Pan Tealight i Studnia Nieżyczeń…

„Bo równowaga we świecie była najważniejsza i tak dalej, bo dyskryminacja, bo faceci są babami, więc wiecie… w końcu narodziła się i ona. A może i raczej wykluła się z dziwnego nasionka o obłym kształcie, wybiła mackami, chwyciła grudy ziemi i wyrzuciła je w górę tworząc kopczyk z kolumienkami i gustownym patio. Potem powoli zaczęła wyłazić. Wyłaniać się z nasionka, ale i niczego.

Najpierw pojawił się lej, który obrósł głazami tak obłymi, tak otoczakowymi, że ześlizgnęłoby się z nich każde marzenie. Potem wszystko zaczęło się piąć w górę, ale też i w dół  już nikt nie wiedział, gdzie jest jej początek i koniec. Aż w końcu wybiła ponad powierzchnię. Wybiła w drewnianej, krągłej postaci. Wciąż kamiennej, ale też i ładnie obrośniętej bluszczem. Wyłoniła z samej siebie malutki, drewniany daszek, wałek, korbkę  łańcuch i oczywiście rzeźbione, śliczne malutkie wiadereczko. Była w końcu naprawdę studnią. W pełni słowa i obrazu znaczeniu.

A potem coś się zrypało.

Nie wiadomo, czy do drewnianego, jasnego daszku nie pasowały te szarawe otoczaki miejscami pokryte porostami i mchem? Czy może jednak tak naprawdę Studnia nie do końca była pewna swojego looku… bo bluszcze – z fioletowymi, wielkimi kwiatami – zaczęły się nagle buntować i włazić do środka poszukując odpowiedzi na wszelkie pytania i rzucając nieżyczeniami, które mogła spełnić. Potem sama Studnia chciała białych kwiatów, no i oczywiście ludzi było coraz mniej, niczym ten strumień wysychali, znikali, nie pojawiali się już więcej…

… nie potrzebowali jej…

A może chcieli jednak zurawia nad jej drwnianym, kwadratowym wnętrzem? A może chodziło o pompę, w końcu to trochę bardziej modernie? A może…

I tak, wciąż zadając pytania Studnia Nieżyczeń pojawiła się obok Białego Domostwa i tutaj w końcu ktoś jej odpowiedział na wszystkie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7670 (2)

Z cyklu przeczytane: „Dom Kamienia. Garnet” – … Raven i Garnet. Dwie postacie trylogii Amy Ewing, które czytelnicy naprawdę pokochali. Dwie postacie, które mocno odznaczyły się na stronach i te… które nie będąc głównymi, zasługiwały na małe dopowiedzenie, więc oto jest. Maleńki zbiorek dwóch nowel.

O niej i o nim.

Z jednej strony powracamy ponownie do dziwnego, podzielonego na Domy świata. Ponownie spotykamy surogatki, brniemy w prawdę, ale jednak tym razem widzimy ją z całkiem innej strony. Zadajemy nowe pytania i zyskujemy nowe odpowiedzi. Oczywiście, że to tylko drobinka, chwila czytania, ale dla fanek serii prawdziwy skarb, na pewno. Możecie się sprzeczać, czy okładka jest ładna, czy nie, możecie się zastanawiać, czy taka broszurka w ogóle miała sens wydawania, ale wiem, że wiele z was bardzo na nich zależało. Na onych drobinach z życia tej pary.

Oczywiście wyłącznie dla fanek serii!!!

IMG_5737

W Hamburgsund ludzie mają fioła na punkcie sortowania śmieci. I to wielkiego fioła. Bez urazy, u nas też są kubły i sama od dawna wywalam to tu to tam, ale ci przesadzają. Fioła mają, bo wsio jest zwyczajnie durne. Nie ma kompostowników, są za to zielone worecki umieszczone w czterech koszach na śmieci. Dzieli wsio na plastiki, na szkło i metal, to do spalenia i wiecie, czary mary. Co jakiś czas facet – powiedzmy, że głowa rodziny, bierze one maciupkie woreczki i samochodem podjeżdża pod zebrane większe pojemniki przy porcie. I tam się zaczyna dramat, bo z woreczków wsio wyjąć trzeba i jeszcze podzielić. A potem woreczki pierdyknąć do plastików. Ja nie wiem, ale serio? Nie dość, że więcej worków naprodukowaliście, to jeszcze paliwo?

Oj pewno, przeca piechotą nie przyjdą…

Ale… by śmieci prawdziwie były recyclingowalne, trza wsio umyć i poodlepiać i tak dalej, a nikt tego nie robi. Ale wiecie, każdy wielce ekologiczny w tym wielkim aucie. No nie wiem, ale jak dla mnie to wielki szwindel, a na dodatek pojemnik na szklane był przepełniony. Czyli wiecie, jak wszędzie. Pozory… Drogi dziwne, wyboiste… skały lekko do nich przytulone albo oddalone, a jeśli oddalone, to wiadomo że już drzewa wycięte i coś się buduje. I po co? Wszystko tchnie tak dziwną pustką, zapomnieniem. Nawet owiec nie ma. Krowinek też nie widziałam. Co jest z tym światem. Na tych mokradłach tyle żywizny by się wyżywiło, więc… I żebracy. Człowiek odwykł od takich spraw. I ta kolorystyka Szwecji… ostrzeżenia, by ciągle się pilnować, bo kradną. W samochodzie nie wolno zostawiać rzeczy, plecaka pilnować, nie zatrzymywać się a drodze w razie wypadku bo cię oskalpują i zjedzą. Bo wszystko to kłamstwo. A ja pamiętam tą Szwecję, gdzie ludzie nago się kąpali i dziwnie wolni byli, a teraz… nie wiem gdzie jest ten kraj. Na dodatek nie widziałam ŻADNEGO łosia!!! Zgroza!!!

W Tanum, w markecie popełniłam fopa jak nie wiem co. Wiecie, totalna wieśniaczka i dzikuska ze mnie pewno wyszła i tyle… no bo przy okienku stał starszy pan. Kupował coś, dużo drobiazgu i bilon miał, trzymał w dłoniach, ale monetka mu wypadła, to się schyliłam, podniosłam i oddałam. Chowaniec mówi, że tak się na mnie ludzie spojrzeli, jakbym ich świętemu dupsko odgryzła i wypluła. To już jest przerażające. Przecież powinniśmy pomagać sobie wzajemnie. Ten starszy, ten zagubiony, a tak naprawdę, czy jeśli podeszłabym do kogoś pytając o drogę od razu by mnie zabił?

A może poczekał, aż skończę mówić?

Wszyscy zdają się być dziwnie przerażeni… chyba serio, oleję północną bardziej Szwecję, bo to nie dla mnie. Ten dziwny strach. To odczłowieczenie. Ta drewnianość wszystkiego od uśmiechów po ganki domków.

IMG_6584 (3)

Fjällbacka…

No dobra, rzeczywiście jest fascynująca. Znaczy wiecie, masa maleńkich chatynek rybackich, wszelakie pomosty, meduzy w wodzie i rozgwiazda rzucona mi pod nogi przez mewę. Milusi prezent. Trochę nadgryziona, ale przecież nie narzekam. I skała. Tak, za plecami skała, a do niej przytulone domeczki. Cudowne i czadowe. Kolorowe, drewniane w większości, ale i murowane. Uliczki pod górkę, uliczki w dół, kościół, którego nikt nie odwiedza. Jeden sklep ogólny, kilka dziwnych sklepików… brak magnesów na lodówkę, kartki wyłącznie w markecie. Pewno… poza sezonem. Cudownie zdobione skrzynki pocztowe… i brak ludzi. Jak nic Camilla Läckberg w końcu wszystkich wybiła. Bo to przecież jej miasto, chociaż Ingrid Bergman chyba wciąż wiedzie większy i bardziej wysoko znaczny prym. A tylko tam mieszkała, gdy odwiedzała Szwecję. Hmmm… wiecie, nie wiadomo jednak na pewno, która ważniejsza…

Za to domki przesłodkie. Cudowne i muminkowe niektóre takie. Szczególnie taki czerwony z wieżyczką. No bajucha po prostu. Ale gdzie są artyści. U nas jakoś ich widać, w oknach, w napisach, galeriach, a tutaj…

Ale jednak wszystko zdaje się przytłaczać ta skała. Wielka i jakby przez trolle wylizana. Przytłacza domki, zaskakuje, miejscami widać, że lekko ją pociągnięto betonem, trochę siatka ją oplata… czy kiedyś się zawali? Czy zmiażdży wszystko? A może jednak tylko tak straszy? A może jednak nastąpi to dopiero za miliony lat, gdy znikną te wysepki, które widzę wdrapując się na skałę.

Oj, oczywiście, że jak durny moś łoś wybrałam chyba gorszą trasę. Najpierw niby schodki, a potem chyba miejsce po lawinie. W górze wielka szczelina, którą zatkały skały. Miejmy nadzieję, że nie zwalą się na nas nagle, bo głupio by było… nie ucieknę, bo podłoże też pełne odłamków wszelakich i wielkich, więc raz na ogach raz na dupie, ale do przodu… przede mną kolejne schody i szczyt. I widać wszystko. I morze i zatoczki i maleńkie, zielone wysepki z maciupkimi domeczkami i łódeczki… I tak sobie myślę, że przecież nie robi to na mnie aż takiego wrażenia, bo człek ma to w domu, te błękity, te mewy i domki. Bardziej niepokoi brak ludzi, czyżby Camilla już wybiła wszystkich? Bo ja jakoś czytanie jej skończyłam na kilku tomach i już jakoś nie chciałam brnąć w to dalej. Może czegoś serio nie wiem? Może te zielone wysepki, to tak naprawdę miejsca, w których ludzie kryją się przed pisarzami?

Ale jednak przede wszystkim świat z góry przypomina o swoim ogromie. I dziwnej poszarpaności. A jeszcze tak niedawno to wszystko było pod wodą. Ale czas na nas… wrząca pogoda oblewa człekowi nie tylko lica, gdy ten stara się jakoś zejść teraz z onej ogromnej skały a jednocześnie nie wylądować w wodzie. Wybiera niebieski szlak i trochę wpada w mokradła, trochę tonie, trochę skacze ze skały na skałę, trochę się boi, potem się gubi, aż w końcu rozumie, że jedyna droga w dół to coś, co przypomina zjeżdżalnię. I znowu na dupie, czepiając się skał i drzewek, kochane brzózki, słyszy śmiech miejscowego kota, wpada w czyjeś podwórko i w końcu znowu jest na ziemi. I znowu czuje cień tej skały na plecach, inną skałę widzi przed sobą… dziwny to świat.

I nie pachnie morzem.

IMG_5764 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Studnia Nieżyczeń… została wyłączona

Pan Tealight i Obora Wszelkiego Hejtu…

„No właśnie…

… bo widzicie był to jedyny towar, na który było prawdziwe i niecichnące zapotrzebowanie. Można go było hodować, wzrastać, wysiewać, a nawet pączkować, czy grzybować ale to ten dojony był najmocniejszy. No i nawoził całkiem nieźle. Serio na serio! W formie kupowej był nie do pobicia! Te pomidory na nim wzrastające nawet miały skrzydełka!!! A gdy chodziło o kapustne, ech, po zjedzeniu pierdy tworzyły mgławice!!! I światy równoległe. I ogólnie mówiąc…

… hejt był na czasie.

A jeśli coś było na czasie, to Ojeblik – mała, ucięta główka, chciała na tym zarobić. Jedyna świadoma tego, że choć mieszka w Sklepiku, to on marne dochody przynosi: co tam Wiedźmy z Pieca i ich eliksiry, czy też ta karczma koronowanych dziewiczych… Kasa była potrzebna i tyle. Każdy miał marzenia, a nie każde marzenie mogła spełnić magia. Zresztą, z tą magią to i tak nigdy nie było wiadomo czy i jak, z kim i po co, no i czy na pewno, więc… postanowiła zainwestować. W czerwoniutką, cegłówkowo i krwiście czerwonobłyskającą, drewnianą, łukowo  oble skopuloną, oborę. Na kamiennej podmurówce, z kwiatuszkami w oknach składających się z mlecznych szybek, bo liczył się wygląd dla inwestorów, no i z odrzwiami, zza których nie dochodziło nic. Bo przecież towar nie mógł się ot tak wiecie…

… za friko ulatniać.

Szopa naprawdę miło wkomponowała się w las i rzeczkę, w skałki i pola w oddali. Tak naprawdę dziwnie nikt nie zdawał się jej dostrzegać. Ale kupcy byli. Zlatywali się niczym muchy do świeżutkiej, wrzącej kupencji. Brali na spróbowanie, na kilogramy, na tony, a Hejterówki tylko wcinały wszelakie zapisane strony, albo ssały internet z kabelków i wiecie, produkowały hejt. Ogólnie mówiąc interes zdawał się być obiecującym w końcu zakończeniem wiekuistych problemów z kasiorą, ale…

Ale wtedy nadeszło Wielkie Grube Ale i nagle wszystko się zrypało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7591 (2)

Z cyklu przeczytane: „Przewodnik pani Bradshaw” – … no tak. Wiecie, te wszystkie dodatki do popularnych serii, do książek, które sie sprzedały… jakoś nigdy mnie nie kręciły. Skusiłam się na kilka Tolkienowskich, kilka Potterowych i zrozumiałam, że to niczego nie wnosi, ale jednak… kupiłam kolorowankę Kidby’ego, mimo że nie mam zamiaru jej kolorować, ale on ma tak specyficzną kreskę i też ten przewodnik.

Bo pociągi… widzicie, pochodzę z czasów, gdy często był to jedyny środek transportu, więc… musiałam mieć. A wydanie dodatkowo jest prześliczne i cudnie dopracowane: twarda okładka, rysuneczki i zdobienia, ale nie spodziewałam się tego, że to ona, sama pani Bradshaw będzie nas po kolei oprowadzać. I to dosłownie do końca i na amen. Powie co w nich grzeczna i niegrzeczne, tym swoim ostrym językiem. Wiecie, jak te starsze panie, które wyglądają, że przecież nie powinny, a jednak potrafią polecieć z taką wiązanką, że uszy więdną!!!

Tu jest po prostu wszystko od biletów, stacji i ich specjalności, poprzez wypatrywaczy pociągów, same pociągi, towarzyszy podróży, po… tęsknotę za nim. Za Terry’m bo nie da się, no wiecie. Ech, sentymentalna się robię na starość i tyle.

Warto!!! Bardzo bardzo bardzo warto. Bo to zwykła książka, z treścią i humorem, tylko obrazków trochę więcej!!!

IMG_1450 (2)

Na promie buja, na szosie buja, ale gdy człek ma fioła i zwyczajnie mu zależy, to daje się bujać, co nie?

No dobra, autostrady mnie przerażają, a ta prowadząca na północ od Ystad ma dziwy dźwięk. Ciekawe, czy innym to też przeszkadza. No wiecie, dźwięk nawierzchni. Ale nic to… jedzie człek w miejsce, które widział ino na mapce w Google, coby sobie wiecie smaka nie popsuć, i o którym wie, że się nazywa Hamburgsund. Duński pomaga, ale też i przeszkadza, zresztą ten kapitalny zaśpiew, ta skoczność szwedzkiego mnie tak oszałamia, że jak tona przygłupa wpatruję się w ludzi chcąc, by gadali do mnie więcej. Oj pewno, że coś da się zrozumieć, ale jedna zafascynowanie bierze górę i jak nic, znowu jestem wariatem.

Ale najpierw dużo kilometrów. Dookoła nadal brzozy i skały. Skały mają inne. Niby podobne miejscami, a jednak inne. Znaki z łosiem. Ale żadnego na drodze – na szczęście, ale i jakoś dziwnie. Nawet żadnego za płotem, czy na skałach. Płaskie przewija się ze skalistym, gdzieś w oddali jakaś woda. I czerwone domki. I te naczepy i przyczepy robiące za reklamy. O co w tym chodzi? Wnioskuję, że prawo zabrania bilbordów, do se wykombinowali, że postawią starą przyczepę, okleją znakami w typie McDonald 3 minuty tudzież: IKEA za rogiem i będzie. Ciekawe ile za to im płacą. Szpetne to strasznie, ale… stoją. Z każdym kilometrem jednak człek sobie uświadamia, że po pierwsze tutaj już rzepak kwitnie, a po drugie tych pól coraz mniej. Drzewka, laski, ale młodniaki, widać, że często cięte. Zamiast pól łąki i trochę mokradełek. Wciąż żadnych łosi, ale skały zaczynają wyglądać na takie dziwnie wylizane. No serio, jakby ktoś je tak jęzorem. Gładziny wielkie, gigantyczne, ale brzózki się w nie wgryzą.

Te to chyba wszędzie wlezą…

No i w końcu koniec autostrady, jedno siku na Shellu!

Obrzydliwa kawa, nawet przez zapach czuć. I co teraz? Tego nie do końca rozumiem, ale nawigacja – bo przeca mapy papierowej mi nikt nie dał – poprowadziła nas tymi drogami… wiece tymi, o których piszą, że istnieją, ale człek w nie nie wierzył. Głupi człek. Wyboiste, wąziutkie. Po prawej kościół zdający się być wmurowanym w skałę, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już nie uda mi się go znaleźć, po lewej… stareńkie domeczki. Drewniane. Też już ich nie znajdę, ale taki gorąc, że człek nagle myśli, że mu się kierunki pomyliły i tylko błaga o prysznic, więc jedzie dalej. Żadnych przystanków. No dobra, siku może? Tak z widokiem na stodołę… Wiecie, że tutaj sporo domów i budynków ogólnikowo zwanych gospodarczymi nie stoi na fundamentach, ale buja się na podstawionych, ułożonych w kolumienki skałach? No serio!!! Wybierają najbardziej płaskate, jedna na drugiej i to ma tak stać. Buja się, oczywista, niektóre widać, że nie wytrzymała z którejś strony, ale nic to… jak upadną, stawia się nową.

Czerwoną!!!

Dlaczego czerwone w większości są właśnie stodoły i te rybakowe chatki? A domki to raczej sporadycznie, w większości białe i kremowe. Co to? Moda na pastele? A może chodzi o widoczność, bo większość wybiera stanie sobie pod skałami. Wielkimi murami za plecami domów, otwartą przestrzenią z frontu. Z przodu wilgoć i z tyłu wilgoć, dodatkowo skałę lepiej pociągnąć jakimś cementem, no i siatką opleść, bo choć wylizana, to czasem coś spaść może… hmmm, nie rozumiem tej logiki.

IMG_5686 (2)

Hamburgsund.

Kościół, prom i domki wyglądające, jakby w nich jeszcze nikt nie nakręcił onych stepfordzkich żon. Z jednej strony dziura położona w regionie Bohuslän z drugiej w komunie Tanum, o którą mi chodziło, blisko stąd wszędzie… Z drugiej, dziwne miejsce, gdzie wszystko dopiero budują i to dziwnie na siłę. Białe domki stojące pod skałą, jakby się bały podejść bliżej do zatoki, masa planów na nowe osiedla… ludzi niet. Jeden żebrak. Trochę łodzi. Gdy podchodzicie do portu, zaskakuje zapach – rzeczny, jeziorny, niemorski, no i mała ilość łódek. Niby rozumiem, że nie sezon i tak dalej, ale na parkingach stoją samochody, więc gdzie ci ludzie? To wszystko tak bardzo przypomina jakieś pokazowe osiedle mieszkaniowe złożone z różnych dzielnic, bo teren górkowaty, że aż człek szuka wzrokiem i zapachem ekipy filmowej.

Co dowcipne?

Na górce na przeciwko portu, tudzież okolony portem, stoi kościół, ale żeby się do niego dostać musicie wsiąść na pomarańczowo-żółty prom i właściwie to tylko go przejść. Serio. Prom płynie 2 minuty, większość z nich to tylko przeciąganie tej linki, jest darmowy, bo innej drogi nie ma, chyba że wpław, ale kolor wody odstrasza… ciepełko jednak mnie nęci, ale nic to. Na prom. Nie wiem czemu, ale bujał koleś. A przecież tak naprawdę przesunął się o ile? Metr, może trzy… no nic. Biały kościół, w którym jak w większości kościołów w okolicy: nic się nie dzieje. Kompletnie nic.

Po prostu stoją sobie i tyle.

Fajnie.

Nie płonę przy nich, jakby z ich sakralności nic nie zostało. Nie mieliśmy tyle czasu by przejechać, tudzież przejść raczej na drugą stronę cieśniny, ale czerwone domki rybacki były. Siecie na raki, z których Bohuslän jest słynne też… fajne te sieci, chociaż ani jednego raka nie widziałam. Ale wiecie, nie sezon. Za to w ICA’e miastowej w zamrażarkach masa wszelakiego morskiego szaleństwa. Dla koneserów: raczki, krewetki i pierun wie co jeszcze, nie jestem koneserem… i wódka. No tak, ekhm, wódkę sprzedają w okienku pocztowym. Wiecie, no monopol przecież. Człek nie pije, to się musiał dokształcić w temacie. Najgorsze, że magnesów brak… sklepów kilka z ciuchami, jakieś tam cuda jak bank… co dziwi mnie wyspiarza – brak artystów!!!

Naprawdę dziwaczne miejsce. Kiepska woda, skóra boli… to wszystko wygląda tak bardzo nierealnie! Jakby serio wszędzie były nienakręcone jeszcze roboty, no i tylko my pośród tej pustki nowych domków jednorodzinnych, bloczków… i tej skały. Straszne są te skały, duszą i tłamszą, coś jest nie tak.

IMG_5689

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obora Wszelkiego Hejtu… została wyłączona

Pan Tealight i Furtka Zdesperowanych…

„Jak się okazało i do światów równoległych przeszły wieści o Sklepiku z Niepotrzebnymi. Nie, kupców nie było, a i zresztą, kto z obiektów pałał chęcią by być zanabytym… nikt, żaden, ale towar napływał. I uwierzcie mi, był nader specyficzny. Nawet jak na to miejsce.

Dziwaczny.

Osobliwy…

A czasem nawet przerażający, jak ta dziewczynka-laleczka ze szklanymi oczkami, która porządkowała wszystko i wszystkich, spoglądała na każdego, jakby znała jego najgłębsze sekrety, no i oczywiście wszystko prasowała. Niby wciąż tak zajęta, jednak znajdowała czas na to, by spojrzeć na każdego i wytknąć każdy błąd samym, spojrzeniem. Była Nauczycielką. Tą Pierwszą, która była protoplastką onych wszystkich przerażających matematyczek i polonistek, które spoglądały na was spoza onych okularów, lub grzywek, koczków czy też zmarszczonych czółek… które wiedziały, wiedzieliście, że świadome były i ściągniętej pracy domowej i oczywiście tego dyktanda, które napisaliście kompletnie źle, no i było wam tak wstyd, że to zrobiliście, że aż chcieliście ją za to przeprosić. Bo przecież jak mogliście ta ją urazić?

Jak śmieliście, gdy ona się dla was tak poświęca.

Robi wszystko, oddycha, wydala, trawi… żyje. I to ona otworzyła przymkniętą, mocniej przypartą krzesełkiem i kamieniami, Furtkę Zdesperowanych szerzej. I wtedy dopiero się zaczęło. I wtedy po raz pierwszy Pan Tealight zwątpił.

We wszystko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4775 (2)

Z cyklu przeczytane: „Co kryją jej oczy” – … co prawdą jest, co nie? W rzeczywistości, najlepiej byłoby nie pisać niczego. Naprawdę. Bo z tą powieścią tak jest, że lepiej nie ujawnić zbyt wiele. Tak jakoś, by nie ujawnić przez przypadek czegoś, albo by przynajmniej nie zwrócić na coś nazbyt wam uwagi…

Ale coś napiszę. Napiszę, że warto przeczytać, nawet jeśli wydaje się wam, że dokładnie wiecie, co się dzieje w tym związku. Napiszę, że zakończenie może was zaskoczyć, może i aż nazbyt, a może tylko lekko. Napiszę też… że tak naprawdę nigdy nie zna się do końca drugiego człowieka, że choć wiecie jaka jest jego przeszłość, czy znacie wszystkie one wydarzenia, które go stworzyły, jakoś możecie się wciąż mylić. Bo przecież istnieją tez koszmary, które nie są częścią snów. Istnieją sny, które nie są koszmarami. I istnieją przyjaźnie, które mogą uratować życie…

Istnieją ludzie, którzy nie mogą się przyznać do tego, co się dzieje w ich codzienności i… istnieje nadzieja. Ale głupio tak wciąż polegać na nadziei.

Jedyny problem z tą książką? Trochę za mało głębi. Jakiegoś wejścia jeszcze bardziej pod skórę, jeszcze niżej, jeszcze… ale i tak…

Przeczytajcie.

IMG_2950

Bujanie…

Nie do końca pojmuję jak niektórzy ludzie po prostu to znoszą. Wiecie, wielkie fale, promy, łodzie i całą oną morskość. Podobno można się przyzwyczaić. Podobno po złożeniu Neptunowi ofiary, jakoś to potem jest, ale nie w moim przypadku. Wyobraźcie sobie najcięższą grypę, zawroty głowy i mdłości, problemy z widzeniem, poruszaniem się… to tak właśnie jest. I nawet jak łyknę avio, to mój mózg wciąż pamięta, że nie jest na względnie stałym lądzie. Oj dobrze cholernik pamięta i każda wyższa fala zdaje się go przesuwać to na prawo, to na lewo, bo wiecie… katamaran.

Usłyszeć na początku podróży Leonorą – katamaran – że fale będą coś cirka about 3 metry, to raczej niezbyt fajna sprawa. Ale też w pewnym sensie ekscytująca, albo wiecie avio zadziałało połączone z czymś na stany lękowe. Morze oczywiście piękne, stalowo-szare, wzburzone, robiące doły i wądoły… nie fale jako takie, jakie pokazują na filmach, ale właśnie takie dziwne doły. Pewno cała fala była gdzieś indziej, może na shopping podwodny poszła? Nie wiem, ale doły w wodzie są dziwne. Meniski jak nic wklęsłe i do tego falowane. teraz jedna część katamarana wpada w doła, a druga nie i ziuuuuuu!!!

Mózg stacza się na prawą, a ty nagle zdajesz sobie sprawę z własnego bezmózgowia. No bo jeżeli tam pod kopułką jest tyle miejsca, to kurna gdzie cała reszta tych moich więzów? No szarych istot i innych, tych zagłębionych w szczątkowych wspomnieniach o praprzodkach, którzy tłukli głazy i takie tam…

IMG_3140 (2)

Zielono…

No ale jak człek chce popodróżować sobie z jednego miejsca na drugie, które nie znajduje się na Wyspie, musi liczyć się z wodą. Sztormową czasem. Promową. Bo wiecie, bez urazy, prom wygodny, miejsce dla alergików, dla tych z pieskami, trochę trzeba polować na ulubione, ale warto. Jest sklep, ciepły posiłek, herbata i kawa. Znaczy jak ktoś może, wiecie, żołądkowo… a potem, a potem nagle człek wjeżdża do Szwecji, gdy wielkie wrota promu – Bogini Wiekuiście Głodnej Motoryzacji – wypluwają cię z końcu i widzisz co… no zielono. Nie mam pojęcia w jaki sposób, ale Szwecja jest o wiele zieleńsza niż Wyspa.

I to tak mega zielona!!!

Te brzozy, jakby napaćkane fluorescencyjną farbką, one krzaczki, nie kwitnące, ale właśnie wściekle zielone, jakby kurcze konkurs jakiś miały, czy co. Nic to, że wariacji na drogach, nic to, że same drogi kijowe w nawierzchni, nic to… zielono jest!!! Ciężarówek cała masa, jadą jakby ich nie obowiązywały prawa wszelakie, ale co więcej: zaliczyliśmy jakieś 3 korki. A tak, dla kogoś z Wyspy to właściwie egzotyka. Wkurzająca i przypominająca zaprzeszłe koszmary, ale jednak. W końcu jak się wycieczkować, to na całego, co nie? Razem z korkami, dziwnymi obwodnicami i całą masą rond.

O co chodzi z tymi rondami w Szwecji? Mają kompleks kółeczka, czy co?

IMG_3269 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Furtka Zdesperowanych… została wyłączona

Pan Tealight i Fala, co do brzegu nie chciała…

„Była taka jedna.

Wiecie, totalna buntowniczka, na dodatek w dziwnej gęstości i ogólnie jakaś taka różowa, gdy wszystkie inne były zielonkawe, szmaragdowe, niebieskawe, z białymi grzywkami, a ona nie. Ona wolała grzywę w kolorze słomianych snopków. I to jeszcze w malutkie kropeczki i warkoczyki z wodorostów. Bo tak. I nie. Nie chciała do brzegu. No przecież nie mogli jej zmusić! No przecież jak to?

Co?

Popchną ją?

Zmiażdżą?

Inne fale oczywiście jej nie rozumiały, bo przecież na tym życie fali polega, by biec, pędzić do brzegu, a potem się o niego rozbić i się odrodzić… I od nowa. A jak nie, to czekać, być wodą spokojną, albo li ino zmarszczką. No przecież to takie fajne życie. Takie czarowne i pełne. I można złość wyrzucić z siebie i można naprawdę zaszaleć i można po prostu być sobą, i wszystko inne mieć gdzieś. Bo bycie falą jest fajne i fryzjer jest za darmo. Naprawdę. Spa też! Sole wliczone w życie, a jednak ona…

Nie chciała.

Nie kręciła jej zniżka na zmartwychwstanie w całości z grzywką i loczkami, ni nowe aromaty sól, ani kolczyki z muszelek. Po prostu nie chciała, nie i tyle!!! Za nic, dla nikogo, dla niczego!!! Nie i już!!! Oczywiście, że spowodowało to korek wielki na morzu, a potem pojawiła się Dziura Wodnego Zwątpienia. Ta słona. Inne fale zaczęły ją wymijać, odchodzić od niej, uciekać. A ta nie zmieniała swojego zdania.

Wciąż po prostu stała. Opływana, niezałamująca się…

Dumna.

Aż w końcu jej się znudziło. I popłynęła i rozbiła się i odrodziła się i znowu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1228

Z cyklu przeczytane: „Pamiętniki Zuzy-Łobuzy. Misja specjalna” – … lubię ją. Tak wiem, stara jestem, nie do końca powinnam, ale… Widzicie, nie chodzi tylko o zabawne rysunki i powiedzonka, nie chodzi o to, że Zuza to doskonały obraz dzieciaka w wieku „pomiędzy” światami, ale…

Chodzi o wszystko razem. A tym razem o żółwia Wacka – tak wiem, straszny rechot dla dorosłych – diabły tasmańskie, płot do pomalowania, rodzinę, przyjaciół i oczywiście TEN flet!!! I o rywalizację i zwyczajowe, szkolne życie. Bo przecież w tym wieku właśnie o to chodzi, czyż nie?

Tym razem poza zabawą, książka ponownie porusza bardzo ważny temat. I są nim ginące gatunki zwierząt. Podejrzewam, że po lekturze Wasze dzieciaki będą miały bardzo wiele pytań. I razem dowiecie się czegoś, co was zaskoczy. W końcu dorośli też mogą się dokształcić, czyż nie? I dowiedzieć może czegoś całkiem nowego?

IMG_5724

Przymrozek nadal szaleje.

Serio, gdy człek się budzi, ona w końcu ścięta trawa pokryta jest tym srebrzyście-białawym nalotem, dość szybko znikającym w promieniach słońca, ale… zimny wiatr przypomina, że ta pogoda nie jest taka, jak rok temu. Że kwiaty może i kąpią się w słonecznych promieniach, ale jednak w dziwny sposób jest ich mniej, spora część nawet nie wyszła, reszta szybko znika, ale chyba odpowiada to fiołkom. Napleniło się maluszków, poukrywanych pod połamanymi gałązkami, no i pod ta trawą, która nagle wybujała, jakby chciała wszystko dookoła przykryć, okryć, robić za kocyk i kołderkę. A może po prostu lubi zimno?

Oczywiście mimo chłodku mamy trochę Turyścizny majowej. Dziwnie głośnej, dziwnie nagle wdzierającej się w oną spokojność morsko-leśną. Nie wiem dlaczego ludzie muszą być tak bardzo głośni. Tak strasznie inwazyjni. Może dlatego Tubylcy tak kochają wtapiać się w tło? Może tak naprawdę właśnie o to chodzi w tym wszystkim. W końcu Dania ma oną obsesję w temacie wszelakiej równości. Nie wolno się chwalić, nie wolno wywyższać, a nawet cieszyć ze zwycięstw. A z drugiej strony wciąż trzeba o tym pisać… Naprawdę, to dość specyficzny kraj.

Trust me!!!

… a może tylko Wyspa? Z drugiej strony jeśli wyłącznie Wyspa, to cóż, w końcu musimy być z czegoś znani. Nie tylko pięknych plaży, lasów i rzek i jeszcze skał wszelakich i nabrzeży czadowych i wiecie… zapachu lakridsa wszędzie.

IMG_1100

Maj.

Czyli w końcu wszystko powinno się pootwierać. W końcu nadchodzi Przedsezon, czas oczekiwania, wszelakiego sprawdzania temperatury wody i oczywiście opowieści o tym, że tak, nasze nowy promy przygotowane są na najwyższe możliwe fale. Potem kto tam przejął jaką knajpkę, kto nowy się otwiera, kto po sezonie dał nogę z Wyspy – no wiecie jak to jest, wydaje się im tak często, obserwując Wyspę tylko przez kilka tygodni w lecie, że im się uda, a potem, jak nie zbijaj milionów, to uciekają. Zresztą, sorry ale tutaj to norma. Tak niewiele nowości przeżywa dłużej niż sezon. Tak wiele ich pojawia się co roku. Wystarczy przejrzeć gazetkę.

Aaaa!!!

Polferries, po siedmiu latach, może i zaskoczony ona firmą, o której pisałam Wam kilka dni temu, postanowił wznowić kursy między Polską a Wyspą. Co z tego wyjdzie? Pierun wie? Pomieszczą się? A może jednak w końcu będą jakieś konkurencyjne ceny i uda mi się przejechać do Polski na pączka? No przepłynąć, ale… bez samochodu to sens ma raczej mały, co nie? Oczywiście nadal też ma kursować Żygolot, ale tego nie polecamy. Oczywiście cała sprawa z Polferriesem wygląda raczej na takie coś, co ma zmusić obydwie strony do jakichś rozmów, ale… co z tego wyjdzie pewno okaże się dopiero za rok.

Jak to widzę?

Oj na pewno nie niebiesko! Zobaczymy czy Szwedzi będą mieli obroty? I czy finanse będą się wszystkim zgadzały, bo przecież wszystkim tylko o to chodzi, co nie? Może powinnam też wyłącznie zacząć dbać o siebie?

IMG_1282

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fala, co do brzegu nie chciała… została wyłączona

Pan Tealight i Drzewo Butowe…

„Wyrosło pod ruinami jakoś tak nagle i bez zapowiedzi. A może jednak była jakaś zapowiedź? Może coś przegapili? Może zwyczajnie, nie dostali powiadomienia, ręcznie pisanej karteczki, tłoczonego papieru, kaligrafowanych liter i malowanych kwiatów… a może suszonych, wtopionych w pulpę papieru?

Kto to wie?

A może tym razem był to Posłaniec. Wiecie, wykosztowali się bardziej, postarali o przystojnego, na koniu czarnym niczym najgłębszy sen, odzianego w strój, który od razu informuje, że należy słuchać? A może jednak miał to być śpiewający telegram? Ale wiecie i Posłaniec i trójka gości od telegramu zniknęli gdzieś między skałami, zabalowali z trollami pod Większym Mostem, albo zagubili się w ostrym aromacie czosnku? Albo Syrenice ich zwiodły? W końcu wiecie, baby tak serio wszystko lubią pokręcić. Wszystko zamotać i zmienić… A tym samym, jakoś tak cała ta praca, którą oni mieli wykonać, uleciała ku Niebiosom Zapomnienia.

Albo poczta?

Ostatnio były z nią problemy. Jakoś tak się nie słuchała skrzynek pocztowych, odklejała z siebie znaczki i ogólnie mówiąc buntowała się na wszelkie możliwe sposoby. Podobno nawet koperty odlizywały sobie trójkąciki. No czyż to nie jest już skandal nad skandalami? Odlizywać tak sobie…

Dlatego, gdy Wiedźma Wrona Pożarta, woniejąc niedźwiedzim czosnkiem zbliżyła się do Butowego Drzewa, była tak samo zaskoczona, jak ono. Wiecie, złapane tak nagle z rozwiązanymi sznurówkami, z cholewkami w nieładzie… Bo w końcu oczekiwało zapowiedzi!!! No jak tak można! Bez zapowiedzi, bez liściku, czy chociaż zajączka przesłanego lusterkiem?

Pieśni rzuconej na wiatr…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1029 (2)

Z cyklu przeczytane: „Głęboko ukryte” – … Jack i Sara. Właściwie szczęśliwi. Mają siebie, cudowne córki i ułożone życie. Oczywiście w którymś momencie wszystko się zawali, ale jeszcze leżą w łóżku, jeszcze nie zadzwonił telefon.

Gdy dzwoni telefon, gdy wsiadają w samolot, wszystko się zmienia, ale to ona, Sara będzie naszą narratorką. Niegdyś dziennikarka, która od razu zaczyna składać kawałki układanki, której obraz może ją przerazić. Bo co byście zrobili, gdybyście nie wiedzieli, że wasz mąż był świadkiem morderstwa? A może jednak… nie do końca? Co byście zrobili, gdyby nagle na waszych oczach cała rodzina, której nie znaliście, skoczyła sobie do oczu i zaczęły padać słowa, tak nowe dla was, jak: morderca, inna dziewczyna, winny?

Powieść mnie kompletnie nie przekonała. Narracja jest płytka, bohaterka jako dziennikarka powinna wiedzieć pewne rzeczy i zdawać sobie sprawę z tego, jak do nich dotrzeć. Śledztwo, które prowadzi jest kiepskie. Sprawa nie trzyma się kupy, a winny… cóż, sorry, ale drogą eliminacji odkryjecie go na samym początku, to aż nazbyt proste. Do tego ta małomiasteczkowość. Przecież z tego zawsze można było wyciągnąć tak wiele. I sam Jack. Rany, miałam ochotę walnąć go od samego początku. Kłamstwo dla dobra sprawy? Serio? Nie wiem też, czy to wina tłumaczenia, czy autorka – debiutantka – ma tak ubogi zasób słów, ale… tę powieść czyta się ciężko. Najchętniej zajrzelibyście na koniec i dowiedzieli się, co się wydarzyło?

I co? Zrobiliście to?

IMG_2945 (2)

Arnager… grób.

Musicie się odważyć. Na niewielki spacer, obecnie oczywiście okraszony drzewkami kwitnącymi, pachnący zniewalająco, zieloniutki, cudowny, nikogo dookoła poza tymi dziwnymi, pomarańczowymi łebkami na patykach, które służą pewno czemuś tam samolotom, ale dla mnie są dziwactwem, które otacza cudowny, niesamowity grób komorowy. Naprawdę kapitalny, zrekonstruowany, zabezpieczony. Wchodzicie do środka i czujecie się jak… no właśnie, jak się czujecie?

Dla mnie to czysta wariacja, fascynacja, to, co człek sobie wybrał, by zgłębiać, by badać, niby nauka wyłącznie, a jednak i coś więcej. Bo w archeologii zbyt często człek zapomina o człowieku. W końcu to, co człek w młodości odkopywał, to były ino malutkie kamyszki, a ten grób w środku mierzy tyle ile ja. Pewno z ziemią był jeszcze wyższy. Widoczny z daleka. Wyobraźcie sobie, że składali ich utaj, swoich bliskich… Czy byli rodziną, małą społecznością, a może jednak było w tym coś więcej? Może jednak uznawali się za potomków innych ludzi? I zauważcie, że jednak grób zbudowali z czegoś twardszego. By przetrwało. Nie z obecnego tylko tutaj wapienia. To daje wiele do myślenia. Czy oni też wyprawiali się w morze. A może na kogoś czekali? Czy potomkowie ich wciąż krążą w tubylczym DNA, czy jednak zniknęli?

A może wciąż na nas patrzą?

Megality są niesamowite.

IMG_0972 (2)

Sam Arnager to dość niewielka wioska, właściwie pewno więcej sommerhusów niż ludzi, choć trochę Tubylców tam mieszka. Wcale się nie dziwię, że kochają to miejsce, ale dla mnie uraz po ostatnich zabawach poligonowych jest za wielki. Sorry, ale taka seria z kałacha o poranku to nie na moje nerwy, samoloty też nie, no i jeszcze… ech, latem, ponieważ pływa się tutaj świetnie, na pewno mają masę ludzi, a ja jednak cenię sobie spokój.

Wybrzeże jednak, to inna sprawa. Jak już nacieszycie się molem, pójdźcie w prawo i nacieszcie się wapnem. Znaczy wiecie, jedynym kawałkiem wybrzeża, który wygląda jak zrobiony z białych lego. Na pewno można tam znaleźć skamielininy po kolejnych dinusiach, ale nie zalecamy odłupywania kawałów Wyspy. Zapadnie się i co będzie? No zapadnięta będzie…

Cała ta ściana miękusza to jak ze skrajności w skrajność. Tutaj granit, twardy jak… no granit. A tutaj coś, co właściwie od razu pyli i zmienia twoje ciemne portki w ubranko starego nauczyciela. Wiecie, z czasów tablic, kredy, gąbki, którą zawsze trzeba było namoczyć, a jak się oberwało taką suchą… bleee!!!

WAŻNE! I straszne. Wiecie, że Rosjanie kombinują z tym Nordstreemem. Wystosowali do Danii „prośbę” o wejście na teren morski, ale… oczywiście jak zwykle jedni mówią nie, inni tak. A jeszcze inni przypominają o cholernym iperycie. Tak, zagrożenie istnieje przez cały czas. Nic na to nie poradzimy, poza… no właśnie, poza nie ryciem w okolicach, poza nie ruszaniem tego, co może zabić. Czy Rosjanie wygrają? A jak myślicie? Jak to jest jak kot myszę głaszcze? Myszę zjada… Czy się boimy? No oczywiście, że tak!!! Do cholery jasnej ludzie, jak się nie bać, gdy człek nie może od morza się uwolnić, bo ono go wciąż przyciąga, wciąż nęci, wciąż jakoś tak…

IMG_0980 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Drzewo Butowe… została wyłączona

Pan Tealight i Gwiazdy…

„Ogólnie mówiąc wiedział, że go szpiegowały od zawsze.

Od tego momentu, gdy się pojawili i on i one.

Widział jak się zmieniały, zdobywały szlify, żył już tak długo, że umiał rozpoznać ich umieranie. Spadały do jego specjalnego ogródka i tam je chował. Bez ceremoniału, choć miał kilka rytuałów, bez zbędnych snów, choć jednak nucił coś pod sobą. Ale ostatnio… Widzicie, ostatnio zaczęło mu to przeszkadzać. Nie żeby miał coś do ukrycia, ale jako Przedwieczny niezbyt tolerował jakikolwiek nadzór. Domagał się szacunku i jakichś przywilejów. Wszelkiej czołobitności, albo chociaż kogoś do rozwijania czerwonego dywanu, gdy chodził… Naprawdę miał dość onej inwigilacji. No i oczywiście to, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki częściej kazała mu zmieniać skarpetki, wystarczyło w tym wymiarze.

Miał ją, więc…

Tak naprawdę nigdy nie domyślił się dlaczego to robiły. Był przecież Panem Tealightem, Największym Przedwiecznym, choć postury lichej, mocarzem, magiem i pierun wie czym jeszcze, bo o większości swych mocy już tak dawno zapomniał, Stworzycielem, Wielkim Strażnikiem, Wybudzonym… a jednak miał je nad sobą. Zawsze bezczelnie wglapione w niego, dziwnie grupujące się zawsze tam, gdzie był i on. Właściwie wiedział, że spoglądały na niego też za dnia, bo w końcu czemu nie. Mogły, a jednak… kurcze, czego tak naprawdę chciały?

Co pragnęły ujrzeć?

Dlaczego to robiły?

Czy to tylko perwersja, nuda z okolic psalmów, litanii i wszelakich skrzydlatych w kieckach, co to nie nosili pod nią odpowiedniej bielizny i wszystko, ale to wszystko było im widać, bo przecież podwiewa… A może jednak miały do niego jakiś interes, ale zwlekały do końca? Ale jednak wolały odczekać na odpowiedni moment? Zaczynał się bać czasu, gdy ten moment nadejdzie, naprawdę?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2647 (2)

Z cyklu przeczytane: „Prom” – … nie. Nope. Nie czytajcie tej książki. Nawet jeśli jakoś spodobały się wam poprzednie tomy i przełknęliście to, że zrobiono nas w balona, to nie czytajcie tej powieści. Bo… ona zepsuje wszystko, kompletnie wszystko, a poza tym, kłamie.

Szanowny panie Autorze, proszę zaglądać bardziej i głębiej, w coś poza Wikipedią. I sprawdzać szczegóły. Nie wiem też kiedy ostatnio płynął pan promem przystosowanym do takiego akwenu, ja niestety pływam, bo kiepsko u pana z logistyką. I logicznością. Poza tym, ta książka wygląda jak zlepieniec kilu filmów, między innymi takiego z Brucem W., więc… kiszka. Omijam łukiem szerokim to, że w ogóle nie zna pan Duńczyków, a już za obrazę Mojej Królowej najchętniej poleciałabym panu z plaskacza, no ale… za daleko. A może, na szczęście?

Jednakowoż, jeśli uznacie te powieść za całkowitą fikcję, nawet nie będziecie pamiętać, że w poprzednich dwóch tomach coś się wydarzyło i tak serio gościa wsadzili do ciupy nie wiadomo dlaczego i spraw nie wyjaśniono… Nie, sorry, nie da się uznać tego za totalną fikcję dziejącą się w jakimś tam Danmarku Owczym. Przykro mi. A o Camp Century pisali u nas rzeczywiście sporo i nie do końca tak jak pan… i ekhm, jeżeli przedstawiasz po duńsku panią komisarz, nie musisz dodawać: duńska policja – oni to wiedzą Sherlocku. Pomijam Læsø? Wyłączie Grenlandia i Wyspy Owcze posiadają autonomię pozwalającą tym wyspom na mniejszą zależność od Danii.

Læsø ma sól.

Matko Wyspo! Takiego gniota dawno nie czytałam!!!

IMG_2946

Morze, to dla mnie wciąż gigantyczna fascynacja. Posadźcie mnie między kamieniami, dajcie się bawić w śmieciach wywalonych przez fale i będę zadowolona. Serio. Mogę spędzić godziny czekając na molo na ten jedyny, odpowiedni splash do zdjęcia. Na ten moment, gdy wielkie krople wody formują idealne kule i utrzymują się w powietrzu, a od dołu i góry muska je błękit. Mogę… tego jakoś nie da się tak po prostu odpuścić. I ludzie dookoła, ci którzy żyją tutaj od zawsze, dla których widok morza to zwyczajność, robią to samo.

Widok ich wgapionych w ona moc ogromności wodnej… jest dla mnie normalnością. Ale… wiecie, wciąż nie kumam tych wszelakich urządzeń do łowienia ryb. No dobra, pewno, że wędkę, sieci czy podbierak pamiętam nawet z dzieciństwa, mój wujek miał fioła na punkcie ryb… ech te tłuste węgorze, brrrr, bleee!!! Te ości! Kiedyś jedna karpiowa siedziała we mnie dwa dni! to był koszmar, a ulga, gdy w końcu wylazła – na szczęście górną stroną – była przeogromna. Ryby to tam ryby, no wiecie, pływają i są ślicze, albo przerażające. Ich łuski, pozostałości srebrzystości na łodziach jest jak perłowe łzy. Jak zagubione cekiny z morskich sukieneczek. Ech, po prostu piękne. No i ten zapach. Tak, mieszkając już prawie 10 lat tak blisko morza, że się je czuje, słyszy i widzi, sprawia że wpadam w popłoch, gdy wyjeżdżam na środek Wyspy i nagle GO nie widzę…

Mniejsza.

Dziś znowu oglądałam te wszelakie dziwne rzeczy rybackie. Rozumiem łódź. Rozumiem wiosła, bez urazy, rozumiem te różne tam takie, ale dostaję oczopląsu od kolorów tych czadowych skrzyneczek na ryby. Są po prostu przecudne! I te boje, czy coś i te dłuższe boje? Albo może boje na patyczkach i odbojniki i jeszcze te różne takie sznury, jakby się spodziewali marlina, czy czegoś tam i… te ich kapitalne stroje. Wiecie, niektórzy chodzą w nich dzień w dzień, inni przebierają się w szopkach, zaraz przy malutkich portach są takie i wiszą tam, gdy nienoszone, one wiecie stroje… od góry do dołu. Jakby odrzucone skóry innych, morskich ludzi.

Morze jest niesamowite.

IMG_2832

Dziś za to byliśmy w Arnager. Nie wiem dlaczego, ale trochę mnie przeraża to miejsce. Nie dość, że jadąc człek mija poligon, to jeszcze kurcze samoloty. Nisko latające, bo lotnisko o rzut kamieniem. Nie wiem, czy mogłabym tak zwyczajnie tam żyć, a przecież wybrzeże jest piękne. I to molo… ja piernicze. Kawał drogi, a potem dziura i łodzie, maciupki porcik, kolorowe łódki, kamienie obrośnięte – szczególnie tą porą, oną sałatą fluorescencyjnie właściwie zieloną. Wszystko to sprawia, no i piasek, że woda ma wszelkie odcienie turkusów, szmaragdów i błękitów.

W ogóle z tym molem, zbudowanym po raz pierwszy w 1886 roku, to był cały cyrk. Bo wiecie, bidulek wymaga remontu, pierwszy większy sztorm go majtnie i porwie, reszta jest kamienna, więc… tak naprawdę, by popływac, no nie da się bez mola i jakiegoś zejścia do wody głębszej i mniej wirującej, dlatego założono crowdfunding i co? I się udało. Zebrali prawie 400%!!! I super! Bo zobaczyć to miejsce, stanąć tak na środku wody, czujecie się wtedy niesamowicie. Po prostu dech zapiera, a jeszcze… dziś wiało, więc sorry, ale gdy kurcze nie wieje, jest cieplej, wskoczyć w tą cudowną szmaragdowość. Oj oczywiście, że miałam ochotę!!! Ale mi nie pozwolili!

Gdy będziecie na Wyspie przyjdźcie na molo.

Popatrzcie na oną masę wody i to wybrzeże i te malutkie domki i łódki czekające na swoich wodnych ludzików i te syreny łypiące spod kamieni i oną sałatę na głazach… wiecie, że jest jadalna. Brunatnice podobno tez da się przyrządzić, więc… smacznego? Te małe cosie krewetkowe też są super, a pewno z niedźwiedzim czosnkiem mniam!!! A wiecie, tego u nas ponad pod dostatkiem!!!

Za friko.

IMG_2844

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gwiazdy… została wyłączona

Pan Tealight i Królowa Zimy…

„Nie zbieram żniw, nie jestem kombajnem, sami mi włażą w łapy… mruczała tak do siebie sądząc, że nikt jej nie słyszy. Ale słyszeli! Słyszeli ją aż nazbyt dobrze i pochowali się w swoich chatkach, domkach i mieszkankach. Przy piecykach i kozach, przy oborach i stajniach. Jedni szukali ciepła między innymi swego rodzaju, inni znowu woleli zwierzątka. Co do zwierzątek? Raczej było im wszystko jedno, nie protestowały i dostały gratisową miskę jedzenia… Niektórzy zamknęli oczy, inni znowu zatkali uszy. Nie chcieli jej widzieć, słyszeć, ale czuć, czuć musieli.

Nie mogli inaczej.

Nie chcieli by ich zabrała, ale…

… byli też ci inni.

Ci gotowi.

Przypłynęła oczywiście swoim błękitnym kutrem. Może i zdawał się być lekko niezbyt jej przystającym, królowej w końcu, ale kochała go. Był milusi, przyjazny i miał fajne sopele. Wiecie, lodowy statek królowej Zimy. Tylko na moment na Wyspie. Tylko na chwilę kwietniową. Tylko na lekki przymrozek i by zabrać tych, którzy nie chcieli Wiosny. Bo tak, na świecie żyli i tacy, ale… jej między nimi nie było. Nie mogła tak po prostu opuścić Wyspy, tak zwyczajnie wymienić jej na lodowe góry i polarne misie. No nie mogła! Nie umiałaby już… Zima czekała na nią, ale wiedziała w swojej przedwiecznej duszy, że nic z tego nie będzie. Że i tym razem ona nie podejdzie do oblodzonego malowniczo trapu. Ne dotknie onych mrożonych koronek, nie poczęstuje się różowym soplem produkowanym przez Zimowe Jednorożce.

Ale może kiedyś…

Stojąc na wzgórzu nad Gudhjem Wiedźma Wrona Pożarta tęskniła za Zimą. Wchłaniała każdy przymrozek i każdy powiew północnego wiatru, który ostatnio jakoś się dookoła niej omotał i zwyczajnie nie odchodził, jakby już czuł jej strach przed słońcem. Przed paleniem, przed wszelaką opalenizną, przed dziwnymi pieprzykami… przed tym całym poceniem, a wiatr… wiatr pozwalał znieść słońce, leżeć w trawie i łapać zawilce na lasso soczewki, ale jednak nie był nią. Śnieżną, zawiejną, pozwalającą wyluzować, odpocząć i zapomnieć… odpuścić.

Zimą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1454

Z cyklu przeczytane: „Perfekcjonista” – … pierwszy tom cyklu: Inspektor Callanach. Pierwszy tom opowieści o seryjnie wkurwiającym osobniku, którego można by wymieść z książki i zamiast niego podstawić kogoś, kto ma więcej komórek we łbie. Za to Ava – jest cudowna!!!

Ale od początku. Poznajcie naszego głównego bohatera: inspektora Luca Callanacha. A tak pół Szkot pół Francuz, który z różnych powodów nagle po wielu latach powraca do Edynburga i niczego nie rozumie. Niby z Interpolu, a jakoś tak coś z nim nie tak. Oczywiście, że nikt go nie lubi, ojojoj biedny chłopaczek, poza dość specyficzną panią detektyw. Sprytną, energiczną, ale też i dość ekscentryczną. Niesamowita postać. Razem zajmą się tropieniem osobnika, który porywa i zabija kobiety sukcesu. Tylko… że my dobrze wiemy kim on jest, bo widzicie, dla nas jest on otwartą księgą. Dziwaczną, ale czyż seryjni mordercy nie są tacy.

Z jednej strony świetna książka z niesamowitymi bohaterami, z drugiej… po kiego te Luc? Przykro mi, ale to kolejny bohater, do którego może być wam trudno przywyknąć nawet, jeśli zrozumiecie całą historię. Nawet jeśli poznacie całą przeszłość, która przecież nie powinna wpływać na jego pracę, czyż nie? Nawet jeżeli zrozumiecie wiekuiste animozje między Francją a UK, a już Szkocją w szczególności. Nawet… to wciąż nie. Ale przeczytać warto! By pamiętać, iż nie każdy zbrodniarz, co tak wygląda!!!

IMG_2947

Rosjanie…

Wiecie, co jakiś czas to wypływa, ale brałam to za dziwaczne gadanie. Za jakieś tam nabijanki, za pokręcone myśli, za pradawnych wspomnienia i cały ten stuff! Nie za prawdziwość. Nie za paraliżujący strach i dziwną pewność. Oj pewno, że raz, dwa razy w tygodniu nasze i ich siły powietrzne ścierają się warcząc na siebie silnikami i doprowadzając mnie do drgawek ze strachu. Bo sorry, ale to brzmi przerażająco!!! Takie maszyny, których nie widać, dziwne dudnienie w niebiosach, jakby mityczne giganty szukały onych fasolek, gotowe do tego by zleźć z góry i zeżreć smacznych, tłuściutkich człowieczków… ale ludzikowie od dawna już ich nie sadzą, ni nie sieją, więc wiecie, wkurzone rzucają czym popadnie, ale nic nie spada!

Te przepychanki sił powietrznych zawsze wydawały mi się tylko tym takim wiecie, męskim właściwie pokazywaniem kto ma większego, a jednak… a jednak się okazuje, że wcale nie. Że tutaj, na tej Wyspie żyją ludzie przekonani o tym, dbający o zapasy, mający swój kąt do schowania i przeczyszczający bunkry wyspowe, i że Rosjanie są w stanie zająć nas w niecałe 12 godzin. Nie wiem, ale jak dla mnie 12 godzin to troszku dużo, ale… Wystarczałoby żeby postawili jakiś sklepik, rozdali za darmo kiełbachę, czy coś i już będą mieli wszystkich na miejscu. Nie trzeba się wysilać. Przecież wojny w dzisiejszych czasach jak już, to często prowadzi się inaczej. Chociaż… te nasze dziury, w których żadna komórka nie działa i gdzie często wszelakie maszynki elektroniczne po prostu odmawiają posłuszeństwa… może tylko stare ruchy są odpowiednimi?

Nie wiem, ale po kiego ci Rosjanie mieliby nas zajmować? No serio? I co? Plaże, będą się opalać? A może popływać chcą? Bo do Szwecji to chyba mają prostsze drogi niż przez zdradliwe wody Bałtyku. No a jeżeli chodzi o Danię wielce kontynentalną, to ludzie stamtąd od dawna mówią, że Wyspa to nie Dania. A ponieważ też nie Szwecja, to strasznie mnie korci autonomia. Serio!!! Wyżywilibyśmy się, mamy wiatraki, mamy wodę, ziemię, lasy i zwierzynę. No serio…

Ale Rosjanie?

IMG_0360

Czarny dym, czyli nowego papieża nie będzie?

A mamy być w ciągu kilku lat 100% ekologiczni i 100% odnawialni i ogólnie CO2 free, czego nie do końca kumam i już uczę się mieć skrzela, no i nie oddychać. Bo przecież, tak naprawdę nie da się pozbyć CO2. No weźcie sami pomyśleć. Świat na tym polega, tu my tu drzewa, tu inne roślinki tutaj znowu zwierzątka. Ale co do ekologicznego uprawiania ziemi, to jestem za jak najbardziej. Ostatnio spożycie organicznego, wyrośniętego u nas na polu lekko słonawym kalafiora… wprawiło mnie prawie w rąbany orgazm żywieniowy. Ten szajs z tak zwanych ciepłych krajów, wiecie Hiszpania, może wygląda ładnie i czysto, biała, kalafiorowa głowa, ale zapach jak ze starej piwnicy, w smaku jak miękkie, zbutwiałe pyry. Kolorują je, czy co?

No ale, zobaczymy jak nam wyjdzie ta cała ekologia. Przewiduję kosmiczną klapę, bo przecież tylko mała część pól jest tak naprawdę choć w miarę ekologiczna, ale jednak… kurcze… może choć to się uda? Na przeciwko mam ogromne pole, na którym sadzą wszystko po staremu – i robią z tego wielkie wydarzenie, co mnie śmieszy, bo stara jestem… i wygląda to i smakuje super. Potem wiecie, wypuszczą świnki i nawiozą i wyjedzą śmieci. Zwyczajność, prostota, logiczność.

PS. Jeśli chodzi o pracę, to potrzebujemy…

IMG_0385 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Królowa Zimy… została wyłączona

Pan Tealight i Spisek Dziwnych Panów z Łódki…

„Byli dziwni.

Byli w łódce.

I wyglądali jak spiskowcy z Krainy Dziwnych Kapeluszy. Dotąd znaliśmy niby tylko tych z Krainy Deszczowców, no ale przecież nie mogła istnieć tylko ta kraina, co nie? No i te ich nakrycia głowy. Wszystkie na pewno były kapeluszami. Jeden był takim naprawdę morskim, zaciśniętym na ciele, jakby wrośniętym, ale z dziwnym pomponem. Drugi był szmaciany w kwiatuszki, wiecie taki jak noszą małe dziewczynki, a trzeci był słomianą fedorą z różową wstążeczką. Czyż już to nie wyglądało podejrzanie? No przecież, że tak!!!

Pan Tealight z Wiedźmą Wroną obserwowali ich dziwny kutero-stateczek już od kilku dni. Dziwnie nieruszający się, niepoddający się falom, czy wiatrom. Kolorowy. Serio, wyglądał niczym puzzle: pomarańczowe, białe, niebieskie, czerwone i zielonkawe, złożone w coś, co utrzymywało się na wodzie naszpikowane wędkami. Do tego te kapelusze i oni w czarnych płaszczach, dziwnie mgliści z oddali…

Na pewno był to spisek.

W tym nie było wątpliwości, ale o co dokładnie im chodziło, wciąż nie wiedzieli. Leżeli tak na piasku lekko tylko podgrzanym, od czasu do czasu fala ich obmywała, jak jej się chciało, od czasu do czasu Ojeblik – mała, ucięta główka, przywoziła im w wózeczku picie i jedzenie… bo przecież nie mogli ich spuścić z oczu.

Przynajmniej wiedźmich… w końcu jak wielkim trzeba być wariatem, by tak zwyczajnie siedzieć i stać z patykiem w wodzie i poza tym nic nie robić? No serio? Pomyślcie sami! Macie najbardziej kolorowy kuter, a siedzicie na nim w czarnych płaszczach i robicie nic. Może tak naprawdę to i oni na nich patrzyli? Znaczy na Pana Tealighta i kobietę w średnim wieku oraz coś dziwacznego bez korpusika… I jak nic coś kombinowali. Te kijki z żyłkami, to była tylko przykrywa…

… czas nadszedł na Armię Syrenic.

A może i Krakena?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2227 (2)

Z cyklu przeczytane: „Kamerzysta” – … on. Nie, nie i jeszcze raz nie!!! Nie da się czytać tej powieści. Za nic. Jest toporna, zbyt wiele grzybów w barszczu a na dodatek tak nienawidzicie topornego głównego bohatera, że chcecie, by ktoś go zaciukał. Oczywiście nie brak onych gliniarskich pomyłek, oczywiście on ląduje w ciupie i potem niczym rycerz walczy o swoją kobietę!

Zdradziłam zbyt wiele?

Ech, nie.

To i nazbyt więcej opowie wam opis. I tak szczerze, cała reszta jest zbędna. Biedny chłopiec, który widział coś, gdy był dzieckiem, którego rodziców zamordowano, który NICZEGO nie pamięta, a jednak coś czuje… i jednocześnie nie czuje nic do swojej ciężarnej partnerki. Tak, nie dziewczyny, no przecież on się nie zaangażuje. Wielki i silny, mięśniak z mądrzejszym bratem, który go nienawidzi i ma problemy… A tak w ogóle, to jak kończy się jego wątek?

Powieść jest toporna.

A miałam taką nadzieję na coś więcej. Samo zakończenie zdaje się nie mieć kompletnie sensu, bo jeśli był film, to dlaczego tam? I te wątki łączące się wokół jednej osoby, jakby kurcze był nie wiadomo kim. Dlaczego go po prostu nie zabili? Bo nie byłoby książki? Przecież to nie ma sensu!!!

Nigdy więcej.

Pomysł może był, wykonanie straszne. Nie da się czytać powieści, w której aż tak nienawidzisz głównego bohatera.

No po prostu nie da!

IMG_2948

Prędkość…

No dobra, nie oszukujmy się, ludzie jeżdżą jak wariaci. Tak, również u nas i nie chodzi tylko o biegaczy ze stolycy. Dobra, oni potrafią nabić na kilka milionów pulę mandatową, ale i Tubylcy nie są gorsi. Młodszych nie przerażają katastrofy i wypadki ich kolegów, ogólnie mówiąc… wszystkim chyba się wydaje, że kurna są w jakiejś grze, w której zawsze można wrócić do poprzedniego sejwa. Przeraża mnie to, bo nawet jeżeli sam jeździsz ostrożnie, to przed wariatem trudno się schronić. Jeżeli sam łazisz ostrożnie, to i tak mogą cię ustrzelić…

Świat ostatnio serio wszędzie stanął na głowie i nie omija to Wyspy. Niby budują nowe sommerhusy, niby próbują wmówić nam jakiś tam rozwój gospodarczy, ale tak kiepskich dróg w zeszłym roku nie było. A asfalt dla ubogich z chęcią wybije wam oko. Ścieżki rowerowe oczywiście też nie mają się najlepiej, tyle o ile, że w lesie i wciąż ktoś je depcze, to może zbyt nie zarosną, ale jakby co, to pamiętajcie jak odróżnić barszcz od tego drugiego i uważajcie na kleszcze. Bo może i w nocy temperatura spada i wymroziło mi kwiatki, to skurczybyki robalowe już powstały. Nawet te nasze cholerne mrówki już obudziły się ze snu, który kurna miał być wiekuisty no!

Za taki płaciłam!!!

A co do prędkości… cóż, zwolnijmy. Ale bez przesady, nie 30 na godzinę, bo cholera bierze. No i pamiętajcie o rozkopach. Czasy, kiedy jak coś rozkopali, to dokładnie co do godziny było wiadomo kiedy to zasypią, minęły bezpowrotnie i to wiele lat temu.

Sentymentalna się robię, czy co?

IMG_2226 (3)

I wieje i pada.

Żeby nie było, dwa dni było jako takie słonko. Teraz znowu deszczyk, lekka pochmurka, znowu słonko pół na pół, jakby nie umiało opędzić się od tych chmurek. W niektórych częściach Danii śnieżne zadymki i to wcale nie w tych północnych! Naprawdę zaczynam się zastanawiać jakie będzie to lato? Czy rzeczywiście zacznie się bombą złożoną z Turyścizny, czy jednak… czy jednak wiecie, ludzie wybiorą może bardziej zatłoczone i brudniejsze, ale cieplejsze akweny? Z drugiej strony jak u nas znowu pierdyknie jakaś podrugowojenna niespodzianka, to…

Boję się.

Nie wiem dlaczego, ale ostatnio strach towarzyszy mi przez cały czas, a jestem na prochach! Chyba trzeba będzie przemyśleć coś mocniejszego, bo tak się nie da. Tylko jakoś nad morzem człowiekowi udaje się od tego uciec. Leżąc na molo, cykając jedno miejsce przez dokładnie trzy godziny tylko po to, by krople uderzających fal ułożyły się w odpowiednim wzorze. By odbijający się błękit nieba nadał zwyczajowej betonowości onej barwy kobaltowo-niebieskiej. Do tego ta biel fal. A potem plusk i rozbryzg… cudowny czas, ale słońce zachodzi i człowiek wraca do codzienności zmarznięty i przemoczony, lekko uduchowiony, nie wiadomo dlaczego, ale jednak… kurcze, ale jednak wraca do tego świata. Od niego nie można uciec. Nie da się.

Dosięgnie was wszędzie…

A może jak Tove uciec gdzieś dalej? Wziąć na hol Wyspę i przesunąć ją pomiędzy woale rzeczywistości i pieprzyć to? Moglibyście tak? Odciąć się całkowicie? Bo mi się już udało, a potem świat się zawalił i znowu trzeba dłubać oną ziemiankę. Ale może warto? Może w końcu dla niektórych nie ma innego wyjścia?

IMG_2275

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spisek Dziwnych Panów z Łódki… została wyłączona

Pan Tealight i Narodziny…

„Rzadko się zdarzały w Białym Domostwie.

Może myszy, szczury, króliki i pająki robiły to gdzieś indziej? Może miały super opiekę zdrowotną i wolały z niej skorzystać uciekając od magii i całej tej reszty… robaki może też, ale coś takiego? Takie coś, takie wiecie w pełni, normalnie naturalne, z całymi tymi krzykami, marudzeniem, wyłażącym czymś na kształt człowieka, wyciekami, przekleństwami nawet, aż w końcu z uspokajającym działaniem środka niwelującego wszystko podarowanemu biednym obserwatorom…

Oj nie, to wydarzyło się po raz pierwszy.

Bo i zresztą.

No oczywiście, że w Białym Domostwie istniały dwie podstawowe płcie i te bardziej symbiotyczne i te nietuzinkowe, może nawet niektóre czuły coś do siebie wzajemnie, ale jednak, nie oficjalnie. I nie chciały sprowadzać na ten świat czegoś, z czym nikt nie móglby sobie poradzić. Kompletnie nikt! Dlatego wszystko to, co rozpętało się środowego popołudnia, zdawało się być… niemożliwym. Ale czy tutaj w ogóle można uznać takie słowo za odpowiednie i prawdziwe? Chyba nie…

Zresztą, przyznajmy się do tego w całości i na pewno. Po prostu wstydliwie wyznajmy, że większość z bytów Sklepiku, które tutaj dociera, nie przychodzi z książeczką, w której zawarte są za, przeciw, no i gdzie wkręcić śrubki w razie potrzeby. Żadnego manuala!!! Ale jednak jak widzisz dziewczątka, i jak tyją, powinieneś coś podejrzewać… Choć z drugiej strony kto mógł wiedzieć, że ciąże u niektórych Księżniczek z Syndromem Wieżowym trwają ponad pięć lat?

Nikt.

Całe zamieszanie na szczęście trwało tylko trzy dni i większość postanowiła silnie oddać się wszelkiego rodzaju ziołowym nalewkom, zapachowym mgiełkom, zadymianiu, odymianiu, poddymianiu i łykaniu czego popadnie – szczególnie Ojeblik i Wiedźma Wrona Pożarta. A jednak to one były na tyle trzeźwe, by zauważyć, że urodziło się coś całkowicie różowego. Serio porcelanowa skórka, żadnych zagięć, różowiutkie loczki, paznokietki niczym macica perłowa, głosik dziwnie głęboki… Oj tak, w Białym Domostwie narodziła się pierwsza mała, różowa nekromantka. Serio. Jak tylko zaczęła ryczeć powstały wszystkie ubite robale i gryzonie, a nawet śniące spokojnie Zombie – miejscowe… i spierdoliły odmawiając wyjaśnień.

To miało się skończyć… przynajmniej dziwnie.

Znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3590

Z cyklu przeczytane: „Niuch tom 2” – … bo on tak ma. I nie chodzi tylko o kupy. Wiecie, gliniarz to zawsze zwącha jakieś przestępstwo. Trupy się do niego garną…

A miało być tak pięknie.

Chociaż z drugiej strony, przecież wciąż są dość świeżym małżeństwem, no i jeszcze ten berbeć, który zdaje się iść w ślady ojca aż nazbyt często. Ale zbrodnia w takich realiach wakacyjnego pałacyku… no cóż…

Wiecie, przyznaję, że najbardziej kocham te najwcześniejsze tomy, to one mnie porywają, do nich wracam najczęściej, a przeczytania ostatniego tomu odmawiam, ale jednak… widzicie, jeżeli chodzi o Sama Vimesa, on dojrzewał z każdą książką i w tej… kwitnie. Choć odrobinę boleśnie, wciśnięty w konwenanse i wszelakie obowiązki, dziwne spacery, machania ręką i to wszystko, co wiąże się, no wiecie, wiąże się z TYTUŁEM. W tym tomie nie tylko książka o kupie rządzi, ale właśnie on. Biedny facet, którego każdej czytającej kobiecie będzie szkoda, którego każdy facet zrozumie, a każdy gliniarz, po prostu poczuje się jak w domu. Bo wiecie, zbrodnia to zbrodnia, nawet jeśli jurysdykcja nie ta. To coś tkwiące w tobie zmusza cię do działania… ale tym razem trzeba będzie być trochę bardziej ostrożnym i zdążyć na herbatkę!

IMG_9551

Wieje i leje.

Po prostu cudowna, idealna pogoda. Co prawda trwać ma tylko jeden dzień, no ale. Chcesz się zakopać w poduszki, obwiązać kocem i nie wierzyć w to, że na zewnątrz ma być prawie 7 stopni pana C. Po prostu chcesz się zamknąć i udawać, że cię nie ma. Bo przecież ci wolno, czyż nie? Chować się pod stołem, po prostu być tylko dla siebie! Wolno… ale oczywiście robota zając. Na szczęście komputer siedzi w domu, więc kocyk nadal jest na miejscu, a nawet i poduszeczka. Ale zająć się światem trzeba. Inaczej nie zapłacą. A jak nie zapłacą, choć marnie płacą, to jednak nic nie wyjdzie z tego, o czym sobie wstydliwie i bardzo przerażenie marzysz. Bo marzenia są w moim przypadku straszne. Znaczy wiecie, przerażają mnie straszliwie.

Moje własne marzenia.

Ale na zewnątrz wieje i leje i wiecie co, to idealna pogoda. Pogoda, która zdaje się ciebie otulać, pilnować by nic ci się nie stało. Może jest trochę overprotective, ale wybaczam jej. Naprawdę jej wybaczam. Bo ten deszcz jest taki fajny, bo wiatr wygrywa takie niesamowite muzyczki i wszelakie tony i nuty. Bo za oknem nie jedzie żadne auto, w oddali widać tylko jedno migoczące światło, a ciemność jest pełna, tłuściutka i niesamowicie przytulna. Bo w końcu słonko dało trochę odpocząć.

No wiecie, czasem ma się go dość.

Ale jednak ogrzewanie trzeba podkręcić. A może jeszcze jeden kocyk. I w końcu odłączyć się od tej sieci, znowu zagłębić w książki, bo one przecież tak doskonale cię rozumieją… nawet jeżeli musiałeś okroić mocno książkowy budżet i trochę cię suszy.

No dobra, mocno mnie suszy.

IMG_3584

Cała sprawa z tym promem, który to ma pływać ze Świnoujścia wzbudziła dziwne poruszenie na Wyspie. Z jednej strony super, więcej Turyścizny. Nie oszukujmy się, Wyspa na tym zarabia. Ale z drugiej strony jest to takie dziwaczne trochę. Pokręcone nawet. Firma szwedzka, choć inni twierdzą, że niemiecka, a prom, znaczy sam statek, zameldowany jest oczywiście w Polsce. Czyżby jak zwykle tak było taniej, czy jednak wiecie, znowu jakiś szwindel?

Oczywiście wszystko wyjdzie w praniu, ale to jeszcze trochę. Pierwszy rejs dopiero pod koniec czerwca, więc… zobaczymy. Pożyjemy. Najważniejsze chyba, by ludzie się dowiedzieli, że znowu mogą płynąć z Polski i to nie Żygolotem. Bo wiecie, taka większa maszynka tak nie buja, a nawet jeśli buja, to większa jest, no i mniej to czuć, a nawet jeśli cię zemdli, to chyba mają lepsze warunki do karmienia Neptuna. Z doświadczenia wiem, że większy prom jest lepszy. Może i powolniejszy, a większości zależy wyłącznie na pędzie, ale jednak o niebo lepszy na ten akwen.

A tak w ogóle, to wieje i pada.

I pada i wieje.

Szczególnie w nocy wszystko to brzmi jak wystrój niezłego horroru, wiecie, takiego z wyższej półki, gdzie dźwięki mówią więcej niż tylko: buuu i bum! Można się przerazić, można przyzwyczaić i można pomylić wiatr z falami. Zdarzało mi się to… wstydliwie się przyznam. Ciekawe, czy wciąż jeszcze mi się to zdarza?

IMG_3733 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Narodziny… została wyłączona

Pan Tealight i Wiosna, Wściekła Ogrodniczka…

„No po prostu jakby jej ktoś pieprzu na ogon, czy coś… albo gorzej. Że nie ma ogona, a widzieliście ją? Przecież to taka niska owłosiona trollica w tym roku z różową koneweczką i widłami w złotym kolorze, oraz oczywiście dodatkowymi, dopasowanymi kolorystycznie rękawiczkami w typie mitenek złotawych, z różowymi kwiatuszkami z koroneczką? Co jak co, ale dziewczyna naprawdę była przygotowana do wszystkiego i od razu zabrała się do roboty. W pewnym momencie miała problemy z Zimą, ale co tam, nie ten rozmiar, nie ta pasja, przecież pęd jej wściekłości był tak wielki, że Zima, mocno przerażona po raz pierwszy w swym istnieniu, odpuściła.

Nie żeby się ociepliło, ale wiecie…

Wiosna musi dać radę.

A w tym roku była nadzwyczaj specyficzna i in fashion. Wiecie, że jej kaloszki miały małe, złote obcasiki? A całe futerko ozdobione było i dzwoneczkami i ćwierkaniami i wszelakimi wstążeczkami? Po prostu dziwnym było na nią spoglądać, ale Wiedźma Wrona Pożarta chciała małą rabatkę, więc cóż, musieli patrzeć. Nie mieli innego wyjścia!!! I wiecie, z czasem to było aż nazbyt fascynujące… ale potem znowu zaczęło wiać, a ona na wiatr bardzo jest wrażliwa, wiecie, przy tym futrze…

Wiosna w tym roku, jako pora onego, naprawdę miała dziwne pokręcenie i opóźnienie. Jedne kwiaty wzrastały z innymi, inne znowu odmawiały kwitnienia, cudowne, białe dywany jakoś były molowo nadgryzione, a znowu liście na drzewach, wciąż jeszcze się buntowały… zimny wiatr chlastał każdego, kto uwierzył w to, że jest to koniec kwietnia i zrezygnował z zimowej kurtki, ale Wiedźmie Wronie naprawdę to pasowało. Chociaż chciała też tą rabatkę, ale może…

… może powinny poczekać z Szaloną Ogrodniczką? Nie sadzić, nie motać, nie pleść i nie plewić, ale przecież… coś w nich grało i zmuszało je do tego odgrzebywania narośli, do włażenia w glebę, do moczenia palców. A trollica? Cóż, jakoś trzeba było te pazury wiecie, naostrzać, a najlepiej o zminą glebę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4667

Z cyklu przeczytane: „Kosiarz” – … on. Śmierć. Osobnik intrygujący. Człowiek, przepraszam, byt wielce zajmujący. Ktoś, kto zniknął. Wiecie, spierniczył z roboty, a co za tym idzie… nikt nie umiera. A nawet jeśli mu się tak wydaje, że to już koniec, to nic z tego…

… wstaje.

Ten motyw w literaturze zdaje się być już wyczerpany, a raczej zdawał mi się takim być dopóki nie przeczytałam wieki temu tego tomu. Bo Pratchett jak zwykle przedstawił to wszystko inaczej. Całkiem inaczej podszedł do tematu nieśmiertelności, onego wiekuistego pragnienia ludzkości. By żyć forever and ever.

Ale wiecie, nie być wampirem. LOL

Książka jest niesamowita. Bo nagle się okazuje, że można wszystko, że nie ma przemijania, że jakoś tak nikt nie zwalnia stołków, nie warto w ogóle się starać, bo starzy nigdy nie odejdą przecież, ale… ale też jest to opowieść o nim samym. O Kosiarzu, który naprawdę się zmienia. Pokazuje swoją ludzką stronę, a nawet i więcej.

Jedna z moich naj książek.

IMG_9542

No dobra… znaczy wszystko rozumiem, ale żeby pamięć ludzka była tak krótka? By nie pamiętali, że niegdyś pływały promy ze Świnoujścia na Wyspę? Serio? No mniejsza o przekłamania i mocne przerysowania w tej reklamie, sprawa jest taka, że możecie wziąć autko i przepłynąć się raz w tygodniu z Polski na Wyspę!!!

Oczywiście dane wszelakie w linku, strona jest dość przejrzysta i toporna, więc każdy zajarzy o co chodzi, ale te ceny… no i raz w tygodniu? Niby Pomeranią też nie było codziennie, no ale… Jeśli jesteście zainteresowani, przygotujcie się na sześć godzin płynięcia, już od 24 czerwca!!! Co dowcipne, jak dobrze czyta, linie są szwedzkie… intrygujące. Ciekawe, czy będzie zainteresowanie? A raczej jak to rozreklamują? No wiecie. Teraz zwykle ludziska jadą z Sassnitz i tyle. Albo, ci bardziej szaleni najpierw do Szwecji, a potem dopiero na Wyspę.

Bałtyk to jednak niebezpieczne wody.

To jak?

Płyniecie?

No wiem, cena od 490 PLN za człeka i autko może się wydawać wysoka, ale i tak jest taniej, niż do Sassnitz. Przynajmniej przy dzisiejszym przeliczeniu walutowym. Ale czy rzeczywiście ludzie będą znowu pływać? W końcu to zawsze było drogie. I jeszcze w nocy, wtedy sorry, ale lepiej mieć kabinę, więc za parę z samochodem zapłacicie coś ponad półtora tysiąca PLN. Sporo. Okay, strasznie dużo w zasadzie, no ale dostaniecie łóżko i prysznic i jakoś tak zwyczajnie będziecie mogli przedrzemać te 6 godzin, a uwierzcie mi leżenie na podłodze – no da się – ale strasznie wymęcza wszelakie członki.

IMG_2945 (4)

Mróz…

Wstaje człowiek i wita go szron na trawniku. Takie to dziwne, bo rok temu, jak boleśnie pamiętam, już było mi za ciepło, a teraz… szron. Podobno w ciągu dnia ma się ocieplić i podobno to już ostatni taki mrozek, ale wiecie, zaskakujące. Takie to fascynujące trochę, przerażające tych, którzy zapominają, że Ziemia tak naprawdę przez cały czas się kształtuje i zmienia i, że ma gdzieś to, co my o niej myślimy. Wiecie, że niegdyś Polska miała tyle winiarni? A chmiel na tyczkach… ten akurat pewno jeszcze sporadycznie się pojawia, ale… ludzie zapominają. Karmieni papką straszącą przez te wszelakie urządzenia, wyłączają mózgi. A może ich już nie mają? Wypłynęły im nosami i wpadły do świątecznych żurków i innych tam?

A może kiełbasy z nich zrobili?

Bynajmniej.

Słonko wali, kolory szaleją, drzewa owocowe nie wiedzą, czy kwitnąć, czy jednak zrzucać kwiaty. No normalność. Wszystko jakoś tak nie wie co robić i tylko niebieskość morza człowieka ratuje. Bo tam wciąż fale. Wciąż mokro.

Wciąż… normalnie.

Oczywiście wiosenne kwiaty dostały po pączkach i płatkach. Kokorycz i zawilce nie wiedzą co robić, większość zniknęła. Tak po prostu, ale liście na drzewach się budzą. Są już gotowe i mają się chyba całkiem dobrze, ale moja jabłonka wciąż jeszcze się nie opłatkowała. Może coś podejrzewa? A może wystraszył ją ten dzisiejszy wiatr?

IMG_3016

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiosna, Wściekła Ogrodniczka… została wyłączona