Pan Tealight i Feminizm Wiedźmy…

„Nad morzem, przy płytkiej, piaskowo kamiennej strużynie, stała wierzba. Wierzba NiePłacząca. Wierzba Wzdychająca. Na jej pokręconych, specyficznie uformowanych, grubych gałęziach, na owych nagich, obwiewanych długimy, liściastymi pędami konarach, w owych zielonych pokojach… wisiał Pan Tealight i Wiedźma Płacząca, zwyczajowo Pożarta Przez Książki… dziś obsrana przez wrony. Obżarta szczęśliwymi płatkami bzu, trzyczęściowymi, pięciolistnymi i tymi, co to X-men by się kłaniał… Ot na szczęście kupa i delikatne kwiatuszki w bielach, fioletach i zaskakujacych purpurach. Asz dech zapiera, a wydech trąci perfumerią.

Dyndali tak obydwoje, głowami w dół, palcami przeczesując piasek drobny jak myśli… Ojeblik ponownie zmoczyła głowę, ale w jej przypadku było to raczej przewidywalne. Musiała ochłonąć. A Wiedźma Wrona mówiła dalej:

– Masz być silna, masz być kobieca… masz być silna, masz być kobieca… masz być silna, masz być kobieca… Do cholery jasnej, wrzodowej, ropiejącej dżumy czarnej w przetrwalnikach, moglibyście się w końcu zdecydować! Na jedno. Choć ja kobieca nie jestem, silna nie, więc może bramka numer trzy? Bo ja nie jestem silna, więc trza mi odpowiedzi. Oj gorzej. W cholerną mordę kubła na wodę, dziurawą, szczochami gołego menela podlewaną – z drugiej strony ubrany bardzo by nie podlewał… Hmmm? Nie chcę być! Nie chcę jazdy na traktorach i pracy w kopalniach! Chcę płakać czasem, mieć czas by krwawić i czas, by rozdrapywać blizny… Mężczyzn chcę drzwi otwierających i dźwigających ciężary, ot taka kurna wygodna widać chcę być! Nie żadna siłaczka, packman pierdniczony, nie kulturystycznie kulturalna, nie obmięśniona… chcę się chować, a jednak być widziana, chcę być sprzecznością, która dla siebie samej jest tajemnicą… ot kobieta. Puch marny! Bo czemu nie? Chcę by się mną opiekowano i chcę dawać tą opiekę, choć to pieszczota patelnią po łbie. Zwyczajnie kobietą. Nie chłopem, nie obojnakiem, nie zakochaną w innych kobietach, śniącą tylko i wyłącznie o cyckach i pochwach, bo tylko podobno one sobie znajome zrozumieją… Nie ciągnie mnie do bab! Nie rozumiem też, dlaczego mam być gorsza, bo nie chcę z babami no! Kto to wymyślił, że koniecznie mam uprawiać seks z babą? Wierzba, czy ty jesteś baba? Tak jak teraz tutaj wiszę, to chyba baba, co nie?

M. Kobieta z okrwawionym dziobem i rdzawymi, twardymi, łuszczącymi się plamami zamiast piersi spoglądała na ową scenę skąpaną w bieli piasku, błękicie nieba i odcieniach kobaltów morza. W zieleni drzew i furkocie wróbli. Patrzyła, słuchała, rozumiała… Jej palce dawno temu zmieniły się w pazury i teraz całkiem nieświadomie rozdzierały wielkie liści łopianu. Była nimi wszystkimi i żadną z nich. Była i nie istniała jednocześnie, nosząc dla każdej inną twarz…

– Wiesz, że kury robią teraz kwadratowe jaja, albo takie jak sputnik? Wrzecionowate takie? Co się dzieje w ich kurzo-babskich dupach, bo przecież nie o mózgi tu chyba chodzi? Kto je przekonał, że tak fajniej? Usz taka moda moje cipuszki, moda, a za modą trza podążać, wot gupi ten, co po staremu jaja sklepia… Gupi i nikt go na pewno nie polubi, nie pogłaszcze pod skrzydło, na kawę do dzioba nie zaprosi. I czy te tradycjonalistki wytykane są pazurem na grzędzie, ktoś nocą bije ich jaja, aż milkną skorupki? Podobno są mężczyźni, którzy potrafią doprowadzić świnię do orgazmu i to przy muzyce… nie wiem, ale wydaje mi się to dziwnie romantyczne… bo dziś dla ludzi chyba już nie ma romantyczności. Dziś nie wolno już, jak dziadkowie gdy byłam mała, zadać tych pytań, co czerwieniły policzki: masz dziewczynę? Niepoprawne toto tak politycznie. Podobno płci mają zakazać, bo i po co? Ja a ja mówię – dla bezpieczeństwa, dla owej cudownej pewności, że jest coś, przy czym nie muszę się zastanawiać. Jestem dziewczynką, wolno mi wszystko, jesteś chłopcem, znaczy wolno na co ci pozwolę, a co… mi wolno wszystko! I podobno wszyscy mają teraz sikać na stojąco… a ja nie rozumiem z jakiego powodu?

Wisieli obydwoje głowami w dół, Wierzba coś tam wzdychała, w morskich, ciepłych juz falach skakała mała, ucięta główka i łapała glony na włosy, ot zdrowotnie, kobieco. W oddali na maszcie z drewienka trzepotały gacie Chowańca, na łódeczce z kory płyną Chochel… w niewiadome… Bo ono wiadome takie. Swobodne i bezpieczne, bo wszystko może się zdarzyć!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wojna w blasku dnia” – jest w powieściach Bretta jakaś szybkość, tempo kosmiczne wprost… zwyczajnie piorunem się jego książki czyta. I nie przeszkadza rozrzucenie chronologiczne, geograficzne, filozoficzne, socjologiczne. Za to intrygująco fascynuje, w rzeczywistości nadzwyczajna skromność ilości owych bardziej opisywanych bohaterów. Jakby z jednej strony była ich cała masa, z drugiej właściwie mamy tylko dwóch Wybawicieli i dwie kobiety. Tak, kobiety w powieściach Bretta są zaskakująco istotne. Silne, przebiegłe, odważne, walczące do końca, intrygujące… niezależnie od tego, czy wyplatają kosze z liści palmowych, czy też parają się magią, są wspaniałymi postaciami!

Powieść jest intrygująca, jej nasycenie znanymi zwyczajami ludów pustyni sprawia, że jesteśmy pewni, iż mogła się wydarzyć… może w równoległej rzeczywistości, a może już za morzem? Tylko że… no właśnie, tylko że… tylko że czegoś mi brakuje. Zbyt wiele owego przewidywalnego, choć… nie wiem o co dokładnie chodzi, ale i tak chcę kolejny tom! Bo przecież muszę się dowiedzieć wszystkiego!!! Bo jakoś wciąga, mimo tego braku CZEGOŚ tam.

Na Wyspie świat się grzeje. Słońce pali bzy, ot pewno chciało zrobić konfiturę i raczej nie dopilnowało. Ot skwarek i tyle. Ale może tak Słońce lubi? Palone kwiatki, może topi je w herbacie porannej zamiast herbatników, bo na kwiatowej diecie jest, co nie znaczy, że w cukrze, miodzie i nektarze ich też nie macza… ot jedno zdrowe starczy przecież! Nie może się Słońce zacząć umartwiać!

Zresztą ma teraz tyle roboty, jakby co, nadprogramowe gramy szybko spali. Każdego Turystę trzeba przecież musnąć, dotknać, spalić jeżeli się da. Ot oporne te skóry teraz, smarują swiństwem jakimś, mocniej się trzeba wysilić, by nabrali ładnych barw. Asz Słońce tak lubi nie tych brązowiutkich, ale tych co to czerwienią się jak świnki. Ognistych strasznie takich… ci to dopiero kwiczą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Feminizm Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Barnet…

„Pan Barnet był niskim mężczyzną o szczerej, okrągłej twarzy i dziwnie spokojnych, błękitnych oczach pod równiutkimi brwiami. Miał krótkie, przeraźliwie jasne włoski pod garnek trefione i odstające, słonikowe uszy. Kartoflowaty nosek, choć spory, nie przykrywał zawsze radośnie rozwartych, różowiutkich błyszczących usteczek, ani równych ząbków o perełkowym, choc ostrym połysku. Do tego krótka szyja, lekko pulchne ciało… zero zarostu, a wszystko odziane w nadzwyczaj pięknie skrojony, ciemny garnitur, lakierki, do tego teczka i niewielki pejczyk w drugiej ręce. Cóż, mógł być naprawdę tylko sobą, człowiekiem od wszelkich problemów. Jedynym w swoim rodzaju, zawsze spokojnym i grzecznym, nadzwyczaj też milczącym, aczkolwiek nikt dokładnie nie wiedział, co to za rodzaj…

Dobitnie wskazywał na to niewielki, zielony miś w klapie marynarki. Który, dość nadmiernie radośnie i entuzjastycznie, machał swoją srebrną kosą w stronę dziwnie zaniepokojonego Pana Tealighta.

Nie żeby były jakieś problemy, nie w ogóle. Panujemy nad wszystkim jak zawsze!!! Nie ma sprawy…

Oj ot zwyczajnie wypadek przy pracy, zdarzył się i tyle. Tyż ma prawo do narodzin, choć może nie zawsze każdy chce go gościć w rodzinie. Taki to los wypadków… Każdemu może się trafić. To tylko wskaźnik, że nam to się jeszcze w ogóle chce cokolwiek robić, a nie tylko siedzieć i palić dziewice! Oj rzućcie kamieniem wy obrzydliwie sprawiedliwi, co to nigdy – AŁA!!! I tak wam nie wierzę, zresztą doprawdy trudno wierzyć, by taki akurat koniec miały na myśli Wiedźmy z Pieca, gdy chciały sobie dorobić wystawiając stoisko z Ljimonjiadą. Przecież to całkiem nieprofesjonalnie, całkiem niepowtrzebnie, całkiem tak zaprzeczając zyskowi. Ot taka tam mała była sobie przedsiębiorczość. No z duszą, sercem, a nawet i innymi częściami zapasowymi. Problem w tym, że jakoś tak w połowie komuś się coś przypomniało, komuś się odzapomniało, ale zwyczajnie milczał, angle zaczopowany strachem… i teraz pozostało tylko posprzątać. Nikt w końcu nie lubi walających się szczątek, no nawet takich znajomie ludzkich, po drodze. Tutaj uszko, tutaj grzechoczą ząbki, a tam znowu dłonie dobrały się w nowe pary i bawią się w wyścig w workach. Stopy odmawiają komentarza, a kadłubki, jak to kadłubki, ot milczą turlając się na głowach to w tą to wewtą. Hipnotyzują owym skrzypieniem, którego dziwnie się każdy spodziewa, a jednak nic nie słyszy… Girlandy splątanych wnętrzności, wszelkie woreczki i sakiewki w odcieniach czerwieni, bordo i szarości rdzawych, tak pięknie zdobiły zielone wiosennie drzewa. Jakby zaniepokoiły się, że nie zdążą do świąt i już teraz zajęły się wystrojem. Niektóre to nawet świeciły… ta dzisiejsza dieta Turyścizny doprawdy woła o pomstę do Bogów!!!

Pan Barnet nawet nie mrugnął, nie mruknął, nie wydał jęku, ani nie wypuścił z trzewi pawia… po prostu zajął się sprawą, a potem zamówił dwie szklaneczki Ljimonjiady. Dla siebie i dla MortMisia. Zmęczyli się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Syn Cienia” – powieść przygodowa z magicznym tłem. Bohater, to samotny zabójca, czyli zdawałoby się nic nowego. Ale do wyposażenia zalicza nie tylko noże, ale też niewidzialną dziewczynę i pewną umiejętność, która pozwala mu być najlepszy, najbardziej efektywnym mordercą. Oczywiście wszystko zmienia się pewnego dnia. Niby zwykłe zlecenie, zwykłe przecięcie linii życia… tylko co naprawdę zapoczątkuje śmierć starszego pana? Jakie tajemnice skrywa bohater i kim naprawdę jest córka zamordowanego?

Tia wiem, niby już było. Nie szkodzi, bo w powieści Jona Sprunka jest też coś więcej. Owe tajemnice, specyficzny honor, świat, w którym jeszcze wiele jest do odkrycia, wszystko intrygująco się splata. Szkoda tylko, że powieść nie pozwala nam bardziej wtopić się w ten świat. Jakoś w niego naprawdę wkroczyć, rozsmakować się, uwierzyć. Łatwo domyślić się zakończenia, ale przyznam, że ciekawi mnie kolejny tom i na pewno po niego sięgnę, w końcu w grę wkroczyć ma Tamta Strona… a i bohater ma dość spory potencjał. W końcu niektóre z tajemnic, wciąż mogą żyć…

Turyścizna przynosi ze sobą dziwne zapachy. Część z nich jest całkowicie nowa, intryguje, ale też przynosi dziwny niepokój ze sobą. Potem są owe znajome, często takie, od których już od dawna próbuję uciec… i są te zapachy, które wydają się znajome. Jakby od nowa ktoś przewracał strony mojego życia, przywołujące wspomnienia… problem w tym, iż owe niekoniecznie dobre!

Od zapachów trudno uciec. Czasem zdają się podążać za nowym człowiekiem. Dziwnie im nieznajomym, jakby chciały objąć w swoje władanie całkiem inne życie. Odczepić się od tego, co tak boleśnie znajome… Przyczepia się taki smrodek, lub inna woninka i łazi za mną krok w krok. Swoje macki czasem zarzuca na poduszki i koce, czepia się obrazów i ścian, aż w końcu staje się częścią mnie.

Ale czasem pojawia się zapach, który wkurza przeraźliwie… tego trudno do siebie zniechęcić. Dlatego na stole stoi teraz spory bukiet bzów. Każdy oddech przesiąknięty jest ich fioletową wonią. Każdy kęs zdaje się mieć ich kolor i smak. Każde poruszenie wzbudza płatki w szaleńczy taniec, a wtedy one znowu i znowu i znowu ronią aromaty, niczym łzy. Ech! Nos!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Barnet… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Bojąca…

„Czasem Wiedźma Wrona Pożarta się bała.

Nie było w tym ważkich, definiowalnych powodów, ani znaczeń, był tylko jakiś ulotny posmak nieświadomego, niemożliwego, uderzyć w cokolwiek innego, najczystszego, skondensowanego Strachu. Oblepiał ją. Romantycznie tulił jej dłonie, przyciskał się do policzków, muskał uszy, dotykał ust… Nakładał na palce szerokie obrączki i dziwnie ciężkie diademy na skronie, obmacywał ją głośno i gniótł niczym jakiś wieśniak, plebejusz, a potem milcząco głaskał nim obeznany ze sztuką, wytrawny kochanek. Mógł sobie pozwolić na wszystko, ale też wiedział, że nie ma dużo czasu, że musi się pospieszyć. Bo gdy tylko Wielki, Ogromny Strach nachodził Wiedźmę Wronę, jej Przestępcza, Podstępna i Niemożliwa Armia się budziła.

W pierwszym rzędzie, ataku dziwnie zmasowanym stały Dziewczynki. Ot kilkulatki, bliźniaczki o oczach wielkich i błyszczących jak ułuda szklanej bombki. Tylko patrzyły, niewinnie, przenikliwie, aż odzywały się we wrogu wszelkie grzeszne myśli. Wszelkie maleńkie przewinienia nabierały gigantycznych kształtów… wina w końcu zderzała się z karą. Przerażając, iż tyle zła w każdym z ludzi. Bo nieludzie zwykle taka mało grzeszni, poza tymi co to blokują drzwi, wpadają gdzie nie trzeba i strasznie drapią. Następne były Staruszki. Niewinne panie odziane w fartuszki i chustki. Spora część z nich miała laski, każda ciężką sporą torebkę, któej ostre krawędzie raniły dogłębnie, do końca, na zawsze. Uderzenie laski bolało, ale nie tak, jak spojrzenie oczów własnej babci, która wycierała ci nos, gdy znowu zderzyłeś się z nieznajomą jeszcze rzeczywistością… te oczy mówiące: dlaczego mi to robisz? Tak, poczucie winy było silną bronią, ale było coś jeszcze, coś, czego bał się każdy, niezależnie od wieku… Dentyści!!! Ci jechali na swych fotelach, czyści, przeniknięcie środkami dezynfekującymi z kleszczami wysypującymi się z uszu i wiertłami zamiast włosów…

Nie opłacało się wojować z Wiedźmą Wroną. Zwyczajnie. Gdyż ból był tylko jedną z broni, które przewidywała jej PPiNArmia. Tak naprawdę w życiu było wiele straszniejszych rzeczy niż zwykłe cielesne cierpienie. Były jeszcze te pomijane sprawy, o których się nie myślało, zbywało machnięciem ręki, a które jątrzyły najmocniej odbierając oddech… miała je na wyposażeniu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzje: „W szpilkach od Manolo” i „Słowo i miecz”

Turyścizna na Wyspie obecnie uznaje ją za miejsce wyłącznie przeznaczone ich rozrywce. Ową dostępną wyłącznie dla nich rozpustę. Ot robić mogą wszystko, kompletnie bezkarnie, bez żadnych ograniczeń, poza terytorialnymi i bezmyślnie. Burzą ciszę swoimi krzykami, zakłócają ją skrzypieniem rowerów i rykiem nadmiernej ilości jednośladów innych… tłustych, obsmarowanych, a jednak jakoś tak po końsku dzikich i pięknych. No i są auta we wszelkich rozmiarach, waląc na odlew ekologię, czy jakie tak jej imię… parkują, jeżdżą, śmierdzą. A ludzie, choć czasem korzystają z nóg, zdają się od nich uzależnieni. Jedni nawet w nich śpią, inni dumni z posiadania akurat takiego, nie innego modelu… pieszczą je przez osłonkę doczepionego namiotu…

… ot niewątpliwie sezon się zaczął. Autochtoni skrywają się w swoich chatkach, udają, że ich nie ma, udają, iż są tacy maleńki jak skrzaty, które zostawiają ślady na ukradkiem i podstępnie rozsypanej mące. Ale Turyścizna zagląda wszędzie. W końcu owym Wielkim Zoo, jakim jest teraz Wyspa, muszą być zwierzątka, czyż nie?

Ot zdała by się Babuleńka sieci naprawiająca na progu, w chustce koniecznie i Dziaduleniek na plaży ściągający starą, dziurawą w ulubionych miejscach łódź. Zdał by się Małodzian w porciętach rybki w wędzarni przewracający i mew śpiewające wiejskie przyśpiewki, oraz Dziewczątko w podkasanych sukniach walące w tarę przy rzeczce, coby wszelkie ajfony mogły udowodnić, żeśmy tu byli, widzieli, pomacali, zostawili swój ślad… czy chlubny, who cares? A Prawda Pani Wyspy? Gdzieś się chowa, niechętna pokazywać lico i udowadniać swe racje, tak od dawna już nikt nie słucha…

… nikt!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Bojąca… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Odpoczywająca…

„Nikt nie miał złudzeń, że definiowanie owego wydarzenia, do którego się wszyscy paranoicznie tak dziś szykowali, można było uznać za coroczne. Zbyt często zwierzyna znikała, uciekała, nawiewawała i ogólnie odmawiała wszelakiej współpracy. Nie chciała, zapierała się wszelkimi odnóżami, wykształcała rogi, jadowe kolce i pluła kwasem. Bratała się z gościami o reputacji nie tyle podejrzanej, ale takiej, jakiej zwyczajnie unikało się nie patrząc, ot intuicyjnie wymazywało się ich z otoczenia.

Ale tym razem musieli. Musieli zrobić wszystko, by się udało. By nastąpiła jakaś spokojność, równowaga w okolicy…

… trzeba było zmusić Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki do krańcowo wyczerpującego, paraliżującego członki i myśli, usypiajacego wyobraźnię i mięśnie, do końca wnoszącego ułudę nudy totalnej, wypoczynku.

W tym celu, doprawdy zbawiennym dla swiata, przygotowano sznury, wnyki i okowy. Sieć, armię skrzatów wprawionych na Gulliwerze, uzbrojonych w muchy plujki, oraz kajdanki w trzech rozmiarach – w tym przypadkowo jeden z różowym futerkiem. Miękko wyłożone pomieszczenie z dostępem do świeżego powietrza, wodą i miejscem wydalania, czekało odkurzone od ostatniej, nieudanej łapanki. Wiedźmy z Pieca uwarzyły odpowiednie napary, które wypróbowawszy na winnych zaśmiecania i nadmiernie smrodliwego pierdzenia turystach, gotowe były dożylnie podać – bo gryzła umiejętnie i zakaźnie – Wiedźmie Wronie.

No i była też przynęta…

… odrobinę wrzeszczała i klęła, skopała Pana Tealighta w to miejsce, gdzie najbardziej urzeka, nadepnęła na Ojeblika, który się obraził, opił nalewki na sośnie i unika wnikania w plany innych, całkowicie nie chciała współpracować, a przecież robili to też dla niego. Przynęta dostarczona przez Chochela, chochlika pisarskiego Wiedźmy, tego co to dość swobodnie sobie folgował z bielizną…

No związali Chowańca Wiedźmy. A dokładnie, nie wnikając w procesy zachodzące w nim samym, gołego pzywiązali go do wiatraka… i czekali.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Świat odpoczywa. Po to natura wymyśliła zimę, by pozwolić sobie na sen, leniuchowanie i wszelkie łóżkowe zabawy pod puszystą pierzynką. Potrzebujemy wytchnienia i doprawdy Bornholm jest jednym z tych miejsc, które uzmysławiają to aż nad podziw dobitnie… a jednak nie… nie umiem chyba?

Może to jakaś genetyczna przypadłość, swobodnie i nader silnie wrodzone nerwice natręctw, nadgorliwość ponadnaturalnie paranoidalna, ot owa przerażająca, nadmierna niepewność siebie… „nicnierobiącej”? A może wpojone przez wszelakie, ponadnaturalistyczne wychowanie, potrzeby wiecznego zabiegania? Czyż nie tak się wychowuje dziewczynki… a może tylko mi się trafiły takie porąbane wzorce do naśladowania, niechętnego naśladowania?

Mam problem pracy dla samej pracy. Totalnej nieumiejętności siedzenia dla wypoczynku, spacerowania dla oddychania… nie, moje czynności zawsze muszą mieć co najmniej jeden cel. Wyższy najlepiej, totalnie demiurgiczny… przymusowy tak samo, jak ten chorobliwy pęd do bycia zawsze zajętym osobnikiem homo wiedźmicus!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Odpoczywająca… została wyłączona

Pan Tealight i Havgus Napalony…

„Zbudził się majowym rankiem w swej ogromnej, kniejnej przytulnej gawrze, plażowej wiązance wszelakich śmieci, Pan Havgus. Zbudził się nagle z głębokiego, dziwnie falującego snu i poczuł, że czegoś się mu chce, czegoś brakuje, czegoś mu się tak natrętnie pragnie. Ulotnego czegoś, nienamacalnego, dziwnie jak on niestałego w postaci, ale jakże nagle niezbędnego… Chętkę ma ogromną na to, pragnie, niecierpliwe czuje ssanie w mglistych kiszkach, nie, czekajcie… on ma CHCICĘ!!! Tylko jak zaspokoić to, co tak niewiadome, co bardzo nader lotne, niemożliwe do uchwycenia? Opisania, zdefiniowania, a nawet nazwania… poza chceniem?

Wypełz więc Pan Havgus na plażę, poszurał trochę deszczowymi kamieniami, poprzyklejał się do śliskich drewienek, poocierał, posiąpił na śmieci… posmętniał mgliście nad pustką wilgotną, która ludzi do niego odgoniła, turystów nawet tych zdesperowanych wcisnęła pod kołdry, no i ruszył dalej. Bo gdzieś musiało być owo spełnienie. Przecież dla każdego jakieś jest. Podkasał suknie, spódnice i spiochy – wot takowy ma urok w sobie kumulowania ciuchów wszelakich i duchów i myśli – i potoczył się ulicą, zahaczył o zieleniące się pola o drzewa zebrane w plotkujące grupy, korytem rzeki płynął przez chwilę, myślał, że może wodospad… ale nie. Muskanie płatków pokrytych drżącymi kroplami nocnej ulewy, też nic nie dało. A i lekko nazbyt zmoknięte owieczki na polanie, nawet te świeżutkie, młodziutkie, maleńkie bielejące kłębuszki w wysokiej trawie… nawet ta czarna, ni ta jedyna, dziwna grafitowa… Nie, to wciąż nie to. Rzeczka wzburzona też nie ukoiła zmysłów Pana Havgusa. Ni jabłonka, z której opadły prawie wszystkie płatki, ni zmoczone, drżące, jakby zmrożone dmuchawce, ani maleńkie stokrotki, które to zbuntowały się i zamkneły się przed nim na amen! Nawet bez, pachnący tak, że oszałamiał, czterolistny, skrywający gdzieś ową spełniającą życzenia pięciolistną spełniaczkę pragnień… nie, to nie był zapach ni smak. Nie był to też dźwięk, a przynajmniej nie było to nic z osobna.

… więc dalej toczył się Pan Havgus z demonami, duchami i marzeniami w środku. Toczył się czarną drogą, nie bacząc na samochody, toczył się ścieżką i chodnikiem, polną, błotnistą strużyną, chlupotał w kałużach i wznosił się prawie dotykając nieba. Wpychał się w rury i podziemne norki, ale nic z tego.

I wtedy na horyzoncie spojawiła się niewielka obietnica, jakieś uczucie, coś zaiskrzyło krańcami wymiarów chmurnej, mglistej powłoki. Coś postawiło na wskroś dumnie, na baczność wszystkie pojedyncze wskazówki w owej kotłowaninie. Coś oznajmiło dzwonami i kilkunastoma alarmami samochodowymi – tymi wkurwiającymi, starymi modelami, łiiiłiiiłiii, tuuutuuutuuu, ijołijołijoł, muuumuuumuuu… No wiecie! I tak Pan Havgus, jak zwykle zresztą, zwyobracał na amen ze smakiem, na spełnienie i ku zadowoleniu stron wszystkich, Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki. A potem zapomniał, wrócił do siebie i zasnął, ot tak to jest z tymi chłopami. A w jego przypadku specjalnie. Wróci pewno znowu za rok nie wiedząc co go wzywa, jak ukoić dziwne pragnienia, no i będzie szukał, no i pewno znowu znajdzie… bo tak też już jest. Ot, na szczęście. Bo w końcu Pani Wyspa musi czymś się zabawić, a i przechowywać w kimś wszelkie tajemnice też musi… nazbyt byłby oczywsty kamienny skarbiec, a któż będzie przeszukiwał mgliste tumany takiego Pana Havgusa?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Moja powieść na dziś, czyli fajnie wydane, najnowsze dziecię Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, no wiecie… coby w onej Wiedźmię ową definicyjną nader kobiecość pobudzić, a co!

Z cyklu przeczytane: „Dziedzictwo królów” – ma w sobie cykl Friedman tak wiele pytań o człowieczeństwo, o owe pragnienia jednostki, filozofie społeczeństwa… Tak wiele zderza się w nim sprzeczności i tak wiele przez strony przenika błędów i pragnień ludzkości, że aż trudno uznać to wyłącznie za fantasy. I o to chodzi! O powieści, które odbijają w innych światach, innych sytuacjach, innych rzeczywistościach to, co tak dobrze znamy… nas samych! Dlatego czyta się książki, czyż nie? Żeby rozłożyć własne istnienie na cząstki i poznać je. A potem złożyć, może w coś całkowicie nowego?

Zaskakującego?

Napotykając takie powieści, w tym przypadku cały cykl, nasuwa mi się zawsze słowo – GŁĘBOKIE. Nie polecać – Nie myślącym! A może ostrzegać wielbicieli literatury zwyczajnie fantastycznie lżejszej? Nie wiem… W moim przypadku znajomość z autorką zaczęła się wieki temu i trwa! Z orgazmami!

Pan Havgus jest jak stado duchów, myślący kłąb mgieł i dymów, morskich niepewności i naturalnych szaleństw, zwyczajnych demonów, ludzkich myśli i niespełnionych życzeń, powiązanych razem jakąś istotnością, niewidzialną nicią, pragnieniem wypełnienia nieznanego nikomu proroctwa. Te kłęby mgły, chmury opadłe anioły, ale jeszcze nie gotowe na piekielne męki…

… jest w tym ich tańcu, raz przesłaniającym świat, potem odkrywającym wyłacznie sobie świadome jego elementy, byśmy mogli zobaczyć znajome otoczenie inaczej, coś więcej. Jakieś przesłanie. Jakaś tajemnica. Jakieś dziwne, poplątane ze sobą smutki, a jednocześnie skoczne radości.

I wilgoć…

… wilgoć przenika, ale w człowieku pozostaje wyłącznie chłód. Nie wilgoć. Wilgoć tylko muska ulotnie otoczenie, owe mityczne aury, pola cholernych mocy, które od tak dawna tańczą dookoła każdego z nas, niewykorzystywane.

Duchy w owym majowym i czerwcowym tańcu zdają się wybierać miejsca, które musną swoją specyfiką. Jakby miały w sobie jakiś ulotny plan. A może całkiem namacalną, kamienną tajemnicę? Buzujące, prewalające się, formujące fantastyczne istoty, które w rzeczywistości są wyłącznie odbiciem niewidzialnej rzeczywistości…

… kocham havgus!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Havgus Napalony… została wyłączona

Pan Tealight i NieSzatan…

„W Białym Domostwie, w popołudniowej porze, obmywanym koślawym słońcem, lekko zmierzającym ku swojemu zachodowi… wrzał nowy Stary Samowar. Właściwie wrzał dla samego wrzenia, bo gość i tak wolał herbatę paloną sypaną, a Pan Tealight ostatnio tylko torebki. Nikt się niczemu nie sprzeciwiał, bo w końcu nie dość, że w prezencie gość przyniósł samowar, to na dodatek przytargał pod pachami i na dwóch niewolnikach: trzy pudełka ciasteczek, w tym jedne śmietanowe z posypką i polewką, paczkę pączków oraz filuterny zestaw kruchych we wszystkich kształtach – tych niezbyt frasobliwych także! Do tego były lizaki w kształcie zombie-biedronek… więc nie wypadało marudzić, prawda? Niech se pali tą herbatę. Niech toczy swą opowieść, w końcu zdaje się, że Szatan tyż człowiek, czyż nie?

– Widzi Pan… zło stało się jakoś mało popularne, niedefiniowalne, umykają mu wszelkie jego subtelności, owa delikatność tworzywa, ta wszechstronność (westchnienie) Obecnie nazywają to chorobą, albo co gorsza religią, odbierając mi cały monopol!!! Nie mogę być bezrobotny, mam nerwicę natręctw!!! Dlatego zdecydowaliśmy się zmienić odrobinę nazwę. Tak niewiele, ot zaprzeczenie, które z jednej strony coś mówi, oznajmia, z drugiej totalnie ściemnia, znika, jak się druk rozmaże. To oczywiście oznaczć obecnie może wszystko, czyż nie? Nie ograniczamy się, nie jesteśmy rasistami, każdy dobry do połowu dusz. Przyjmujemy naprawdę każdego. W dziale Zakusy-Pokusy nawet Zajączek Wielkanocny sobie dorabia po sezonie. Mikołaj, nic to, że święty, Wróżka Zębuszka z doskoku tak bardziej, rozumie Pan. Ale mimo owej równości, poprawności polityznaj, owego pewnego ugłaskania, ale to tak tylko między nami, nie chcę tracić twarzy ni fasonu, rozumie Pan… otóż tęsknię za przeszłością. Za ową prostotą cudownie skomplikowanego. Nie trawię komplikacji prostoty, nie na mój anielski, choć upadły, umysł to!!!

Wie Pan co powiedzieli? Że te ostatni katatrofy, całe to cholerne zło, to BOSKA jest ręka!!! Że się podobno Jego Wysokości anielskie rządki najmłodszych przrzedziły, dorośli zapewne, więc sobie wykosił dzieciątka… Ja nie rozumiem jak tak można? Toż to dla mnie jest okrutne!!!

Podurnieli ludzie!!! Żli są tacy, czuję się TAKI malutki, wie Pan, o taki taki taki… całkiem malutki!

PS. Jak wyglądają zombie-biedronki?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zdradziecki plan” – po prostu ustawiam M. J. Sullivan na piedestale moich NAJulubieńszych-kochańszych autorów i tyle. Nic dodać, nic ująć. Jest świetny! Jego bohaterowie po prostu mają to COŚ, są żywi, namacalni, skomplikowa i niepowtarzalni. Tęsknie za nimi! Świat, który opisuje jest z jednej strony skomplikowany, z drugiej jakże znajomy, prawdziwy… po prostu są jeszcze TACY autorzy… oj na szczęście jeszcze są!!! Szkoda tylko, że to już prawie koniec!

Piąta część!

A co będzie potem?

No być coś przecież musi!!!

Recenzja: „Całkiem nowe życie”

Ogólnie nie rozumiem świata. Jakoś tak się wszystko układa, iż pospolity człowiek obecnie działa, nie myśląc nad konsekwencjami. Omamiony ową ułudną dobroczynnością. Wie, że pogłaszczą go po pleckach, że wrzucić grosik starczy, tutaj kliknąć, tam kliknąć, czarne dzieci, głodne dzieci, lodowe pokrywy, białe misie, chorzy tacy i inni, no i zbawienie gotowe, że chleb dać, nakarmić i już… niebiesia, hurysy, derwisze i inne cudowności seksualnych wzlotów zapewnione…

… ale nie jest tak.

Już teraz ktoś inny za nas decyduje co dobre, a co złe. Zatracamy osobistą zdolność do odczuwania, odróżniania… potrzebujemy cholernych opinii, amerykańskich najlepiej, naukowców, głów wcale tam nie ważnych, tudzież tak zwanych słynnych i chorobliwie sławnych. A co z tobą szary człowieczku…

… myślisz ty jeszcze?

Świat leci w jakąś cholerną czarną dziurę, która jednakowoż działa wybiórczo. Nie można przewidzieć co tam wyssie, a co zostawi. Tylko co ma zrobić jednostka? No cóż, jednostka w mojen krótkiej wiedźmiej osobie ucieka… od świata, rzeczywistości, blebleblebania. Nie chcę być karmiona papką cudzą, nie wsiąka we mnie, robi mi zgagę i cellulit! Musowo! Jednostka jak ja ucieka na Wyspę i udaje, że nie istnieje.

Bo jej wolno… znaczy bo mi wolno!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i NieSzatan… została wyłączona

Pan Tealight i Rasistowskie Rowery…

„Nadszedł czas, gdy na wąskich ścieżynkach Wyspy uzurpują sobie władzę despotyczną, krwawą i dyskryminującą innych, one… Rowery. Zwyczajowo dwukołowe, dwupedałowe, uzbrojone w saczki i torby, oraz napędzającego je, pocącego się, sapiącego, woniejącego, wrzaskliwego człowieka – tańszy jednak niż benzyna, choć ciężkawy… Strojne w lakiery i farby, celują w ciebie z wentyla, albo pompki i czujesz się jak idiota, bo nie masz kółek, tylko te dwie cholerne nogi. Krótkie nogi. Niby wiadomo, głupio by było mieć trzy czy cztery, ale wciąż, czujesz się dyskryminowany!

Bo jesteś tylko człowiekiem. Nawet w przypadku Wiedźmy Wrony Pożartej, kulącej się na poboczu w trawie, drżącą dłonią próbującej dumnie stroszącej się stokrotce zdjęcie trzasnąć, tylko człowiekiem. Bez oliwienia i łańcucha, bez kierownicy i zabawnego siodełka. Bez ramy takiej owakiej, kółek z gumowymi cudami i szprych… może najczęściej i tak chodzi o te szychy, znaczy szprychy? Tylko człowiekiem jesteś. Sam się napędzasz i sam kierujesz, a na dodatek kiepsko skręcasz!

Umieszczony wyżej na wzniesieniowości Rowera człowiek, jednostka czysto paliwowa, napędzająca, niewolnik wyzyskiwany, zyskuje złudne poczucie chwiejnego bezpieczeństwa i nagminnej, pędzącej wyższości. Już wie, że jest lepszy od tych chodzących, owych brakujacych ogniw, które to nie rozpędzą się tak równo z górki, co to może się potoczą, ale nie wyhamują, tam gdzie trzeba. Jednak nie oszukujmy się, to Rower jest panem i władcą. Owo przednie koło, w związku problematycznym, aczkolwiek nierozerwalnym pierwszą miłością, prowadzi i wiedzie. Wie dokąd zmierza i gdzie się zatrzyma. Koło tylne zwyczajne podążą za nim, zakochane w owym przewodzącym, dumnym liderze… podniecone perspektywą trafienia w wyznaczoną przez niego koleinę. Pedały, kręcące zię wzajemnym zamiłowaniem do ruchu z łańcuchem, niczym kosmicznym, rowerowym DNA, pragną ludzkiego dotyku. Nie zważają na aromat stóp, nie obchodzi ich obuwie, aczkolwiek preferują czepliwą podeszwę… chcą być deptane. Miażdżone i wciąż popychane. Niczym poddane Dominy, błagają by je chłostać i poniewierać nimi wciąż na przód i na przód i w dół, mocniej i szybciej…

Opanowane rowerową gorączką osobowości homo pedalicus nie zamierają, gdy ściągną niewypowiedzialnie potężną siłą dupę z siodełka. Nie. One wciąż czują je pomiędzy nogami, wciąż wciskają stopy, wciąż pragną kierownicy, która za nich zdecyduje gdzie mają się udać… bo tak łatwiej być prowadzonym, oddać władzę, nie decydować, po prostu czuć wiatr we włosach, pod pachami, zwyczajnie niech pędzą… reszta winna być doprawdy wielkim milczeniem!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mgnienie ekranu. Zbiór opowiadań” – boska lektura. Drobiny wymiecione z dysku Mistrza. Niektóre znane, inne lekko znajome, a reszta całkowicie nieznajoma. Zresztą nie ważne. To takie perełki, cukieraski. Coś, co nigdy jednak nie traci smaku, mimo czytania wte i wewte… ale za to pozwala odkryć w Autorze więcej. Więcej, niż nam się wydawało, więcej niż miało być zdefiniowane jako znajome. Co najważniejsze, tłumaczenie Piotr W. Cholewa!!!

Wielbiciele Pratchetta i tak nie przegapią tomiku, ale owi nie znający Dysku i pozostałych powieści… cóż, myślę że mogą sięgnąć, by liznąć, spróbować, zobaczyć jak to wszystko się kręci!!!

Turyści mnie przerażają. Pratchett poświęcił im nawet pewien tom, dwa tomy, pewną jednostkę zwaną Bagażem… i naprawdę powalającą, dosłownie opisującą ów gatunek człekokształtnego. Bo coś się dzieje z ludźmi na tzw. wakacjach. Na owym wywczasie. Puszczają hamulce, ale też nagle trzeba mieć najlepsze zdjęcia, najwięcej przejechanych kilometrów i najgłębsze doznania!

… więc nie do końca znaczy to wypoczynek i poznanie nowego…

Z wysokości pojazdu, bo to ten rower taki zdrowy, to takie modne, ot turystyka, aktywny wypoczynek… a pączek w bagażniku, no przecież jeść trzeba… patrzą na innych inaczej. Jakby nie docierało do nich, że nie wjadą pod prysznic, do myjni samochodowej ich nie wpuszczą, a i wysikać się trzeba bez rowerka!!!

Nawet gdy schodzą, w owych obcisłych, trendy wdziankach widać, że są z innej planety. A ty na tych nogach, osz ależ ty jesteś PASSE!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rasistowskie Rowery… została wyłączona

Pan Tealight i Pierwsza Wyprawa Wiedźmy…

„Wiedżma Wrona Pożarta nie lubiła wychodzić poza… nawet wszelakie macanie, muskanie i czochranie Wyspy, starała się uskuteczniać z ukrycia, z bezpiecznej strefy, najwyżej czasem błąkając się pod wpływem i w pełni istotności swej niepoczytalności w mniej więcej wyznaczonych okolicach… Ale w okresach owej swej sporadycznej, kłamliwej świadomości i przerażającego, w przebłyskach, maskującego się człowieczeństwa, uznawała z całą pewnością, słysząc śmiech normalnych zwyczajnych, bezsensowaność wszelakich wypraw, wizyt, wycieczek i wędrówek poza Wyspę. W ten podobno ciekawy i zajmujący świat. Nie chciała. Tutaj miała wszak wszystko i więcej, znane i czekające na dyskretne odkrycie. Nowe i stare, znajome i wciąż jeszcze nie do końca oblukane. Nie potrzebowała więcej… poza pisanymi słowami, herbatą, misiami błąkającymi się po świecie i tymi małymi, dziwnie niepotrzebnymi rzeczami, którymi czasem uśmiecha się Pokręcony Wszechświat.

Ale tej dziwnej nocy… wstała i wyszła. Znowu. Tak naprawdę nie po raz pierwszy, ale dopiero od tej dziwnej, zimnej i niespokojnej nocy, miała naprawdę pamiętać to, co się wydarzy. Powód? Brak. Opisy niepotrzebne. Zamotana w błękitny kocyk, zbyt obszerny, czepiający się namacalnego i zamiatający ułudne, wyłuskała się z posłania, otworzyła drzwi i niezwyczajnie wyszła.

Wiodła nią powieść i legenda, wspomnienie tych, co przed nią odważyli się w pełni żywotności podnieść zasłony i spytać: AKUKU?!!!. O owej wędrówce przedwiecznej, o ważnej wyprawie, poznaniu tego, co PO. PO tym co teraz, po życiu i przemijaniu. Ale nie oszukujmy się dla tej Wiedźmy wizja Piekła była aż nazbyt znajoma. Nie ma tam nic nowego, nic do odkrycia. Passe i tyle! Niebo? Oj nie dla tej pani. Faceci w kieckach wyłącznie w Szkocji, a co jak co, wszyscy wiedzą, że tam Nieba nie ma. No przynajmniej owego… więc wybrała się Wiedźma Wrona Pożarta do Czyśćca. W celach ściśle naukowych, antropologicznymi osądami nękana.

A tam właściwie to tłoki. Na wielkim szyldzie, skalpelem obrzezanym, nad sterylnie metalowym, kratą okutym odźwierzu, stoi bykiem i wołem pisane: „PRALNIA nietylko CHEMICZNA, UZMYSŁOWIMY CI TWOJE PLAMY”. I skrzypią czysto, najwyższym tonem bramy i śpiewa dzowneczek zawieszony na przydrożnym drzewku… a ścieżka nie żółtą, a ceramiczną, bielutką filiżanką wyłożona. Śliska jak rozlane białko, świeci się gorzej niż zawarte między tylnymi odnóżami elementy dumy samczej. Ale iść trzeba, bo w końcu odpowiedzi się pragnie, czyż nie Wiedźmo? Oj pragniesz odpowiedzi, ciekawska jesteś, choć się do tego nie przyznasz. Na szczęście patrz, ot któż się to zawinął w tumany kocyka, przewodnik czyżby? A nie to, tylko Chochel. Ale będzie z kim słowo zamienić… a nie zwiał. Kurcze zobacz gaci nawet nie zostawił! Zniknął nim się Bramy Czyśćca zamknęły za tobą, więc sama pójdziesz.

I poszłą Wiedźma Wrona, by potem móc powiedzieć: czułam, widziałam, więc wiem! I zobaczyła rzeki i strumienie, balie i wanny, pralki wszelkich pór świata, a i tnące wodą gejzery. I wszędzie zobaczyła ludzi piorących szmatki. Trących o tary, kopiących o kamienie, w piasku tarzających, witkami okładających… tych co prali w proszkach i płynach i tych, co mieli tylko szare mydło, garść soli i sadzę z komina. I zrozumiała w jednej chwili, że nie pomyliła się w życiu i uciekła.

A za nią mieszkańcy Czyśćca wciąż próbowali wyprać to, co było idealnie białe, szukając plam, których zwyczajnie nigdy nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dodger/Spryciarz z Londynu” – powieść od Dickensa. Oj pewno, że doskonale zdaję sobie z tego sprawę, iż nie samym Dyskiem Pratchett żyje… że pomysłów ma więcej i wykonanie ich mu świetnie wychodzi… ale… Choć powieść dobra, intrygująca, bohaterowie Dyskiem pociągnięci niczym obraz werniksem, lekko, ale intrygująco zabarwieni… to jednak nie do końca mnie urzekła.

Powieść śliczna. O miłości, odwadze, wiecie honorze, tym wszystkim, co w przeszłości dalekiej miało jakieś znaczenie. O świecie kanałów i jego mitologii i pięknej dziewczynie. I o pewnym Żydzie, co się ze swoim Bogiem układa i o Dodgerze, który jest genialny, sprytny i lekko osobliwy jak Onan… więc dlaczego mnie nie powaliła? Bo to już było i u Dickensa i u pewnych muszkieterów.

Tylko dlatego. Ale może i dla tego, że ja od Mistrza wymagam zawsze cudów i tyle! Dobra powieść mnie nie zadowoli! Takam okrutna.

Pod Wyspą kryją się nader tajemnicze tajemnice. Bajer w tym, że na powierzchni cudów tyle, iż mało kto złazi w owe podziemia. A znaleźć tam można wszystko. Kżdy lęk przed ciemnością, każdego potwora spod łóżka i zza szafy… każde skrzypiące, kroczące monstrum, które było wyłącznie dźwiękiem… Zmaterializowane. Mają pod Wyspą swoje miasteczko, mają też sklepiki w jaskiniach, ale wiecie ruch mały, pi-ar niezbyt zachęcający, choć ederkoppery nader endemiczne się starają, naprawdę starają się jak tylko mogą, tkające chłopaki!

Ale ludzie mało teraz patrzą…

… znaczy mało patrzą dookoła. Bo w te małe, ciemne pudełeczka zawsze. Gadają do nich, robią nimi zdjęcia, głaszczą je i pieszczą często tak obscenicznie, że przydałaby się jakowaś polityczna poprawność, ale i ona się pieści, więc wiecie… przekitrane! Choć z drugiej strony więcej Wyspy dla Wiedźmy!!!

Bo to całe patrzenie w końcu zużywa widoki. Spłaszcza horyzonty, kolory jakoś wysysa, na pewno blaknie świat od patrzenia, czyż nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwsza Wyprawa Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Potwory z ograniczoną…

„Świat rozsmakował się w tym, co niegdyś uznawał za potworność, straszność, nawet obrzydliwość. Buty jak protezy, zęby nadnaturalnie białe i równe, zmarszczki zaprasowane na kantach twarzoczaszki, wiek nieokreślany, ciała wszystkie takie same, bez zróżnicowania, no i te ciuchy, w których już nie ma nic pięknego. A i ze zwyczajnych ciał niczego nadzwyczjanego nie robią. A same potwory? Owe definicje strachu, czyste przerażenia, możliwości straszenia innych i sprowadzania maluczkich do porządku dziennego?

Gdzież one…

A tu są.

Ograniczone.

Ograniczono im dietę, spółkę musiały założyć z ograniczoną odpowiedzialnością, boć potworności jako takiej już nie ma, to tylko… choroba – blech, ot niemoc, uleczalne zdziwaczenie dopuszczalnej odmienności!!! Pożądane serum na współczesność, albo też zwyczajna nadmierna ułomność, która dziwnie wszystkich kręci. Wampiry i łaki, legendarne stwory i lekko nieproporcjonalni człekokształtni. Skrzydlaci mocarze, ci o nadmiernie płynnej diecie i ci o owłosieniu wspomaganym odżywkami, wielkoludy i mikre staruszki woniejące lawendą. Były niegdyś dumne z siebie potwory. Nosiły owe długie zębiska i szpony, futra i wszelakie nadnaturalności z dumą… a teraz nic im już nie pozostało.

Zabrali ludzie wszystko i uczynili swoim i modnym. A potwory tak bardzo nie chcą być codzienne. Zwyczajne i znane wszystkim. Chcą być wciąż cieniem na ścianie, na którą nie pada promień światła i poruszającą się firanką w całkowicie bezwietrznym dniu… czymś niemożliwym, a nie kolejnym kaprysem ludzkości. Mocą i magią, a nie przebrzydłą codzienną, zwyczajnością…

Tylko czy im się uda? A może trzeba uznać za potwora zwyczajność. Słodycz różowiutkiego bobaska, która z łatwością pluje kwasem i macki z odwłoka wypuszcza? Może kolorowe baloniki w rzeczywistości są tylko pożerającymi oddech tym, którzy w nie naiwnie dmuchają? A urocze, barwne miejskie rabatki… niech staną się wciągającymi zakochanych, co to się zagapią, po stokrotkę sięgną, bagnami wieczności?

Przecież w to nikt nie uwierzy, czyż nie?

Ech! Jakie czasy, takie potwory, czyż nie? Nasze chyba zaczynają być nudne… wcale nie otwrte i wolnomyślicielskie, akceptujące ułomności i ogólnie wspaniałomyślne… po prostu pozbawione wyobraźni, jeżeli potworom kradną specyficzność!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Rudowłosa” – swoją przygodę z tą serią zaczęłam dziwnie, od środka. Dorwałam drugi tom i spodobała mi się taka odskocznia. Niestety… wyszło na to, iż „Mag w czerni” był najlepszym z całej serii.

Bohaterka o skomplikowanym drzewku genealogicznym oczywiście HOT i CRAZY, nie tylko demonuje, żłopie krew, ale i ma przed sobą wiele tajemnic swego żywota do rozwiązania. Na szczęście obraca się w intrygującym towarzystwie… które często odbiera jej status głównego bohatera!

„Zielonooki demon” – wpadając w coraz większe kłopoty, właściwie nic się nie wyjaśnia, ale czyta człek dla niego – DEMONA. Dla kotka bez włosków i Pussy Willow. Bo nie ma to jak barwne języki i postacie nietuzinkowe…

„Złotousta diablica” – i chyba czyta się tylko i wyłącznie dla owych pojawiających się dygresji, dla inności wygrzebanej z zakamarków myśli grzesznych… bo całą reszta krzyczy: ale to już było… Ale choć już było, lubię ich. Zwyczajnie. Owym pragnieniem poczytania czegoś znajomego, ale też szczerzącego zęby trochę inaczej…

Gdy nadciąga tzw. wieczór… cóż, długo by było czekać na mrok o tej porze roku, dziwnie jasnych nocy, ale wieczorność człek czuje w kościach. Ów lekki chłodek i zmęczenie materiału wnętrzności. Owo lżejsze kołatanie serca i drżące mięśnie… i szansę na to, że może znowu z nieba spadnie gwiazda i pierdolnie owego niezbyt lubianego prosto w miękki czerep?

Wyłażą chwiejne potwory umęczone słonecznym dniem, pewne, że i tak nikogo nie wystraszą. Bo ludzie boją się obecnie zakończenia ukochanego serialu, tego, że nowych ajfonów im nie starczy, albo, że w kolejce stojąc ktoś zwinie im stare… że odmładzające specyfiki nie zadziałają i ukochany celebryt jednak nie odmachnie im ze „ścianki”!!! Że telewizoró większych nie dostaną, albo świat zwyczajnie, samolubnie i bezczelnie skończy się, nim oni zdążą na kolejny sezon obrzydliwych torebeczek od Vuittona.

Dziwny ten świat, co to potworność w takich definicjach umieszcza… czyż nie? Dziwny ot jest!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potwory z ograniczoną… została wyłączona

Pan Tealight i Miłość dla każdego…

„Niewielu wiedziało, że nawet w książkach, w czymś co w końcu Wiedźmę Wronę stworzyło, co nią poruszało, co było tak bardzo znajome, co w niej biło i często… nadmiernie przyzywając psychotropy, do niej szeptało… Coś, czemu odpowiadała, co w sobie tuliła i czemu nuciła, fałszując, kołysanki… Było też owo coś, co ją przerażało, niepokoiło i trzęsło jej pozostałymi stronami. Co sprawiało, że płonęła niechcianym, dziwnie stroboskopowym rumieńcem, nie tylko w swoich odkrytych terenach, ale przede wszystkim tych mało znajomych, niczym owoc zakazany, co nie chce by go zerwać, tudzież zardzewiała dziewica, której ni w głowie ni w kadłubku, by z siebie rycerza wypuścić… Owo dziwne, zagmatwane, choć zwyczajne COŚ.

Otóż, jeżeli jeszcze nie wiecie, Wiedźma Wrona niektóre słowa w książkach pomijała i dziwnie w momencie ich napotkania ogólnie wyglądała. Czasem nawet akapity przeskakiwała, jęki odpychała od siebie, mlaski i stęknięcia z westchnieniem macicy miażdżyła. Czasem zdawało się, że nawet stronę z zamkniętymi oczami czyta, maca ją najpierw zapobiegawczo, jakby trującą miała się okazać, jak odskakuje, jakby ją ona sparzyła, potem drżącymi palcami ją przewraca, na wszelki wypadek jeszcze jedną i jedną… by się skończyło, by nie zwstydzało.

Cieleśnienie!

„Pani Kucipupa seks ze zmarłymi uprawiała
co było najważniejsze, do tego ich nie ożywała.”

No właśnie ten cały SEKS to nie był dla Wiedźmy!!! Znaczy ten opisowy. Ot owe męskości wypychające, się cieszące na widok jej lub kogoś innego, owe różdżki, mieczyki, stwardnienia całkiem w jednym miejscu skupione. Te pośladki kląskające niespójnym rytmem i mokre pościele. Owe piersi zwiększające się jak na wezwanie pierścienia Arabelli… i te jaźnie się splatające, chucie spławem w dół Niagary ruszające, nie bacząc na ostre kamienie.

NO ŚMIAŁA SIĘ… no!

Każdy ma jakieś swoje szaleństwa, a Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki miała ich udokumentowanych przez okolicę wiele. Jednak, gdy Pan Tealight przyuważył ją jak się nad opasłym tomem rumieni, jak dziwnie rozgląda, czy ktoś ja widzi, jak chowa po trawach i krzakach, jak unika niektórych stron… sprawdził przyczynę. I nie zrozumiał. Znaczy nie do końca, choć… potem zdybał Chowańca Wiedźmy i z całego serca, starajac się delikatnie nie naciskać na bolesne miejsca, zapytał. Gdy otrzymał odpowiedź, trochę nim majtnęło, bo któż by pomyślał, no i dlaczego akurat tak, pod tym kątem, w takich pozycjach?

Nigdy nikogo nie poznacie do końca, dopóki nie podejrzycie jak czyta różne książki. Jak wchłania rozmaite przygody… jak karmi się sytuacjami i jak się rumieni i w jakiej temperaturze!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wszędzie śnieg” – druga powieść tego autora i zaskoczenie. Bo oparta na faktach historia, w rzeczywistości nie tyle jest powieścią, ale rozbudowanym reportażem, próbą odpowiedzi na pewne pytania dotyczące szokującego odkrycia, zbrodni nigdy nie wyjasnionych oraz ludzi… o których mówi, że są potworami.

Szokująca, wciągająca, ale też inna. Nie jest to łatwa, opierająca się na rozdrapywaniu ran lektura, ale raczej przemyślany obraz wpływu otoczenia na winnych i niewinnych. Na zmarłych i tych, którzy mieliś owo szczęście – lub nie – by przetrwać! O prawdzie, która musi się wydostać!

„Upadek Hyperiona” – nie wiem dlaczego, ale potrafię powiedzieć o tej książce tylko to, iż jest niesamowita. Ogromna, potężna i odważna. Świat w niej przedstawiony nie tyle jest tłem, co głównym aktorem rozprawiającym się ze stereotypami i głupotami współczesnych ludzi. Bohaterowie są fascynujący i pełni, niepowtarzalni, choć tkwią stopami głęboko w tym, co dobrze znamy, naszej historii.

Jest w tej powieści, co ja mówię, w całym cyklu coś, co zawstydza. Co sprawia, że trzeba się kopnąć w dupę i spojrzeć na siebie inaczej. Jest owa pełnia filozoficznego pogmatwania, religioznawstwo i etnografia, socjologia i nauki, o których nie mamy nawet pojęcia. Jest i ów wciągający rytm, od którego nie można się oderwać, ale też ten brak lekkości, który przypomina nam o tym co książki NAPRAWDĘ potrafią!

Poważnie się zastanawiam nad tym co tak do grzyba zmurszałego grzmi mi dookoła? Burzy nie ma, w niebiesiech ino owo wszystko niebieskie, błękitne, ot chmurki nawet nie uświadczysz przemykającej na granicy horyzontu. A grzmi jednak. I psuje mi tutaj otoczenie swoim tętniącym hałasem.

Może i my jesteśmy na styku owych płyt, ale ziemia nie drży, więc pewno znowu się srzelają… ech! Nie lubię tych cholernych manewrów. Chłopięcych zabaw z bronią, szcozteczkami do zębów i wszelkimi toaletami. Może i nie wyrosłam z fascynacji mundurem i sznurem, ale jednak wkurw większy mnie ogarnia, gdy się panoszą militarnie po Wyspie!

Lepiej położyć się w trawie i nie bacząc na zwiedzające małżowiny uszne, oraz wszelako wnętrzności naszych mózgowin, ruchliwe robakostwo, zniknąć. Wsunąć się w ziemię, wilgotną, choć i tęskniącą za deszczami, lekko rogrzaną, pulsującą pragnieniem wydalenia nowego życia… może nie zauważą, że zniknęłam? W końcu ze mnie nie celebryta… ino zwykły dziwaczny, w jakimś tam procencie ludź.

A w ziemi, pod trawą i pragnieniem rozrodu, wyrzucenia w niebo pyłków i zielenin wszelakich, w prześciganiu się któż to w tym roku ładniej się wiosennie zzieleni… schowam się ja. W ciszy wszelakiej. Głębokos, tam gdzie ciemno i spokojnie, gdzie nadmiar dźwięku nie znajdzie…

… i tylko te robaczki niepokoją!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miłość dla każdego… została wyłączona