Pan Tealight i Przeszłość Przeszłości…

„Przebudziła się pewnego dnia Przeszłość Przeszłości. Przewróciła się na drugi bok pod wzburzonymi falami, pod kamieniami i znaczonymi powiewami morskiego wiatru piaskami, pod wodorostami, pod morskimi bytami i tym wszystkim, co niegdyś zostało zapomniane. Przebudziła się, przetarła oczy, rozpostarła skrzydła, dziwnie śliskie, wężowe, omszałe i zapragnęła dać się poznać światu. Wzniosła się więc ponad wody, wzbiła z dna, odrzuciła wszystko to, co ją skrywało i nagością ozdobiła niebo…

… ale nikt nie patrzył tego dnia w górę. A nawet jeżeli patrzył, zwyczajnie nie ją chciał zobaczyć.

Powoli słabła, nudziła się, latała to w tą, to tamtą stronę, ale nikt nawet jej nie zawołał, nikt nie pomachał, nikt nie wysłał bombowców i badających balonów. Ot nie istniała, niewidzialna, nie była nawet… Dlatego postanowiła dotknąć ziemi. Opaść na tą dziwnie nieruchomą, na ową nie znaczoną pływami, ciepłą, miękką, dudniącą ziemię. I ruszyła ulicą, dróżką, poprzez miasto, poprzez las… Pachniała przy tym ogniskami, mięsem ociekającym na szczapy i konary, dymem i gliną, krzeminnymi iskrami i dziwną spokojnością. Pachniała drzewami, ogromnymi, pewnymi swej mądrości, przyjaznymi dwónogom i głazami, korzonkami i liściami. Jaskiniami zdobionymi w zwierzęce i roślinne duchy. Była wszystkimi kolorami i jedyną prawdziwością ognia i wody…

… ale nikt jej nie zauważył. Ni w mieście, zajęty tym co znajome, modne i nowoczesne, ni w lesie, który rzadko kto odwiedzał.

Przeszłość Przeszłości zaczęła więc pukać do drzwi, walić w okna, drapać w ściany. Zaczęła wydawać owe wszelkie dźwięki, których nikt już nie pamiętał, nikt nie potrafił zrozumieć. Zaczęła pisać znaki, widząc, że znów nikt jej nie zauważa, ale i ich nie zrozumiano. Brodząc rzekami, zaglądając w dziwnie nudnie uporządkowane ogrody… zaczęła zwyczajnie, powoli wątpić. Pomiędzy tymi wymuskanymi placami, albo tymi zarzuconymi odpadkami, traciła nadzieję…

Może tak naprawdę to nie był jej świat?

Ale przecież czcili tutaj Przeszłość… stawiali jej pomniki, machali flagami, rozrzucali kwiatki. Prowadzili procesje i wykrzykiwali nowenny imion! Dlaczego więc nikt nie pamiętał o niej? Dlaczego niektórzy zaprzeczali jej istnieniu? Dlaczego w ogóle jej nie zauważali? Bez metki, bez szokującej definicji, plemienia celebrytów opowiadających się po jej stronie i rzeszy projektantów, bez swojego zapachu i nowej linii biżuterii krzemiennej raczej nic nie zdziała. Bez spotów reklamowych i przynajmniej jakiegoś singiela z serii: „Rolling stones”… nadal nikt jej nie wysłucha… więc może tak naprawdę nie warto?

Zamyśliła się Przeszłość Przeszłości nad światem, którego była początkiem, nad ludźmi, którym dała oddech i ciało… i powoli wróciła nad morze. Pod fale, pod kamienie i piaski, pod wodorosty i wszystko to, co niezbadane, bo przecież taki Kosmos ważniejszy, wyższy, większy… Nie zauważyła niewielkiej Wiedźmy Wrony, która machała na nią. Nie zrozumiała malutkiej fanatycznej, dziwacznej sylwetki, która przecież przemawiała jej językiem, łykała jej święte kamienie i zlizywała krople. Nie domyśliła się istnienia siebie w tym świecie…

Bo zwątpiła zbyt wcześnie… i sama była tylko tym, co jest Teraźniejszością Przeszłości Przyszłości.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Blask” – zaskakująca powieść. Brutalna, prawdziwa, ludzka owym brudnym człowieczeństwem… wciągająca cholernie! Pierwszy tom serii „Gwiezdni wędrowcy” urzeka narracją, poruszaniem trudnych, poważnych, bolesnych często problemów. Od razu sprawia, że rozumiemy bohaterów, a nawet, co więcej, identyfikujemy się z nimi… Bo choć akcja dzieje się w przeszłości, to przecież człowiek jako taki, choć jego ziemia, to statek kosmiczny, nie różni się od nas. Kocha i chce być kochanym. Jednak… cóż, ważniejsze są dla nich, dziwnie istotne, patriotyczne kwestie przedłużenia gatunku… Wyobraźcie sobie świat, w którym właściwie wymaga się od was tylko… rodzenia kolejnych ludzi.

Wiem, że serię reklamuje się jako powieść dla nastolatków, ale ja zarwałam noc. Zarwałam ją przez pewną pradawną umiejętność, jaką charakteryzuje się autorka, ową ponadnaturalną niemalże łatwość nawiązywania kontaktu z czytelnikiem. Ową prostotę języka, ale też brak lekceważenia odbiorcy. Dałam się porwać, wkurzyć, mieć nadzieję… zdążyłam wybrać stronę, po której się opowiem w przyszłości, ale też dałam sobie prawo do zmiany zdania…

Nie mogę się doczekać kolejnych tomów!!!

Przeszłość Przeszłości na Wyspie ma swoje własne miejsce. Zwyczajnie i bezczelnie jest sobie wszędzie i nie pozwala traktować się jak śmiecia. Zawsze ma coś do powiedzenia, i choć większość odpędza się od jej słów, jak od uciążliwego komarzyska, to jednak i tak słuchają. Nie można inaczej. Nie wtedy, gdy każdy kamień zdaje się przypominać o owej subtelnej świętości przetrwania. Gdy każdy wiatr przynosi na swoich skrzydłach pradawną mowę, a natura, prostota i intuicja… nie są tylko definicjami w zakurzonych słownikach, a zwyczjanym elementem codzienności.

Bo Przeszłość to jedno, to często przymus i wrzód na dupie, te rocznice, które serio nic nie znaczą, owe parady i machanie sztabówkami, owe nudne przemowy i okolicznościowe znaczki, a Przeszłość Przeszłości, to coś, co zakopało się w śmieciowym DNA i dobrze czasem je w sobie odkurzyć, odpajęczyć i znowu wykorzystać.

Jeżeli dobrze się wsłuchacie, na owej starszej, mojej części Wyspy, usłyszycie maskotkę Przeszłości Przeszłości. Dinozaura… Jak biega pomiędzy zaparkowanymi autami, jak szeleści namiotami, możecie usłyszeć skamieliny, które znowu nabierają wilgoci i zmieniają się w życie przed końcem. Jak najstarszy Dąb na Wyspie znowu czuje się jak młodziutka sadzonka, która umknęła wszystkim siekierom. Jak w kurchanach znowu zaczynają partyjkę kości, a nad wszystkim unosi się aromatyczna potrawka z tegocosięzłapaćudało…

… ot zwykła Przeszłość Przeszłości. Ciekawe co na to jej Matka?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.