Pan Tealight i Wielce Monster…

„Pan Tealight wiedział, że coś się święci. Coś się zbliżało. Niepokojącego coś, wielce barwnego, w ten depresyjny sposób nakazujący wszystkim tylko i wyłącznie radość. To nie było grzeczne! I jeszcze nuciło szczęśliwie! Wydawało się być skrzącą, bolesną bombą pozytywności. A już specjalistyczny, wysublimowany Sklepik Z Niepotrzebnymi nie był na to na pewno gotowy.

Nikt nie mógł być na to gotowy!!!

To dlatego w drzwiach drżącego Seniora Windmilla postawili Ojeblika, małą, uciętą główkę. Ktoś musiał stanąć twarzą w twarz z Monsterem! A wygodniej będzie, jeżeli jedna z tych twarzy będzie się znajdowała najbliżej podłoża. Tak jakoś poddańczo, służalczo, pokornie! Zresztą, Ojeblik i tak napchana żelkami w kształcie psich łap… drzemała spowolniona cukrem i dziwnie sprężysta, aczkolwiek na pewno rycerska… w jakimś mydlącym znaczeniu?

Gdy główny obrońca Sklepiku stał na straży, reszta spoglądała przez okienka i szparki, z ukrycia, lub całkiem jawnie… na zbliżające się tęczowe zło. Niektórzy sie modlili, inni wyżeralili zapasy, odchudzający się wyżerali zakazane węglowodany i tłuszcze…  A samo zło? Wydawało się kuliste, gdzieś w środku podskakujące, dziwnie rozbebeszone, ale i spójne. Mieniło się i wydawało dziwny dźwięk, jakby: SZUUUUUUSZELeszczenie. Czasem wyrzucało w górę, a i na boki, na pewno trujące wyziewy i sadze, które deszem opadały na pola… i nie znikały. Pan Tealight zaczął odczuwać przerażenie. Nie wiedział z czym będzie walczył. Nie wiedział, czy w ogóle będzie walczył, czy nie lepiej się poddać, może uciec, choć Czas zdawał się tylko stać gdzieś z boku i chichrając się potępieńczo, szalenie dobrze się bawić. Nie mieli wyjścia. Monster był blisko. Zdawał się składać z wielobarwnych puzli. I… chyba był specyficznie ciepły.

Ale czym był?

– Coś się stało? Hej!!! Co wszyscy tacy zapatrzeni – Chochel, chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki stanął w uchylonych drzwiach i jedną ręką przytrzymując gacie odsuwał z drogi Ojeblika. – Na co patrzymy? – nie rozumiał przerażenia kotłującego się w środku wiatraka. Gdy podprowadzili go do okna, tylko się roześmiał, potem zakrztusił, złapał za gardło, opadły mu gacie, wszyscy zamknęli oczy, patrzałki i inne spoglądaczki… a potem nastąpił BUM! I z wielkiej kuli liści, dobranych kolorystycznie, miejscami posegregowanych nawet, miejscami splątanych… wysunęła się silnie oszołomiona, możliwie naćpana i paraliżująco przerażanie UŚMIECHNIĘTA WIEDŻMA WRONA!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzje: „Legendy i opowieści z czasów wojen polsko – szwedzkich”.

Kąpałam się w liściejach, oj pływałam, trochę może po warszawsku, może i w wilgotnej ziemi, prawie błocku… ale jednak było cudnie. Jesienne liście tak pięknie pachną. Tak szeleszczą, buczą, śpiewają, szepczeszeleszczą. Barwią całą tą zieleń i wielkie burzany brunatności i czerniejości. Opadają z drzew, a te nagle nagie, jak za dnia narodzin wiosennych, drżą…

To moja pierwsza taka Jesień. Jakaś taka pełna, pachnąca, taka dziwnie do końca prawdziwa!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz