ŁABĘDZICA – miłość pachnie mokrym psem

Takich historii było wiele.

On nie był pierwszym, ani ona.

Ale zdarzyło się…

Był kiedyś chłopak, który zakochał się w Łabędzicy. Ujrzał ją nad morzem w mroźny, słoneczny dzień. Zginął w jej słodkim spojrzeniu, długich, białych włosach i jasnej skórze. Zagubił się w czerni jej oczu i postanowił nigdy nie znaleźć drogi powrotnej. Postanowił, że tak będzie na zawsze. Zagubił się w krągłościach i magii, która ją otaczała. Zakochał się. Ot zdarzyło się, nie było wyjścia, ni sensu by to zmieniać. Nie istniała siła, która byłaby w stanie to uczynić, bo i ona coś poczuła. Zdziwienie, że nie ucieka na widok podartych dżinsów i nadzieję, że może tym razem się uda? Zamieszkali więc razem. Po kryjomu, w starej latarni, której odebrano światło… w miejscu niepotrzebnym już nikomu. On co rano zbierał pióra z prześcieradła i wkładał je do drewnianej szkatułki. Ona co miesiąc znikała na kilka dni. Wtedy przenosił się na sam szczyt i szukał stad oraz samotnego, najbielszego łabędzia. Tak bardzo nie chciał by to kiedykolwiek się skończyło, tak bardzo się bał… bo zaczynał się starzeć, a ona nie. Mity przemijały wolniej. Wiedział o tym. Miał świadomość, że ten moment nadejdzie, ale też bardzo pragnął pokonać czas. Potwora, z którym nikt jeszcze nie wygrał.

Czekał.

Był cierpliwy… w końcu po wielu latach miał tyle piór by spróbować. Tak bardzo chciał zrobić jej niespodziankę. Być naprawdę z nią na zawsze. I gdy pewnego dnia ona zataczała dostojne koła nad latarnią by powrócić do domu… on skoczył. Nie rozumiał, że ona pokochała człowieka. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie inność była ich magią.

Łabędzica już nigdy nie stała się na powrót kobietą. Nikomu nie pokazała swojej drugiej twarzy. Z zebranych szczątek umościła gniazdo i zastygła w nim. Podobno jedno z morskich stworzeń, przejęte jej łkaniem docierającym w najgłębsze odmęty, przyniosło z wiecznej ciemności pęk szklistych, niebieskich wodorostów. Tych samych, które pozwalają spełnić jedno życzenie.

Od tego czasu Łabędzica była już tylko kamieniem.

Na zawsze połączona z ukochanym.

 

Myślałam o tej historii wymykając się z chatki po wielu tygodniach żałoby. Nazywali to żałobą, ale mi zdawało się śmiertelną chorobą. Taką, na którą nikt nie wynalazł lekarstwa, ale też tą, z którą niektórzy umieli żyć… trochę dłużej. Bólem, który targał moimi wnętrznościami. Nie poszłam na pogrzeb, był dla mnie kpiną. Wzięłam tylko pęk jego włosów, ukochany sweter, ten z dziurą na ramieniu, którą zrobiłam zahaczając zawsze kolczykiem, gdy mnie całował i uciekłam. Od ludzi, którzy nagle czuli się zobowiązani, których nie znałam, ale mieli coś do powiedzenia. Od natrętów, nagle fascynująco życzliwych. Tych, co potrafili tylko zakłócać ciszę… zwykle słowami o odwadze i sile kobiecości, o nowym początku i czasie.

Pieprzeni wszystkowiedzący!

Chrzanieni cierpiący za innych, by poczuć się ważnymi, nagle potrzebnymi, honorowymi zbawcami płaczących!

 

Uciekłam od nich na skałę, którą obydwoje tak lubiliśmy odwiedzać. Na wyspę, której języka wciąż nie rozumiałam, której maleńkości jeszcze nie poznałam. Na gołe skały poznaczone mikroskopijnymi chatkami i linię umocnień fortu. Na kołyszącą się na falach ostoję z drzewami, które można policzyć i do stada tak wielu mew, że zdawały się same napędzać okolicę. Uciekłam na Erthomele. A dokładniej na Frederiksoe. Połączoną mostem z Christiansoe samotnię.

Kiedyś nie zrozumiałabym ludzi i życia, jakie wybierali. Świadomie i w pełni zmysłów. Ludzi, których w dziwny sposób rozumieli mnie. Byłam dla nich zaskakująco znajoma. Idealnym dopełnieniem tej malutkiej społeczności. Zimą składali się zaledwie z kilkudziesięciu osób. Znałam ich z widzenia. Rozpoznawałam po miskach i talerzach, które zostawiali cicho w kuchni, jednocześnie nie naruszając mojej wpatrzonej w okno postaci. Milczeli. Nie zadawali pytań, akceptowali.

Podejrzewam, że byłam tematem ich samotnych rozmów. Opowiadali o mnie ścianom i lustrom. Jednak nigdy innym ludziom. Takie były reguły owego specyficznego zakonu nietykalności. Tajemnice były bezpieczne, ból znajomy, niczego nie trzeba było wyjaśniać. A skały były cierpliwe, wiedziały, że do nich przyjdę.

Mijające miesiące poznaczyły na moim oknie kolejne sztormy. Zaczęła się zima. Śnieg zdawał się okrywać wszystko. Nawet burzące się fale. Uderzające tak mocno, że nauczyłam się zasypiać wsłuchana w bicie ich serc. Ale tego wieczora było dziwnie cicho. I dziwnie ciepło – jakby w całkiem innej części świata. Chyba dlatego się poruszyłam. Spokojnie umyłam kolejną miseczkę, która pojawiła się w kuchni. Wiedziałam, że nim wrócę zastąpi ją inna. Nie zwracając uwagi na to, w co byłam ubrana, wyciągając tylko rękawy Jego swetra, chowając w nich dłonie… wyszłam na zewnątrz.

Chatka była niska, właściwie wtopiona w wielką, lekko złocistą skałę. Morze mnie otaczało. W zasięgu wzroku, tuż przede mną były tylko skały, rozrzucone po burzącym się przestworze. Pokryte śnieżnymi, wciąż zmieniającymi swoje gabaryty, chmurkami. Właściwie należałoby powiedzieć, że wypełzłam z nory. Mimo późnej pory światła było dość, by mnie oślepić. Ostre, mroźne powietrze wdarło się w moje płuca i poczułam się brudna. Skończona i zniszczona. Zaczęłam iść. Po raz pierwszy przed siebie, a raczej wąską ścieżką, dookoła wyspy. Mijałam małe, tak samo ciasne jak moja, chatki. Lekko rozświetlone okna. Za nimi ludzie rozważali jak umyć się w przysługującej im szklance słodkiej wody… opanowałam tę umiejętność. A jednak czułam, że to mnie nie dotyczyło. Po prostu szłam. Znałam to miejsce, ale jednak czułam się, jakbym odkrywała je na nowo. I po raz ostatni. Szłam tam, gdzie znalazłam się wtedy, zaraz po przypłynięciu na Frederiksoe. Na jedyną, wyższą skałę, tuż nad dziwną kipielą pełną wystających, ostrych skał. Nazywałam ją Misą Syren, bo dźwięk, który wydawały fale nie przypominał niczego, co znałam… hipnotyzował mnie i czarował. Pragnęłam pozwolić mu się pochłonąć, ale wtedy mieszkańcy zaproponowali mi chatę. Łamaną angielszczyzną tłumacząc, ze i tak stoi pusta. Po prostu ofiarowali mi dom. Pierwszy, w którym miałam zamieszkać samotnie. Niczym jeden z mebli, lub duch, któremu płaci się za straszenie. Stanęłam na skale i spojrzałam w dół. Woda była ciemnością. Krople rozbryzgiwały się na mojej twarzy, a wiatr nagle przypomniał sobie, co potrafi… zachwiałam się.

Ciemny, wielki, dziwnie wilgotny kształt walnął we mnie z impetem demona atakującego ofiarę i sturlał mnie z mojej samotni. Nie obiłam się tylko i wyłącznie dzięki grubej warstwie śniegu. Bałam się. Jeżeli miały mnie pożreć demony, to był to odpowiedni czas, była gotowa, a jednak… bałam się. Ale też… potwór śmierdział. Śmierdział morzem, wodorostami i nader nieświeżą rybą – zaśmiałam się. Bardziej z niedowierzania i pełna dziwacznych przeczuć o chorobie psychicznej, która dopadła już wszelkie moje zmysły – tutaj nie można było trzymać psów!

– Żesz cholera jasna! Makbet! Makbet cholera jasna, zejdź z tej pani! –

Bestia zwana Makbetem, całkiem niezbyt posłusznie, najpierw liznęła mnie po twarzy, a następnie otrzepała się. W końcu, widać zaskoczona, lub usatysfakcjonowana małą ruchliwością obalonego obiektu, zlazła ze mnie i z dziwnym wyrazem pyska – a raczej szyderczym uśmiechem – usiadła obok. W oddali zamajaczył mi dziw nad dziwami – turysta. Coś codziennego w sezonie, co nie występuje w takich miejscach, gdy temperatura spada poniżej 10 stopni.

– Przepraszam, nic się pani nie stało? – cóż zapewne jego znajomość duńskiego była lepsza niż moja. Co oznaczało, że nadal go nie rozumiem, ale posłusznie kiwnęłam głową. Przecież zrozumiałam „cholerę jasną”!?

Makbet – kształt o gabarytach włochatej mutacji owcy i krowy wywalił jęzor – naprawdę dobrze się bawił. Zaczął szczekać, gdy ciemność kształtem zbliżona do rosłego mężczyzny zaczęła pomagać mi wstać. Ciągle coś bełkotał po duńsku, a mi jakoś nie było jeszcze po drodze z wypowiedzeniem jakiegokolwiek słowa. Nagle, leżąc na śniegu, mokra i dziwacznie zbrukana, uświadomiłam sobie, że nie rozmawiał z nikim od miesięcy. Zwykle tylko kiwałam głową. Pozwalałam się przesunąć, niczym zawadzający mebel.

Podniosłam się. I rozejrzałam. Oj tak, to na pewno był facet i turysta. Taka kurtka, odpicowane buty, szczyt turystyczności. Tylko skąd się tutaj wziął? Nie powinien był. To nie był jego czas i jego miejsce. Powinnam była się odezwać? Jakoś wydać inny poza śmiechem odgłos, ale nie byłam gotowa. Makbet za to nadrabiał z nawiązką. W końcu mężczyzna zajął się swoim dziwem inżynierii kynologicznej. A ja… uciekłam. Może wam się wydawać, że nie można uciec na tak małej przestrzeni, ale wystające skały i ciemność były po mojej stronie. Gdy zamknęłam za sobą drzwi, zrozumiałam, że śmierdzę. Poczułam nagle jak bardzo źle muszę wyglądać. I po raz pierwszy świadomie umyłam się w przysługującej mi szklance wody. Wychodząc z łazienki zrozumiałam, że straciłam JEGO zapach. Sweter był nie tylko mocniej rozdarty, ale przede wszystkim niemiłosiernie cuchnął. Już nie był NIM. Straciłam GO naprawdę. Przez 15 lat ten zapach był dla mnie pobudką i usypianiem, a teraz zniknął.

Poczułam się samotna. Naprawdę samotna i oszukana… łzy popłynęły same, a szloch okryła noc.

 

***

 

– Powinnaś wrócić do domu. Tutaj jest twój dom… – nie rozumiałam telefonów. Nigdy tak naprawdę nie potrafiłam wytłumaczyć sobie dwóch spraw: picia kawy i ciągłego plotkowania przez telefon. Nie chciałam tego, ale musiałam to znieść. Głos, tej, która od tak dawna dla mnie nie istniała, a teraz nagle był idealną matką. – Wróć do Polski. Przecież tutaj jest twoje miejsce, tutaj go pochowałaś. –

Z komórkami jest tak, że rzucanie słuchawką jest mało obrazkowe. Dlatego zawsze pozwalałam im mówić. W końcu nikt nie kazał mi słuchać. Oni nie rozumieli mnie, choć wydawało im się inaczej, ja starałam się zrozumieć ich… ale od dawna nie zależało mi na kontakcie. Dlaczego coś miałoby się zmienić teraz? Wtedy nie byliśmy rodziną, dlaczego śmierć, odłamanie się cząstki mnie, miało to zmienić. Nie rozumiałam jak długo potrafili mówić, nie słysząc odpowiedzi, ale stukot do drzwi i mruknięcie z mojej strony pozwalało mi się rozłączyć bez wyrzutów sumienia.

W drzwiach stała bestia. Tym razem mniej mokra i mniej śmierdząca, aczkolwiek nadal wielka. Gdzieś w głębi siebie wiedziałam, że pies nie umie pukać i podniosłam głowę.

– Olaf Kok-Hansen, białe talerze z niezapominajkami. Staruszek z chatki, w której komin pomalowano na czerwono. –

Moje własne słowa, mój głos, zabrzmiały dziwnie. Ale mężczyzna w drzwiach się uśmiechnął.

– To mój dziadek. –

– Lubi pikantne potrawy –

– Od zawsze –

Wszedł do środka, a raczej Makbet wszedł przyciskając mnie do ściany. On po prostu musiał. Kazali mu nakarmić samotną kobietę z pustej chatki. Zapadła cisza. Ja byłam przyzwyczajona, ale on? Spoglądał na mnie gdzieś z góry. Może i byłam niską kobietą, ale on ledwo się mieścił w pod sufitem. I to w najwyższej części chatki. Dziwnie ubrany, tak świeży i współczesny, nie pasował mi do otoczenia, ale Makbetowi chyba się u mnie podobało. Wlazł na mój ulubiony ręcznik, suszący się przy piecu i spokojnie ułożył głowę na łapach. Zajmując 1/3 pokoju.

– Makbet to mieszaniec, ale nie pytaj się o rasy, on chyba jest jedyną sobie znaną. – Nieznajomy mężczyzna, ze znajomym talerzem w dłoniach krzątał się po mojej kuchni, spychając mnie w kierunku pokoju. Chatka była mała, podłużna. Wchodząc wkraczało się do kuchni, po prawej była mała wąska łazieneczka, a na końcu kuchni jama pokoju. Zarazem jadalni jak i sypialni. Biurka przy małym oknie, patchworku na drewnianej podłodze, łóżko-kanapy i fotela przy kominku, obecnie ozdobionego bestią i bałaganem z mojego suszącego się prania. I był jeszcze niebieski worek ze swetrem, którego nie umiałam wyrzucić.

– Urodziłem się tutaj, ale mama chciała wracać do Polski. Tylko ja przyjeżdżam do dziadka co zimę. Kocham to miejsce. Można naprawdę żyć, oddychać. Ojciec zmarł kilka lat temu…–

Zastanawiałam się czy to słowotok, czy kazali mu mówić. Ale po tym jak zająknął się na ostatnim zdaniu, zrozumiałam, że nie wie co robić. Był częścią tego świata, może i bardziej niż ja.

– Dziadek mówił, że nie znasz duńskiego… mógłbym cię uczyć, będę tutaj przez miesiąc i… podobno malujesz? –

Zawartość talerza przerzucona do garnuszka zaczęła bulgotać, po chatce rozniósł się idealny zapach. Nie wiedziałam tylko, czy to potrawka, czy coś więcej. Nie rozumiałam.

Nie chciałam.

– Makbet! – pies podniósł łeb i z wprawą złapał jakiś kształt, który przytulił do siebie. W końcu zaczął go głośno żuć.

– Tym razem nie jest pikantna. Dziadek zwyczajnie lubi jak mu wypala wszystkie mikroby w środku, on w to naprawdę wierzy. Mam na imię Olaf. Po nim. I po tacie. Taka rodzinna tradycja. Moja matka dała się na to namówić, choć nie wiem dlaczego. W szkole, w Polsce przezywali mnie wiking. –

Rzeczywiście wyglądał jak jedno z dzieci kukurydzy. Tak nazywałam owe idealnie piękne, białowłose maluchy, które nudziły się przywlekane tutaj przez rodziców, na kilka godzin. Tylko on był dorosłym dzieckiem. Musiał mieć ponad 40 lat. Może był nawet starszy.

– Jestem architektem. Zwykle mieszkam w Kopenhadze, ale zimę spędzamy z Makbetem tutaj… Jedz, powinnaś jeść. Dziadek co prawda nie mówił wiele, ale można wyczytać coś z tego, w jaki sposób tutejsi ludzie się zachowują. Obserwowaliśmy cię z Makbetem, ale dopiero wczoraj on zdecydował się na kontakt. Nic ci nie zrobił? –

Powinnam się była odezwać, ale w ramach usprawiedliwienia wsadziłam łyżkę do ust i pokręciłam głową. A potem zaczął się ogień. Pamiętam tylko, że dopadłam do kranu i zaczęłam pić. W moich płucach walczyły ognie piekielne, starające się o rolę przy samym Lucyferze.

– O cholera! Pomyliłem talerze? Pomyliłem je, prawd? – zanurzył łyżkę i tylko polizał. – O kurde! – pobladł, a ja zaczęłam się śmiać.

Znowu.

Drugi raz od tak dawna.

Zbyt dawna.

 

***

 

– Bardziej gardłowo –

– Bardziej gardłowo połknę język i będziesz mnie musiał ratować ze szponów Makbeta, który uzna mnie za kolejny ze swoich przeżuwających się z łatwością smakołyków. –

Siedzieliśmy w chatce, przed piecem leżał pies, a mój język z trudnością zaczynał zmagać się z duńskim. Nieźle nam szło. Ale wciąż nie potrafiłam wychodzić z domu. Olaf nie pytał o nic. Makbet zwykle leżał. Od tygodni przychodzili po południu i zostawali na dłużej. Żaden nie pytał się co mieści się w wielkiej misie, zakrytej talerzem w stokrotki. Jedzenie wciąż się pojawiało. Ale coś się zmieniło. I nie chodziło tylko o to, że od kilku dni szalała śnieżna burza. Coś się zmieniło.

Zaczęłam malować…

– Gdy miałem 15 lat zakochałem się. Myślałem, że to jest to na zawsze. Omal nie wzięliśmy ślubu. Ona zaszła w ciążę, mnie odesłali do Kopenhagi, spotkałem ją po 10 latach. Właściwie nie mieliśmy o czym rozmawiać. Od tego czasu chyba byłem sam. Żałosny facet z psem. Nie, Makbet ma dopiero 3 lata. Nie jest długowieczną, magiczną rasą… jest synem Hadesa. Nie wiem, może życie z psem jest łatwiejsze, a może zwyczajnie jestem żałosny. Mój Dziadek na pewno tak uważa. Przeżył z Babcią na tej wyspie 70 lat! Zmarła rok temu. Teraz sam nie umie właściwie egzystować. Jest podobny do ciebie. Chyba dlatego tak cię polubił. –

Rozumiałam co chce mi wyjaśnić. Ale jego Dziadek był dla mnie wciąż zastawą z niezapominajkami. Nie znałam tych ludzi. Kochałam ich w dziwnie zaborczy sposób i zazdrościłam Olafowi, że potrafi z nimi rozmawiać. Ale nie znałam ich.

– Życie tutaj jest inne – powiedziałam.

– Teraz po duńsku! –

Po duńsku szło nadal opornie. Ale miałam czas. Wiedziała, że będę mogła tutaj zostać. Malować i chować się przed światem. Podobała mi się taka perspektywa. Wpatrzona w zasypane okna, myślałam o przeszłości. O tym całym prawdziwym życiu, które dało ciała. O ludziach, którzy nic nie rozumieli i tych, którzy rozumieli aż nadto.

– Chyba trafimy do domu? –

Olaf skulił się przy okienku i wyglądając na zewnątrz starał się nie zaburzyć tożsamości moich sztalug. Na zewnątrz było biało. Wiatr rzucał śniegiem poziomo, nie bacząc na prawa wymyślnej fizyki.

– Możecie zostać. Makbet pójdzie na bliskie siku i… możecie zostać –

Kiwnął głową i wyprowadził psa. Gdy wrócili przypominali dwie śnieżne rzeźby. Stercząc w małej kuchni rozrzucali dookoła zimę.

Byli bezpieczeństwem.

 

***

 

– Po prostu zmarł. Bez ostrzeżenia. Bez zapowiedzi. Bezczelnie w nocy. Jakoś tak zwyczajnie. Miał tylko 40 lat i był całym moim życiem, poznaliśmy się na studiach i musieliśmy długo walczyć o to, by być razem. Był dla mnie wszystkim. Cała rodziną i całym światem. Boję się ludzi, ale jego potrafiłam dotknąć i kochać. Potrafiłam… tak jakoś zwyczajnie i codziennie. Normalnie. Długo razem szukaliśmy swojego miejsca na ziemi. Tak bardzo chciałam żebyśmy się zaszyli tutaj, ale nie było łatwo… aż w końcu się udało. A on zmarł. Przestał oddychać. Bezczelnie. Wredny żart… –

Słowa płynęły, a wszystko przykrywał śnieg. On tylko słuchał. Makbet chrapał wystarczająco donośnie, bym mogła płakać. A potem zasnęłam. Rano ich już nie było. Tylko kilka mokrych plam świadczyło o tym, że ta noc była prawdziwa. Wstałam. Wypiłam zimną herbatę, ubrałam się i wpatrzyłam w miskę na oknie.

– Wstałaś? –

Nie zapukał. Albo tego nie słyszałam. Śnieżna burza zmieniła się w zimową krainę prosto z baśni. Niebo było szalenie błękitne, morze połyskiwało granatem, a skały były idealnie białe. Tylko gdzie niegdzie szamotały się na niebie mewy. Jakby szaleńczo zadziwione tym pięknem. Wiatr odszedł.

– Pomożesz mi? – ręce mi drżały. Pozwoliłam mu wziąć misę. Sprawdziłam tylko, czy jest dobrze przykryta. Nie zadał pytania o zawartość. Może wiedział, a może był po prostu stąd? To było ważne, ale nie istotne.

Idąc nad brzeg, w to dziwnie magiczne miejsce obok wieży minęliśmy dom z czerwonym kominem. I staruszka z najpiękniejszym uśmiechem na pomarszczonej twarzy, który próbował czesać Makbeta. Pomachałam, a on skinął głową. Wiedziałam, że powinnam podziękować tak wielu osobom, ale nie potrafiłam jeszcze znaleźć na to sposobu. Z dwóch łodzi w porcie grupa kolorowych postaci rozładowywała tajemnicze pudła. Ale łódki bliżej brzegu wciąż były uwięzione przez lód.

Może spały?

Kamienie pokrywały zamarznięte ciała meduz. Zapomnianych księżniczek, które nie załapały się na swojego księcia. Ja go miałam. Ale co mi ze wspomnień? Tylko bolą. Są jątrzącymi wrzodami, które tylko pozornie stanowią balsam na teraźniejszość. Chciałam zasnąć. Tak bardzo chciałam zasnąć. Umrzeć. Być znowu tamtą sobą. Ale czas nie chciał się cofnąć, a wspomnienia nie tylko raniły. One zabawiały się w ranach, rozdzierały blizny i jątrzyły… cierpienie podsycało ich siłę. Czas przeszły należał do przeszłości. Zmienił mnie, ale czy zabijał? Czy moja choroba, mój ból miały szansę trwać. W tej szerokości geograficznej, tym czasie? Nie wiedziałam. Mój świat miał zbyt wiele pytań i zbyt wiele czasu marnował na wpatrywanie się w jeden, nieruchomy punkt. Mój świat składał się z czasu, który musiałam tak spędzać. Ale też znajdowałam te okna, które pozwalały mi się wyrwać…

Przystanęłam nagle zatrzymana ręką Olafa. Zagapiłam się? A może chciałam tego? Musiałam w końcu podjąć decyzję. Musiałam zdecydować się na jedną z dróg. A może po prostu tylko chciałam na chwilę odłożyć podążanie tamtą ścieżką. Tą, na której spotykali się wszyscy? Spojrzałam na misę. Była piękna. Stara, ulepiona na kole z ciężkiej gliny. Gliny, która wiedziała więcej niż ja. Tej samej, która wiedziała, że ogień dziś rozpaliłam swetrem. To było dobre miejsce.

– Wezmę ją –

Skały w dole czekały. Czekały jak zawsze. Jakby wiedziały. Świat zawsze był mądrzejszy ode mnie, ale ta och pewność zaczynała mnie przerażać. Czy nie miałam już wpływu na codzienność? Może nigdy go nie miałam. Ktoś z góry decydował za mnie co założę, co zjem, kim będę… jakie kolory będę lubić i kogo pokocham. Kto mnie zniszczy, a kto wzmocni? Czy zrobię to, czy nie?

Misa poleciała. Wbrew prawom fizyki udało mi się ją pchnąć i przez ułamek myśli sprawiała wrażenie latającego spodka. To dobrze. W końcu w nie wierzył… może tylko nie wątpił tak często jak inni? Nie wiem. Chyba jednak go nie znałam aż tak. Ale misę kochałam. Dotykałam ją od tak dawna. Głaskałam i rozmawiałam z nią bez słów. To ona była moją kotwicą, ale i kulą u nogi. Ładnie wyglądała na błękitnym niebie, lekko połyskując czerwienią… nagle talerz, który skrywał zawartość odchylił się i nim misa roztrzaskała się o skały, i w kawałkach, które nigdy nie miały się odnaleźć, zatonęła w granatowych falach… TY poleciałeś. Drobinki uniosły się w słońcu, niczym szary śnieg. Wspomnienia odeszły. Wiedziałam, że wrócą, ale na razie chciałam by ucichły. I posłuchały mnie. Ja posłuchałam samej siebie.

– Myślisz, że wypchana kukła w trumnie, to był głupi żart? –

Olaf nic nie powiedział. Tylko patrzył na mnie dziwnie. Poczułam się niepewnie, jakby złapał mnie na największym kłamstwie, a potem coś usłyszałam. I poczułam znowu wielką bestię na swoim ciele. Tym razem zaliczyłam wystający kawałek skały i nim ciemność mnie uśpiła usłyszałam tylko

– O cholera jasna! –

 

***

 

Wiosna była zaskoczeniem. Szczególnie dla mnie. Dobra byłam w zamalowywaniu samej siebie na śmierć. Marzec przywitałam z serią gotowych płócien i dziwną nadzieją. Taką tlącą się. Tą samą, która pojawiła się we mnie wtedy… w tym innym życiu. Byłam noworodkiem, ale i uśpioną pamięcią, tlącą się w przetrwalnikach, zagubioną w szczątkowym DNA. Makbeta dawno przestałam zauważać. Po prostu był przy mnie. Zwykle pachnący morzem i rybami o różnym stopniu przydatności do spożycia. Wciąż nie rozumiałam w jaki sposób Olafowi udawało się utrzymywać go na wyspie, która nie pozwalała sobie na wariackie posiadanie psów. Nie pytałam jednak. Dziadek pewnie, by mi powiedział, ale nie oszukujmy się, mój duński nadal kulał. Zresztą oni nie chcieli rozmawiać. Przychodzili tylko i patrzyli, gdy niszczyłam biel kolejnego płótna. Byli zaciekawieni. Niczym nowym zwierzątkiem w ZOO, ale wiedziałam, że nie patrzą na mnie w ten sposób. Byli moim nowym światem. Dziwną rodziną.

– To dziś? – zapytałam, gdy Makbet podniósł łeb z mojej stopy i spojrzałam na Olafa.

– Dziś. –

Statek był niewielki. Kołysząc się na falach wywoływał u mnie odruch wymiotny. Nie lubiłam pływać. Ale kochałam fale. Nienawidziłam jednak tego dziwnego uczucia, które się we mnie pojawiło. Czułam się oszukana, bo już kochałam. A teraz… zaczynałam od nowa. Jakby czas jednak się cofnął.

Olaf podszedł, a Makbet ocierał się o mnie już bardziej delikatnie. Nauczył się. Nie przewracał mnie już, jakby wiedział. Wąska blizna na czole zaczynała jaśnieć. Pamiątka długiego leżenia i ciągłej obecności wielkiego mężczyzny i jego psa. Rozmów i milczenia. Oczyszczenia. A może ładowania duszy i serca od nowa?

– Kocham cię – drgnęłam.

Wiatr kołysał durną łódką jeszcze bardziej, a mój świat zdawał się wirować.

– Kocham cię, ale wiem, że nie jesteś jeszcze gotowa. Ale chcę żebyś o tym wiedziała. I jak świat przestanie już tak boleć, gdy pozwolisz sobie na uwierzenie i wymalowanie tego… wrócę. Wrócę, by sprawdzić, czy chcesz, by twoja miłość miała zapach mokrego psa. –

 

Fale zdawały się rosnąć w moich oczach, a potem maleć. Łzy płynęły naturalnie, wysychając w okolicach podbródka. Powinnam była coś powiedzieć? Krzyknąć? Ale nie umiałam, nie mogłam. Gdy poczułam na ramieniu dotyk starszego pana, jego uśmiech mnie dziwnie ogrzał. Poczułam się bezpieczna spoglądając na moją wyspę, połączoną z portem wąskim mostem i nie bojąc się dotyku innych ludzi. Poczułam się zawiedziona tym, że nic nie powiedziałam, ale poczułam jak spojrzenie Dziadka dociera do mojego wnętrza, gdzieś do teko orzeszka, w którym skrępowana miotała się uczuciowość. On wiedział…

Stałam w porcie długo. Łodzi od dawna nie było widać, a w powietrzu nie rozbrzmiewało szczekanie wielkiego psa. I nie było nikogo, kto dojrzałby odrywające się od mojego ramienia białe, smukłe łabędzie pióro.

Chepcher Jones 2012 – opowiadanie otrzymało Główną Nagrodę w konkursie organizowanym przez portal DużeKa

Jedna odpowiedź na „ŁABĘDZICA – miłość pachnie mokrym psem

  1. Pingback: Pan Tealight i Wekuś… | Chepcher Jones

Dodaj komentarz