianych. Przywalonych historią Wojny Róż… warto jej poświęcić trochę czasu.

A na świecie jesień się dalej plecie. W moje drzwi upierdliwie stuka porannie zbyt nagminnie jakiś wróbel z aspiracjami: zostanę dzięciołem. Właściwie nie wiem co zrobić. Na drzwiach wisi sobie spokojnie serduszko, na serduszku wronie pióra – no jakżeby inaczej! – a na górze owej magicznej dekoracji siedzi sobie mała wrona. Taka piórkowa. Obecnie zgwałcona, zbeszczeszczona, ogólnie mówiąc już raczej nie poleci! Właściwie już nie tyle siedzi, co raczej smętnie mi z serduszka zwisa…

Dlaczego wróbel gwałci wronę? Ot zagadka ornitologiczna, no!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma do kolorowania…

„Takie dni były coraz częstsze. Naskakiwały na wszystkich, przyduszały całym swoim zaskakującym ciężarem do podłogi, zatrzymywały w miejscu, w którym nikt nie chciałby pozostać dłużej, niż to naprawdę konieczne i upierdliwie łaskotały długimi, wymanicurowanymi, pomalownaymi na wściekły róż, pazurami. Niby można się było śmiać, niby jakoś było to chyba definicyjnie przyjemne, ale jakoś każdy czuł, że kurde nie wypada! To były dni, w których Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, wydawała się być taka bezbarwna, beztreściowa i bezliterkowa. Jak pusta, krzycząca, błagająca o wypełnienie kolorami… cieniutka kolorowanka. Jak coś, co nie pozwalało ulecieć na skrzydłach wyobraźni, ale od razu, od początku poznania, wytaczało granice. Bezczelnie hamowało przejawy lotności i szaleństwa.

Niby było fajne. Zabawa kredkami i wąchaniu flamastrów zawsze jakoś łaskotało trzewia, ale… wciąż te granice. Po ich przekroczeniu coś przetaczało wyładowania elektryczne przez wilgotne partie ciała i to… nie było już przyjemne. A Wiedźma Wrona bez wyobraźni, blekła w swej kobaltowości. Nagle jej historie nie brzmiały, postacie, które barwnie mordowała powracały do życia, a potyczki i zawroty miłosne, zawsze kończyły się dobrze. Jakby szablonowo.

To były straszne dni. Ale wystarczało założyć gacie na drugą stronę i można się było ich nie spodziewać, a w końcu Chochel – bieliźniany flirciarz, motacz bokserków, dotykacz slipków, porywacz anderłerów… mieszkał z Wiedźmą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Jak upolować faceta. Po pierwsze dla pieniędzy” – no dobra, trochę zabawne, ale ogólnie sensu nie widzę. I nie widzę, w jaki sposób to wszystko mogłoby mieć miejsce… a w końcu to nie fantastyka! Poza tym, to wszystko już było. Dobra! Babcia Mazurowa wymiata! Dla niej przeczytałabym następne tomy, dla jej kolan i kolarskich spodenek, dla niej bawiącej się spluwą, ale dla głównej bohaterki, ZNOWU łowczyni głów… oj nie!

„Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków” – najlepsza książka o nieruchawych, jaką ostatnio czytałam. A nawet lepiej! Po prostu kapitalna. Dowcipna, a jednocześnie ciekawa, nie bagatelizująca tematu. No i mogę wytknąć autorce byka! Niewidomi masażyści są najlepsi, proszę pani!

Książka jest ZAJEBISTA! Tak wiem, z racji zawodu predysponuję ku pewnej sztywności i życiu po śmierci, ale Roach tak pisze, że coś, co definiuje się jako powieść popularnonaukową, jest tak naprawdę świetną, kapitalną historią… o żywych! No dobra, niektórych może pewno odrzucać taka tematyka, ale autorka nie bagatelizuje bólu żywych. Nie jest też nadmiernie – miejscami – oczywiście opisowa!

Chociaż, co ja się oszukuję, tylko tacy jak ja zrozumieją! Jednakowoż, jeżeli się nie boicie, bierzcie się za tę lekturę! Ja mam przed sobą jeszcze inne tej autorki i nie mogę się juz doczekać. Będzie i seks i kosmos i … duchy?

RECENZJA: „Spójrz mi w oczy”

Jesień, to na Wyspie słońce i deszcz, wiater i deszcz, deszcz i słońce, wiater i słońce, deszcz i deszcz w deszczowej posypce i polewce… no i ogólna mieszanka trzech, wymienionych składników!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Jadalne Anioły…

„Nie słyszeli szelestu skrzydeł, ani nie migotało nic za oknem. Nadeszły z ciemności. Głębokiej, bez hymnów i fanfar, tęcz ani łun. Dziwnie szare, w podartych, przykrótkich  sukieneczkach, z obdartymi kolanami i strupami na łokciach, ze skołtunionymi lokami, które utraciły złocisty połysk i połamanymi aureolkami, z których niektóre zrobiły sobie wykałaczki do zębów.

I śmierdziały!

Pan Tealight jednak na nie czekał i wpuścił je, a potem każdemu dał kubek z gorącą czekoladą – posypaną kokosowymi wiórkami i cynamonem, żeby być dokładnym – i ciasteczka ze śliwkami. Dopiero objedzone zaczęły mówić. Brudne, zużyte, dziwnie obskubane anioły…

Stworzył nas na swoje pożywienie. I tylko tym byłyśmy, ową marnością boskich kiszek. Bo on istnieje. Bóg. Wielki i tłusty… Jest tam, tam na górze. W tych obłoczkach, chmurkach, niebiańskich owcach i krowach też niebiańskich. I śpiewają mu aniołowie. Jadalni Aniołowie! Kochał nas jak kocha się ulubiony smak. Ciepły powiew piekarnika, zimno sorbetu, czy też lepkość lukru. Jak potrzebuje się chwili słodyczy, lub kwaskowatości. Jak zachciankę, pragnienie, chwilę uzależniającego przecież zapomnienia, wzbogaconą mlaskaniem. A potem… przeszedł na dietę i stałyśmy się niechciane…

Stałyśmy się upadłe!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Listy Marii” – nie wiem jak to ująć, ale Sherlock nie ma jaj. No sorry, ale nie ma w tej historii jaj! A to nie moja pierwsza powieść King! Lubię ją. Nawet kocham, ale w tym tomie coś zgrzyta, nie łata się i plącze… oj nudnie jest, a przecież sama fabuła powinna intrygować. Jest i tajemnica, jest i mord, a i Holmes obecny! Jakoś zwykle to grało. Ale tym razem przeszłam przez historię w bólach. I szkoda mi tej historii, głupio się czuję. Bo źle ją napisano.

Jakoś tak koślawo!

Bez nabiału! Bez ikry, bez jakiegoś wciągającego lepa!

„Posłuszeństwo” – reklamowana jako logiczna zagadka, co podobno się przeradza w horror… zaintrygowała mnie. Na pierwszy rzut oka niepozorna, jednak wydawała się kryć w sobie tajemnicę. Problem w tym, że jednak nie wyszło. Bo w połowie pierwszej połowy się znudziłam. No dobra, może mnie łatwo ostatnio znudzić, zniechęcić i naprawdę trzeba umieć w sobie zatrzymać, ale to, ta logiczna zagadka… stała się w końcu przewidywalna i lekko przerysowana. Może to nadmiar bohaterów, może niedostatek pewnych wiadomości, ale zmęczyłam…

Nie będę posłuszna!

Książki na dziś!!! Znaczy czym się karmi Wiedźmę Wronę, lub w jaki sposób trzema nowościami wydawniczymi, w nader barwny sposób… wyrazić tzw. mityczną lub codzienną, zmienność kobiecą!

Coś ostrzejszego, coś babskiego i…

COŚ SMOCZEGO!!!

I to z takim autografem, że długo zbierałam ząbki z piasku… się zabrudziły lekko, ale co tam!

Do czytania mam pomocnika tematycznego!

Zresztą na Wyspie wieje i pada, ogólnie pogoda sprzyjająca czytającym, a nie skłonnościom wszelakim do plewienia maleńkich chwaścików i w ogóle… natręctwom sprzątającym ogrody, nadrabianiu malowania i pisania, bycia normalnym lekko… oraz tym przeróżnym babskim, jednakowoż szowinistycznie wyspecjalizowanym, napadom – co też je u siebie lokalizuję – no wiecie!

CZYTANIE TAJM!

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz