Pan Tealight i Wielkie Puchate…

„Na drzewie, dokładnie lekko czerwieniejącej się już Czereśni, siedziało Wielkie Puchate coś i nieudolnie balansując nieforemnym, poddanym wszelkim obcym siłom ciałem, starało się podpatrzyć przez rozświetlone okna Chatki Wiedźmy Wrony, co tam się dzieje. Bo wieści się niosły, niczym kury na wspomaganiu, że działo się wiele. Mrużąc małe, lekko zmierzające ku kaprawości oczy pod grubymi, pierzastymi brwiami, krzywiąc i tak mało foremny dziób zaskrzeczało… a potem najzwyczajniej w świecie, lekkim skrzydłem rozpukło się po środku ukazując srebrzysty zameczek marki ForEvigt i zestaw haftek wysupłało z siebie najpierw podręcznie poręczny zestaw małych rączek, a potem niewielką, różową lunetę. Rozsiadło się wygodniej na liściach, szpony zacisnęło stabilniej na gałęzi i miażdżąc dupskiem marzące o sławie rumianej, niedojrzałe wciąż czereśnie… zagapiło się.

Wystarczył moment tej nadmiernej ciekawości, właściwie mgnienie oka i to takiego załzawionego, niedowidzącego, leniwego nader… ot nawet nie sekunda, coś pomiędzy narodzeniem się myśli i jej zapomnieniem, nieokreślone, nieobliczalne coś takie, ale przecież wystarczające, żeby Wielkie Puchate zwaliło się z gałęzi spetryfikowane i pozostało na wilgotnej, zimnej ziemi. I tak naprawdę pewno by się tam w końcu smakowicie rozłożyło, jakoś wtopiło w okolicę, pogodnie dało się rozszarpać padlinożercom, podgryźć robaczkom, a nawet może i zobaczyłoby świt nad Chatką Wiedźmy, gdyby nie jeden, niewielki szczegół… ot zapomniana informacja, wielu zdająca się być niemożliwą, więc przez to i baśniową, nieistotną, by być głoszoną… Owym źródle dziwnych jęków i treli godowych, dziwnych mlaśnięć, gdy susza raniła Wyspę, odorku lekko niezbyt często mytych stóp i tym podobnych serowych świnek, owych zapomnianych kanapek i ukochanej pisanki złożonej na meblościance…

… dziwnym gościu, który nigdy nie przychodził proszony, czy też i nie proszony, a jednak wciąż był obecny… tajemnicy nieodgadnionej.

Tak. Wielkie Puchate, choć zamknięte w swojej nieruchomej, jakże ciężkiej teraz, jakże nieudolnej i ciasnej, skomplikowanej, pełnej tajemnic piórkowatości, miało właśnie spotkać Największą Tajemnicę Wyspy. Odpowiedż na każde, nawet najdziwniejsze pytanie. Zwyczajną ulgę istnienia, zrzucenie klapek z oczu, ale i wszelka pomocną dłoń, paradoksalną prostotę wierzeń i ów najsłodszy, choć przerażający, jego oddech ostatni. A Pan Tealight miał dostać kolejne pluszowe zwierzątko od Tajemniczego Wielbiciela…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wakacje Fryderyka” – jak świeżutki powiew dziecięcych wspomnień. Ale tych już po pieluchowych rozkoszach i podrażnieniach dupki! Po prostu urocza, cudowna, choć nie naiwna, czy też jełopowata opowieść dla dzieci… z dawnych czasów, co to nie były ograniczone dziwacznymi ostańcami językowymi, gdy białe było białe, a czarne czarne i można było użyć tego słowa… Wiecie, teraz to nawet murzynek ma przesrane!

Mniejsza o polityczne poprawności oto jest opowieść ze wsi. Z czasów, gdy to powojenna Europa budziła się, podnosiła i zaczynała wierzyć, że kurde może damy radę. Pięknie napisana, wydana, przetłumaczona… zilustrowana, pachnąca… Wiem, że się lekko rozpływam, ale taki jest Prosiaczek Fryderyk!!! Wyszły już 2 tomy, a w serii znajduje się 26 części… zresztą, może gdy powiem Wam, że ten facet wymyślił mówiącego konia, Mistera Eda, to po prostu polecicie do księgarni?

Recenzja: „Dożywocie”

Ach te letnie aromaty… jak dobrze uciec od nadmiaru tłuszczy turystycznej, to się człek na jaśmin i czarny bez załapie, na róże pąki rozbijające, a przede wszystkim na zioła wszelakie. Zdaje się, że nawet trawy pachną, te nieskoszone jeszcze, zwinne i żwawe, tańczące w wietrznych porywach… Ach pachnie świat jak nie wiem co, lepiej niż wiosną, ale czy lepiej niż zimą i jesienią?

Kwiaty mają to do siebie, że skrywają robaczki. Włazi taki człek w jaśmin, omotany ową słodyczą, opętanyc pragnieniem pożarcia wszelkich białych i kremowych płatków, wyssania pręcików, zlizania nektarowych kropelek, wyłazi potem i cały wew zwłokach malutkich, czarniutkich, nazbyt obrzydliwie lepiących się robaczków… morderczy świat, nie ma co.

Ale ma Wyspa tych aromatów w sobie moce. Od kupowych, ekologicznych omdlewaczy, co to z nienacka podcinają nogi, gdy człek się zaciąga wieczornym słońca zachodem, zwalają na glebę, wtulają mordę w cokolwiek byleby tylko nie oddychać, nie oddychać, nie oddychać…

… po owej nadzwyczaj słodkie, dziwnie nieodgadnione, jakby właściwie tyko niektórym miejscom. A nóż widelec wróżki tam mają składowisko odpadów swych wróżkoaktywnych, tudzież zwyczajny ściek, czy coś w ten deseń?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.