Pan Tealight i Biedronkowe Kamienie…

„Przeglądała się Wiedźma Wrona w lustrach… niegdyś.

Przeglądała by zobaczyć coś więcej, coś innego, nowego, nietuzinkowego, pojedynczego egoistycznie. Tego coś zza tej drugiej strony tafli porysowanego szkła, coś, czego nawet ona nie potrafiła dostrzec w samej sobie, w przeszłości, przyszłości i mętnej teraźniejszości… coś, czego nie dotykała nawet jej wyobraźnia. Pociągniętego srebrną farbą, a jednak przepuszczającego wszelakie zło… Z czasem przestała się przeglądać. Przyglądać tamtym światom i samej sobie. Z czasem jak zegarów, zaczęła unikać luster, rzek i kałuż, polerowanych z wielką pieczołowitością powierzchni metalowych i lakierowanych. Zaczęła kochać owe szaro-bure powierzchnie, zachmurzone, nie godzące się odbijać byleczego. I choć wiedziała, że jest dość specyficznym byleczym, to jednak nie kłóciła się z nimi. Uwielbiała te powierzchnie pokazujące coś więcej. Wiedźmę z dwoma głowami, poszerzoną poprzez niedotykalne dla niej czasy i przestrzenie, zakrzywioną, falującą, jakoś tak ekologiczną.

Kochała siebie tylko w tych zakurzonych beczkach i siebie w polerowanych kamieniach. Siebie odbijającą się jakoś tak częściowo, dziwnie dyskretnie, przypadkowo, odbijającą się tylko swoim odbiciem w zajętych pokazywaniem innych obrazów ramach i taflach, które oblepiły masy muszych zezwłoków.

Rozumiała to…

I tylko gdy zasypiała nie wiedziała jednego, że gdy jej własna, obarczona codziennością, w której musiała ciągnąć ją samą, tożsamość, ciągnąc oczywiście boleśnie, z satysfakcją paskudną za kłaki świadomość związaną sznurówkami z wiedźmowatością i wszelakim pojebem jej właściwym, wybierała się za nią, ktoś stawał pod jej oknem. Czystym oknem małej sypialni i przeglądał się nie w nim, ale właśnie w niej. Niej samej. Dziwnie wciąż ruchomej, ale nie odbijającej się…

Były to Biedronkowe Kamienie. Gigantyczne głazy, pełne różowatości i szarości, krystalicznych żył i spęknieć. Owi stojący tancerze, zwyczajne rodziny i nie mniej zwyczajni bogowie, symbole i zapomnieni herosi… Poznaczone kubkowatymi wgłębieniami olbrzymy, rzezane niegdyś ludzką ręką, a potem i artystycznymi tysiącami lat, opisane owym tajemnym językiem, który odczytać można było tylko na odwrót, i tylko przeglądając się w jakiejś wiedźmie!

Stawały w oknie, świadome owej uśpionej, jakże spokojnej nieodbijalności Wiedźmy i czytały siebie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Klątwa opali” – wciągająca przygoda. Pierwszy tom cyklu „Kroniki Tortallu”. Z jednej strony kolejna opowieść o nastolatce… przygoda, odrobina magii, przyjaźń i praca nad sobą. Honor, odpowiedzialność, spłacanie długów. A z drugiej, jednak coś świeżego! Nasza bohaterka jest wrażliwa, trochę bardziej nietypowa, trochę mocniej oddana sprawie. Ot Szczenię zaledwie, ale rozmawiające z duszami unoszonymi przez srające gołębie i z wirami… widząca więcej, słysząca więcej, przywiązana dziwnym poczuciem odpowiedzialności do najbiedniejszej z dzielnic… choć nie musiała przecież. Bo jej życie mogłoby być inne.

Zresztą cóż to za życie – być Psem?

Powieść ma charakter przejrzystego, zwykłego dziennika, osobistej wyprawy nie tylko w świat otaczający Beccę, ale przede wszystkim i w nią samą. Odkrywającego powoli jej przeszłość i teraźniejszość, ale i specyficzny świat, w którym żyje. Jest prawdziwy, jakiś taki naturalny, normalny, a przecież i tak bardzo magiczny, fascynujący. Zresztą, nie oszukujmy się! Nie tylko nasza narratorka zachwyca, bo Tamorze Pierce udało się powołać do życia sporo postaci, w których można się zakochać, które są sobą, nie poddają się modzie, zadziornych, intrygujących, podejrzliwie wrednych, ale i tych nadzwyczaj honorowych…

Jednak najlepsze jest to, iż to dopiero początek przygody!

Wyspa poznaczona jest mniej lub bardziej Biedronkowymi Kamieniami. I to moja osobista ich nazwa, choć cała ta „biedronkowatość” ma się w rzeczywistości całkiem na opak. Interpretacje… cóż, raczej większość interpretuje je jednako, nie wysilając mózgownic, nie sięgają do kwiczącej z zasobu teorii wyobraźni, wypychającej paluchy do góry, zgłaszającej się jakże chętnie do odpowiedzi, nie odrzucając krępującej codzienności i wpojonych współczesnych norm… A przecież od solarnych systemów, od nieboskłonów i kalendarzy do prawdy może droga być daleka. Może ktoś zwyczajnie miał stukowego Touretta i tak sobie ino wgłębienia robił? Może lubił statki rysować, albo w specyficzny sposób czas zabijał? Może dłużników dekapitował tak mniej krwiście, a może tylko i wyłącznie ręka mu drżała, gdy kamyk sobie polerował?

Może…

Może tak naprawdę znaczyło to tak wiele, że współczesny osobnik, który do wszystkiego ma maszynki i ciężko mu dojść do sklepu, od razu rozgląda się za autem… nie jest w stanie tego objąć myślę leniwą? A może jednak tylko niewiele znaczyło – choć akurat w to trudno uwierzyć. By ustawić te kamienie, by je ozdobić, by wybrać właśnie takie głazy, przyciągnąć, w kółko niczym klocki poumieszczać, nie mogło to być OT NIC… więc czym to było? Tylko pomnikiem, pamiątką? Specyficznym wystrojem terenu, parkiem dla zmarłych? A może obrazem całego świata? Tu mamy kobietę, tu trzy staruchy, tu stoi młoda, tu matka, tu babka, a tam zwykły pisior i tyle… bo pewne sprawy się nie zmieniają. Ludzie rodzą się i umierają… płodzą się, wciąż tak samo w ciążę zachodzą – poza wyjątkami – a potem wydalają parazyta i od nowa.

Ale jeżeli pewne rzeczy się nie zmieniły, to dlaczego zanikło ich rozumienie? I dlaczego Biedronkowe Kamienie są tak zapomniane i niemożliwe do odczytania? A może jednak to one czytają nas?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Biedronkowe Kamienie… została wyłączona

Pan Tealight i Nocne Wrony…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki spała.

Na płaskim, skołtunionym posłaniu wierciła się ona, książki, nienamalowane obrazy i niespisane opowieści. Pokotem leżeli wykorzystani przez nią bohaterowie wszelkich powieści i niemożliwe do scharakteryzowania podmioty wielce literackie. Oraz ci, których jeszcze nie dotknęła, nie zmacała, nie poznała, a dopraszali się tego, różnymi sposobami, aż zmęczeni zasnęli, czekając na kolejną akcję… Tam spod czerwonej poduszki wystawał ogon smoka, dość obśliniony, po drugiej stronie gołe półdupki Chochela, chochlika pisarskiego wiedźmy. Poniżej linii snów pełzały dziwnie ożywione, wszelkie diabły, utopce i demony, tęskniły za śpiacymi, ale wiedziały, że tylko teraz się pożywią bez utyskiwań na ich specyficzną dietę… Mieniący się kobaltem śluz pokrywał całą, nie zajętą przez Wiedźmę sferę.

Zawsze znikał rankiem i nikt nie wiedział o co mu chodzi.

Z drugiej strony strasznie chrapał, jak zwykle, rytmicznie gulgocząc i przełykając dziwaczne, nierealne napoje, Chowaniec Wiedźmy… jego strona łóżka jak zwykle wydawała się być jakże egoistycznie samotna, zawierająca wyłącznie jego, ale jakoś zawartości wiedźmiej strony snów, nie spieszyło się robić wycieczek. Wszyscy wiedzieli, że po Tamtej Stronie Pysia dzieją się toksyczne sprawy… Zbyt toksyczne nawet dla tych zbytnio mało widzialnych dla świata, lub tych jeszcze nie zdemiurgowanych. Nawet ci wykwitli z szatańskiego nasienia wzdrygali się na samą myśl. Wszelkie biaki, file i różnorakie łaki chrapały pospołu, nie bacząc na granice i zatargi, kłapiąc zębami na zbyt żwawe pchły i inne gryzaki…

Na wszystko to spoglądały dziwnie nazbyt żywotne oczy pluszaków i pulsujące ramy obrazów, a Wiedźma tylko śniła. Rozrzucone ręce kiełkowały ciemnymi piórkami, a nogi pokrywała dziwna łuska, ale nawet ci spod łóżka tego nie komentowali… mieli mało powietrza, co zdarzało się w zbyt ściśniętych środowiskach. Śliniła się, strużka cieczy leniwie zmierzała ku jej uchu gardząc prawami grawitacji, ale nie to było dziwne. Dziwne były trzy szare wrony siedzące na jej głowie, wczepione pazurami w skołtunione włosy, srebrzyste, dziwnie wyróżniające się swoją wykwintnością.

– Tylko miękkie tkanki, tylko soczyste, oczki podmroczki, śluziste…

– Gienka, ty się lepiej do roboty zabierz, serio jesteś opóźniona w czasie i przestrzeni, ssij z prawej strony ten o księciu, koniu i zamku, bo nam się towar opuści, omsknie na skali wiedźmowania i będziemy miały przedziobane! Wciągaj te pozytywne, rzygalnie tęczowe bzdury!

– Marzycieli nie rodzą
marzycieli tkają,
w proch tchną,
żywot obracają.

– No z kim ja kurna pracować muszę?!!! Wciągaj o pantofelku, wciągaj!

Bo są w świecie rzeczy, co stać się muszą i niby ludzie, którzy sobą powinni jednak pozostać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Skąd wieje wiatr” – opisywana jako powiesć oniryczna, rzeczywiście taką jest. Na poły realna, na poły baśniowa, ale jednak nie do końca spójna i czarująca. Kobiety, koty, mężczyźni, którzy niczeg nie rozumieją… oj nie jest to Bacigalupi czy Valente. To raczej autorka z potencjałem, która jednak nazbyt trzyma się wciąż rzeczyswistości.  Aczkolwiek warto spróbować, by przekonać się, że wciąż istnieją tacy, którzy próbują pisać inaczej, przekazać więcej!

„Morderstwo w Madingley Grange” – bardziej niż powieść kryminalna, dowcipna, sprawnie skonstruowana, kręcącą, wciągająca opowieść wybitnie angielska. Ot niewielka czarująca posiadłość, rodzeństwo, co to z chęcią przejmie ją z rąk ciotuni i pewien pomysł. Na grę starą jak świat. Zabijmy kogoś i rozwiążmy sprawę… Znamy to z Agathy Christie? Znamy, pewno… ale Graham dorzuca coś od siebie, ową subtelną dziwaczność społeczeństwa, współczesność, niespełnione marzenia…

… serio? Więcej tutaj ciekawej, pasjonującej mozaiki bohaterów niż rzeczywistego mordu i dlatego warto przeczytać! Dla niej zzombiłam nockę i nie żałuję. Kocham Caroline Graham, nawet jeżeli czasem zbyt wiele w niej Christie. A może właśnie dlatego? Pierun wie!!!?

Po palącej wprost suszy początku lata nadszedł lekki deszczowy dzień i wszystko ucichło. Jakby zalało wszelkie usta, nosy, gardła i inne wszelako mało chętnie macalne otwory głosowe. Tudzież te wydające takowe, zbieżne z dźwiękiem tony muzyczne. No sami wiecie. Wydawało się, że przez chwilę, bombardujący kroplami deszcz przegra z pragnieniem mojego sąsiada, by pobawić się jakąś warkoczącą zabawką… ale jednak natura wygrała. Wyspa chce ciszy. Albo zwyczajnie szykuje coś paskudnego, bo serio potrafi to, jak każda kobieta umie być wredna!

I dzięki temu wciąż zachowuje odpowiednia figurę na owej planszy bogów… te szachy, chińczyk, kości, monopoly, czy w co tam lubią sobie nami pograć?

Może czasem zwyczajnie nie chodzi tylko o nawodnienie rozpukujących się kasztanów, orzeszków choinkowych czy żołędzi? Może czasem jest w tym wszystkim coś więcej? Może jeszcze więcej niż mieści się nawet nazbyt wiele dumającemu osobnikowi pod kopułką? Może…

… może jest w tym jeszcze więcej, niż w ogóle można sobie wyobrazić? Oliwienie szafy do Narnii, podszywanie kapeluszów i odpajęczanie króliczych nor, szlifowanie hammerów, szlifowanie wrzecion i ostrzenie igieł? Mniejsza o cały ten bagaż myślowy, oto czas, w którym super się śpi i śni! I to mnie trochę przeraża, bo przecież to całe śnienie nie może być tylko chemią mózgu, nazbyt to wszystko pokitrane!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nocne Wrony… została wyłączona

Pan Tealight i Upałowe Upiorności…

„Świat był wyłącznie mirażem, aczkolwiek nadzwyczaj wymyślnym, wysokiej jakości. Pomieszaną szaleńcem, trzepaną ułudą, bełtaną grzesznością wizją rozgrzanych cementów, kamieni, szos, zbóż i drzew… Światów rozmyślnie wymyślnych, zaskakujących, nigdy jeszcze nie opisanych, nigdy jeszcze nie targających niczyjej mózgownicy, które pojawiały się na chwilę, mieszając w rzeczywistości Wyspy i pogrywały ze wzrokiem zewnętrznym, jak i wewnętrznym… jak ktoś posiadał w nadmiarze, to i z trzecim okiem zagrały w bierki. Morze starało się udawać, że nie istnieje. Gęste od wodorostów nawet się nie poruszało, za to ryby urządzały tam całkiem niezłe zawody… w zasypianiu.

Chatka Wiedźmy rozmywała się w swoich typowych kształtach. Jedyne co było nadzwyczaj łatwe i opisowe, to okna. Na lekko mieniących się, dziwnie matowych oknach powoli dochodziły do siebie musze zwłoki. Proces zombienia gadzin jak najbardziej przechodził czyjekolwiek wyobrażenie. Szkieleciki zachodziły patyną, a malownicze, lekko tchnące dawnymi mistrzami pędzla resztki, powoli zmieniały się w wysokiej jakości wiekuiste powłoczki. Żółte wnętrzności, lekko różowiejące się flaczki i elementy lotne miały stać się nową zbroją w wiekuistej podróży poprzez inne życie… Ogólnie mówiąc szlaczki dojrzewających owadzich zwłok przydawały nadzwyczaj artystycznych rysów umęczonym cegłom. Dachówki zaczęły się buntować i domagać się wakacji w mroźnych krainach, drzwi postanowiły się zamknąć i nawet nie marzyć o przeciągu opływającym klamkę. Wszystko zwyczajnie miękło, cierpiało, grzało się i parowało…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki topniała… Siedziała na środku pokoju i nawet już nie oddychała. Powietrze dawno się skończyło. Nikt już nie miał nadziei na jakikolwiek haust czegoś choćby chłodniejszego, co wydostałoby tą powolność z kości i dziwną gęstość z mięści. Nikt nawet się nie ruszał, ale porozkładane dookoła Wiedźmy wszelakie wiadrka i słoiczki, miseczki i buteleczki, stare garnki a nawet doniczki… wygrywały dziwną, męczącą, ale i podniecającą melodię. Za Wiedźmę w płynie płacili wiele na Jedynym Północnym Targu. Chochel przyniósł własne, dość juz wysłużone naczynie, zbytnio przypominające porcelanowy nocnik w stokrotki. Tylko on był na tyle wybudzony, by lekko podnosić go i opuszczać, łapiąc pędzące ku ziemi krople. I tylko on wiedział czym tak naprawdę to wszystko może się skończyć. Wszystkich dziwiło jego błyszczące, szeleszczące ubranko, jakże nieodpowiednie na ową aurę. Ale nie mieli sił by o tym myśleć, dlatego nawet nie zauważyli, gdy chochlik uciekł, gubiąc po drodze papierki po czekoladkach i sreberka z kwiatków, pozłotę ze świętecznych pudełeczek i listeczki złota z choinkowych bombek…

… a potem się oczywiście zaczęło. Bo niczego nie bierze się od Wiedźmy za darmo, niczego nie dostaniesz, jeżeli nie poprosisz, jeżeli nie ugłaszczesz najpier kłów i pazurów, nie upuścisz jadów i wygrzebiesz kolców… Przekleństwem stanie się zwyczajne sępienie, upierdlistwo i wykorzystywanie nawet tak bardzo zmęczonej, spoconej, żałosnej w strąkach Wiedźmy Wrony!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Cena za honor” – mówi się, że są babskie książki… i dlaczego nie. Za to ta na pewno przynależy ku płci odmiennej. Język autora, pewna dosłowność mnie nie przekonały. Czyta się ów kryminał ciężko i choć jak najbardziej zauważa się profesjonalizm opisywanych scen, ową prawdziwość, w końcu mamy do czynienia z byłym policjantem, to jednak coś zniechęca, coś odpycha… coś nie gra w dialogach, coś dręczy mnie w opisach bohaterów. Coś denerwuje i dziwnie zawstydza…

… a może zwyczajnie nie jest to książka dla mnie?

„Szepty” – oto powieść, która odleżała swoje. Nic na to nie poradzę, że jakoś mnie do siebie nie przekonała, przeraziła mnie owa „kobiecość” akcji opisywana na okładce, owo pojednanie dusz i cała ta słodycz. Ale przyduszona brakiem czegokolwiek do czytania… przeczytałam. I zaskakująco nie było źle. Co więcej, zakochałam się w głównej bohaterce, pani w owym wolnym wieku, kiedy to można chodzić ze spódnicą w gaciach i cieszyć się spojrzeniami mężczyzn…

… bo mimo opisu to powieść dowcipna i jeżeli tak ją potraktujecie zachwycą was swoją siłą starsze damy. Jednak jeżeli skupicie się na owym głębszym tchnieniu, na owych szeptach międzypokoleniowych, to jednak czegoś w tym brakuje. Czy tak czy tak warto. W końcu w owym świecie kultu wyłącznie młodych i wyłącznie chuduch dup takie kobiety dają prawdziwego kopa!!!

Wyspa zdaje się smażyć równiutko z prawej i lewej z dołu i z góry. Morze postanowiło zmienić stan skupienia i zmieniło się w dość bogaty i wyraziście aromatyczny kapuśniak, vel szpinakowa z czerwoną kapustką… A sama woda, gęsta, bogata we wszelkie upiększające sole i inne dziwaczne mineralności. Wchodzisz, jak już uda ci się nie wrzeszczać przechodząc przez butwiejące wodorosty, potem przez te jeszcze unoszące się w wodzie, nie potknąć o kamienie, nie myśleć o rekinach, może i miniaturowych, ale jednak głodnych, które mogły się tutaj zabłąkać, owych jadowitych śliskich gościach z Luizjany a może i parzących meduzach… jak już dobijecie do jaśniejącej gdzieś tam łachy piachu można odetchnąć. Niczym w Morzu Martwym pounosić się na niezbyt ruchomej powierzchni i poudawać wieloryba…

… bo cóż więcej można w takiej temperaturze?

Gdzież się podziała owa Bryza, z której słynie Wyspa? Jakież to okrutne teraz brać sobie urlop od podwiewania i obwiewania, od szarpania ciuszków, porywania włosów, plątania wszelkich nici i wyrywania piór. Może się zgubiła, może wlazła do czyjegoś kempingowego, wypasionego wózka, przysnęła nad serialami telewizyjnymi, obżarła się wymyślnych chrupków zagramanicznych, popiła nazbyt procentowym bonusem… zatopiła w poduchach, zapomniała…

… wakacje się jej zamarzyły, a tutaj poty obsuszać trzeba, jakieś poruszenie wywoływać, pięknej dziewczynie podwiać, przystojnego panicza lekko lodami obsmarować, by potem zlizać… no sami rozumiecie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Upałowe Upiorności… została wyłączona

Pan Tealight i Dziewczynka z Wosku…

„To nie tak, że wszystko po krakowsku…

To raczej tak zwyczajnie, niegdyś pewna, zwodniczo piękna i nadmiernie chętna Krakowianka miała Chłopca z Drewna i Dziewczynkę z Wosku, co wcale nie było rymując się po krakowsku. Nie była to ni mitologia, ni zaczyn nowej religii, ot Ślepy Traf po ludziach chodzi, a że nie widzi, to trafia jak mu leci… No wydarzyło się, zdarzyło i trzeba z tym żyć. Ale Krakowianka szybko wydaliła ducha, a bez ducha i dycha nie da się wydychać, więc jakby tak zmieniła się w mniej żywą, aczkolwiek nie całkiem zombie. Bo w tym Krakowie, to podobno lubią być sobą, a nie ślepo postępować w szpony Wielkiej Mody. I tak jakoś wyszło, że przy braku namacalnym matki, jakoś nikt nie wiedział kto jest ojcem Dziewczynki… i czy serio był z niego nader Stary Knot, lub bywalec Usznych Małżowin – takie tam nieczęsto odwiedzane uzdrowisko, ani Chłopca, który miał problem z przewiewnością swojej postaci.

Smaczny był. Dziurawy…

Mniejsza o występki kontynentalne… po śmierci mateńki w pasiakach i chustce, skoligaconej z dziwnym facetem co sobie lajkuje koniki, rodzeństwo udało się w podróż po świecie. Najpierw spłynęli rzekami, którymi się tylko dało, bo obydwoje prawdziwiej niż Titanic, niezatapialni. Potem próbowali przejść góry, ale kiepsko im szło… w końcu dopadły ich problemy finansowe i Chłopiec postanowił sprzedać Dziewczynkę. W końcu ładna taka, łagodna, dziewica jak nic. Podstępem wystawił ję na aukcji w szatańskim dziele Wszechświata, czyli codziennym naszym i waszym Internecie, i zeszła szybko, pożądana przez wielu…

Jednak nie myślcie, że Chłopiec był okrutny. Rzeczywiście nic nie czuł do tej miękkiej, dziwnie nieforemnej baby, ale jednak napisał, zaznaczył, iż kupiec winien się nią opiekować dobrze… I nabył Dziewczynkę z Wosku Mężczyzna o Twardych Rękach. Na żonę ją nabył, bo widziała mu się zdolna do uformowania, zdolna by ukształtować ją na swoje wynurzone, wymarzone i lekko pokrzywione pragnienie. I zamieszkali oboje w jego pięknym Domku z Pszczelich Bali i zaczął Mężczyzna kształtować Dziewczynkę, która właściwie już dziewczynką nie była, ugniatać ją, podgrzewać, wkładał w znane formy, potem zaczął rzezać własne, wytapiać, wypalać i szlifować, tutaj ujął, tutaj dodał, to lekko podkuł, to spiłował. Rozejrzał się po pradawnych kształtach, zasięgnał porad współczesnych demiurgów…

Ale tak naprawdę wciąż z żadnej nie był zadowolony, więc wciąż szukał, wciąż zmieniał tak naprawdę się nią wcale nie ciesząc, dążąc do czegoś, co było niemożliwe, niewykonalne i dość śmieszne…

Dziewczynka, poddawała mu się. Jednak z czasem jej wosk, dotąd miękki, jakże poddany każdemu wpływowi, każdej kropli deszczu i każdemu promieniowi słońca, zaczął twardnieć. Mężczyzna zaś z czasem starzał się, miękł, dziwnie się rozłaził. Zaczął w końcu wszędzie chodzić z nitką nawleczoną na igłę i gdziekolwiek był, zaszywał dziury, łapał oczka i dorzucał łat… Zapatrzony w kształtowanie samego siebie, zakochany w tym, kim mógłby się stać, zapomniał o swojej żonie.

I dlatego odeszła od niego Dziewczynka z Wosku. Poczuła się nieistotna tak naprawdę, niemożliwa, niedokończona, choć pełna i twarda zarazem. Odnalazła swojego brata, zemściła się wymyślnie i kończąc tortury wydłubaniem z niego zgrabnej łódeczki udała się na Wyspę. Zamieszkała z Panem Tealightem i urodziła po latach dziwnego, poczerniałego Knota o Miękkiej Duszy.

O ojca nikt się ponownie nie pytał… ale podobno Warszawianka miała Chłopca z Wianka, więc sami rozumiecie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Sny” – są niesamowite, zaskakujące, nietypowe, właściwie nazbyt cienkie, pozostawiające niedosyt, a jednak inspirujące… To nie tyle powieść, co broszura, ot sieć, w którą przez przypadek załapali się ludzie połączeni pewną parafią. Pewnym Proboszczem. Osobowości niewielkiej mieściny. Zwyczajnej, codziennej, niczym się nie wyróżniającej… poza tym, że jakoś zgonów się tam namnorzyło, a co gorsza wszystkie wyśnił ksiądz…

Jednak, czy to on śni… i sen staje się ciałem, czy też odwrotnie? Kto jest mordercą i kto uwierzy Proboszczowi?

Warto przeczytać z powodu języka, z powodu zamkniętych w tej książeczce postaci, z powodu pomysłu może nie nowatorskiego, nie powalającego na kolana, ale pięknie napisanego. Z powodu zwyczajności, która tak wiele wie i tak wiele nie zauważa… No i wiecie, kruki i wrony, kruki i wrony, kruki i wrony!

„Moc i Cesarzowa” – kryminał ze szklaną kulą w tle… a dokładniej ezoterycznym snem, który trwa, ale czy zabija? Gdy pani komisarz natyka się na zwłoki, gdy porównuje modus operandi, zdaje się, że wszyscy wiedzą kto jest mordercą. Problem w tym, że on nie mógł popełnić tych zbrodni… więc kto? Naśladowca? A może jednak zamieszane są w to siły ponadprzyrodzone?

Od razu powiem… książeczka ma potencjał, ale jest za cienka! Tu nawet nie chodzi o mój prywatny horror vacui, o przerażenie, jakie budzą we mnie cienkie książki, ale tutaj tyle jeszcze możnaby napisać. To bardziej szkic, niż powieść, szkoda. Za mało tutaj głównej bohaterki, za mało opisowości, jakiejś gawędy, otoczki… Za mało, a tak trąci milusio skandynawskimi opowieściami.

Taka nienajedzona się czuję!

Czasem mi się wydaje, że w sezonie Wyspa daje sobie spokój z nadmierną baśniowością i magicznością. Jakoś znosi te depczące stopy obute w wymyślne sandałki i wszelkie frymuśne buty marszrutowe, w owe klapki niemożebnie plastikowe i rowerowe ciskacze pedałków. Znosi, lubi może, lekki masochizm przedstawia w owych swoich sympatiach, w deptaniu, rozjeżdżeniu, rozbieganiu i rozwrzaskiwaniu, ale też jakoś wiecie, chyba nie wszystko gościom daje. Jednak raczej zatrzymuje pewne sprawy wyłącznie dla nas… Tubylczaków.

Tylko strach pomyśleć… dlaczego to robi? Czyżby przyjezdni nie byli w stanie wytrzymać wszystkiego? A może męczyć należy wyłącznie tych, których wiecie… no kocha się nadmiernie?

To przynosi na myśl dwie sprawy.

1. Chyba nas jednak KOCHA!!! Aaaaa…

2. Kurde, może kocha, ale też traktuje jak doświadczalne milusie, słodziutkie zwierzątka? Może i racja, może lepiej o niektórych sprawach nadmiernie nie myśleć… może? A z drugiej strony, jak już Tubylczak zasmakował owych cudów, pośród smaków, zapachów, kolorów i kształtów, to pewno uzależniony. Raczej nie wyrwie się z Wyspy na dłużej? No bo ja na pewno!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziewczynka z Wosku… została wyłączona

Pan Tealight i Przeszłość Przeszłości…

„Przebudziła się pewnego dnia Przeszłość Przeszłości. Przewróciła się na drugi bok pod wzburzonymi falami, pod kamieniami i znaczonymi powiewami morskiego wiatru piaskami, pod wodorostami, pod morskimi bytami i tym wszystkim, co niegdyś zostało zapomniane. Przebudziła się, przetarła oczy, rozpostarła skrzydła, dziwnie śliskie, wężowe, omszałe i zapragnęła dać się poznać światu. Wzniosła się więc ponad wody, wzbiła z dna, odrzuciła wszystko to, co ją skrywało i nagością ozdobiła niebo…

… ale nikt nie patrzył tego dnia w górę. A nawet jeżeli patrzył, zwyczajnie nie ją chciał zobaczyć.

Powoli słabła, nudziła się, latała to w tą, to tamtą stronę, ale nikt nawet jej nie zawołał, nikt nie pomachał, nikt nie wysłał bombowców i badających balonów. Ot nie istniała, niewidzialna, nie była nawet… Dlatego postanowiła dotknąć ziemi. Opaść na tą dziwnie nieruchomą, na ową nie znaczoną pływami, ciepłą, miękką, dudniącą ziemię. I ruszyła ulicą, dróżką, poprzez miasto, poprzez las… Pachniała przy tym ogniskami, mięsem ociekającym na szczapy i konary, dymem i gliną, krzeminnymi iskrami i dziwną spokojnością. Pachniała drzewami, ogromnymi, pewnymi swej mądrości, przyjaznymi dwónogom i głazami, korzonkami i liściami. Jaskiniami zdobionymi w zwierzęce i roślinne duchy. Była wszystkimi kolorami i jedyną prawdziwością ognia i wody…

… ale nikt jej nie zauważył. Ni w mieście, zajęty tym co znajome, modne i nowoczesne, ni w lesie, który rzadko kto odwiedzał.

Przeszłość Przeszłości zaczęła więc pukać do drzwi, walić w okna, drapać w ściany. Zaczęła wydawać owe wszelkie dźwięki, których nikt już nie pamiętał, nikt nie potrafił zrozumieć. Zaczęła pisać znaki, widząc, że znów nikt jej nie zauważa, ale i ich nie zrozumiano. Brodząc rzekami, zaglądając w dziwnie nudnie uporządkowane ogrody… zaczęła zwyczajnie, powoli wątpić. Pomiędzy tymi wymuskanymi placami, albo tymi zarzuconymi odpadkami, traciła nadzieję…

Może tak naprawdę to nie był jej świat?

Ale przecież czcili tutaj Przeszłość… stawiali jej pomniki, machali flagami, rozrzucali kwiatki. Prowadzili procesje i wykrzykiwali nowenny imion! Dlaczego więc nikt nie pamiętał o niej? Dlaczego niektórzy zaprzeczali jej istnieniu? Dlaczego w ogóle jej nie zauważali? Bez metki, bez szokującej definicji, plemienia celebrytów opowiadających się po jej stronie i rzeszy projektantów, bez swojego zapachu i nowej linii biżuterii krzemiennej raczej nic nie zdziała. Bez spotów reklamowych i przynajmniej jakiegoś singiela z serii: „Rolling stones”… nadal nikt jej nie wysłucha… więc może tak naprawdę nie warto?

Zamyśliła się Przeszłość Przeszłości nad światem, którego była początkiem, nad ludźmi, którym dała oddech i ciało… i powoli wróciła nad morze. Pod fale, pod kamienie i piaski, pod wodorosty i wszystko to, co niezbadane, bo przecież taki Kosmos ważniejszy, wyższy, większy… Nie zauważyła niewielkiej Wiedźmy Wrony, która machała na nią. Nie zrozumiała malutkiej fanatycznej, dziwacznej sylwetki, która przecież przemawiała jej językiem, łykała jej święte kamienie i zlizywała krople. Nie domyśliła się istnienia siebie w tym świecie…

Bo zwątpiła zbyt wcześnie… i sama była tylko tym, co jest Teraźniejszością Przeszłości Przyszłości.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Blask” – zaskakująca powieść. Brutalna, prawdziwa, ludzka owym brudnym człowieczeństwem… wciągająca cholernie! Pierwszy tom serii „Gwiezdni wędrowcy” urzeka narracją, poruszaniem trudnych, poważnych, bolesnych często problemów. Od razu sprawia, że rozumiemy bohaterów, a nawet, co więcej, identyfikujemy się z nimi… Bo choć akcja dzieje się w przeszłości, to przecież człowiek jako taki, choć jego ziemia, to statek kosmiczny, nie różni się od nas. Kocha i chce być kochanym. Jednak… cóż, ważniejsze są dla nich, dziwnie istotne, patriotyczne kwestie przedłużenia gatunku… Wyobraźcie sobie świat, w którym właściwie wymaga się od was tylko… rodzenia kolejnych ludzi.

Wiem, że serię reklamuje się jako powieść dla nastolatków, ale ja zarwałam noc. Zarwałam ją przez pewną pradawną umiejętność, jaką charakteryzuje się autorka, ową ponadnaturalną niemalże łatwość nawiązywania kontaktu z czytelnikiem. Ową prostotę języka, ale też brak lekceważenia odbiorcy. Dałam się porwać, wkurzyć, mieć nadzieję… zdążyłam wybrać stronę, po której się opowiem w przyszłości, ale też dałam sobie prawo do zmiany zdania…

Nie mogę się doczekać kolejnych tomów!!!

Przeszłość Przeszłości na Wyspie ma swoje własne miejsce. Zwyczajnie i bezczelnie jest sobie wszędzie i nie pozwala traktować się jak śmiecia. Zawsze ma coś do powiedzenia, i choć większość odpędza się od jej słów, jak od uciążliwego komarzyska, to jednak i tak słuchają. Nie można inaczej. Nie wtedy, gdy każdy kamień zdaje się przypominać o owej subtelnej świętości przetrwania. Gdy każdy wiatr przynosi na swoich skrzydłach pradawną mowę, a natura, prostota i intuicja… nie są tylko definicjami w zakurzonych słownikach, a zwyczjanym elementem codzienności.

Bo Przeszłość to jedno, to często przymus i wrzód na dupie, te rocznice, które serio nic nie znaczą, owe parady i machanie sztabówkami, owe nudne przemowy i okolicznościowe znaczki, a Przeszłość Przeszłości, to coś, co zakopało się w śmieciowym DNA i dobrze czasem je w sobie odkurzyć, odpajęczyć i znowu wykorzystać.

Jeżeli dobrze się wsłuchacie, na owej starszej, mojej części Wyspy, usłyszycie maskotkę Przeszłości Przeszłości. Dinozaura… Jak biega pomiędzy zaparkowanymi autami, jak szeleści namiotami, możecie usłyszeć skamieliny, które znowu nabierają wilgoci i zmieniają się w życie przed końcem. Jak najstarszy Dąb na Wyspie znowu czuje się jak młodziutka sadzonka, która umknęła wszystkim siekierom. Jak w kurchanach znowu zaczynają partyjkę kości, a nad wszystkim unosi się aromatyczna potrawka z tegocosięzłapaćudało…

… ot zwykła Przeszłość Przeszłości. Ciekawe co na to jej Matka?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przeszłość Przeszłości… została wyłączona

Pan Tealight – Jak smakuje Wiedźma?

„Spoglądała na mieniące się odcieniami wszelkich wodnych barwności, lekko rozbudzone fale, na morze dziwnie ożywione, a raczej jak zwykle ożywione, gdy się do niego zbliżała. Niby wielki potwór, z ciekawością spoglądający na jakże pogodnie oddającą mu się ofiarę. Poddaną, wierzącą, fanatycznie posłuszną. Morze Wyspy było gotowe zatopić jej buty, a jeszcze chętniej nogawki spodni. Czuło, że Wiedźma Wrona pragnie pływać. Pragnie zanurzyć się w owej ruchomej konstrukcji wilgotności, pragnie unosić się, nurkować, czuć się inaczej, kołysać… aczkolwiek nie nazbyt, bo się porzyga.

Wiedźma się jednak bała… Dobrze pamiętała, że kilka lat temu Morze postanowiło nią zawładnąć do końca. Nie tylko jak zwykle zlizać z niej słodko-słonawą, jaśminową magię, nie tylko smakować, rozkoszować się kropelkami oddawanymi za przyzwoleniem, ale i wtargnąć do owego tajemniczego wnętrza. Zalać ją, zatopić, zjednoczyć ze sobą i już się z nikimi nią nie dzielić. Pamiętała tę chwilę, cichą, gdy przestała się bać, a woda zamknęła się dookoła niej. Mimo sztormowej aury, dziwnie nieruchoma, niczym żywica zalewająca cennego robaka, bursztyn połykający motyla. Pamiętała nazbyt dobrze ten spokój, dziwy wynurzające się z nieruchomości i rozpoczynające swój taniec…

… wciąż za tym podświadomie, niewypowiedzianie, wstydliwie i milcząco… dziwnie jednak tęskniła. Za owym uczuciem pewności, spokojności, bezpieczeństwem, ciszą, cudowną słodyczą braku powietrza, oczami, którymi nikt nie przeszkadzał patrzeć, powiekami nagle nie potrzebnymi, uszami oddalającymi niepokoje…

… tęskniła.

Także za nimi. Dziwami. Niby nieznajomymi, a jednak jakże właściwymi, nazwanymi, domowymi. Diobły i Utopce, tak spragnione wizyty, potem łyskające świecidełkami Morskie Łebki i Podwodne Sroczki, Mini Mermejdy i zaskakujące, poważne Dostojne Havfrue. Oblane zielonkawą poświatą Mokre Dusze, przerażające tak wielu, a przecież jakże zabawne, słodkie Zapomniane Obgryzione i ciche, dziwnie lepliwe Te, Które Nie Chcą Do Ziemi. I innych: Szeptacze, Szperacze, Chlupacze i Wołacze, Jękliwe Wraki i Zapomniane Szkiełka już nie odbijające nikogo, niczego. Dziwnie zadowolonych, odświętnych… pożerających ją. Spragnionych, głodnych, pewnych spełnienia. Małe macki wysysające każdy bąbelek powietrza, płetwy wyłapujące fale, które tworzyły. Rzepy czepiające się nie tylko stroju, ale też jej skóry, niewielkie grudki piasku wciskające się do jej wnętrza…

… a potem nadeszła Siła, która ją z tego wyrwała. Ale Morze zapamiętało, jak smakuje Wiedźma. I postanowiło jednak wciąż próbować. Bo Wiedźma jest smaczna… nadmiernie i uzależniająco!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wilczy pakt” – jeżeli ktoś pokochał Błękitnokrwistych, może poczuć się odrobinę zaskoczony. Bo w tym spin-offie świat jest odrobinę inny… co akurat mnie osobiście urzekło. I choć wkurza mnie to, że książka nie jest dłuższa, nie włazi głębiej w te intrygujące osobowości i zagadnienia, to jednak nie jest źle. No i przecież to opowieść  młodzieżowa do króćset!

Historia główna, Schuyler i cała ta jej miłość, moim zdaniem w rzeczywistości mogłaby być przytłoczona, gdyby pozwolono Bliss na więcej… pewnie dlatego narodziła się ta historia. Tylko o niej, tylko dla niej, dla Wilczej Jagody! O wilkołakach, o stworze, o tajemnicach, bogach, przysięgach i obietnicach… i miłości.

Wyspa ma to do siebie, że smakuje rozmaicie. Zależnie od pory roku, własnego kaprysu, aury na zewnątrz, a i wewnątrz wąchającego osobnika. Inaczej smakuje dla mrówy, inaczej dla szpaka, inaczej dla czegokolwiek zbieźnego z dwunogiem. Raz smakuje rozgrzanym asfaltem, potem piaskiem, który chłoszczą deszczowe krople… raz słoną bryzą, potem słodką rosą… ale najczęściej smakuje dzikim szczypiorem i marchewą. W celach restrykcyjnie magicznych, by odpędzić nudne demony rośnie toto wszędzie. Gdzie się da, tuz obok cykuty się znaczy…

… cóż magiczne moce potrzebują stron obydwu, czyż nie?

No potrzebują!!!

Dla mnie zawsze smakuje kamieniami. Lizacze kamieni mają to do siebie, jeżeli istnieją tacy jak ja, że zwyczajnie smakuje im kamień. A krzemień pachnie i smakuje znakomicie. Małe jaskółcze chlebki wypychają się na powierzchnię, ku słońcu. W końcu żar i iskra ciągną do siebie. Wzajemnie przyciągając, sprzecznie fizycznie, nie przeciwności, a tesamości… I jeszcze lodami smakuje Wyspa i karmelkami… Bo moje ukochane Melsted i Gudhjem same w sobie smakują czymś special, one and only, czymś więcej, co się czuje, nie miota między zębami. Spacerem po skałach, dzikimi jabłkami, kwiatami, które olewają prawa natury i beznatury…

… ot smakiem!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight – Jak smakuje Wiedźma? została wyłączona

Pan Tealight i Wielkie Puchate…

„Na drzewie, dokładnie lekko czerwieniejącej się już Czereśni, siedziało Wielkie Puchate coś i nieudolnie balansując nieforemnym, poddanym wszelkim obcym siłom ciałem, starało się podpatrzyć przez rozświetlone okna Chatki Wiedźmy Wrony, co tam się dzieje. Bo wieści się niosły, niczym kury na wspomaganiu, że działo się wiele. Mrużąc małe, lekko zmierzające ku kaprawości oczy pod grubymi, pierzastymi brwiami, krzywiąc i tak mało foremny dziób zaskrzeczało… a potem najzwyczajniej w świecie, lekkim skrzydłem rozpukło się po środku ukazując srebrzysty zameczek marki ForEvigt i zestaw haftek wysupłało z siebie najpierw podręcznie poręczny zestaw małych rączek, a potem niewielką, różową lunetę. Rozsiadło się wygodniej na liściach, szpony zacisnęło stabilniej na gałęzi i miażdżąc dupskiem marzące o sławie rumianej, niedojrzałe wciąż czereśnie… zagapiło się.

Wystarczył moment tej nadmiernej ciekawości, właściwie mgnienie oka i to takiego załzawionego, niedowidzącego, leniwego nader… ot nawet nie sekunda, coś pomiędzy narodzeniem się myśli i jej zapomnieniem, nieokreślone, nieobliczalne coś takie, ale przecież wystarczające, żeby Wielkie Puchate zwaliło się z gałęzi spetryfikowane i pozostało na wilgotnej, zimnej ziemi. I tak naprawdę pewno by się tam w końcu smakowicie rozłożyło, jakoś wtopiło w okolicę, pogodnie dało się rozszarpać padlinożercom, podgryźć robaczkom, a nawet może i zobaczyłoby świt nad Chatką Wiedźmy, gdyby nie jeden, niewielki szczegół… ot zapomniana informacja, wielu zdająca się być niemożliwą, więc przez to i baśniową, nieistotną, by być głoszoną… Owym źródle dziwnych jęków i treli godowych, dziwnych mlaśnięć, gdy susza raniła Wyspę, odorku lekko niezbyt często mytych stóp i tym podobnych serowych świnek, owych zapomnianych kanapek i ukochanej pisanki złożonej na meblościance…

… dziwnym gościu, który nigdy nie przychodził proszony, czy też i nie proszony, a jednak wciąż był obecny… tajemnicy nieodgadnionej.

Tak. Wielkie Puchate, choć zamknięte w swojej nieruchomej, jakże ciężkiej teraz, jakże nieudolnej i ciasnej, skomplikowanej, pełnej tajemnic piórkowatości, miało właśnie spotkać Największą Tajemnicę Wyspy. Odpowiedż na każde, nawet najdziwniejsze pytanie. Zwyczajną ulgę istnienia, zrzucenie klapek z oczu, ale i wszelka pomocną dłoń, paradoksalną prostotę wierzeń i ów najsłodszy, choć przerażający, jego oddech ostatni. A Pan Tealight miał dostać kolejne pluszowe zwierzątko od Tajemniczego Wielbiciela…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wakacje Fryderyka” – jak świeżutki powiew dziecięcych wspomnień. Ale tych już po pieluchowych rozkoszach i podrażnieniach dupki! Po prostu urocza, cudowna, choć nie naiwna, czy też jełopowata opowieść dla dzieci… z dawnych czasów, co to nie były ograniczone dziwacznymi ostańcami językowymi, gdy białe było białe, a czarne czarne i można było użyć tego słowa… Wiecie, teraz to nawet murzynek ma przesrane!

Mniejsza o polityczne poprawności oto jest opowieść ze wsi. Z czasów, gdy to powojenna Europa budziła się, podnosiła i zaczynała wierzyć, że kurde może damy radę. Pięknie napisana, wydana, przetłumaczona… zilustrowana, pachnąca… Wiem, że się lekko rozpływam, ale taki jest Prosiaczek Fryderyk!!! Wyszły już 2 tomy, a w serii znajduje się 26 części… zresztą, może gdy powiem Wam, że ten facet wymyślił mówiącego konia, Mistera Eda, to po prostu polecicie do księgarni?

Recenzja: „Dożywocie”

Ach te letnie aromaty… jak dobrze uciec od nadmiaru tłuszczy turystycznej, to się człek na jaśmin i czarny bez załapie, na róże pąki rozbijające, a przede wszystkim na zioła wszelakie. Zdaje się, że nawet trawy pachną, te nieskoszone jeszcze, zwinne i żwawe, tańczące w wietrznych porywach… Ach pachnie świat jak nie wiem co, lepiej niż wiosną, ale czy lepiej niż zimą i jesienią?

Kwiaty mają to do siebie, że skrywają robaczki. Włazi taki człek w jaśmin, omotany ową słodyczą, opętanyc pragnieniem pożarcia wszelkich białych i kremowych płatków, wyssania pręcików, zlizania nektarowych kropelek, wyłazi potem i cały wew zwłokach malutkich, czarniutkich, nazbyt obrzydliwie lepiących się robaczków… morderczy świat, nie ma co.

Ale ma Wyspa tych aromatów w sobie moce. Od kupowych, ekologicznych omdlewaczy, co to z nienacka podcinają nogi, gdy człek się zaciąga wieczornym słońca zachodem, zwalają na glebę, wtulają mordę w cokolwiek byleby tylko nie oddychać, nie oddychać, nie oddychać…

… po owej nadzwyczaj słodkie, dziwnie nieodgadnione, jakby właściwie tyko niektórym miejscom. A nóż widelec wróżki tam mają składowisko odpadów swych wróżkoaktywnych, tudzież zwyczajny ściek, czy coś w ten deseń?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielkie Puchate… została wyłączona

Pan Tealight i Onkel Fakler…

„Onkel Fakler miał pewien krępujący go problem…

Problem, za który kobiety go kochały, uwielbiały, przez który wodziły za nim wzrokiem, zaskoczone przykucały, niby że sznurówki w butach im się poluzowały, nic to, iż wsuwki zwykłe na obcasie, potem przecierały okularowe szkiełka, najczęściej przyciemnione, montowały lepsze soczewki, a nawet niektóre sprowadzały lunety najwyższej, kosmicznej jakośc, ot tak, żeby zachować wiecie, pozory. Był to nadzwyczajny problem, którym je nęcił, zwodził, parzył ich wrodzoną niecierpliwość i ciekawość, zdolność do rozłożenia świata na najmniejsze plotki i rozpowiedzenia ich po morzach i polach, lasach i dolinach, kałużach, a nawet i zwyczajowych, gównianie codziennych szambach.

Ot każdy z nas zmaga się z czymś, czym życie go obdarowało, a na co nie do końca miał ochotę. No dobrze, może nie AŻ TAKĄ… sami wiecie. Jednakowoż Onkel Fakler był mężczyzną. I bratem rodzonym Pana Tealighta, aczkolwiek co do wspólnej matki, to nigdy nie doszli do jakiegokolwiek konsensusu. Zresztą wśród braci nie było to aż tak ważne. Tak, byli do siebie podobni, aczkolwiek wewnętrznie, na rezonansie magnetycznym, zwykłym RTG, czy też nawet podczas zabaw na lotnisku… poza tym problem takowy miał tylko Onkel.

Wielu by powiedziało, no i powiedzieli, gdy naprawdę nikt ich nie pytał, że nie ma przecież problemu, że jakże tak można nie doceniać natury, jak można być tak paskudnie niewdzięcznym… Łatwo im tak mówić! Za dnia na dodatek, w pełnej obecności słońca, odbić listrzanych i potęgujących elementów posrebrzanych, włączając w to wyczyszczoną świeżo zastawę po Prababci Gargonie.

Bo PROBLEM Onkela Faklera… świecił. Zresztą co tam świecił, nie był to w końcu byle pierniczony robaczek świętojański… Problem ów palił się samoistnie ogniem żywym, żwawym i nazbyt gorącym, a do tego nawet gdy się tylko żarzył, i tak psuł wiekuiście każdą odzież zwierzchnią. I nigdy nie zmieniał objętości. Jakby ów ogień go nie konsumował był, jakby zwyczajnie tylko muskał, choć boleśnie, tylko otaczał koroną, uwidaczniał i nagłaśniał sykiem bytność…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Partials” – nie odczuwałam lęku biorąc tę powieść do rąk. Zwyczajnie. Zakochałam się w sposobie pisania Dana Wellsa już jakiś czas temu i szlag mnie trafia, ale wiecie, tak dziennie co najmniej raz, gdy dowiaduję się, że ktoś tam nie wyda jego powieści. Bo Wells jest jednym z tych nielicznych, w których coś jest. Który potrafi zaskoczyć, potrafi nie tylko trzymać w napięciu do końca, ale też rozkochać się w bohaterach, za ową szczerość, za brak bigoterii, za specyficzną prawdziwość… I tak jest z „Częściowcami”.

Powieść to może i postapokaliptyczna, ale jakże świadoma sprzeczności naszej codzienności. Przepełniona karcącym tonem, ale przede wszystkim opowieść o honorze. O owej sile, która pcha nas, byśmy czynili to, co niemożliwe… o przyjaźni, miłości, przeznaczeniu, albo może tylko o maszynach? Cóż, każdy zyska potężny bagaż pytań i odpowiedzi po tej lekturze. Niestety lekturze, co to sprawi, że nocka zarwana, a człowiek po niej zombie, ale wciąż telepie mu się po głowie gromada dziwnych myśli. Na przykład, czy gatunek wymierający powinno się ratować nawet kosztem jego wolności? Czy kobieta, to macica na nogach? Jak daleko są w stanie posunąć się rządzący, dla tak zwanego DOBRA OGÓŁU?

Ptaki nadal uczą się na Wyspie latać. Jest w tym coś fascynującego, bo widać, w jaki sposób małe łobuziaki, rozwrzeszczane bestie naprawdę ziejące ogniem, choć takie milusie słodziackie kulki pierzate… Mniejsza. Widać, że taki maluch, to czysta tablica. Ciekawość w piórkowym wdzianku. Ktoś, kto pragnie robaka, a potem wypuścić się w świat, odkrywać… Nie boją się jeszcze ludzi, ot jest to dla nich kolejny rozdział życia. Przeszkoda w locie, albo zaciekawiająca, ruszająca się kupa mięska.

Nie boją się. Ot zwyczajnie, dla nich strach jeszcze nie istnieje. A nawet jeżeli, zawsze mogą zostać w gnieździe i wrzeszcześć: JEŚĆ!!!

Kiedy w nas zaczyna się strach?

Nie wiem, mi chyba dyskretnie towarzyszył od zawsze. Zwykły element przyczepiający się do każdego wnętrza i każdego krajobrazu. Uciekłam na Wyspę, bo chciałam się odczepić od tego strachu. Jakoś oderwać, odciąć, odszarpnąć, zlikwidować łączące nas guziki i dziurki, zamki i zaczepy, haftki i inne drewniane kołki. Wszelkie zawiasy i zaszewki… chciałam wyrzucić klucz od wspólnych drzwi, ale jednak tego nie zrobiłam. Bo strach to element mnie. Był ze mną zawsze i będzie. Ot tak już jest. Znamy się, to tak jakby rodzina i choć na Wyspie pozwala mi na więcej swobody, to on mnie łapie, gdy chwieję się w polu trzaskając fotki merdającym się makom i bławatkom. To on przynosi pęd wiatru, by osuszyć spocone czoło… to on jest przy mnie zawsze. Niezbyt subtelny kochanek, podejrzewam, że gdyby się mocniej zmaterializował, byłby nadzwyczaj odpychający… co by mi się spodobało.

Jestem przerażająca!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Onkel Fakler… została wyłączona

Pan Tealight i Świat Pod Kołdrą…

„Światy miały to do siebie, że istniały przez cały czas, non stop buzowały, mieszały w sobie i poza sobą, ewoluowały, tudzież powoli się degradowały… albo rodziły się w sprzyjających okolicznościach. Na chwilę, na kilka godzin, by zwyczajnie zabłysnąć, sięgnąć do tego, co uśpione i znowu potoczyć koło swej historii, a potem znowu zniknąć. Wytrzepać się, zmienić poszewkę. Jednym z nich był właśnie Świat Pod Kołdrą. Magiczny, mityczny, może i dziwny, z pokręconą religią i mitologią, ale jakże przecież bezpieczny i wyrozumiały. Był światem logicznie, łagodnie wspólnym wszystkim, znajomym i przyjemnie ciemny… oraz często nazbyt wrzącym i tchnącym pewnym, zaskakującymi, powodującymi omdlenia, aromatami… Niekoniecznie do końca kompatybilnymi z tak zwaną „definicją człowieczeństwa”.

A gdy też Świat się budził, wtedy zawsze nucił:
Zabiję Cię potem
bez księżycowego blasku,
kropelką wody
ziarenkiem piasku…

Bo poza tym światem czaiły się potwory. Na tym to polegało, że gdy Świat Pod Kołdrą budził się do życia… gdy wszyscy wiedzieli, że nie należy wystawić spod niego stopy, nawet najmniejszego palca, a najlepiej wsadzić tam siebie łącznie z głową, poza nim powstawał z popiołów mijającego dnia Świat Niemożliwych Potworów. Ten, w którego nikt nie wierzył.

Ów niedoceniony, o którym zapominało się dopiero z czasem. Dorastając, gdy sen nie był już wyprawą w nieznane, fascynującą, piękną, emocjonującą i jednocześnie nieprzewidywalną, ale też świadomością, że jest się otoczonym światem, który zawsze cię obudzi, gdy będzie kiepsko… Na przykład odsłaniając twoje dupsko na mroźny, mroźny, mroźny świat!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Grim. Pieczęć ognia” – zaskoczenie!!! Muszę się do tego przyznać. Żadne tam nastoletnie romansidło, ale pożądna opowieść o tajemniczym świecie obok nas. O czymś niegdyś tak znajomym dla naszych przodków, co nam odebrano… O Gargulcach i innych magicznych stworzeniach, które wymazano z naszej codzienności. Przewodnikiem jest Grim. Gargulec. Cienioskrzydły. Dość stateczny, choć wciąż młody, niechętny ludziom, pełen tajemnic.

Cała opowieść zaczyna się od tajemniczych zgonów… miesza kryminał z urban fantasy i fantastyką. Wtłacza znane nam stworzenia w miejsca, które są nam obce, ale i te, które w naszym świecie okrywa ciemność i zła sława… ale jednak przede wszystkim Paryż. Oj tak, wiem TEN PARYŻ!!! Poza nim szykuje się bitwa, smoki o ciętym poczuciu humoru, pewien gnom, którego kocham! I dziewczyna… no dobra, bez niej mogłabym się obyć. Poza tym? Dobra powieść. Taka znajoma, ale jednak łącząca te najlepsze elementy powieści tego typu. I ten humor! Bo to chyba bohaterowie są najwspanialszym elementem tej historii, choć może i krainy, mitologie i tajemnice… no nie wiem, ale warto!

I będą jeszcze 2 tomy!

Mamy na Wyspie magię, no przecież to logiczne, że ją mamy i to w nadmiarze. Właściwie trudno określić miejsce, gdzie jest jej nader niewiele! Jeżeli w ogóle takie istenieje, to na pewno wysysają zwyczajnie magię turysty… Przyjeżdżają tacy nazbyt stąpający po ziemi i tutaj, jeżeli tylko sobie na to pozwolą, uczą się w końcu naprawdę latać…

… i to nader wysoko! Czasem zdarzy się, że niektórzy zakończą pierwszy, drugi, a nawet i kolejne loty upadkami, ciężkimi urazami półdupką, tudzież innych częście swych wrażliwych i cennych nader części ciała, ale jednak, mimo wszystko, wciąż… przecież latają!!!

To jest COŚ!!!

Niektórzy turyści są nader oporni i nie da się w nich wtłoczyć magii nawet w cukrze, softiceach tudzież obtoczonej w lakridsie! Możnaby pomyśleć, że operacyjnie, przy pomocy komara by się dało, ale jednak… no nic z tego. Przecież nie będziemy zmuszać, niech sobie zostaną bezmagicznymi mugolakami, jeżeli już tak im się to podoba. A co mi tam… więcej magii dla mnie, co nie? My wiemy co z nią zrobić, jak wykorzystać, utulić, pocieszyć, jak pozwolić jej buzować, a potem zwyczajnie unosić się na płomieniach… Może i parzy, ale wciąż jest genialnie!

Czasem jest markotna ta magia, gdy turyści są oporni… dlatego ważne, by dokarmiać ją ciastkami, szczególnie, gdy przekraczacie mosty! Albo znajdziecie kamień w dziwną dziurą, naturalnie uformowaną misę… zostawcie ciasteczka, nakarmcie magię, ale papierki zabierzcie ze sobą!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świat Pod Kołdrą… została wyłączona

Pan Tealight i Wewnętrzna Barbie…

„Gdy Wiedźma Wrona Pożarta była tylko Małą Wiedźmą, jeszcze niezbyt zorientowaną, niewinną i poddaną zewnętrznym wpływom, bardzo starała się, przez nazbyt długi czas, zadowolić wszystkich… Potem z tego wyrosła, a przynajmniej tak jej się wydawało. Bo nawet teraz, gdy jej powiedziano, że powinna obficie porozmawiać ze swoją wewnętrzną boginią, ogólnie i zwyczajnie ją gdzieś tam w okolicach żeber posiadać, celebrować z nią krwawienia i często pytać się jej o radę… bo inaczej NIE JEST PRAWDZIWĄ WIEDŹMĄ! panikowała. Zagłębiła się w siebie, zajrzała pod skórkę, pod tłuszczyk, znowu tłuszczyk i mięśnie i kosteczki, we wszystkie załamania i zawirowania cielesności, wciąż nieodkrytego obszaru o zmiennej objętości, ale nie ma… Żadnej wewnętrznej boginii, jest tylko zwyczajowa Jaskinia, a w niej trzy, dziwaczne, lekko zmoknięte wroniaste kobiece duchy. Te same, co się wprowadziły po tym, gdy utraciła trzy części swojej duszy…

Nic ponad to.

Znaczy może inaczej, wiele ponad to, ale kurde żadnej wewnętrznej, pasożytniczej, nie płacącej czynszu za wynajem tak cudownego, magicznego, jedynego w swoim rodzaju miejsca, boginii!!!

Powiedzmy sobie szczerze, serio to nie było tam miejsca dla takiej postaci, co to muska sobie pieszczotliwie jajniki, bawi się w jajowodach, odkrywa alfabety w miejscach niepiśmiennych, celebruje swoje cycki i rozmawia z pochwą! O tych elementach w cielesności Wiedźmy Wrony się nie mówiło. Dyskretnie się zapominało. A w krwawienia się cierpiało i ćpało! Taka to tam magia i Polityka Wewnętrzna Wiedźmy… ale w takim razie co z ową prawdziwością wiedźmostwa? Może jestem rzeczywiście tylko NIEPRAWDZIWĄ WIEDŹMĄ? I niczym ponad ową, wydmuchaną na pewno dziwną stroną, definicją?

I wtedy przypomniała się jej ona… Barbie! Dziwaczna, plastikowa, obrzydliwa dwunożna, ciekawska i do końca nigdy nie zrozumiana osobowość… owo utracone marzenie Małęj Wiedźmy o byciu zwyczajnym, nudnym i kompletnie niewidzialnym elementem życia innych, wyposażeniem świata, paskiem na owady. To było coś na spróbowanie… coś, co miało tylko udowodnić, że sorry, ale to nie mój świat, a plastik mnie przeraża!!! I chyba to zrobiło?

Wygoliła jej najpierw włosy, potem zmieniła odzienie, potem zrobiła dziwne, przerażające, opisywane w mądrych książkach jako wstęp do zwyrodnienia i pierwsze kroki seryjnych morderców, rzeczy. I w końcu, dziwnie, jakoś tak niesamowicie Barbie zniknęła. Nie zabrała ze sobą zestawu bucików i małego, plastikowego komputerka, tylko zniknęła… Może tak naprawdę w zemście czystej Made in China, wniknęła w Wiedźmę Wronę? Może to ja należy zapytać o owe wszelkie sprawy? Może to ona w końcu donośnie dudniąć z wnętrza… przemówi. Choćby z czystej zemsty, owych wiecznie sterczących na baczność cycków, nie owłosionej cielesności bez pryszczy i skaz, bez cellulitu i nigdy opuchniętych kostek?

Należało to sprawdzić. Dowiedzieć się, czy czasem to nie Wewnętrzna Barbie sabotuje prawdziwość wiedźmostwa Wiedźmy Wrony Pożartej? I czy w ogóle istnieje coś takiego, jak definicja naturalności?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Oksa Pollock. Ostatnia nadzieja” – opowieść aż nazbyt przypominająca na pierwzy rzut okiem H. Pottera… a potem zaczyna się lepiej. Lekkie zaskoczenie. Sama Oksa może nie jest wybitną przedstawicielką młodzieżowych bohaterów literackich, ale jest intrygująca. Za to tym, co powala, jest wykreowany świat magii i wszystkiego, co możliwe. Świat pełen zaskakujących stworzeń, powalających zaklęć i roślin, które nie tylko mówią!

Mimo iż przeznaczona dla młodzieży, przyznaję, że dałam się porwać. Bo sama chciałabym być kimś z Edefii. Krainy, którą skrywa kolor nieopisywalny. Magii i możliwości, owej ulotnej szlachetności…

Siedzę na progu i czekam na deszcz. Czekam niecierpliwie, bo choć Wyspa się nade mną zlitowała i obniżyła słupki rtęci w termometrach, to jednak wciąż braknie mi wilgotności! Tych kropli deszczu młócących wciąż jeszcze ciepłe kamienie, drogi i pnie drzew. Owych liści zdobnych w kryształki kropli… tej drżącej, wrażliwej, mokrej codzienności. Tych tęcz i garnków złota, oraz nissenów, jakże bezczelnie i wrednie nieczułych na moje modlitwy i złote zapędy!

I co? I nic z tego… może jakaś gromada młodocianych aniołków coś tam popuściła, ale nic to, nic to, nic to!

Pamiętacie czasy, gdy po wielkiej ulewie człek wyłaził i bawił się w kałuży? Bez wymyślnych wdzianek, ot w najgorszych porciętach, bo po takiej zabawie i tak była tylko kąpiel i do łóżka. Teraz… oj na szczęście na Wyspie wciąż można tańczyć w deszczu, moczyć dupsko w kałużach, oraz nie być gołosłownym i zwyczajnie odkryć trochę skóry! Więc czekam z ową skórą zmęczoną słońcem, owymi palcami czekającymi na błotko przeciskające się między nimi, na owo darmowe SPA! Na szaleństwo kompletne, przecież nie właściwie wyłącznie osobnikom poniżej 1 metra wzrostu…

Tylko tej ulewy wciąż nie ma!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wewnętrzna Barbie… została wyłączona