Pan Tealight i Upałowe Upiorności…

„Świat był wyłącznie mirażem, aczkolwiek nadzwyczaj wymyślnym, wysokiej jakości. Pomieszaną szaleńcem, trzepaną ułudą, bełtaną grzesznością wizją rozgrzanych cementów, kamieni, szos, zbóż i drzew… Światów rozmyślnie wymyślnych, zaskakujących, nigdy jeszcze nie opisanych, nigdy jeszcze nie targających niczyjej mózgownicy, które pojawiały się na chwilę, mieszając w rzeczywistości Wyspy i pogrywały ze wzrokiem zewnętrznym, jak i wewnętrznym… jak ktoś posiadał w nadmiarze, to i z trzecim okiem zagrały w bierki. Morze starało się udawać, że nie istnieje. Gęste od wodorostów nawet się nie poruszało, za to ryby urządzały tam całkiem niezłe zawody… w zasypianiu.

Chatka Wiedźmy rozmywała się w swoich typowych kształtach. Jedyne co było nadzwyczaj łatwe i opisowe, to okna. Na lekko mieniących się, dziwnie matowych oknach powoli dochodziły do siebie musze zwłoki. Proces zombienia gadzin jak najbardziej przechodził czyjekolwiek wyobrażenie. Szkieleciki zachodziły patyną, a malownicze, lekko tchnące dawnymi mistrzami pędzla resztki, powoli zmieniały się w wysokiej jakości wiekuiste powłoczki. Żółte wnętrzności, lekko różowiejące się flaczki i elementy lotne miały stać się nową zbroją w wiekuistej podróży poprzez inne życie… Ogólnie mówiąc szlaczki dojrzewających owadzich zwłok przydawały nadzwyczaj artystycznych rysów umęczonym cegłom. Dachówki zaczęły się buntować i domagać się wakacji w mroźnych krainach, drzwi postanowiły się zamknąć i nawet nie marzyć o przeciągu opływającym klamkę. Wszystko zwyczajnie miękło, cierpiało, grzało się i parowało…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki topniała… Siedziała na środku pokoju i nawet już nie oddychała. Powietrze dawno się skończyło. Nikt już nie miał nadziei na jakikolwiek haust czegoś choćby chłodniejszego, co wydostałoby tą powolność z kości i dziwną gęstość z mięści. Nikt nawet się nie ruszał, ale porozkładane dookoła Wiedźmy wszelakie wiadrka i słoiczki, miseczki i buteleczki, stare garnki a nawet doniczki… wygrywały dziwną, męczącą, ale i podniecającą melodię. Za Wiedźmę w płynie płacili wiele na Jedynym Północnym Targu. Chochel przyniósł własne, dość juz wysłużone naczynie, zbytnio przypominające porcelanowy nocnik w stokrotki. Tylko on był na tyle wybudzony, by lekko podnosić go i opuszczać, łapiąc pędzące ku ziemi krople. I tylko on wiedział czym tak naprawdę to wszystko może się skończyć. Wszystkich dziwiło jego błyszczące, szeleszczące ubranko, jakże nieodpowiednie na ową aurę. Ale nie mieli sił by o tym myśleć, dlatego nawet nie zauważyli, gdy chochlik uciekł, gubiąc po drodze papierki po czekoladkach i sreberka z kwiatków, pozłotę ze świętecznych pudełeczek i listeczki złota z choinkowych bombek…

… a potem się oczywiście zaczęło. Bo niczego nie bierze się od Wiedźmy za darmo, niczego nie dostaniesz, jeżeli nie poprosisz, jeżeli nie ugłaszczesz najpier kłów i pazurów, nie upuścisz jadów i wygrzebiesz kolców… Przekleństwem stanie się zwyczajne sępienie, upierdlistwo i wykorzystywanie nawet tak bardzo zmęczonej, spoconej, żałosnej w strąkach Wiedźmy Wrony!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Cena za honor” – mówi się, że są babskie książki… i dlaczego nie. Za to ta na pewno przynależy ku płci odmiennej. Język autora, pewna dosłowność mnie nie przekonały. Czyta się ów kryminał ciężko i choć jak najbardziej zauważa się profesjonalizm opisywanych scen, ową prawdziwość, w końcu mamy do czynienia z byłym policjantem, to jednak coś zniechęca, coś odpycha… coś nie gra w dialogach, coś dręczy mnie w opisach bohaterów. Coś denerwuje i dziwnie zawstydza…

… a może zwyczajnie nie jest to książka dla mnie?

„Szepty” – oto powieść, która odleżała swoje. Nic na to nie poradzę, że jakoś mnie do siebie nie przekonała, przeraziła mnie owa „kobiecość” akcji opisywana na okładce, owo pojednanie dusz i cała ta słodycz. Ale przyduszona brakiem czegokolwiek do czytania… przeczytałam. I zaskakująco nie było źle. Co więcej, zakochałam się w głównej bohaterce, pani w owym wolnym wieku, kiedy to można chodzić ze spódnicą w gaciach i cieszyć się spojrzeniami mężczyzn…

… bo mimo opisu to powieść dowcipna i jeżeli tak ją potraktujecie zachwycą was swoją siłą starsze damy. Jednak jeżeli skupicie się na owym głębszym tchnieniu, na owych szeptach międzypokoleniowych, to jednak czegoś w tym brakuje. Czy tak czy tak warto. W końcu w owym świecie kultu wyłącznie młodych i wyłącznie chuduch dup takie kobiety dają prawdziwego kopa!!!

Wyspa zdaje się smażyć równiutko z prawej i lewej z dołu i z góry. Morze postanowiło zmienić stan skupienia i zmieniło się w dość bogaty i wyraziście aromatyczny kapuśniak, vel szpinakowa z czerwoną kapustką… A sama woda, gęsta, bogata we wszelkie upiększające sole i inne dziwaczne mineralności. Wchodzisz, jak już uda ci się nie wrzeszczać przechodząc przez butwiejące wodorosty, potem przez te jeszcze unoszące się w wodzie, nie potknąć o kamienie, nie myśleć o rekinach, może i miniaturowych, ale jednak głodnych, które mogły się tutaj zabłąkać, owych jadowitych śliskich gościach z Luizjany a może i parzących meduzach… jak już dobijecie do jaśniejącej gdzieś tam łachy piachu można odetchnąć. Niczym w Morzu Martwym pounosić się na niezbyt ruchomej powierzchni i poudawać wieloryba…

… bo cóż więcej można w takiej temperaturze?

Gdzież się podziała owa Bryza, z której słynie Wyspa? Jakież to okrutne teraz brać sobie urlop od podwiewania i obwiewania, od szarpania ciuszków, porywania włosów, plątania wszelkich nici i wyrywania piór. Może się zgubiła, może wlazła do czyjegoś kempingowego, wypasionego wózka, przysnęła nad serialami telewizyjnymi, obżarła się wymyślnych chrupków zagramanicznych, popiła nazbyt procentowym bonusem… zatopiła w poduchach, zapomniała…

… wakacje się jej zamarzyły, a tutaj poty obsuszać trzeba, jakieś poruszenie wywoływać, pięknej dziewczynie podwiać, przystojnego panicza lekko lodami obsmarować, by potem zlizać… no sami rozumiecie!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.