„To nie tak, że wszystko po krakowsku…
To raczej tak zwyczajnie, niegdyś pewna, zwodniczo piękna i nadmiernie chętna Krakowianka miała Chłopca z Drewna i Dziewczynkę z Wosku, co wcale nie było rymując się po krakowsku. Nie była to ni mitologia, ni zaczyn nowej religii, ot Ślepy Traf po ludziach chodzi, a że nie widzi, to trafia jak mu leci… No wydarzyło się, zdarzyło i trzeba z tym żyć. Ale Krakowianka szybko wydaliła ducha, a bez ducha i dycha nie da się wydychać, więc jakby tak zmieniła się w mniej żywą, aczkolwiek nie całkiem zombie. Bo w tym Krakowie, to podobno lubią być sobą, a nie ślepo postępować w szpony Wielkiej Mody. I tak jakoś wyszło, że przy braku namacalnym matki, jakoś nikt nie wiedział kto jest ojcem Dziewczynki… i czy serio był z niego nader Stary Knot, lub bywalec Usznych Małżowin – takie tam nieczęsto odwiedzane uzdrowisko, ani Chłopca, który miał problem z przewiewnością swojej postaci.
Smaczny był. Dziurawy…
Mniejsza o występki kontynentalne… po śmierci mateńki w pasiakach i chustce, skoligaconej z dziwnym facetem co sobie lajkuje koniki, rodzeństwo udało się w podróż po świecie. Najpierw spłynęli rzekami, którymi się tylko dało, bo obydwoje prawdziwiej niż Titanic, niezatapialni. Potem próbowali przejść góry, ale kiepsko im szło… w końcu dopadły ich problemy finansowe i Chłopiec postanowił sprzedać Dziewczynkę. W końcu ładna taka, łagodna, dziewica jak nic. Podstępem wystawił ję na aukcji w szatańskim dziele Wszechświata, czyli codziennym naszym i waszym Internecie, i zeszła szybko, pożądana przez wielu…
Jednak nie myślcie, że Chłopiec był okrutny. Rzeczywiście nic nie czuł do tej miękkiej, dziwnie nieforemnej baby, ale jednak napisał, zaznaczył, iż kupiec winien się nią opiekować dobrze… I nabył Dziewczynkę z Wosku Mężczyzna o Twardych Rękach. Na żonę ją nabył, bo widziała mu się zdolna do uformowania, zdolna by ukształtować ją na swoje wynurzone, wymarzone i lekko pokrzywione pragnienie. I zamieszkali oboje w jego pięknym Domku z Pszczelich Bali i zaczął Mężczyzna kształtować Dziewczynkę, która właściwie już dziewczynką nie była, ugniatać ją, podgrzewać, wkładał w znane formy, potem zaczął rzezać własne, wytapiać, wypalać i szlifować, tutaj ujął, tutaj dodał, to lekko podkuł, to spiłował. Rozejrzał się po pradawnych kształtach, zasięgnał porad współczesnych demiurgów…
Ale tak naprawdę wciąż z żadnej nie był zadowolony, więc wciąż szukał, wciąż zmieniał tak naprawdę się nią wcale nie ciesząc, dążąc do czegoś, co było niemożliwe, niewykonalne i dość śmieszne…
Dziewczynka, poddawała mu się. Jednak z czasem jej wosk, dotąd miękki, jakże poddany każdemu wpływowi, każdej kropli deszczu i każdemu promieniowi słońca, zaczął twardnieć. Mężczyzna zaś z czasem starzał się, miękł, dziwnie się rozłaził. Zaczął w końcu wszędzie chodzić z nitką nawleczoną na igłę i gdziekolwiek był, zaszywał dziury, łapał oczka i dorzucał łat… Zapatrzony w kształtowanie samego siebie, zakochany w tym, kim mógłby się stać, zapomniał o swojej żonie.
I dlatego odeszła od niego Dziewczynka z Wosku. Poczuła się nieistotna tak naprawdę, niemożliwa, niedokończona, choć pełna i twarda zarazem. Odnalazła swojego brata, zemściła się wymyślnie i kończąc tortury wydłubaniem z niego zgrabnej łódeczki udała się na Wyspę. Zamieszkała z Panem Tealightem i urodziła po latach dziwnego, poczerniałego Knota o Miękkiej Duszy.
O ojca nikt się ponownie nie pytał… ale podobno Warszawianka miała Chłopca z Wianka, więc sami rozumiecie.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Sny” – są niesamowite, zaskakujące, nietypowe, właściwie nazbyt cienkie, pozostawiające niedosyt, a jednak inspirujące… To nie tyle powieść, co broszura, ot sieć, w którą przez przypadek załapali się ludzie połączeni pewną parafią. Pewnym Proboszczem. Osobowości niewielkiej mieściny. Zwyczajnej, codziennej, niczym się nie wyróżniającej… poza tym, że jakoś zgonów się tam namnorzyło, a co gorsza wszystkie wyśnił ksiądz…
Jednak, czy to on śni… i sen staje się ciałem, czy też odwrotnie? Kto jest mordercą i kto uwierzy Proboszczowi?
Warto przeczytać z powodu języka, z powodu zamkniętych w tej książeczce postaci, z powodu pomysłu może nie nowatorskiego, nie powalającego na kolana, ale pięknie napisanego. Z powodu zwyczajności, która tak wiele wie i tak wiele nie zauważa… No i wiecie, kruki i wrony, kruki i wrony, kruki i wrony!
„Moc i Cesarzowa” – kryminał ze szklaną kulą w tle… a dokładniej ezoterycznym snem, który trwa, ale czy zabija? Gdy pani komisarz natyka się na zwłoki, gdy porównuje modus operandi, zdaje się, że wszyscy wiedzą kto jest mordercą. Problem w tym, że on nie mógł popełnić tych zbrodni… więc kto? Naśladowca? A może jednak zamieszane są w to siły ponadprzyrodzone?
Od razu powiem… książeczka ma potencjał, ale jest za cienka! Tu nawet nie chodzi o mój prywatny horror vacui, o przerażenie, jakie budzą we mnie cienkie książki, ale tutaj tyle jeszcze możnaby napisać. To bardziej szkic, niż powieść, szkoda. Za mało tutaj głównej bohaterki, za mało opisowości, jakiejś gawędy, otoczki… Za mało, a tak trąci milusio skandynawskimi opowieściami.
Taka nienajedzona się czuję!
Czasem mi się wydaje, że w sezonie Wyspa daje sobie spokój z nadmierną baśniowością i magicznością. Jakoś znosi te depczące stopy obute w wymyślne sandałki i wszelkie frymuśne buty marszrutowe, w owe klapki niemożebnie plastikowe i rowerowe ciskacze pedałków. Znosi, lubi może, lekki masochizm przedstawia w owych swoich sympatiach, w deptaniu, rozjeżdżeniu, rozbieganiu i rozwrzaskiwaniu, ale też jakoś wiecie, chyba nie wszystko gościom daje. Jednak raczej zatrzymuje pewne sprawy wyłącznie dla nas… Tubylczaków.
Tylko strach pomyśleć… dlaczego to robi? Czyżby przyjezdni nie byli w stanie wytrzymać wszystkiego? A może męczyć należy wyłącznie tych, których wiecie… no kocha się nadmiernie?
To przynosi na myśl dwie sprawy.
1. Chyba nas jednak KOCHA!!! Aaaaa…
2. Kurde, może kocha, ale też traktuje jak doświadczalne milusie, słodziutkie zwierzątka? Może i racja, może lepiej o niektórych sprawach nadmiernie nie myśleć… może? A z drugiej strony, jak już Tubylczak zasmakował owych cudów, pośród smaków, zapachów, kolorów i kształtów, to pewno uzależniony. Raczej nie wyrwie się z Wyspy na dłużej? No bo ja na pewno!






