Pan Tealight i Białe Życia Plamy…

„Najpierw były fiołki. A może nie, może jednak informacje z eterów donoszące o białym bizonie i danielu, i wszelakich innych sarenkach? Ale już wszystko przeważył wróbelek. Nie, nie był biały. Znaczy nie całkiem… chodziło o piórko. Piórko zagrażające stabilizacji życia… Mącące owe brązy i czernienia, owe jasności podpalane i szeropłożące się miodowości i bursztyny.

O co chodzi?

O co chodzi w tym świecie z tą bielą? Czyżby serio ktoś zabrał się za nadmierną czystość? Pieruńskie OCD? A może ino lekka nerwica natręctw, sprzyjająca nikłemu rozwojowi bakterii? A może zwyczajnie komuś się zamarzyła taka inna kolorowość? A może jednak… a może jednak po prostu ktoś je wyżarł, pożarł lub uprowadził? Gdzie są te kolory? Gdzie łkają zamknięte za grubymi wrotami, strzeżone przez wkurniczone baby z PMSem, psy kastrowane, koty zmuszone do uległości i mężczyzn, którym powiedziano, że penisy nic nie znaczą? A może…

Może lepiej nie myśleć? Może naprawdę chodzi tylko o duchowość? O dotyk zza welonu innego świata? Zwierzęta duszy, motylki pragnienia, marzeń stokrotki… a może jednak tak naprawdę nikt tego nie widzi? A może nikt nie chce zobaczyć, świadom tego, co się dzieje, obecności białych plam we wszechświecie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7967 (2)

Z cyklu przeczytane: „Piętno rzeki” – … słaba. Bardzo słaba, a nawet i przeraźliwie. Nie ma w niej tej iskry, nie ma i płomienia, choćby iluzji… A wszystko się tak fajnie zaczyna, bo przecież humor jest. No i ślub… motylki, synogarliczki i gołąbki. Tak się zastanawiam, ile gołąbków nakarmi jednego wilkołaka?

Wiedzieliśmy, że mają być razem. Wiedzieliśmy, że będą… ale wiecie, jak Alfa, wilkołak, rozwodnik z prawie dorosłą córką i całą watahą u boku ma poślubić Kojotkę? I to taką, co kocha VW a na imię ma Mercedes? Zwyczajnego mechanika, co czasem chodzi na czterech łapach i za przyjaciela ma wilkołaka? No mniejsza… wiedzieliśmy, że mają być razem. Nawet po tych wydarzeniach, które miejsce miały w świecie wróżek, wiedzieliśmy… A jednak, wciąż nas to zaskakuje. Z bohaterami spotykamy się, gdy już zaleczyli rany, ale niestety nie wszyscy. Jeden z nich bardzo cierpi i trzeba mu pomóc. Tak, ze Stefanem nie jest dobrze, ale nie martwcie się. Co tam jeden wampir, gdy matka chce wam synogarlice, gołębie, motyle i balony puszczać na ślubie. To tam taki wiecie, ups maleńki. No ale… przecież Alfa nie ucieknie co nie? A może jednak? Może uciekną…

Tym razem nasi bohaterowie główni są tylko dla nas. Oni i potwór z rzeki. Dziwny, zaksakujący, pradawny, który na dodatek sprawia, że Mercedes w końcu zderza się ze swoimi korzeniami. Oj… chyba tutaj moja lekka paranoja jaką mam na punkcie rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej i Środkowej, dała mi popalić. Oj oczekiwałam wszystkiego. I legend i opowieści i tańców… ale było ich zbyt mało. A przecież kojot, to moc, to zwodnik, to Loki, ale i sprawca… To bohater tak wielu opowieści, a jeżeli nasza bohaterka wie już kim jest, to dlaczego by ich nie przytoczyć więcej. Dlaczego nie wejść w to wszystko głębiej? Przecież to historia. Antorpologia i etnografia. Miejscami archeologia i masa innych nauk. To tak niesamoiwte bogactwo wierzeń i symboli, że… no dobra, może zbyt wiele wymagam. Może… Akcja się rwie i mota. Właściwie wszyscy nic nie robią ino się przemieniają, a potem najinteligentniejszy z ptoworów daje się złapać na najprostszą z pułapek. Oj wiem, że to częste u tej autorki, ale serio?

Jak na razie to dla mnie najsłabsza część serii. Ale i tak fajna. W końcu kto by nie chciał mieć wilkołaka, co nie? Może i akcja grzęźnie i się mota, może i byłoby tak fajnie, gdyby było szybciej, głębiej i mocniej… może? Bo przecież bohaterowie wciąż są sobą, a i nowy Kojot zdaje się nęcić, Stefan jest cudem… a Jess ma zielone włosy, ale jednak. Coś jest nie tak. Coś… zniknęło.

IMG_8866

Wieje wieje wieje…

Wieje mocno z prawej, potem z lewej, potem zakręca i znowu od początku. Jakby wiatr miał własny rodzaj tańca, jakby tylko on znał kroki i ruchy bioderek i w ogóle rytm miał do tego tańca jako jedyny perfekcyjny. Troszkę popadało, ale najfajniejsze jest to, że po prostu można sobie kupić lody i w ciszy usiąść w porcie. Ot kilka tygodni przed tym, aż zjawią się elementy Turyścizny. Aż wróci jazgot i niesamotność. Aż po prostu znowu będzie pełno… aż… nie będzie samotność znikomej, a pojawi się ta dziwaczna, przecząca wszelkim faktom i rechocząca się z ustornnego miejsca, do którego się stoczyłam ostatnio, pchana nagłą i mocno przeraźliwą biegunką. Tak, życie. Dobrze chociaż, że kurcze woda niedaleko, bo jak to po toalecie bez mycia? No jak?

Siedzi człowiek w porcie, a tam cudowność. Słonko grzeje, wiaterek wieje, usz nawet nie zauważysz, a czacha strzaskana na rdzawy brąz. A raczej brąz, który dopiero będzie, bo na razie to burak bardziej. Taki zeschnięty. Siedzi człowiek i ruszać mu się nie chce. Rozwaliłby się na tych szerokich ławeczkach i już tak został. Może i mewa żadna by go nie obsrała, chociaż tego to pewnym być nie można. No i wiecie, wszystko gniazduje, więc z chęcią wyrwą wam ptaszydła włosy i się poczęstują tekstyliami, by sobie milusie rzuciki w gniazdach na ściankach robić. Wiecie, najnowszy szyk mody, to kolorawe szczątki ludzkie, suszone w formie makatek…

Dlatego się ruszasz i idziesz w dzicz…

A w dziczy czasem spotykasz kogoś, kto też chciał do dziczy, ale nie męczy go biegunka po lodach. Jakby nie można było zapamiętać, że kurna tych ze śmietanki nie można!!! Ot starość wam powiem, kiedyś człek mógł jeść, dziś już nie może… Ale przecież chce się wrócić do tego co było, bo było na tyle dawno, że można to opisać jako owo nieszkodliwe. Miłe nawet, wspomnieniowe… Takie myśli przychodzą w dziczy, nawet jak trzeba się w ową dzicz wdrapać straszliwie. Tak wiecie, przeraźliwie na ściankę prawie pionową, co to trzyma się siebie ino dzięki korzeniom, skałom i ciągłym ludzkim udeptywaniem. Ginesminde – rowery proszę nieść, nie jechać!!!

IMG_1437 (3)

Są takie miejsca na Wyspie, które serio przeczą i jej dostępności.

No bo widzicie. Dla rowersystów określa się Wyspę jako łatwą i przyjemną. Nie dość, że ścieżek rowerowych cała masa, to jeszcze wszystko podobno mięciutkie i przewiewne. Do tego co jakiś czas drzewka, więc i cień jest, a i zwykła drogą bez dziurek, no i w ogóle raj pedałowania. Ale… no właśnie ale… Bo przecież jest różnica pomiędzy północą, a południem, między płaskim patelniowaniem się i piaskami, między smrodkiem fal, a środkiem Wyspy, który co jak co, ale płaski nie jest. A te depnięcia pod górkę mogą doprowadzić do spazmów, szczególnie przy pełnum słonku… No i jest północ. Górki i góreczki, pagórki, a w reszcie, jeśli nagle ze scieżki zboczycie… skałki. No i jak to jest? A jest pochyle!!! A nawet wyraziście stromo bym powiedziała. Są i wąwoziki i rozpadliny skalne i inne niespodzianki, jak nagle się na drodze pojawiający bujany kamyczek… i ino przystanków z pićkiem nie ma i sklepików, do jakich większość z was jest aż nadmienrie przyzwyczajona. I aptek… Do czego piję? A do tego, że co dla jednego ostoją łagodności, dla innego jest spryskaniem ślepi kwasem. Dlatego jak zwykle lepiej się upierdliwie dopytać. A i wtedy porównać odpowiedzi.

By potem nie jęczeć…

W weekend mieliśmy rajcowny bieg. Z południa na północ. 60 kilometrów. Bezczelnie siedząc w porcie i obserwując biegaczy, przy okazji pożerając gigantyczną porcję lodów, bo kulki dostałam od serca i wątroby, można rzec, iż: mają wypasione ciuszki, kibelek, to sprawa priorytetowa… no i co z tymi odblaskami? Znaczy wieciem wszyscy w obciślakach, wiadomo, że wygodnie. Do tego butki wypasione i równie wypasione plecaczki. No i kurteczki, koszuleczki, podkoszuleczki… serio, wychodzi na to, że bieganie, to droga sprawa. Ale przenośnej toalety nikt nie zabrał. Szczęściarze, że u nas kibelek co krok no!!! Bo jakby nie… Odblaski mają. Szczególnie porażające mogą być przy ostrym słoneczku wielkie kurtki w kolorach jadowitej zieleni i żółci, tudzież pomarańcz. Nosz, ale to wali po ślepiach. Niby niegacz po chodniczku truchci, a przecież kurcze oślepnąć można z drogi!!! No i jeszcze… no właśnie, wiecie, że tutaj nie jest ważne, na którym miejscu się bieg zakończy? Byle biec, byle brać udział. Ekhm. Nikomu się nie spieszy, jedni idą, inni truchtają… jeszcze inni wloką się poza peletonem i zadkiem ostatnich… i mimo tej pogody ślicznej, ciepełka i tak dalej, to jednak wszyscy tacy wielce jakoś posmutnienie. Ja nie wiem no… ja tam na szybkich spacerach radosna jestem nawet w potliwych miejscach!!! Chociaż swędzą i w ogóle…

IMG_1409

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Białe Życia Plamy… została wyłączona

Pan Tealight i UFO…

„… a wszystko przez to, że Ojeblik – mała, ucięta główka, obżarła się bułeczek z serkiem na kolację. A raczej już na śniadanie prawie. No i wiadomo, jak tylko się położyła, to zaraz się zaczęły biegi do toalety. A ta nie lubi być budzona o takie porze, serio, szczgólnie ta toaleta z Białego Domostwa. Ale jak trzeba… no więc Ojeblik biegała, biegała, biegała (oczywiście po swojemu, bardziej tocząco), aż w końcu, przez okienko zauważyła – aaa wszystkich was interesuje jak ucięta główka może jeść i przetwarzać jedzenie i wydalać… usz zboczeńcy, no na wiarę to weźcie!!! – dziwne światła na polu. Na tym samym, które dzieliło – pomijając inne wartości – Chatkę Wiedźmy od nich. Od owej wielkiej, białej łazienki z ogromną balią udającą wannę, od prysznica, w którym padały nie tylko deszcze, ale i grzmiało…

Tymczasem Ptaszydło, czyli Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, czekała na swoje pożywienie. Burczało jej w trzewiach straszliwie, a i cała masa przeczytanych tomów miała dość jej jęczenia, więc wszystkim lżej się robiło na myśl o tym, że o poranku spojawi się Pan L. i ją nakarmi. Miała co prawda przed sobą noc całą… ale właśnie utrupiła w łazience pierwszego w tym roku Pajączora, więc adrenalina ze stron skapująca, dręcząca jej wątrobę i inne trzewia, nie pozwalała jej na zwyczajną senność… Dlatego leżąc, też tak jakoś… spojrzała w okno. Może i gdyby mieszkały bliżej siebie, albo Wiedźma Wrona nie byłaby taką ślepownią, spojrzały by sobie w oczy, ale zamiast to…

Nad polem tańczyły światła…

Wielkie i małe, skupione i rozwleczone. Czerwone, błękitne i takie śnieżne. Najpierw dotykały się leciutko w upojnym seksie zbiorowym, by nagle się rozdzielić… może i się ze sobą drocząc? Może i lekko skłócone? Może i zaskakujące, niemożliwe, pozornie niepozorne, dziwne… Ale chyba nie, chyba nic w tym złego, przecież znowu do siebie podbiegły, łączyły się w pary i trójki, a potem nagle, nierozłączając się, zaczęły krążyć wokół całkiem niewidocznego punktu. Potem… coś się zatrzęsło i zaczęły tworzyć kształty fantazyjne, podejrzliwie podejrzane. Nagle nakładające się na siebie kolory ubogaciły się, nagle wszystko było inaczej… a potem…

A noc była ciemna i lekko deszczowa i wietrzna. Od strony morskich zawirowań nadchodziły dziwne, telepoczące, mgliste twory, a od strony rzeczki rechot podejrzliwy… ale ani Ojeblik, ani Wiedźma Wrona Pożarta tego już nie słyszały. Ani jedna ani druga tego nie widziały. Pierwsza zasnęła w łazience obok wielkiej balii, a druga doczołgała się do łóżka… a potem, o ranności wątpliwej, czyli takiej, której bezwstydnie bliżej do południa, nie pamiętały nic…

A małe nadgryzienia w czaszce zakrywały włosy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0230

Ach!!!

Są… moje książeczki…

Są są są… Zauważyłam ze zdziwieniem, że coraz częściej mam trudności ze znalezieniem czegoś, co by mnie ucieszyło. Że nie ma powieści takich, jakie kocham… wiecie bez nastolatek, z nutką inteligencji i mrocznością jakąś. Fantastycznych, ale i naukowych troszeczkę. No i jeszcze ciekawych, wciągających, matających teraźniejszością, takich, które się potem śnią…

IMG_8849

Gdy jestem na głodzie książkowym… jest źle…

Wiecie.

Z czytaniem jest jak z każdym innym uzależnieniem… jak kurna nie ma co czytać pojawia się podrażnienie, podenerwowanie, dziwne wahania nastrojów, a nawet gorączka i przesadne kuszenie łóżkową monotonią. Po prostu kiła, syfa i mogiła. I jeszcze dżuma i dur brzuszny oraz opryszczka. I jeszcze cała masa dziwnych choróbsk wstydliwych, a i tych całkiem niepopularnych, które powodują okropne, męczące swędzenie, plamy na twarzy i ogólną degrengoladę…

Ale to już za mną. Nowe strony, nowe przygody, nowi ludzie… szał postaci i wszelakie cudactwa. Dlaczego się zauroczyłam czytaniem, a nie kurna jakimś innym dragiem? Serio, ostatnio łatwiej chyba nabyć niezłe prochy, niż dobrą książkę. A tak, taka jestem dziwaczna i okropna, że bezczelnie krytykuję pisarzy. Bo się kurna nie starają. No dobra, niektórzy z nich są serio super, ale… już nie żyją, albo piszą baaaardzo powoli!!! A cała reszta!? Połnocne kryminały są pisane według jednego schematu! Gorzej, autorzy wcale się nie kryją ze swoimi kursami, więc serio można łatwo wszystko prześledzić. A ile można się męczyć z tym samym? A może jestem za stara i powinnam sobie znaleźć inne hobby? A może jednak… Nie! Do cholery jasnej, ciemnej i barwionej chemicznie! Nie!!! Coś jest nie tak z tą literaturą. Jeden z autorów ma całą gromadę ludzi, którzy tworzą fragmenty, a on je skleja!!! Gdzie ci, co pisali z bólem swych trzewi? Gdzie ci, co tworzyli cierpiąc i wyrywając sobie włoski ręcznie w tych miejscach, które bolą najbardziej? Gdzie ci, co piszą nie dlatego, że jest to modne, ale dlatego… że czują?

Gdzie…

Wyspa pachnie inaczej.

Nie wiem dlaczego. Może to mój odwyk, a może jednak po prostu jakaś dwoistość umysłów, które skupiają się nad kwitnącymi lesistościami? Nie wiem… ale coś jest na rzeczy. Coś innego…

IMG_0221

Coś… bardziej męczącego.

Oj wiem, że to ekologia, że nie pierwszy raz, że w ogóle… ale jednak. Cierpię. Dopiero doświadczając tego rozumie się, jak bardzo zapach może… boleć. Cieleśnie i uczuciowo, zewnętrznie i wewnętrznie. Rozrywać wnętrzności, płuca palić, w gardle omaszczać się na śluzówce rozsmarowanym kurzym gównem. Czyli wiecie… nawozy prawdziwe, dają zboża życzliwe!!! Albo i jakoś inaczej. Serio… lepiej nie zbliżać się do pól, a i ich okolice lepiej omiatać spojrzeniem zza maski… a może i lepiej takiego stroju, jak mają ci od promieniowania, albo od skażenia.

Po polach szwendają się wymuskane traktory, w czadowych kolorkach, po prostu niczym na jakiś pokazie Kanye Westa… w wymiarze zaskakująco olbrzymim, jak wspomnianego ego, które ciągną za sobą radioaktywne inaczej beczułki z wrzącą bogactwem i mocą treścią wnętrz… krowich. A może i niekrowich? Kto to wie kto tam srał? Śmierdzi, jakby serio ktoś opróżnił toaletę olbrzyma… tego nie reagującego na owe zdrowe nowości ze świata ludzi, który żre co chce, beka i sra, a na dodatek bierze antybiotyki, tak na wszelki wypadek i pije serio wybuchowe drinki. Ja rozumiem naturę, ale za moich czasów rozrzucało się takie przesuszone i orało! Widziałam wieś… kiedyś prawdziwą!!! Ekhm, nawet ją wąchałam… Żeby nie było, czuję się w obowiązku potwierdzić, że rzadko, ale można, ujrzeć na wyspowych drogach takie starodawnej maści rozrzutniki do gnoju. Wiecie, wozy takie z zabawną rurką z drzazgami z tyłu, no dobra, nie wiem jak to się nazywa… no takie coś co kupmi pluje. Potwór takowy na kółkach, metalowy i nadzwyczajnie brudny, który serio ma problemy z przeżuwaniem i dietę wymieszaną z ekskrementów, słomy i wszelkich traw. Taką raczej wegetariańską… Hmmm, nie mogą o tym nie pomyśleć, że… czy to ma być przyszłość świata? Wegetarianie na nawożenie?

Mniejsza.

Śmierdzi!!! Cuchnie, pali w gardle, oczy łzawią, skóra złazi mi płatami, a w środku coś mi tam smutnie łka… a na dodatek pogoda wprost letnia. Aż chce się wskoczyć w czyste fale, cudne takie i chłodne. No dobra, może i bez przesady, jak najbardziej są nadal zimne, ale i tak się chce… Bo pięknie jest, ale kurna ŚMIERDZI!!! Cuchnie przeraźliwe, pali i dręczy, męczy i dołuje…

Viggo Mortensen.

Oj tak. No właśnie, więc przyjeżdża do Gudhjem sam Aragorn, co zmusza nas do przemyślenia sprawy Mordoru. No wiecie, oko jak nic powinniśmy ustawić, co nie? Zbroję się skołuje, las jest, więc może sobie w nim spać, czytałam że tak lubi… ino podobno przyjeżdża tu w sprawie całkiem innego filmu, no ale… Jakby co, bilety są po 50 DKK!!! Nie bójcie żaby do tego godzinka pogaduszek i pićku będzie. Szampan!!! To kto chce poznać się z Aragornem?

IMG_1557

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i UFO… została wyłączona

Pan Tealight i Niebieski Anemoner…

„Nigdy nie wiesz co się stanie.

Nigdy nie możesz być pewny tego, co się wydarzy, nigdy nie możesz być pewny tego, do czego nie dojdzie, chociaż szykowałeś się tak długo… nigdy… Tak, nigdy jest najpewniejszym elementem tego świata. Ale na Wyspie NIGDY zmienia się w COINNEGO. Jakoś tak… Bo tylko tutaj wyłazisz z domu skąpany w smrodliwość koprofitkowej ekologii by odnaleźć skarby… Wystarczy zleźć z pól, opuścić to, co maszynami macane i wedrzeć się w las. A tam położyć się i pozwolić wzrastającym, budzącym się roślinkom, po prostu gilgotać. Może i kilka z nich wrośnie we mnie i w końcu zamiast pryszczatości obrosnę w płatki?

Tak naprawdę leżysz na starych liściach, które doznają swojego przeobrażenia i sam też się zmieniasz. Ale nie na coś nowego, raczej jakbyś w końcu wiedział kim jesteś i po co jesteś. Jakbyś widział nie tylko mapę, ale miał w głowie wyryte wszystkie potrzebne ścieżki. Jakby Wyspa przywracała nie tylko intuicję, ale wprost atawistycznie w końcu sprowadzała cię do ludzkiego poziomu… tam, gdzie wszystko zdaje się być bardziej normalne, a nawet i łatwe? Możliwe i samosięspełniające…

Wczoraj spotkałam najbardziej niesamowitego Przylaszczka. Najbardziej niebiesko-kobaltowego. Połyskującego i owłosionego. Dziwnego, zaskakującego… bo przecież co jak co, ale amy ich tutaj trochę. Wyłażą z owej pokręconej starotrawości wysokiej, kryją się przy pniach, a nawet siedzą w owych spróchniałych. Wolą miejsca, które je chronią, które sprawiają, że mogą się czuć bezpiecznie… ale i pięknie. Powalać czystością płatków i czarownością tych pręcików zakończonych perłowymi kuleczkami. Ale ta Przylaszczka była inna. Jej listeckzi były ciemniejsze, płatki bardziej połyskliwe. Jakieś takie większe, dziwnie pachnące… jakieś owłosione takimi drobinkami srebra. A pręciki… coś było z nimi nie tak. A może raczej tylko i wyłącznie coś było innego.

Coś wyspowego?

Bo widzicie ten mutant, ten Niebieski Anemoner nie miał w sobie nic z fioletowości, czy błękitów zwyczajowych w płatkach, ale przede wszystkim coś było w tych perełkach. Coś różowego, jakby naprawdę wyszły z morza… jakby wciąż jeszcze czekały na wyklucie. I mimo całej smrodliwości ekologicznej buzującej na polach, odważnie sztachnęłam się kwiatkiem i padłam. Padłam na trawki i szczypiorki, na czosnki i wszelakie przyszłości życia… padłam i wpadłam gdzieś w Wyspę. Wtoczyłam się, wtuliła, wrosłam. Gdy się ocknęłam, leżałam na Sercu Wyspy.

Wielkim i wilgotnym, czerwonym, purpurowym, a nawet… nie wiem, prawdziwym, żyjącym… Bijącym oczywiście. Bijącym, pulsującym. I tak jak dotąd zawsze to bicie mi przeszkadzało, zawsze mnie przerażało, zawsze budziło wszelkie lęki… Ale tym razem rytm był inny. Miły i cichy, zecydowany, ale i dziwnie wrażliwy. Przyjacielski, a może jedyny prawdziwy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3273 (2)

Piękności…

Wszystko się tak rozwija.

Wszystko się budzi, chociaż może i powoli, chociaż może i dziwnie markotnie mimo słonka, mimo wiaterków i pokropywań… jakoś tak leniwie. Przeciągają się i zawilce i przylaszczki i stokrotki. Chociaż jeśli chodzi o stokrotki, to kurna mutanty są z nich jedne. Podobnie fiołki. Nie wiem dlaczego, ale chyba w jakimś wybielaczu topione były, bo kurna z fiolecików opłukane, białe takie. Albo i całkowicie białe albo takie z lekką fioletową nutą, albo ino końcóweczką sfioleciowiałą. Pierun wie o co chodzi, ale myślę sobie… że może to zombie? Wiecie, wdarły się w lubiący mój trawnik klan Fioletowych Krzykaczy Ciszy i modulują genotyopy. I niszczą fiolety, burgundy prawie i purpury… i chrzczą je na biało. A może to serio religia? Wiecie nie zombie, ale właśnie wiara nowa, taka wybielająca? Bo chyba nie moda, co? W końcu zawsze trafiał się jakiś biały… ale to co teraz widzę, to jakaś pasja, jakaś napaść, jakieś wszystko. Ale stokrotki to wiecie, mamy wciąż te w wersji całorocznej! No nie wiem jak, ale dziouchy przetrwały!!! Choć może to chłopcy? Jak się rozpoznaje płeć u stokrotek? Pod pręcik im zaglądać, czy jednak bezczelnie od razu tak pod korzeń?

Zawilce i przylaszczki powoli rozwijają się w dywan… latający! Bo wiecie, na Wyspie nocą dywan kwiatów podnosi się i leci sobie. Nikt nie wie jednak gdzie. Jakoś nikomu nie udało się go prześledzić. Nikomu nie starczyło ni siły ni wyobraźni by po prostu siedzieć w lesie i czekać i patrzeć… i nie zasnąć oczywiście. Nawet trolle spod mostków zdają się nie być pewne tego intrygującego, okresowego zjawiska. Nawet one… a przecież podobno zawsze są czujne? Zawsze? A może jednak kwiaty same nas usypiają? Może jednak nie chcą być widziane, może jest w tym jakaś największa tajemnica wszechświata? Albo i więcej coś? Lek na zło całe?

Może…

IMG_5162 (2)

Czasem się zastanawiam, czy ta Wyspa to ino mnie tak obuchem traktuje codziennie? Czy tylko ja to czuję… widzę, smakuję…

Chociaż chyba nie.

Wczoraj spotkałam na pustej drodze inną duszę, rozmarzoną, rozpatrzoną, wdychającą świat pełnymi płuckami z cebulką. Hmmm, a może ino wątroba z cebulką? Ale to z czym podają płucka? Jedliście… Ekhm, więc wdychającą… Bardzo sympatyczna była to dusza, która wcale się nie zdziwiła mojej dziwnej, fotografującej pozycji. Wprost przeciwnie, stwierdziła, że ona też tak robiła. A teraz… widać jej przeszło, czy coś? A może po prostu już tego nie potrzebuje? Bo ja chyba tak. Potrzebuję tego bliskiego, namacalnego doznania. Dotykania się z Wyspą. Macanek i pogłaskiwań. I oczywiście i wzdychań i wdychań. Bo przecież jak można inaczej? Gdyby tak człek się mógł zwyczajnie na golasa położyć i po prostu być? Ekhm… no dobra są mrówki. Wczoraj niczym legendarna Telimena doznałam nazbyt bliskiego z nimi spotkania. Założę się, iż uznały mnie za intrygującą przyszłość w mrówczym cateringu. Bo przecież cóż innego mogła sobie taka pracowita, zawsze myśląca o własnej grupy przetrwaniu mrówka, pomyśleć? No przecież dla nej ino mrowisko się liczy, dla niej to serio tylko wspólnoty doznania… ot natura wiecie. Proste rozwiązanie. Jak się da, trza do zjeść i przetrwać…

A jednak chociaż czasem i przeżuwam Wyspę, to myślę sobie, że chyba w życiu czegoś więcej potrzeba niż chleba z masłem i czekolady. Może to i nadmierna komplikacja życia, ale wiecie, jak se skomplikujesz, tak se popłyniesz. Szczególnie teraz, w tej całej ekologii nawożenia… eeee śmierdzi. No sorry Wyspo kochana, nadal cię kocham, nadalśty moim bóstwem najwyższym i największym, ale śmierdzisz. Ekhm, woniejesz kupencją dziką mniej i bardziej swojską. No po prostu… a może dzięki temu ludzka jesteś bardziej, ekhm albo krowista? No nie wiem…

IMG_5162 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niebieski Anemoner… została wyłączona

Pan Tealight i Miś Gustafff…

„Czarne koty… żaby i ropuszeńki, węże nawet, no i sowy, tak oczywiście i sowy. Do tego może szczur lub mysz, czy coś w ten deseń. No bo co jeszcze? Pająki? Może i w innych krainach czarna kura, czy coś w ten mroczny, gdakający deseń… może i czarny wieprzek, nie wiem. Wiecie, nawet mogą być i wilkołaki, wampiry i inne tam zmiennocielesne. I jeszcze jakieś zmiennoskórne… ale pluszak?

Skorpiony i mary, wszelkie zmory i dżumy oraz szerszenie, pszczoły i oczywiście szarańcze… ale nie pluszak kurna! No bez przesady!!! Wiedźmy nie mają na wyposażeniu pluszowych misiów o słodkich, różowiutkich łapkach, takich puchatych, mechatych i czesancyh. Ze szklanymi oczkami, z plastikowycmi albo tymi haftowanymi czarniawą nicią… Nawet jak kochają zombie te misie, to i tak. No bez przesady!!! Są jakieś normy! Są jakieś oczekiwania narodów!!! Ale nie… przecież ona musi być inna. I jeszcze jak się człek przyzwyczaił do tego małego polarnego dookołapiętów ogryzacza, to rok temu przyśnił się jej wielki. Spory miś polarny z wielką głową, brzuszkiem i łapami. Śnił się jej, śnił i śnił i jakoś tak było wiadome, że coś to oznaczać musi. I spojawił się on… Gustafff. Gustafff Olafffson.

Tak po prostu przylazł, powiedział, że sobie ją wyśnił, że ją kocha i się z nią ożeni!!! Tak… jak się okazuje są i takie pluszaki. I od tego czasu, mimo wszelakich sprzeciwów, skazanych nim wybrzmiały na niepowdzenie, Chowańca Wiedźmy, Gustafff sypia z Wiedżmą Pożartą Wroną, jada z nią, wykonuje dziwne czynności i wszędzie za nią łazi. Na dodatek ubrany w ciuszki dla wyrośniętego ludzkiego dzieciaka, zdaje się być Turyściźnie właśnie nim. Dzieckiem, oj słyszelibyście te sarkania i protesty w wielu językach, gdy Ptaszydło majta nim na wszystkie strony, albo upycha w torbie! No jak można tak dziecko traktować!!! He he he… no bynajmniej od roku obok niskiej i tak Wiedźmy Wrony Przez Książki Pożartej (co to ostatnio jęczy, że czytać nie ma co, bo ino szity wydają) chodzi miś rozmiar pół metra. Chodzi w swoim uszatym kapturku i porciaszkach i wciąż wszystkim tłumaczy, że Ptaszydło jest jej, że to historia miłosna bardziej niż love story i że serio… niech się gapić przestaną…

Ot i wymóg tolerancji!!!

A ty? Czy akcpetujesz związki pluszowe?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2753

Z cyklu przeczytane: Aleksandra Ruda – … więcej. Pragnę jej więcej. Po prostu nagmiennie więcej, wiele więcej, mocno więcej… bo Olga jest super. Zadziorna i inteligentna, jednocześnie zakochana, a z drugiej strony nietrzeźwie patrząca. Kochająca wypić i zjeść i wyraziście olewająca własne zewnętrze… i ma nekromantę! I półkrasnoluda!!!

Dlaczego dalej się tego cuda nie wydaje? No dlaczego Fabryko Słów? A może inne wydawnictwo by się skusiło? Bo to naprawdę świetna seria. Zabawna i lekka, przerażająco dowcipna w wschodnioeuropejskim stylu… i z wódeczką!!!

Olgę poznajemy, gdy zaczyna studia. A dokładniej bierze swoje życie w swoje ręce. Przeciwko rodzinie, przeciwko innym. Decyduje się na wstąpienie na Uniwersytet… i powoli zaczyna rozumieć, czego a magii tak naprawdę szuka. Te dwa tomy to jej uniwersytecka przygoda. Czas zabawy i rozrywki, czas przygód i decydujących starć. Czas przyjaciół, a w szczególności pewnego półkrasnoluda i  uzdrowicielki, oraz… miłości oczywiście. No i czas… w którym w jej życiu pojawił się pewien nekromanta. Strasznie zadziorny, strasznie dziwaczny, a na dodatek zawsze zbyt blisko. Oto… magia i szkoła w jednym. Wkurzający wykładowcy i nakładane złośliwie uroki, a wszystko okraszone humorem, przez który prychacie herbatą na siedzacych na przeciwko. A potem oni oddają, o przecież też muszą poznać Olgę!!!

Tutaj nie chodzi tylko i wyłącznie o to, że każda z postaci je sobą, mam jaja i inne elementy wytroju zewnętrzno-wewnętrznego. Chodzi o język i o traktowanie czytalnika nie jak półgłówka, co to widzi ino rozmemłane oczęta i śmieje się wyłącznie z przypadkowych pierdnięć… chodzi o całą atmosferę, która przez cały czas utwierdza nas w przekonaniu, że nawet jeśli ktoś przez przypadek zginie podczas tych przygód, to wiecie, zawsze będzie można go ożywić i ponownie skopać mu dupę!!!

Aleksandra Ruda może i stworzyła te powieści z maleńkich, powiązanych ze sobą opowiadań, może i wiele jeszcze może się nauczyć, ale… ona czaruje. Po prostu sprawia, że chcecie czytać, chcecie być w tym świecie i odpoczywacie. Nawet wtedy, gdy kolejny zombie ciągnie was za włosy. Albo ktoś ułożył wasze śpiące ciało na katafalku… z kwiatkami… tak po prostu, bo byliście na podorędziu. Widzicie, tutaj wszystko jest możliwe, wszystko może się wydarzyć, a jednocześnie problemy bohaterów są takie… ludzkie. Nawet jak jest się trollem, czy orkiem. Ale nie elfem…. widzicie, z nimi jest serio coś nie tak!!! Ha ah ha!!!

IMG_6089

Lany Poniedziałek?

Ech… były czasy, gdy młodzieńcza ma wnętrzność chciała być zlana. Ech, co to były za czasy przesłodkie, gdy dzieci nie szły od razu do łóżka, ale najpierw robiły podchody, wystawały przy furtce, trzepau, wysyłały młodszego brata, by przytargał dziewczynę i połaziła z nim po drzewach. Gdy człowiek czasem się rumienił, gdy nagle dotknął przez przypadek ręki tej drugiej osoby… Gdy po prostu się czekało. Gdy najpierw się było z tą osobą, poznawało ją, bawiło się. Gdy zwyczajnie było się dzieckiem? Gdy owa seksualność po ekshibicjonistycznych wypadach z okresu bardzo dziecięcego, kiedy pytanie: a co to masz? było jak najbardziej na miejscu… a potem te czasy dziwnego zawstydzenia, gdy hormony szalały, gdy wszystko dziwaczało, gdy już nie można było zwyczajnie się bić z chłopakami… Gdy nagle ktoś cię pocałował, bo taka gra był dziwaczna, gdy nagle ktoś po prostu i teraz masz w sobie tylko wspomnienie tej chwili, trzepotania serca…

No właśnie w tych czasach Lany Poniedziałek był ważny. Ważne było to by być oblanym… problemy się rodziły, gdy do oblewania brali się wujkowie i rodzice, w końcu nie o to chodziło, czyż nie? Nie o to, całkiem nie o to, ale nie rozumiał tego nikt… nikt z dorosłych. Dlatego zgrywało się nielejka w domowych pieleszach, a potem, udając lękliwość i nieświadomość dnia dzisiejszego w jednym ciele, wypierało się siebie samego na zewnętrze i kończyło w rowie. Uuuu… śmierdzącym, albo zwyczajnie wymorusanym w śniegowej kupie. Bo czasem śmigusy były i po śniegu, a co! Albo z auta ktoś nas w końcu oblał, albo… Czy rzeczywiście wszystko zamykało się w oczekiwaniu i zainteresowaniu? A może li ino w hormonach? Kto to wie? Kto wiedzieć może? Przecież już nie jesteśmy tamtym człowiekiem, a jednak… Lanie było jak komplement. Nawet taki niewybredny z ust pana malującego ściany, podgwizdującego sobie jakąś świńską przyśpiewkę… Lubiłam te pogwizdywania i komplementy. Potrafiły przywrócić rumieniec na najbardziej zmęczone, żeńskie oblicze… Ale dziś to pewno dyskryminacja. Czy coż? Więc czy dziś jeszcze leje się wodą na całego? Tak podrywanego? Czy wciąż wolną kochanej dziewuszce wrzucić za koszulkę żabę albo ślimaka? Czy?

Czasy mamy bardziej skomplikowane niż spis operacji plastycznych Kim K.!!!

IMG_7846 (2)

Lany Poniedziałek na Wyspie…

… to zwyczajny poniedziałek. Wciąż wolny i rodzinny, wciąż ogródkowo spacerowany. A jutro do roboty Królu Złoty. I ty srebrny i brązowy też!!! Bo widzicie, równość rządzi w tym świecie najbardziej. Czyli zwyczajne „nie wychylaj się”. Może nie ma kubłów wody tańcujących, może i nastolatki normalnie spraszają sobie chłopaków na noc do domu, a co więcej, nawet z nimi mieszkają… ojapierdole!!! to jednak… nie ma zalecania się. Nie ma owego flirtu cudownego, nie ma tej całej słodkiej ooczki, która sprawia, że nawet oblech czuje się piękny. Szkoda, co nie? Tylko sama Wyspa wciąż powtarza, że kocha. Rzuca w ciebie kamyczkami w kształcie serca, prezentuje dziurki w krzaczkach w mało wymagających abstrakcyjnego myślenia kształtach, a nawet robackzi zmusza, by w liściach wygryzały serduszka. Jakby chciała nadgonić niezborność ludzką, nagłą amnezję w dziedzinie się sobie wzajemnego przypodobywania. I udaje się jej. Coraz częściej widuję ludzi trzymających się za rączki. W wieku, jak to mawiają, poprodukcjnym… wciąż w sobie zakochanych, a może jednak od nowa zakochanych? Jakby ponownie zauważyli, że można i że chce się. Szkoda tylko, że takich par wciąż za mało, wciąż niewiele. Ci młodsi to wiozą swoje laski na rowerach w formie wężykowej karaway… znaczy on na przodzie, ona za nim z wyrazem mordu w oczach, bo przecież u pań ta cała infrastruktura jest całkiem odmienna… wiecie, tam na dole… I sika się inaczej!!!

Na zewnątrz zimne słonko smaga tych… co w wodzie.

A tak, masa ludzi w wodzie. Co prawda może i mają na sobie zabawne, gumiacze ubranka w czarnych barwach, a i tak wyglądają jak spragniona fal namacania drużyna CSI próbująca zebrać odciski z fal… ale są w wodzie. Wleźli dość daleko, głęboko. Fale ich chłoszczą, a oni niby nic ino zarzucają te spinningi, czy inne cuda, ino tymi żyłeczkami z patyczków machają w wietrznej Wyspy powierzchowności… Znowu rozpoczął się okre rybołapania. Znowu zwyczajnie włażą w toń i próbują coś na żyłkę, na haczyk, ułapić. Czy to sport, czy jednakowoż kiszek potrzeba? A może tylko zabawa? Bo gdy wychodzisz w morze, a jednocześnie trzymasz się kaloszkami dna, to jednak wciąż jesteś na ziemi, ale i dziwnie od niej oddalony… to w końcu jesteś wolny tak. Jedyne o co dbasz, to zarzucić wędkę, poruszać haczykiem i starać się nie zmoczyć za bardzo. Jedyne, co cię obchodzi, to ty sam. Twoje bezpieczeństwo, twoje ciepło i dostęp do tlenu. Wolny jesteś niemożebnie tylko z takimi problemami, tylko z takimi celami. Nagle wszystko jest określone, nagle wszystko wiesz, wszystko c masz… masz. I tęsknotę w sobie kryjesz, by w końcu wrócić do domu i zanurzyć się w wannie z ciepłą wodą. I odpocząć…

Bo przecież pracowałeś.

IMG_5531 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miś Gustafff… została wyłączona

Pan Tealight i Ropuszka Pandory…

„Świat nadmiernie wierzy słowu pisanemu.

Może i czytać umieć przestaje, ale wierzy… jakby te słowa i litery, a jeszcze lepiej, szkrobane cudzą ręką szlaczki nieczytelne, dymiły aż magią. Wielką magią. Niewyobrażalną magią. Nieopisywalną, niezrozumiałą nagle mimo wszelakiego dostępu do nauki. Do zeszytów i ołówków. A przecież wystarczy coś zmienić, szczególnie w tych współczesnych czasach, gdy kolejna kopia pokrywa starą i nikt już nie wie, nikt nie pamięta, nie ma dowodów na to… co było. Jakie było i dlaczego w ogóle do ciebie przypełzło kładąc się na twojej kanapce z rzeżuchą, serkiem i mocno wędzoną kiełbaską… na białym chlebku z masełkiem…

Bo widzicie, nic nie było takie, jak się nam mówi. Nic takie, jak opisali kronikarze, gawędziarzy zaskórnicy… nic takie jak uczyli. Nie oszukujmy się. Człowiek wtedy, a człowiek teraz, jest taki sam, ale człowiek wtedy, z tamtymi wydarzeniami nie może być zrozumiany przez tego, który szuka wyłącznie bohaterstwa, albo… zwyczajnego, znajomego skandalu!!! Nie da się…

I dlatego nikt nie pamięta o ropuszce. Ropuszce Pinkidorze. Maleńkiej płaziowatej gadzinie w kropeczki. Z grubiutkimi udkami, ciałkiem kulstym, malutkiej, a jednak dziwnie potężnej, gdy przychodziło do kochania. Takiej w kolorach ziemistych, ale z zielonkawymi oczkami, dziwnie połyskliwymi, jęzorem długim i ogniście czerwonym, oraz różowymi plamkami… widzicie, wysypką jakby… może to wirus, a może od natury ostrzeżenie, którego nikt nie słuchał? Którego mała Pandora nie widziała, bo od małego nie rozróżniała kolorów.

Widzicie, księżniczka Pandora choć piękna, była niska i strasznie zakompleksiona, a i na umyśle względnie podrażniona. Gdy pewnego dnia, rozmyślając nad miłością w przypałacowym ogrodzie spotkała ropuszkę… zakochała się w niej. W końcu odnalazła przyjaciela, tak samo niechcianego, tak samo nierozumianego. Polubiły się i dogadały od razu. Ropuszka zamieszkała w szkatule wyściełanej glonami, lekko błotnistej, tak jak lubiła, karmiona muszkami w cukrze oczywiście była, a w zamian kochała swoją przyjaciółkę bezgranicznie. Nawet wtedy, gdy już po zamążpójściu wyszły na jaw owe odporności, a raczej ich braki… że tylko Pandora była odporna na te zarazy ropuszki? No kto mógł o tym wiedzieć, wstyd się przyznać, że żabon wszystkiemu winien… więc wiecie, wymazanao RO…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2520

Z cyklu przeczytane: „Bóg, honor, trucizna” – … więcej. Więcej chcę i nie chcę czekać!!! Kurcze, kto to widział, żeby czekać trzeba było!!! Bo przecież to dopiero początek. Ot tom pierwszy, ledwo dym unoszący się znad ogniska, para znad pokrywki, zwiastująca bardzo dobrą kolację, której się nie oczekiwało.

Foryś ma to do siebie, że lubi nie mówić do końca. Nie odkrywać wszystkiego, pozostawiać masę niedomówień, jakby był dumny z tego, że on wie, a czytelnik to nie… a i tak się go czyta. Bo wciąga. Bo mami. Bo tworzy osobowości, które zaprzeczają nudzie schematów. I nie inaczej jest z tym tomem. A to tak naprawdę pierwszy tom trylogii!!! Pierwszy…

Oto ona.

Ideał! A przynajmniej tak mnie uczyli na lekcjach historii. Ot najbardziej romantyczna para wszechczasów. Marysieńka. Kobieta, która sprawiła, że Jan III Sobieski nie był tylko hetmanem. Nie był tylko władcą… stał się ikoną kochającego męża. Idealnego partnera… Oj, to idealizowanie! Nie bójcie żaby, Foryś nie będzie idealizował. Oj nie, on po prostu pokaże wam i miłość i prawdę i… coś więcej. Bo przecież opowieść, tkana na znanych nam faktach historycznych, jest czymś więcej. Romansem wyobraźni i tego, co znane. Tego, co przypieczętowane wiekami opowieści. Ale nie bójcie się. To nie obarczone wymyślonymi normami pisanie. To nie historyczna opowieść z jakimiś dodatkami… to cholerna sensacja! To thriller, a jednak nie rażący pokręconymi ideami. To… powieść. Roztapianie się powolne w rzeczywistości i włażenie w inne czasy, inne opowieści. To… intryga. Królewskie ideały, pragnienia kobiet, siły, które tak naprawdę nie leżą w dłoniach, które o to podejrzewamy. Oto ukazanie delikatnej pajęczyny… oto świat, w którym tak wiele nici, wspiera innych wiele. Tylko… kto jest pająkiem?

Wspaniała powieść. Porywająca sensacja, chociaż nosząca dziwne suknie i pończochy… na męskich łydkach.

IMG_9690

Ekhm… no to Turyścizna atakuje.

Nagle w sklepach, a i innych miejscach, dzikich bardziej, tłok. Potęga mowy wszelakiej i mało idealnych nieuśmiechów. Jakoś tak w tych rejonach smuciej się robi. Szalejąco bardziej i mało spolegliwie. Jakoś tak… ale za to w lesie nadal cisza. Oczywiście jak się nie natkniecie na kilkoro przeraźliwie wrzeszczących bachorów. Kurde!!! Ciszy człowiek chce, a tu co… oczywiście kurna wychowanie bezstresowe. Ja tam nie wiem, ale mnie chowali tak, że w lesie wrzeszczeć nie można było. Ale co tam. Przecież na czym się znasz człowieku. Przemykam się między powalonymi drzewami, ciesząc się, iż nadmierna błotność wygnała stąd turystów z wielkimi plecakami. Aj kto to widział wdzierać się do wąwozowatości Blaskinsdalen z takimi tobołami. Tutaj na ścieżynce dwa ludzie z ledwością się wiminą i to tylko gdy jeden się odchyli i ułoży mało równolegle do skał. I tyle. Ale wiecie, nie ma tego złego. Bo tam, w tych skałach cudowne pierwiosnki są… i oczywiście sławetne przylaszczki. Niebieściucho kobaltowe, lekko fioletowe, lekko dziwnie bordowe, lekko niesamowite. Chciałoby się zawisnąć nad nimi i tak fotki robić, ale się kurcze… nie da.

Czasem zwyczajnie się nie da.

Jak już znikną obcy z innej planety, matplanety, czy innego Nostromo, znowu można po prostu macać, smyrać i wdychać Wyspę. Po cichu. Szepcząc, do wciąż dziwnie niepewnych zawilców, coby się w końcu otworzyły na ten świat. Obiecując im, że będzie lepiej, serio, no i ta cała posępna człowiekowość… wróci do siebie, żeby mogły rozkwitnąć i znowu uczynić śnieg. Znaczy zaśniegować lasy na Wyspie. Tak na amen i do końca. Otworzyć te słodkie białe i żółte, a czasem nawet bordowo-fioletowe mordki i pokazać wszystkim gdzie pieprz zimuje, a żółte wnętrzności lśnią. I pachnieć. Bo widzicie, w tym roku odkryłam, że owe wczesne kwiatuszki… pachną. Pachną dziwnie subtelnie, uroczo. Jakby nie musiały się starać, jakby robiły to tylko dla siebie. Bo przecież… nie mają konkurencji. Nie muszą zbawiać pszczółek, nic nie muszą. Tylko wygrzebać się spod zimowej jesienności oipadłych liści i połamanch traw, muszą. Wydostać te swoje urocze gałązki i listeczki, takie pietruszkowe… Nie muszą się starać. Przecież wciąż jeszcze gałązki są gołe, więc dlaczego pachną?

Dlaczego aż tak pachną?

IMG_2226 (2)

Pomiędzy zeszłoroczną liściowością wybijają się wszelakie trawki. Dumne ze swojej zielonkawości, śliskie i jakby oliwione. A może po prostu w ziemi nowe łóżka do opalania zdeponowali? Wiecie, ale takie na chlorofil, co nie? Żadne tam brązy! W końcu to wiosna. Stawiamy na radosne pastele i wszelako jazgotliwe zielenie. I na rąbki żółto-czerwone wtykane w pączki. A tak dla jaj wiecie, coby sobie urozmaicić świat. W końcu niebiosa obtoczyły się błękitem wszelako nadmiernie błękitnym, więc czemu nie! Wszystko to tak ślicznie do niego pasuje!!! Wszystko układa się w taką romantyczność wszelkaich początków uczucia… a do tego ptaki. Głośne i natarczywe, ćwierkające, jodłujące, śpiewające. Dające z siebie wszystko. I gniazdeczka już czkekające na rodziny. I skowronek nad polami się unoszący i w stronę słońca trelujący, jakby serio gdzieś miał to, by jakąś pannę do gniazda ściągnąć… A może rzeczywiście go panny nie obchodzą? A może ma jakąś, a ta akceptuje to, iż jej wybranek wielbi też inną? Jakoż nie wymaga wyłączności od chłopa, na podorędziu ma wróbeka niecnotę…

Może i słonko wali i srebrzy wszystko i złoci. Może i gdy w nim się stoi ciepełko miłe poci ciało, gdy wdrapujesz się na kolejny stok, pokonujesz nierówną, wąską ścieżkę i dziękujesz światu, że wciąż jeszcze możesz… może… Może i nawet to już kwiecień, i wspomnienia wrzących Wielkanocy w sobie nosisz, a może i nawet straszliwie takich letnich, może… Prawda jest jednak taka, że kurcze zimno pieruńsko. Ot może się i zgrzejesz skacząc od kamienia do kamienia, od korzonka do korzonka i potem skłon, buziak w glebę, gdy trzeba przejść pod zwalonym drzewem, ale jak tylko w cień wleziesz, jak ino słonko nagle gdzieś z ciebie zniknie, to przypominasz sobie o rękawiczkach. Może dlatego wciąż jeszcze cała leśna kwietność taka jest markotna we wzroście?

Może?

Piękne te błękitności spowite mrozem. Wietrznym mrozem takim, uszczypliwym bardzo, drażniącym i w nosie gluty utwardzającym. Ale i tak pięknie i pachnie to co jest kwieciem… może kurcze dlatego tak pachną, bo mało ich? Może są tak naprawdę z kosmosu i po prostu za wszelką cenę chcą przywołać nowych? Może i tęsknią za wspólną dywanowością? Może? Bynajmniej, gdy ponownie ląduję dupskiem w błocku, wydaje mi się, że mam pierwiosnka… dopiero po pewnym czasie rozumiem, że jest ich więcej. Wiecie co? Te pierwiosnki, to ściema, wam powiem. Kurcze jako dzieciak pokazywano mi kwiatki i mówiono jak one się nazywają i dałabym sobie łeb uciąć i nie wymienić na nowy i lepszy, z włosami bujniejszymi wiecie i cerą taką szklanką-porcelanką no wiecie… włosowy kompleks mams traszny serio… O czym to ja, a pierwiosnki, więc serio wydaje mi się, a raczej pewna jestem, że pokazywane mi pierwiosnki wyglądały inaczej, nie jak zmutowane prymulki!!! Czuję się taka oszukana. Nie, no pewno, że ślczne są i kolorki radośnie fioletowe i żółte mają, ale wciąż kurcze… Pewni jesteście, że to pierwiosnki? Tubeczki takie z falbankami. Czadowy pomysł Mamuśki Natury, to jej oddać trzeba. Zabawne takie, jakby serio ktoś je z czarownej inaczej krainy wywabił i tutaj sklonował. No bo… serio, to są pierwiosnki. Czy one nie powinny mieć takich płatków innych i takich cieńszych gałązek i listków innych… i…

Gdy się w końcu wylezie z wąwozu, to po prostu magia rośnie…

Piękne te skały i cała linia brzegowa i Szwecja w oddali, nad którą chmury i chmurzyska niczym kładziona łyżką bita śmietana, się łożą. I ta morskość spokojna, ot tam najwyżej maleńkie falowanie, jakby ktoś po praniu zapomniał tafli wyprasować. Zresztą, po co tam prasować, takie cudnie falowane o wiele lepsze przecież jest. Naturalne… piękne. I puste. Widzicie, w zasięgu wzroku żadnego pływającego metalowca czy drewniaka. Ale ponad niefalami są one. Wrzeszczące, krzyczące i dziwnie pisklujące mewy. Gniazdują, czy nie, ale jak tak cień mewy nad człekiem się nagle rozprzestrzeni, to się ino modlisz nagle nawrócony, by cię nie obsrały. Bo cień mają wielki i mroczny. Znaczy każda z nich ma cień. No może jeden mają i sobie wypożyczają, czy coś… nie wiem. Bo mroczny jest. Bo taki dziwnie zaćmiewający słońce, jakby mógł wszystko, jakby po prostu władał, ale jednak pozwalał wszystkim na codzienne niesubordynowania? Jakby… było w tym coś więcej, a przecież to tylko ptaki, tylko cienie, tylko słońce i światło, tylko morze…

Może?

IMG_4719 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ropuszka Pandory… została wyłączona

Pan Tealight i Sztorm Siódmego Dnia…

„Wykluł się z małej pisanki.

Tej kijkiem zanurzanym co chwilę w wosku na ogniu, maczanej. Tej szpileczką na jego końcóweczce dźganej. Owej zawijasami falistymi pokrytej… tutaj lekko zarysowanej, na czubku iksem oznaczonej, a z drugiego końca kuleczką. Trochę większą, nie rozpuszczoną, pszczelim woskiem pachnącą… a potem w cebuli topionej. Chyba wszystkiemu winna ta cebula. A dokładniej te pomarańczowo brązowawe obiereczki. Bo przecież gdy jeszcze dziwnie biała nagość jajka, śnieżna taka bez grudek, znaczona była woskowymi, lekko zielonkawo-bursztynowymi liniami, przecinkami, kropkami, niby językiem jakim, może i elfim… może i językiem? Nic się nie działo. Nic się nie zaczęło, gdy ugotowane jajo obsychało, a dłonie i oczy uzgadniały gdzie i kiedy jaki znak postawić. Nic się nie działo, gdy wosk się nagrzał, a człowiek przy piecu odchrząknął i rozpoczął pracę… nic, gdy po raz pierwszy naznaczył jajko…

A może wszystko zaczęło się od snu?

Nie, nie tego z wybuchającą bombą atomową i dziwnym płaszczem, z ową falą, którą Wiedźma Wrona Pożarta, nawet jak już się obudziła, wciąż czuła na swojej skórze. Może i była chroniona, a jednak… nie powinna była tego śnić. I w ogóle dlaczego teraz? W dniu, w którym wszelakie świętowanie winno być zabronione. W piątek, który przecież ogólnie mówiąc smutkiem winien być zasłany… śmierć wielu piskalczków i babek piaskowych i gotowanych i sałatek warzywnych i jaj i znowu jaj i ich jaj też oczywiście. I jaj… wspominaliśmy o jajach? Wiedźma Ptaszydło szczerze i od zawsze nienawidziła tego okresu. Jakoś tak. Napastujące ją allelują – wierzbowa witka z kotkami – ciotki w okresie młodości małomłodej, skutecznie jej obrzydziły ten czas. Potem księżowie, co to twierdzili, że dziecię należy oswoić z rodzajami biczów dostępnych na przełomie er… a i w ogóle, ten smutek wymuszony. Jakby kurna nie wiedzieli, zapomnieli, że wszystko kołem i to się jak zwykle ze skałą odrzuconą od nowa zacznie i potoczy…

Wiadomo, no zombie jak zombie no!!!

To musiał być inny sen, czyż nie? Nie mógł być ten o stole, bo gdy się Wiedźmie stoły i krzesła śniły, to był to koszmar największy… Co jak co, ale ona uważała i stół i krzesła za zło przez człeka złego wynalezione. Bo i po co komu coś, co sprawia, że do ziemi się nie sięga girkami? No po co? Jak ktoś krótki, to sami wiecie… trudności ma. A i jak tak dyndać przez długi czas i jeść z innymi? Oni mlaskają, plują i ogólnie mówiąc źle to wygląda… i jedzenie… nie. To nie mógł być ten sen.

Nie, to nie mógł być ten sen. Nie ten sen przerwał wiatr stukając w dach i domagając się uwagi. Nie ten…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8865

Z cyklu przeczytane: „Każdy musi płacić” – … dobre. Naprawdę dobre. Zaskakujące, prędkie, z jajcem i powalającymi osobowościami. Usz takie „średniowieczne” fantasy. Z podtekstami oczywiście, bo jakby nie, to byłoby nudno!!! I z zaskakującym dopracowaniem… ALE…

No właśnie, dlaczego kurna zawsze musi się spojawić ona. Majestatyczna  potężna… Czytelnictwa Boga Ale?

Tym razem chodzi o obszerność. A dokładniej o jej brak. O jakieś zagubione strony, a może i tomy, bo przecież musiały być kurcze!!! W to, w co wkroczyłam z pierwszymi stronami, nie moża tak wejść. Bez przygotowania, bez mapki, opisów… bez pejzaży i historycznych uwarunkowań, bez biografii jakiś, bez charakterystyk. Bez ludzi! Bez ich żyć i lini, które połączone tłumaczą, dlaczego… dlaczego tak się to potoczyło. A i potem… co się do koziej wólki stało z tymi ludźmi i państwami? Przecież część z nich trzymała się na krańcu swej ścieżki, inni znowu na nią dopiero wkraczali…

Oto świat, lekko pomieszany, lekko średniowieczny, nie do końca, wymieszany. Jakby do wielkiego kotła ktoś wsadził średniowieczną niepewność i siłę, skropił to magią, dorzucił do tego intrygujące, utworzone przez siebie klony kościelnych formacji, no i ich. Bohaterów!!! Niesamowitych, wytworzonych przez nieznane dla nas sfery i grupy, wierzenia i nacje… Tak naprawdę niczego nie wiemy, a jednak mnie to kręci. Ona, potężna i zagadkowa, wstawienniczka. On – dowódzca Pięści… znali się. Do tego wykwalifikowany morderca, koronowane głowy i specyficzny bastard… o którego przeszłości też wiele się nie dowiemy. Ale jest jeszcze młodziutka dziewczyna…

Dlaczego?

Cała masa postaci, w których można się rozsmakować, których postępki wzbudzają w nas różne emocje… chcę ich więcej, chcę mocniej i tak, rozumiem dlaczego ktoś mógł przywołać w porównaniach dzieło Martina, ale… ALE!!! To ino rozdzialik! To nawet nie powieść, ale jej część, trochę nadmiernie wyrwana z kontekstu! Niech ktoś to naprawi! Bo to dobre jest. Nawet czytane w ten sposób, wyrwane niczym okno z jakiegoś świata, po którym nikt nie chce nas oprowadzić… intryguje. I nie opisami, bo ich zwyczajnie, jątrząc moje rany, brak… ale nimi. Bohateami. I sytuacjami, stworzonymi powiązaniami, politycznymi i społecznymi formami. Niby zakonami, niby znanymi… a jednak jakże intrygująco… potwornymi?

Szkoda… Szkoda, że nie ma więcej. Że wycięto i opisy, że odebrano mi owo uczucie rozsmakowania się… Wciąż przeglądam strony wierząc, że może przeoczyłam poprzednie tomy i przeoczyłam następne…

… wciąż.

IMG_4917

Maundy Thursday – Skærtorsdag zaskakujące…

Po polsku to tylko Wielki Czwartek, na dodatek nie WOLNY Wielki Czwartek, ale całkowicie pracujący, a u nas zaczynają påskeferie. Wyłazi człowiek z domostwa, zachodzi do stolicy i co… i kurcze wszystko pozamykane. Ludzie się szlajają, przyjezdni najczęściej oczywiście i szukają jedzenia. Oj pewno, mogą pójść do restauracji, ale co z zakupami? Za to w kilku (na Wyspę) sklepikach otwartych… kolejki. Jakby koniec świata miał nastąpić, wszystko znika z półek. Usz, nawet miśki z serduszkami na klacie wybywają. Nawet niechciane owocki, tudzież inne tam sporadycznie spożywane. Ot widzicie… święta się świętuje. Co nie znaczy, że w sobotę niektórzy nie pójdą do roboty, bo pójdą. Jakoś tak w owym świętowaniu Påske jest przerwa jakaś. Widać owo oczekiwanie na Zmartwychwstanie przytłacza, że trzeba czas robotą zatkać? No nie wiem… Ja tam wolnego nie mam.

Takam niereligijna.

Na drzewkach w różnych miejscach jajca się kołyszą, bo wieje mocno, więc nieruchomo siedzieć nie chcą. Bujają się na całego, nagle udowadniając człowiekowi, że wszystko jest możliwe, a i jajo takie, całkiem nieptasie, może zawędrować do gniazdka. Bo widzicie… ptaki w najlepsze gdzieś mają to całe świętowanie i boskości i się gniazdowaniem zajmują. Na przykład w moim ogródeczku – czytaj trawnik – siedzi sobie choinka, pod choinką sterczy rodzina trolli. Mamusia, Tatusia i dwa dzidziusia… i co? A to, że od kilku dni atakują ich wrony. Przylatują, podbiegaką, podchodzą i cichaczem dziobem ŁUP ŁUP ŁUP… i w mózgi trolle łupią i włoski im wyrywają. Bo tak, na głowie trolle włoski mają… I wrony te włoski w dzioby i jak utoczą niezły kłakowy kłębuszek, to do gniazda… Ja rozumiem, że kryzys w świecie, ale serio!!!? Czy moje trolle, a dokładnie ich cząstki, mają stanowić nowe mebelki z IKEA w gniazdku? A może kurcze tak we wronich gazetkach o wnętrz wystroju napisano, coby latały i łapały i… skalpowały? To ja je karmię, a one mi kurcze trolle molestują grzesznie?!! AAAAA!!!

No mniejsza.

IMG_2149

Miało być o czwartku przecież, a i o piątku być miało. Bo widzicie, jakoś to wszystko jest inaczej. Jakoś wydawało się, że człowiek wie co to znaczy, jak inni wierzą, ale może i nie wie. … „from Latin mandatum or mendicare, or Washing of the Feet”… nie wiedziałam. Przyznaję, że nie wiedziałam. Zresztą po naszemu jest podobnie: „”Skær” betyder renselse, heraf navnet skærsilden”. Czyli wszystkiemu winne są stopy? No dobra, może i sandały patrząc ku genezie obrządku… Wyobrażacie sobie, że idąc w gości, na śniadanie wielkanocne musicie zdejmować szpilki i pończochy, bo służba będzie wam pięty szorować? Hmmm, może i byłoby ciekawie? Chociaż z tego co wiem, to większości pogoda się oziębiła, więc może i kozaczki i grube skarpety w wełenki owczej? Dlaczego po polsku to się nazywa ino Wielki Czwartek? A nie… dbania o higienę dzień? Możnaby reklamować wtedy te taśmy na nagniotki, halluksy, no i wiecie, scruby wszelakie i kremy na spulchniania…

W końcu w dzisiejszych czasach wsio na sprzedaż jest.

Może i świat konsumpcyjny, ale u nas w sklepie ino kilka papierowych jajek i kika czekoladowych zająców kica. Tak serio, to poza wielkimi kokardami na lampach, w odcieniach słonecznego żółtka, nic o świętowości nie świadczy… poza Turyścizną, która jak zwykle uważa, że po prostu są tutaj panami, królami i ogólnie mówiąc koronowanymi głowami. Albo i innymi częściami ciała. Cóż, no taki świat, no takie zachowania. Przyjeżdżają i tyle. Na pewien czas zdaje im się, że kurcze… no właśnie co? Jak to jest, że Turysta poza swym miejscem zamieszkania, gdzie oczywista jest ino Mieszkańcem, zdaje się być całkiem innym człowiekiem? Cóż, może i nie mają Bagażu, ale… szkoda, że nie są Dwukwiatem. Z nim pewno byłoby zabawniej. Ech… Mniejsza, nasza Turyścizna należy do tej głośnej i raczej typowej. Tej co jjem śmieci i narzeka. Co marudzi, wsadza wszędzie nos i nie potrafi być średnio wychowaną społeczną jednostką. A może anstyspołeczną? Czy ja jestem… no tak, ale ja jestem chora psychicznie!!! Mam jakieś wytłumaczenie, co nie? No mam przecież…

Good Friday?

Miało być o piątku przecież, więc zajrzyjmy… po angielsku jest on dobry? Dobry… a po naszemu długi!!! Cóż. Dania ma widać inne postrzeganie tego co dobre. Co dobre musi być długie, a może odwrotnie? Co długie dobre być musi?

Ekhm… a może tylko może być?

IMG_4711

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sztorm Siódmego Dnia… została wyłączona

Pan Tealight i Zaglucona Ona…

„Trzęsie się Chatka Wiedźmy.

Bardzo się mocno trzęsie, ale i dziwnie. Nie jakby wiatr nią miotał, nie jakby powietrzne moce się boksowały z murami i dachem… raczej jakby oddychała? Ale dziwnie i spazmatycznie, nie jak zwykle z lekką chrypką, chronicznie raczej chorobliwie… suchoty zaściankowe, czy coś? A może po prostu coś ma z żołądkiem, w końcu jej jakiś wredny kot zaszkodził!? A mówiłem nie żreć z futrem, opalać nad ogniem, mówiłem!!! Mówiłem, ale kto mnie słucha? Pan Tealight jest taki stary, pewno życia nie pamięta, mówią… Sarkają ino, jęczą i marudzą…

Dziwnie brzmią moje kroki na owym zamszonym wiedźmim trawniku. Mokro tutaj, coś się ciągnie niczym ślimaczy śluz. O co chodzi? Głupio tak przez okno zaglądać, ale co tam, stary jestem, zwalę na demencję czy coś tam. Czasem pomaga to, kim i czym się jest. Chociaż widok roznegliżowanej Wiedźmy Wrony Pożartej raczej nie należy do urokliwych, to jednak, sprawdzić trzeba. O jest, wala się po podłodze znowu, oj coś się jej majta u kichola, oj… NIE!!!

Gdyby nie Ojeblik, mała ucięta główka, świat żyłby nadal nieświadomy tego, co się wydarzyło po dziwnym omdleniu Pana Tealighta na skutek wybrzuszenia ścian Chatki Wiedźmy. Zresztą, o tym wolała nie wspominać, głupio tak obgadywać przedwiecznego, nawet jeżeli to podglądacz i zboczeniec. Nawet jeżeli się z nim mieszka, żyje i ogólnie mówiąc… jest się rodziną. I nawet jeżeli znajduje się go w tak niedalekiej odległości od nader zasmarkanej kobiety w wieku średnim i wątpliwym odzieniu. Kto wykorzytuje chore kobiety? No kto? I to… stare?

Nadchodził Straszny Czwartek, dzień poprzedzający Długi Piątek… trzeba było postawić zasmarkaną i kichającą przeraźliwie, sypiąc dookoła krwawymiswymi wnętrznościami, Wiedźmę Ptaszydło na mniej lub więcej, nogi. Może i na zewnątrz wiało i lało, ogólnie mówiąc pogoda nie była nadmiernie wiosenna, ale w końcu ktoś powinien był pomalować rosnące w Ogródeczku Nadmorskim jajeczka!!! A Ojeblik to od zawsze bała się jaj…

Nigdy nie wiadomo kiedy i co się z nich wykluje…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3748 (2)

Z cyklu przeczytane: „Coś do ocalenia” – … trzecia. O podróży i o miłości, bo przecież zawsze u Carmack jest miłość. I o problemach na trakcie rodzice – dziecko. I o młodej dorosłej ze znanej nam grupki młodziaków…

I o miłości… i o życia dziwnej słodyczy. No i w ogóle słodziutka taka ta opowieść. Młoda dwudziestka, co o kasę się nie martwi, masa facetów, z których oczywiście tylko jeden się jej podoba. Do tego konflikt rodzinny, który z łatwością można naprawić… sorry, ale to nie dla mnie. Może i powieść miejscami jest zabawna, może i lekka jest szalenie i wielu ocyści zatrwożone codzienności, ale mnie wkurzyła. Zwyczajnie nie trawię dorosłych z TAKIMI problemami!!! Aż chce się zakrzyknąć: dziewczyno ciesz się życiem, kurna, przestań marudzić!!!

Oczywiście, jak w tej serii bywa, spotkacie tych bohaterów z poprzednich części, ale uwierzcie mi, to nie poprawi jej wędrowniczej narracji. Ot kolejne kraje, kolejne miasta ona i on… w ucieczce przed całym światem. I jeśli od razu na początku nie domyśliliście się jakie on ma problemy, to sorry, ale… no dobra, może was zakończenie zaskoczy. Nie, wcale nie pragnę, by wszyscy w życiu mieli pod górkę, ale bez przesady, odrobinę realizmu by się zdało. Po bajki to ja do Andersena chodzę, przynajmniej u niego czy u braciszków Grimm, trochę krwi się leje w nieocenzurowanej wersji.

Zwyczajnie ta powieść jest odrobinę naiwnie głupkowata. I chociaż takie właśnie są późne nastolatki i wczesne dwudziestki, to nie chce się wierzyć, że AŻ takie są… i że takie przeżywają? Hmm… może to gatunek chroniony?

IMG_5618 (2)

Wieje…

Co chwilę w dach Chatki uderza wielka Wietrzna Pięść. Nie majta w okna, nie bawi się już wisiorkami na zewnętrz, tyko boksuje się z dachem. Chciałoby się sprawdzić, czy kurcze znowu dachóweczka się nie obluzowała, ale strach wyjść. Bo z wiatrem szorstkim, dość chłodny deszczyk przybył. Zima? A może po prostu staroświecki koniec marca? Kilka lat temu wciąż jeszcze śnieg leżał. Robiłam sobie śnieżny, urodzinowy torcik ze świeczką. a teraz poprzekwitały najwcześniejsze wiosenne kwiaty, schowało się słońce, tylko wiatr majta Wyspą. I w takich momentach wciąż mam wrażenie, że Wyspa pływa, że tak naprawdę wcale nie jest tylko cząstką tej ziemi przytwierdzoną do środeczka rozgrzanego i płynnego, że nie jest tylko i wyłącznie elementem całości, ale tak naprawdę czymś innym. Napowierzchniową wyspą, która pływa. Która nie trzyma się jednej szerokości i długości geograficznej, ale tak naprawdę wciąż podróżuje. Może i w głąb kosmosu? Może wcale nie jesteśmy już na Ziemi? Może znowu przeskoczyliśmy w nocy, dzięki większemu powiewowi… na Planetę Demonicznych i Depresyjnych Zarazem Jednorożców? No wiecie, tych dziwnych, co malują się na czarno, albo ciemnoszaro tudzież głęboki granat i tak po prostu srają na tęczę?

Wyspa zaskakuje taką zmiennością, że trudno uwierzyć, iż wciąż jest tym samym. Spoglądam na jej zdjęcia sprzed prawie stu lat i dziwuję się. Bo widzicie… niewiele się zmieniło, a miejscami właściwie nic. Może i jest lepsza droga, może i są nowe znaki, ale poza tym wciąż drzewa, wciąż pola i linia brzegowa. Oj pewno, jeśli chodzi o drzewa, to jest ich teraz więcej. Jak rzadko w obecnym świecie, Wyspa porosła bardziej. Wspina się coś po kamieniach, jakby odnalazło receptę na życie bez ziemi… pewno, że człek wie, iż gleba to niesamowita sprawa i nawet na kamieniu coś urośnie, ale jednak, wciąż zachwyca. Są nowe domy, ale i te stare. Jedne odnowione, inne znowu tylko pomalowane i z wymienionym dachem. Nowa słoma pyszni się doookoła komina. A z komina jak niegdyś trochę dymu leci… i choć większość energii bierze się z wiatraków, to jednak. Tak niewiele się zmieniło.

Brak dziwacznych zmian oznacza bezpieczeństwo.

IMG_2217

Niestety wietrzność nagminna oznacza, że dotarcie na Wyspę jest utrudnione. A miejscami właściwie, nie oszukujmy się, raczej niemożliwe. A tutaj sezon przedwczesny się zaczyna, lody znowu smaczne jak zawsze, czekolada zastyga w formach a i ciepłe cukierki niczym bułeczki… czekają. Może świat nie pachnie jeszcze lakridsem i marcepanem na okrągło, ale coś się zmieniło a aurze. W sklepach pojawiają się tacy, których widuje się sporadycznie, a i tacy, całkowicie nieznani. Nagle… częściej widać ludzia na horyzoncie. Jak oni tutaj dotarli? Cóż? Biorąc pod uwagę, że uznaje się Wyspę za świat poza światem na lotnisku w Stolicy, to pewno promem. Tylko że wielki, mocarny Hammerodde posiedzi sobie dłużej w naprawie, Villuś oczywiście na takie fale niezbyt, a Eleonora, no cóż, wiecie jak to jest z kobietami. Fale robią!!! Zostaje więc tylko dumny Povl Anker. Pawełek Kotwica, a może Piotruś, raczej nie obpłynie wszystkich kierunków, no się nie rozstroi… znaczy rozstroić się moze nerwowo, ale z jednego trzech nie uzyskasz. To nie obiadek z Jezusem!!! Zresztą, Turyścizna jedną sprawą, a co z jedzonkiem dla nas bidulkowych Mieszańców Mieszkańców? No gdzie mój serek, jeżeli tutaj nikt z mleczka go nie zrobi? Gdzie mój jogurcik? Chlebek może jeszcze robią, ale cała reszta… czarno to widzę. Nawet mięska nie będzie, bo jak to ubić? A ryby nadal w foczych łapach i brzuchach!!! Głodem chcą nas umorzyć, czy co?

Promy oddajcie…

Kto pamięta dostojną Pomeranię? Oj to było cudo nie prom. Ogromne, gigantyczne wprost, miało fajne kajuty i prysznice czaderskie. Może i zaćpana przespałam większość pływania, ale wspominam ją z nostalgią. Bo widzicie… wydawać by się mogło, że to taka żegluga bardziej śródlądowa między Wyspą, a Stolicą, czy Szwecją… jednakowoż prawda jest taka, że wody u nas zdradliwe. I nie chodzi tylko o wybuchy, trzęsienia a i pozostawione po wojnach niespodzianki w zatopionych wrakach. No i morskie potwory!!! A co! Przecie nie można zapominać o mniejszych i większych morskich kreaturkach. Zadziwiająco żywotnych i zaskakująco intrygujących. Może i nieczęsto łapią kogoś za klejnoty i wciągają w głębiny, ale są tam…

Ciekawe czy one mają mdłości, jak wiatr tak falami buja?

IMG_2184

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zaglucona Ona… została wyłączona

Pan Tealight i Spook Trójca…

„Najpierw była jedna.

Magiczna i niebieściutka w swej błękitności, i zasilana siłami, o których nawet Wiedźma Wrona Pożarta nie miała pojęcia. Siłami, których moce każdy odczuwał, ale jednak wolał o tym nie myśleć, nie marzyć, nie tykać tematu… Po prostu były i okay, ale jeśli chodzi o interpretacje nieposelskie, tudziż inne tam badania i organoleptyczne dociągłości… to nie dla mnie.

Nie, dziękuję!!!

Najpierw była jedna Spooka.

A potem ona jedna samotna, nie chciała być już jedną i zawezwała ku pomocy i do pomocy dwie swoje braciosiostry. Bo widzicie… spooky’i jako takie nie mają płci. Znaczy ogólnie mówiąc uznają się za męskie, ale jednak się rozmrażają, znaczy rozmanażają, więc coś musi być… może jest jak z krasnoludami? Wiecie, niby wszystkie krasnoludy mają brody i wyglądają męsko, ale niektóre mają makijaż i paznokcie pociągnięte krwistą czerwienią, więc… Ogólnie mówiąc, jeśli chodzi o płciowość, to Wiedźma Wrona Pożarta nie myślała o tym, a raczej starała się nie myśleć, ale prośbę Spooki rozpatrzyła… zaakceptowała potrzebę Chatki ku posiadaniu większej ilości strażników wiekuościeświecących i sprowadziła jeszcze dwóch. Dwie znaczy… no wiecie, teraz są ich onych trzy!!! I stoją blisko Wrót Chatki, aczkolwiek nie wchodząc w drogę Ceglastemu Krasnalowi… nie wnikają w jego postępowania, ani tam wszelkiej obronności jurysdykcje, strzegą Ponadczasowej Małżeństwa Skrzyni.

I świecą.

I migotają i zmieniają swoje jednorakiej kształtem, ale całkowicie niesubordynowanej, kolorowości.

Ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona po prostu chciała zawsze wiedzieć, jak trafić do Kiblownacji, ale… przecież w tym miejscu, na tej Wyspie, nic nie może być tylko i wyłącznie… trasą szybkiego ruchu w kierunku Studni Życzeń. Czyli no kibelka… wiecie każdy musi czasem… Jednakowoż. Jeżeli chodzi o spooky’i, to było w nich coś jeszcze więcej. Coś ponad czas i ponad granice postrzegania. Coś, do czego nawet Pan Tealight nie chciał się przyznać… Coś tworzącego, coś myślącego i widzącego, coś więcej, coś ponad wszelkie zamyślenia. Nawet te tutaj, w Chatce Wiedźmy. Miejscu, gdzie Trzech Druidów W Misiowych Kształtach wiodło niekończące się dysputy dotyczące wyższości czekolady białej nad całkiem czarną i tej milki mlecznej w łatki, nad wszystkimi innymi. Ale jednak głupio było się tak zapytać świecących, napodłogowych duszków, o co im w życiu chodzi i dlaczego tak bardzo lubią spoglądać na wszystkich od dołu strony… w której to stronie tak często dupsko i inne sprawy widać było…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8066 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni pociąg do Babylon” – … mroczna. Spoglądając na okładkę, nawet nie czytając opisu… czujemy smutek. Otwierając tę powieść to uczucie się nie zmienia, a jednak… zakończenie przypomina nam, że jeśli przetrwamy, jeżeli tylko zdecydujemy, że jest to możliwe… możemy żyć dalej.

Dwie przyjaciółki i dojrzewanie.

Jak zwykle pełne perturbacji. Poznajemy je wtedy, gdy docierają do owego momentu, w którym niczego już nie można powstrzymać. Gdy nie ma już ich… jest tylko ona. Młodziutka dwudziestolatka, która z chęcią wróciłaby w czasie, by wszystko zmienić. By inaczej poprowadzić swoje życie. Ona, wciąż zmagająca się z demonami przeszłości, wciąż chodząca do terapeuty… gdy jej przyjaciółka umiera, czas się cofa. Śmierć jednej, nagle pozwala drugiej zawalczyć o swoją przyszłość.

Masa jest powieści, które mają za zadanie uprzytomnić współczesnej młodzieży jak to jest z dojrzewaniem. Co się dzieje, gdy skrewimy, gdy pójdziemy nie tą drogą co trzeba, ale nie wszystkie są na tyle… depresyjne. A może powinnam powiedzieć… prawdziwe? Bo przecież świadomość tego, że te nasze wypadki z przeszłości od zawsze będą wisieć nam nad głową, może pozwolić uchronić nas od nich. A nawet jeżeli nie, to może chociaż pognać demony przeszłości w siną dal? Bo przecież to przytrafia się każdemu z nas. Kochamy i chcemy być kochanymi… dorastamy.

Żyjemy…

Brutalna miejscami, trochę może i przegadana, ale na pewno dobrze trafiająca we współczesnego odbiorcę. Pełna retrospekcji, niczym spowiedź, a jednak… jakże o wiele bardziej wstydliwa. Oto obraz stawania twarzą w twarz z tym, co nas ukształtowało i… szansa na lepsze jutro. Może trochę bardziej wybaczające samej sobie? Może trochę bardziej… normalne?

IMG_5597

Przylaszczki i zawilce…

Przyszłam na świat w świecie, w którym na stokach wąwozów, w lasach i wszelakich ustroniach, zawsze się kwieciło. Wiosna zawsze oznaczała kwiaty. Nie liście, nie nowe pędy, ale właśnie kwiaty. Pokrywające to, co wciąż jeszcze nie zbutwiało, to co wciąż jeszcze zdawało się być takie zimowe… ale nie śnieżne. Pamiętam te fascynujące, głaskane promieniami wczesnowiosennego słońca dywaniki. Wyrastały z nich wciąż jeszcze nagie pnie i gałęzie. Z pączkami, ale jednak zapatrzone nie w błękit nieba, ale właśnie w ową kolorowość u ich korzeni. W te biele i żółcienie… owe kobalty i fiolety. W te różowości wszelakie, niewinne jakże i młodziutką, naiwną zieleń liści… Każdy poranek był niczym wkraczanie w nowy świat. Inna droga do szkoły, inna cudowność przyrody. Ptaki ponad mną, kolorowości pod moimi stopami. Pewnie, że szło się niczym bocian czy czapla, starając się nie nadepnąć na żadną z owych cudowności, ale czasem po prostu się przystawało i wąchało świat. Jednak najlepsze były powroty, bo wtedy można było zerwać kilka kwiatków. Nie po to, by umieścić je w dzbanuszku, tam w końcu siedziały gałązki, ale po to, by kilka pączków i rozłożonych siedmiopłatkowych zawilców, wsadzić pomiędzy strony książek. By zaschły, by pozostały na zawsze niczym pamięć o chwilach, które nie powrócą.

Widzicie, od zawsze poszukiwałam swojego miejsca na ziemi… a to oznaczało masę przeprowadzek. Jako dzieciak nie wolno mi było powiedzieć NIE… jako tak zwany dorosły, w końcu mogłam powiedzieć: znalazłam.

Znalazłam swoje miejsce na ziemi.

IMG_4126

Oj tak, Wyspa jest taka, jak miejsce, w którym przyszłam na świat. Aczkolwiek owo miejsce, wciąż dochodzi do szoku po owym wydarzeniu. Chyba nigdy nie zrozumiało, dlaczego akurat jemu przytrafiłam się ja. Cóż tak złego uczyniło, by owocować… wiedźmą? A może tylko się tak kryguje? Bo przecież kogo tam obchodzi kto gdzie się narodził? Czy wciąż określają nas miejsca narodzenia… de domo, nee… da Vinci? Kiedyś, gdy człek rodził się i żył w tym samym miejscu, miało to znaczenie, a teraz, gdy wszyscy odradzają kolejne wędrówki ludów… trudno za człowiekami nadążyć. A jednak mi udało się w Wyspie odnaleźć właśnie miejsce, które nazywam moim pierwszym. Wąwozy, skały, kwiaty. Szum wiatru, wyspowość, odosobnienie. A i zmienność sezonów. Bo widzicie, ja urodziłam się w sanatorium, a to oznaczało stałą zmienność. Wyspa się zmienia regularnie mniej lub bardziej i w tym siedzi i gnieździ się moja spokojność. Korzenie? Może i korzenie? Kto to tam wie, jak to ze mną jest?

Tak, Wyspa to sezony, ale i śmierci i narodziny Tubylców.

Typowy Tubylec jest niesamowity. Właściwie, by nim być, prawdziwym Autochtonem, prawdziwym mieszkańcem, krwią wyspowych żył i jej oddechem… cóż, trzeba tu się urodzić i wymagane jest, by przodkowie też przyszli na świat na Wyspie. Trzeba narodzić się i zaakceptować fanatyczne oddanie Wyspie. Inaczej nie można. Inaczej się nie da. Trzeba być dumnym ze swojej Wyspy i całkowicie jej tylko oddanym. A na dodatek fajnie mieć gaard. No wiecie, może i bez krowinek, może i z małym ateliere w byłej oborze, w stodole zaś z galerią, ale jednak. Wielkie, zamknięte w kwadrat, czy imnny prostokąt miejsce. Odgraniczone od innych, otoczone laskiem i polami. Ze studnią… i starym orzechem, lub kasztanowcem. Może i pomieszczenia gospodarcze to tylko mury, może i pola od dawna są tylko kukurydzą i zbożem wynajętym, ale jednak. Wciąż jest to posiadłość. Własność. Mój i tylko mój kawałek Wyspy. Można zrobić z niego prostotę, w nielicznych wypadkach może i szaleństwo kiczowate… ale wszędzie widać, iż jest to tylko i wyłącznei moje. Ze spłodzenia i z narodzenia, z przodków mniej lub bardziej pamiętanych i z ich kości. Potu i krwi.

Nowy na Wyspie, choćby kochał ją najbardziej, choćby czcił w niej wszystko i doceniał każdą szarość i każdy kolor… nigdy nie zostanie poważanym Tuziemcem, czy też Krajowcem. Nie da się. Możesz mieć wszelkie papiery i całe życie tutaj przeżyte, ale jednak… ci najstarsi, ci tutaj urodzeni, prawdziwi, nigdy cię nie zaakceptują. Możesz nawet kupić gaard, ale jeśli jesteś nie stąd, nigdy do końca nie przybierzesz tych barw. Nie dla nich. A jednak… przecież istnieją ci, którzy chociaż tutaj się urodzili, to jednak olali to boskie miejsce. Są tacy, którzy uciekają, tłumacząc to… życiem, innym światem, możlwościami. I to nie tylko młodzi, nie tylko ci, którzy zdają się mieć jakiś powód. Są przecież i ci miejscowi sezonowi. Tacy, którzy mając dość zimna, deszczu i wiatru wybierają Majorkę i Ibizę. FUJ!!! Wybierają je, by potem jęczeć, że na Wyspie nie ma tego i tamtego, nie ma mostu, nie ma imprez, zabaw i chlania, nie ma wszelkiej niespokojności… więc dlaczego tam się nie przeprowadzą? Aaa… bo po pewnym czasie zmieniają zdanie i z podkulonymi ogonami wracają mówiąc, że cóż, byli w innym świecie, ale jednak ktoś ich do owej inności przymusił.

Ktoś im kazał… ktoś…

Ludziom to nigdy nie dogodzisz… a Wyspie?

Kto dogadza Wyspie?

IMG_4138 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spook Trójca… została wyłączona

Pan Tealight i Sezon na Mrówę…

„W sosie może, albo truchełka na słonku prażone? Ale kurcze słonko marnie przygrzewa mimo tych swoich wybuchów, więc może raczej wiatrem suszone? Solone morską pianką w zalewie wczesnowiosennych kwiatów? Albo w cukrze, na słodko tak, w całkowitym ulepku, w kożuszku…

Nadszedł czas, gdy Armia Mrówek Frykuśnych powróciła do krainy żywych bardziej, zwanej zwyczajowo Chatką Wiedźmy. Do Krainych Tych, Kórych Można Podgryzać. Owych, Którzy Mają Cukierki, Dziwnych Ludzkich Osobliwości… a to oznaczało Wiedźmę Wronę Pożartą… truchełka produkującą. Bo bez urazy, nie da się być niskim człowiekiem i nie zabijać. Nie da się żyć w świecie, w którym nagle wszystko opadają owe dziwne, ruchliwe stworzonka. Nie da się śnić spokojnie ze świadomością, że one tutaj są, chodzą, łażą i łachocą tymi mikronóżkami. Mają ich przecież nazbyt wiele. A te czułki? Wirujące, wibrujące, macające dziwnymi, lekko kulistymi końcóweczkami. Noc im nie przeszkadza, jakby pracowały na zmiany… i może w rzeczywistości włażą na śpiącego człowieka i macają go. Bo przecież on nie protestuje. Może i czasem się poruszy, może i czasem coś pod ową skórą mu zadrży… ale nie protestuje. Nie mówi NIE. Chociaż po mrówczemu NIE jest dość skomplikowanym słowem. Wymaga zbyt wielu dotykania, kopania, trącania, macania i ogólnych posmakowywań…

Człowiek śpiący jest kopalnią skarbów dla Armii Mrówek.

Ale nie mówcie JEJ o tym.

Znaczy nie na głos. Nie jakoś tak plastycznie… Po prostu milczcie. Nawet, gdy truchełka spowijają Dywanikowość Chatki, nawet gdy już nie można przestać dmuchać, chuchać i po prostu się otrzepywać…

Nie mówcie.

Świat przecież potrzebuje odkryć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2666 (3)

Z cyklu przeczytane: „Świadectwo kości” – … matka. Miłość matki do dziecka wydaje się nam być… logiczna? Cóż, ja jak bohaterka tej powieści, nie do końca w nią wierzę. W ową mistyczną bliskość, zrozumienie…

Amaia przeszła już wiele w swoim życiu, ale dopiero teraz, gdy trzyma swojego malutkiego synka w ramionach, naprawdę zderza się z matczynością. Z uczuciami, które targają nią, młodą matką, ale i córką kobiety, którą ją zabiła. I obiecała, że ją zje!!! Tym bardziej, gdy matka ponownie powraca w jej życie, niestety wraz z nowymi zwłokami, kośćmi, pragnieniami i lękami. Z nowymi wydarzeniami w owej specyficznej dolinie, któr jest przecież jej ojczyzną. Ponownie pani inspektor – doceniona, aczkolwiek wciąż musząca coś udownodnić – musi zmierzyć się z mitami, legendami i profanacją.

Drugi tom trylogii… cóż, przyznaję, że jeszcze lepszy niż pierwszy!

Akcja zagęszcza się, wiemy coraz więcej o przeszłości naszej bohaterki, ale też pojawiają się nowe pytania. Może i męczą ciągłe wątpliwości powracającej do pracy matki, jej dywagacje na temat karmienia piersią, ale jakże są one adekwatne do treści książki. I to połączenie strony mitycznej ze współczesną codzienności… mocne, urokliwe, a może jednak przerażające? Z jednej strony prac detektywa, z drugiej kobieta, kóra jest kochaną, ale i nie do końca rozumie samą siebie. Nie do końca pojmuje to, co się z nią dzieje. Nagle, będąc dorosłą ponownie staje twarzą w twarz z dziecięcymi lękami i wcale nie są one mniej… okrutne w swym przerażeniu. Urzeka nas zawadiackość starszych pań i ślepota niektórych… Ale najbardziej szokuje ona… matka. Matka, która nie kocha swojego dziecka i powiązane z tym wydarzenia z przeszłości, która naznaczyła życie nie tylko tej jednej, małej rodziny… i zło.

Zwyczajne zło.

Właśnie… zło. Czy naprawdę istnieje coś takiego jak zły człowiek? A może wszystko jest tylko chorobą? Gdzie jest granica? Kim byli agoci? Czy wstyd z przeszłości, wciąż drąży ową małą społeczność? Czy religia narzucona zmiażdżyła tak naprawdę to, co kryło się w jaskiniach i lasach doliny? A może tak naprawdę… zło nie jest tym, co się wydaje złe? Może należy zmieszać definicje? Napisać nowe?

Niesamowita, ale nie do końca kryminalna rozprawa z przeszłością. Bardzo dobra powieść, bardziej etnograficzna, czy antropologiczna, niż będąca tylko i wyłącznie opowieścią o zbrodni. Śmierci, zwłokach… morderczym szale. Co z tym wszystkim ma wspólnego jednookie bóstwo? Kim jest kobieta z burzy?

Warto się przekonać.

IMG_4922

Sztorm nadchodzi.

W powietrzu wisi cisza, którą bardzo chce się zapełnić. Ale z drugiej strony głupio tak jakoś wyleźć na trawnik i zacząć śpiewać, tudzież na chodniku odtńczyć sabotową polkę. Dlatego robi się te dźwięki subtelniej. Ot coś wypadnie w kuchni z rąk, albo po prostu kichać się mocniej chce… albo przyrodniczą pogadankę o bardzo okrutnych zwierzątkach puszcza się odrobinkę głośniej… Ale i tak cisza otula, ciśnie i lekko poddusza. Wiesz, że nadchodzi sztorm. Większy niż taka codzienna zawieja, mocniejszy, może i jednostronny, może i całowyspowy… Coś w głowie łomocze, coś w seru się wzbiera, niby zawał, a jednak nie. Nie wiesz tylko jednego… czy owa nadchodząca wietrzność cię rozbawi, przydupi, a może jednak zatka zatoki i odbierze ochotę na wszystko? Jaka będzie ta wietrzność? Jakie będą te fale?

Cisza wcale nie jest fajna. Tak jak nie zawsze uśmiech wzbudzają niespodzianki. Wiecie jak to jest… ktoś myśli, że was zna i przynosi wam małego pajączka w prezencie, a wy kochacie tylko węże… No tak, to coś w tym stylu. Oczekiwanie na to, co z jednej strony się zdarza i jest znajome, ale z drugiej, zawsze jest inne. Przeraża, ale jest też czymż, bez czego nie można żyć… Jak dla niektórych bicie serca. No dobrze, dla mnie. Jakoś jest to dźwięk, który budzi we mnie tak przeraźliwy, borczący lękiem strach, że staram się go unikać. Może dlatego nie przepadam za ciszą? To znaczy kocham ciszę, ale dla natury cisza jest całkiem czymś innym, niż dla człowieka… W naturze cisza ma drzewa szumiące, ptaszki ma dziobiące i oczywiście ćwierkające i jeszcze ma pąki strzelające, trawę rosnącą, ryby szepczące, przeszłość wciąż tętniącą pomiędzy kamieniami i pniami. Duchy chcące pokazać światu teraz, że wszystko już było… oto jaka jest ta zwykła cisza…

Ale teraz cichość jest dziwna. Jak swędzenie w miescu, w którym serio nie sa się podrapać, do którego nie dosięgniesz…

IMG_4658

Sztorm nadchodzi…

Podobno trwać ma cały tydzień, co oznacza, że święta będą raczej ciekawe. Nic, jak tylko brać koce, kołdry, zapas jedzenia i zaszyć się w domowych pieleszach. Ciepłych i bezpiecznych. Słychać jak wiatr przzechadza się po dachu. Jak nie uderza, nie młóci i nie wali, nie porusza wszystkim, ale wprost to wszystko ugniata swoimi wielkimi stopami. Naprawdę musi mieć niezłe kajaki. Czasem jak tak tańcuje na szczycie dachu, to cały świat się ugina. Cały świat napiera na moje własne, wychuchane bezpieczeństwo, jakby chciało mnie nastraszyć… bo chyba raczej nie wtargnąć do środka, co? Czasem wszystko dygocze, „chodzi” i dziwnie rechocze. Ale nie jak ostatnio, gdy wysadzali coś tam pod powierzchnią morza… a wysadzali kilka dni temu. Po prostu, bo mogą. Bo mają morze i sobie w nim bombardują światy. Wiatr ma swoje sposoby, by poruszać tym, co nieruchome, albo unieruchamiać to, co z urodzenia tańcowalne.

Człowiek przyzwyczaja się dość szybko do owego dziwnego huku i mieszania powietrza. Do tego, że gałęzie się nie poruszają, a drzewa przy drodze wszystkie, jak jeden mąż i żona, pochylają się w jedynie słuszną stronę. Może i innym wiatr przeszkadza, ale ja łapię się na tym, że nawet gdy jest to ów sztorm drażniący i doła przynoszący, nawet jak łęb pęka i zatoki mi pulsują, to jakoś bez niego jest gorzej. Bez owego dziwnego, łaskoczącego i łachoczącego dźwięku. Bez tego ciągłego pokłaniania się Wyspie. Bez tego tulenia się do ziemi… łykania kamyczków…

IMG_5261

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sezon na Mrówę… została wyłączona

Pan Tealight i Pielgrzymkowa Panienka…

„Kapliczki, stojaki, wazony z kwiatami i ołtarzyki…

Porozrzucane gdzie niebądź girlandy dziwnych frędzli i oczywiście świeże płatki kwiatów, rozsiane po wszelakiej powierzchni… zawsze zdawało mi się to takie okrutne, żeby kurcze fryzjerską bezlitosnością w religijnym zapędzie naznaczać biedne kwiatuszki… Kastrować, dekapitować, golić… Może i miała Mała Wiedźma śliczną, nazbyt króciutką sukieneczkę białą, koszyczek i żółte buciki – sorry takie były czasy, innych nie było – ale jednak… bolało mnie to. Pewno, pięknie było, ale jednak!!! Nawet w owym zapale sypania ich, w owym całkowitym zacięciu bycia w końcu kimś ważny i potrzebnym, nie zwracaniu uwagi na gościa z monstrancją, pewno król jakiś, i całym tym korowodem, na te flagi i posążki, na te niby świętości…

Tylko te kwiatki!!!

Niby była w tym jakaś specjalność i wyjątkowść, ale jednak… coś było nie tak. Owo dziwne niezrozumienie pulsowało i bąbliło się w główce Małej Wiedźmy, ale nikt jej nie słuchał. Nikt nie rozumiał, nikogo nie obchodziło. I wtedy, w cieniu owej malutkiej Małej Wiedźmy, pojawiła się ona… Pielgrzymkowa Panienka. Dziewczątko pyzate w falbianiastej nader spłowiałej kiecce, z koszyczkiem zawieszonym na szyi pełnym dziwnych chrupek, czy też pianek, z loczkami blond na główce, oczkami błękitnymi, rumieńcem wydętym… gryką zaplątaną w owe jaskrawo śnieżne rajstopki i świerzopem. Czy też świerzopą? Pod ogon nikt nie zaglądał. Walić tam, że niektórzy uważali, że to była roślinka, w rzeczywistości był to malutki, młodziutki prosiaczek. Różowiutki niczym świt i pieszczotliwie tłuściutki z blond szczecinką. Zawsze biegł dookoła jej gołych, znaczy nieobutych stópek.

A ona się o niego nie przewracała.

Pielgrzymkowa Panienka mogła się zdawać dziecięciem anielskim, ale w rzeczywistości była naczyniem zła specyficznego… Boginią Procesyjnej Celebracji. Pocieszycielką wszelakich do wyznań zmuszonych, niechętnych spacerowiczów… ożywicielką dusz płatków ukrzywdzonych. Tą, która gotowa była spopielić słonecnzymi promieniami tych nadgorliwych, a nie chcących zrozumieć co czynią, ale i tą cieniem obdarzającą owych, którzy pragnęli obecnością swoją ucieszyć kochanych. Była po prostu. Wraz ze świerzopem przechadzała się wzdłuż rozgniewanej śpiewnie celebracji i spluwała przeżuwanymi gdzieś w głębi siebie chrupkami. Jej koszyczek zdawał się być owym Stoliczkiem, co Samsięnakrywał…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7627 (2)

Z cyklu przeczytane: „Niewidzialny strażnik” – … no nie wiem. Na początku zaczęła mnie irytować. Już nie wiadomo, czy to serio kryminał, czy jednak opowieść o kobietach dla kobiet, z kobietami i ich problemami. Rodzinami… a potem zrozumiałam. I troche mnie to oszołomiło. Dotarło so mnie, że tutaj wszystko ma swój cel, swoją drogę i swoją parę butów.

Ona, to młoda inspektor gdzieś w krainie Basków. On… to idea, legenda i mit. Religia, którą starało się zabić chrześcijaństwo, ale chyba nie do końca zwyciężyło. Problem? Ciała młodych dziewcząt upozorowane w przerażający sposób. Jak najszybciej należy odszukać sprawcę, a przynajmniej tak by się wydawało. Widzicie, to główny problem tej książki, że w rzeczywistości samej pracy policyjnej nie ma tutaj wiele, ale za to opowieści o rodzinach, wymykających się tajemnic z przeszłości, aż nazbyt wiele. Jest wiekowa ciocia z kartami tarota, są trzy siostry i masa problemów. Oraz pragnienie… Czy rzeczywiście na wszystko są w stanie odpowiedzieć mity i legendy? Magia? A może tak naprawdę, tutaj, w tym miejscu, to co tak określamy, wciąż jest codziennością?

Magiczna i szalona opowieść, co do której niektórzy powinni się przekonać. Może i nie do końca policyjna, może i akurat ta jej strona nie zniewala, ale jednak wciąga, porywa i matacze naszą zmysłowością. Nagle mamy ochotę zapoznać się z własnymi mitami, wejść głębiej w sny i cienie, które się poruszają, choć nie ma nikogo lub niczego, co miałoby w sobie taką moc.

IMG_4926

Gdy się ma urodziny na Wyspie… cóż, najważniejsze to nabyć ciasteczko. No wiecie, niby można samemu zrobić, ale to specjalne, urodzinowe ciaseczko, raczej należy kupić. Jest wielkie, antropomorficzne, a raczej przypominające kreślony drżącą ręką nowego gliniarza obrys zwłok rozjechanych na… placek. Wielkie, tłuściutkie i kolorowe. Płaskie i tłuściutkie i budyniowe… Czy wspominałam, że tłuściutkie jest? No to wiecie, ot taka duńska tradycja. Nie może też oczywiście zabraknąć flag, bo w końcu one są zawsze i wszędzie, niezależnie od imprezy czy solenizanta. W końcu wszyscy winni wiedzieć gdzie są… No i oczywiście ogłoszenie w gazecie!!! Ha ha ha, najlepiej ze zdjęciem. Ale nie bójcie żaby, nawet jak nie pamiętacie, w którym domku babcia, co obchodzi stówkę, mieszka… poprowadzą was flagi i girlandy!!! A co! Urodzinki, imieninki, wszelakie rocznice, a już szczególnie ta specjalna dwanaście i pół, jeżeli chodzi o małżonków, wymagają oprawy. Dom należy ucharakteryzować, powpinać wstążeczki i dorzucić flag. A najlepiej zakupić całą flagową girlandę. W wymienionych w ogłoszeniu godzinach oczywiście czekacie na życzenia i prezenty. Bo przecież po coś to wszystko się robi. W domu oczywiście kawa gotowa, a i coś mocniejszego… a do tgo ciastka i ciasteczka i ciasta… a najlepiej przy okazji zareklamować jeszcze swoje hobby… I voila!!!

Happy Wszystkotam tu ju!!!

Życzy się oczywiście szczęścia i wszelkiej szczęśliwości, jakby w jednym małym zwykłym tillykke zawierało się wszystko to. Jakby niczego więcej nie było potrzeba, albo raczej wszystko więcej się miało już? Nie wiem. Wciąż się tego uczę. Owej tęsknoty ludzi za człowiekiem. Za wspólnotą, gadaniem… jakby wszyscy tutaj byli nazbyt samotni, wyziębieni w zwykłym, błagającym o plemienność, wspólnotę i ogólne gromadności… człowieczeństwem. Ale wiecie… czasem mi się wydaje, że chodzi tylko o ciasto. Jakby każdy, korzystając ze swobodnej kaloryczności świąt wszelakich, pozwalał sobie na odstępstwo od diety. Dzisiaj u tego sąsiada, za kilka dni u drugiego, a za miesiąc u mnie. I dzięki temu wciąż jemy ciastka!

Może w rzeczywistości Maria Antonina była z Bornholmu?

IMG_4658 (2)

Dziwna ta wiosna tego roku. Niby było ciepło, ale jednak nie było… niby kwiatki wybuchły, ale jednak na krótko, a wszelakim przylaszczkom czy zawilcom, to w ogóle się wyłazić nie chce, pierwiosnków tyż nie ma. A przecież to wszystko zwykle stąpało liniowo po sobie. Jedno stykało się z drugim, jakby przekazywało sobie wzajemnie jakiś olimpijski płomień, tudzież siłę życiową… ale przecież to wciąż wiosna, pąki na drzewach powoli pękaą, forsycje się prężą w swoim lekkim niezdecydowaniu… niektóre wylazły i się żółcą, inne wciąż schowane w zielonkawych skorupkach. Tylko stokrotki, jak zwykle, rosną po prostu. Może w życiu trza być stokrotką. Po prostu rosnąć, gdy można, a gdy nie można i tak próbować, ale na niższym pułapie?

A może po prostu stokrotki tylko przeżyją…

Wyspa tak, jakoś na coś czeka.

Jakby zamarła. Wiatr nią szarpie, a ona nic. Jakby stwierdziła, że nie podda się w tym roku jajkom na drzewach i zajączkom i innym tam kolorowym kazamatom. Jakby czekała na coś lepszego. Na coś słodszego od marcepanowych polew i oklejanek, jakby bardziej łamliwego od pustych jajeczek, co w środku nie mają nic, kompletnie nic? I chociaż w największych ze sklepów zaczął się już ruch i krzyczą nalepki – przyjdźcie już w tę sobotę – to jednak wciąż… czeka. Nie na te lody znowu kręcone i posypywane, nie na te cukierki, nie nawet na ową słodkość wypełniającą swoim lepkim ciężarem porty… na COŚ innego. Nie na ludzi, nie na zmiany, które przecież i tak ponownie ją naznaczą. Nie na te nowe posadzone drzewka, które jeszcze neizbyt mocno trzymają się swoimi korzonkami jej podłoża, nie na nowe rybki, foczki, czy ptaszencje. Na COŚ widocznego tylko i wyłącznie dla niej. Dla niej specjalnego…

Wyspa to czucie.

Uczucie i smakowanie. Wąchanie i nierozumienie… to stan umysłu, bicie serca, dziwne dodatki do powietrza i inne cząstki w krwioobiegu. Jakby coś niezatapialnego, coś nielatającego, a jednak… unoszącego się. To wszystkie te zmysły, które na codzień tak naprawe odstawia się na tor boczny… i cała masa nowyc. Jakieś tam przeczuwanie i jakieś doświadczanie, namacalnowanie i chmurkowanie. Zmysł nierozumienia i potworności, oraz dziwny, zaskakujący zmysł podchowywania się. Ale o tym kiedy indziej. Na razie idę polizać Wyspę w tych wszystkich bardzo intymnych miejscach, bo mogę, a Ona się na to zgadza!!! Ale i tak przecież kurcze mało o niej wiem. Nawet doznając jej całkiem cieleśnie, organoleptycznie, żująco i trawiąco… wciąż się na tym łapię, że mnie zaskakuje, że coś ze mną robi, nie tylko manipuluje, ale przede wszystkim niczym chrzanionym, starodawnym jojem się bawi.

Hmmm… chyba mi to nie przeszkadza?

IMG_6226

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pielgrzymkowa Panienka… została wyłączona