Pan Tealight i Stary Grzyb…

„Z Grzybową Pan Grzyb, pochodzący z całkiem dziwnego miejsca, którego nazwy nikt nie potrafił wymówić, zamieszkali w gårdzie o żółtych ścianach, żółtych myślach i wspomnieniach, żółtych pokojach, żółtych jaśniej ścianach i ciemniej pociągniętych oknach… Miejscu o żółtych legendach i mitach całkiem słonecznych, o jasnopomarańczowych duchach i mikrych pomocnikach z dziwnie nagietkowymi twarzami. Obsadzonym słonecznikami dookoła, ale całkiem niewidocznymi pośród tej całej żółcieni…

… oraz ze wściekłym, kompletnie żółtym kogutem.

Tam, gdzie i płot był w ciemnych odcieniach żółtego drewna, a słoma na dachu tylko wspominała swoje złotawe czasy. No i oczywiście komin żółty był i kury, dwie krowy, dwa konie, oraz całkiem żółty wóz, którym wozili nie tylko siebie wzajemnie. Gdzie myśli nagle stawały się dyniowe, a wszelaka myśl brzoskwiniowa, mandarynkowa i pomarańczowa w tej jaśniejszej, sokowej odsłonie.

Zamieszkali.

Sprowadzili się bez żadnego zawiadomienia, żadnej żółtej kartki ze złoceniami oznajmiającej, iż Pan i Pani Grzybowie mają zaszczyt zaszczycić swoimi zaszczycającymi osobistościami Wyspę. Zwyczajnie nagle się pojawili z tymi meblami lekko lecącymi stęchlizną, starym ciastem drożdżowym, babką piaskową bez lukru i żółtym psem o trzech oczach oraz klapniętym ogonie. Zawsze nieszczekającym, bo i po co, już sami właściciele dziwnie odstraszali.

Oczywiście Pan Tealight pomyślał przez chwilę o tym, że może powinien jednak się do nich przejść, w końcu to sąsiedzi przez lasek i drogę, ale w końcu stwierdził, że gdyby tylko droga, albo tylko lasek to by jeszcze wypadało, ale obydwie te rzeczy ich oddzielające, jakoś tak zwalniają go z obowiązków głębokosąsiedzkich. No i w końcu to on był tutaj najstarszy, więc chyba oni powinni? Z drugiej strony, kto tam dzisiaj poza Wiedźmą Wroną Pożartą dbał o jakiekolwiek konwenanse?

I miał z tego powodu wyrzuty sumienia?

No serio…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Następna dziewczyna” – … po pierwsze. Nienawidzę porównywania książek do bestselerów. Wiecie, obecnie każde grubsze trochę fantasy to „Gra o tron”, co nie? Kilka klapsów w książce, już Grey…

Ale… co do książki, to jest średnia. Żeby nie powiedzieć iż słaba. Mamy porwaną dziewczynę, zbuntowaną nastolatkę i matkę, która wyrzuca sobie, że nie jest dobrą matką i która oczywiście uważa, że jej córka nie ma żadnych tajemnic. No po prostu serio? Znowu to samo? Kiedy w końcu dorośli przestaną myśleć, że kontrolują swoje dzieci? Helloł? Nie pamiętacie jak to było?

Serio?

Mniejsza.

Tak naprawdę w tej powieści nic się właściwie swej kupy nie trzyma, a postacie są nie tyle papierowe, co właściwie nie istnieją. Są imieniem i nazwiskiem, są oczywiście określonym przydatkiem: matką, córką, gliną… Są tym wszystkim, ale niczym poza tym. Brak w tej powieści jakiejś głębi, brak w niej tak wiele, że zdaje się być śmietnikiem. Gdyby wywalić z niej i to i tamto, może coś by z tego było, potem lepiej ją napisać, lepiej skleić i dorzucić kilka opisów, może… Intrygujący element matczynych lęków tutaj został sprowadzony do ogromnej wady!!! Cała rodzina ma jej za złe, że ta jest chora. Że ma stany lękowe!!! Serio?!!! Tak chcecie postrzegać tę chorobę? Czy autorka w ogóle wie co to znaczy bać się i zwyczajnie nie móc?

Naprawdę?

Oj nie polecam.

Piękna pogoda.

Serio!

Nawet polazłam sobie wiecie, popływać. Oczywiście, że dziwnie to wygląda, gdy reszta świata nosi kurtki zimowe, ale nic to. Tak serio, tego zimna w wodzie wcale się nie czuje. Znaczy wejście do morza to lekkie wyzwanie, al akurat był zachód słońca, jeden z najpiękniejszych jakie widziałam, z pomarańczami szalonymi, bez czerwonowatości, tylko właśnie z taką dyniowością nieboskłonu… musiałam wleźć do wody. Zresztą i tak podobno prawie wszystkie meduzy wywaliło w Kołobrzegu, więc czemu nie. A te, które znalazłam u nas, zrobiły zajebiste fotki!!!

Pięknie pozowały…

No więc wlazłam do tej wody i po chwili, zwyczajnie jakoś tak… popłynęłam. Pewno, że lepiej nie zanurzać wody i nurkowania nie będzie, bo przy wietrze zimnym jak otworzona zamrażarka łba lepiej nie przewiewać przy wyjściu i… planując potem jeszcze wyjście na zakupy, no ale. Z mokrymi gaciami też dobrze się robiło shopping. Tak wielkich dyni nie miałam nigdy. A pływanie… Pomarańczowy zachód słońca, czyściutka woda, po prostu jak pływanie w płynnym złocie. Ino mniej gęstym… muszę to powtórzyć. I to koniecznie. Olać konwenanse, przecież są panie, które robią to przez cały rok. A pomijając wielkie fale i wichury, czemu tego nie robić?

Czemu?

Dlaczego się tego zabrania jakoś tak dziwnie.

Znaczy poza Wyspą oczywiście. Bo u nas miejscowi to robią. Robią wiele rzeczy, o których nie wspominają szerszej publice, bo i po co? Wiecie, czasem lepiej milczeć. Co ja tam gadam, częściej, a właściwie zawsze lepiej milczeć i opinie swoje zachować dla siebie i się nie wychylać za mocno, bo raczej nie…

Bo można oberwać.

Bo wieczorem po Rønne chodzą grupy imigrantów i zaczynasz się bać… ale do wody przecież nie wlezą, co nie?

Zachody słońca, siedzenie na plaży…

Teraz, po sezonie, a jeszcze przed feriami kartoflanymi, jakoś tak można po prostu sobie samotnie… poleniuchować. Jeśli tylko sobie pozwolicie na coś takiego. Nie oszukujmy się i tutaj wszyscy zapracowani. I choć pewne prawa są inne, nie oznacza to, że niektórzy nie wykorzystują ich maksymalnie, a ty musisz za nich zapierdalać. Wiecie. Każdą lukę wykorzystają… ludzie wszędzie tacy sami. Ino tutaj troszku dziwnie mniej obrotni. Tak jakoś dziwnie…

Zepsuła się nam ciepła woda.

No wiecie, ta maszynka ponownie wysadziła korki – jak w 2013 – i woda się skończyła. Oczywiście w niedzielę nikt nie przyjedzie, a nawet jeżeli, to człowieka zwykłego na to nie stać, więc przypomniał sobie jak to jest gdy trzeba się umyć w mikrej misce w kilku czajnikach wrzątku i zimnej wodzie. Jakoś poszło, ale… ale w poniedziałek ktoś przyjechał i wiecie co? He he he… ponieważ na nie uwierzyli, że wiemy co się stało, więc oczywiście osobnik, któy przyjechał nie był w stanie naprawić Grzejącego Wodę Smoka. Oj nie. Trzeba było wezwać elektryka. Oczywiście z drugiego końca Wyspy, ale nic to… powiedzcie mi jednak jakie wykształcenie miał osobnik, który do nas przyjechał, bo ja chyba nie do końca rozumiem? Co, myślał że serio żadne z nas nie umie wymienić pierniczonego, wyskakującego bezpiecznika?

He?

W Danii serio od każdego, najmniejszego zajęcia jest osobny osobnik. Nie jak w Polsce, gdzie jeden facet zrobi ci wszystko, a większość chłopców i dziewcząt potrafi nie tylko zlutować, zaszpachlować, pomalować, ale i opierniczyć jak należy. Niby to ma utrzymywać oną równowagę płacową i to rozumiem, ale jednak… chyba nie rozumiem tego do końca. Tego niemyślenia. Jeżeli usterka już była i zdarzyła się ponownie i wiadomo, że zdarzy się znowu, to kurde…

Co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stary Grzyb… została wyłączona

Pan Tealight i Jesiennie…

„Już zacząłeś to czuć w powietrzu.

Już pojawiły się dynie w sklepach, a ty wciąż nie rozumiesz jak można się podniecać dyniowym smakiem, bo seryjnie tobie nie podchodzi… Już czekasz na te liście, a one nie nadchodzą i nie rozumiesz dlaczego, bo tak bardzo kochasz ten czas. Nie jak zimę, no ale jednak. I ten chłodek. I zioła ścinane raz ostatni i znowu kwitnące róże. I zaorane pola pokazujące kolory ziemi…

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki naprawdę już była w tym nastroju. Znaczy wiecie, julowym. No co? Każdemu wolno zaczynać kiedy mu się podoba i tyle!!! A wiedźmom to już w ogóle. Z nimi nie wygrasz, nawet nie próbuj, zresztą, co ci to szkodzi, że ona się już kolęduje? Przecież po prośbie z tacą nie chodzi!!!

Może i Wyspa kalendarzowo czuła się już jesiennie, to w kolorach wciąż jeszcze się je ubożyło. Jakoś nie spieszyło się jej do zmycia z siebie onej zielonkawości. Jakoś tak jej się nie chciało za szmatę chwycić, gąbeczki wyszykować, michę z bąbelkami czerwoną na ziemi postawić i po prostu wrócić do kolorów. Bo widzicie, w tym roku Jesień była… niebieskim krasnalem z fioletowym nosem, uzależnionym od wina pędzonego na powidłach śliwkowych. I to wiecie, wyłącznie węgierkach. Nacjonalista kurcze, czy coś? Nie wiadomo, ale ni dogadać się z nim nie można było, wiele wydusić też się nie dawało… a w ogóle rozmowa jakakolwiek z nim… serio, no nie pachniał konwaliami. Naprawdę!!! Walił jak stary i przepity, niemyty stary dziad.

Ktoś musiał zająć się oną porą roku w tym roku, bo z tym gościem raczej niczego nie osiągną… ale jak tak samemu? Ale jak tak bez pomocy? Ale jak… wiadomo, że człek tych jesieni przeżył sporawo, ale wciąż ale. I wiecie, chętnych raczej nie było. Każdy jakoś dziwnie zajęty nagle, a to włosy myje, a to okna szoruje i łaty łaci, a może jednak nie tyle zajęty, tylko wiecie, nie chciał nikt wziąć na siebie odpowiedzialności? Bo co jak zawali sprawę? I będzie na niego?

Tylko i wyłącznie?

No na kogo zwali?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kości mojej siostry” – … pokręcona. Wojenna, a jednak nie do końca. Może i przewidywalna miejscami nadmiernie oczywista, ale jednak intrygująca i głęboka.

Kate i Sally, to równoznaczne bohaterki tej powieści. Jedna to reporterka wojenna, która wraz z (oczywiście) nieodłączną traumą wraca do rodzinnego domu. Sally – jej siostra, jako nastolatka zaszła w ciążę i jest alkoholiczką. Śmierć matki nagle ponownie je spaja, a może wyłącznie spoiwem jest ono pokręcone szaleństwo? Bo przecież czy to tylko trauma wojenna, czy jednak coś więcej? Genetyczna choroba, a może nieumiejętność radzenia sobie z teraźniejszością, którą na przegraną skazała przeszłość? I… której siostry kości ułożyły tytuł powieści.

Książka jest mroczna i przyciężka miejscami, ale też dziwnie koślawa. Niedomyślenie się tego, co się dzieje, to serio wyczyn. Zło objawia się od razu. Jest dziwnie logiczne, a seksizm przejawiający się w zachowaniach policji razi koszmarnie. Powieść jest koszmarnie „amerykańska”. Wiecie, każdego ruchu można się spodziewać. Tych się boisz, tych nienawidzisz, ona wyszkolona grzeczność, rąbana poprawność polityczna… nie. Nie wiem, czy autorka po prostu chciała uczcić przodków, czy jednak przekazać coś więcej, ale nie do końca wyszło. Jako pełen zakłamania portret dwóch sióstr – powieść bardzo dobra, ale cała reszta, ta wojenna otoczka zdaje się być dodana na siłę.

Bo taka wiecie… moda teraz.

Siedzę, gapię się w ciemność i słucham szumu morza.

Wiecie, dziwny to szum, gdy wiatr nie wieje, a fale są. Jakby miały specjalne zasilanie, albo płaska ziemia w rzeczywistości miała na krańcach syrenice, co to się lubią czasem ogonami powachlować… i dlatego są fale. Trzymają się krawędzi, zaglądają na oną spodnią stronę, po której maszerują całkiem inne ludki, bardzo światowe i sobie ogonami dyrgają. Bo co innego mają do roboty. I w ten sposób mamy fale…

A tak, świat ostatnio stał się tak bardzo porąbany, że człek już nie wie co bogie, co diabłem, a co polityką ino. Kiedyś chyba było łatwiej. I nie, nie oznacza to, że Dania jest wolna od takowych zachowań, oj nie. Oni tutaj po prostu bardziej i lepiej się kryją. Każdy od razu rodzi się z Oskarem Akademii Filmowej… i udaje. Wszystko. Strasznie to brzmi, ale czy źle na tym wychodzą, jeśli w to wierzą?

Przegraliśmy właśnie walkę o tak zwany domek smerfów. Wiecie, oną obleśną kopię kościoła rotundowego, która ma stanąć na jednym z rond… kij by jej było w oko, bo to darowizna, gdyby było tam puste miejsce, ale piękną lipę dla tego szkaradzeństwa pokrętnego wytną… dla onej pseudosztuki, więc myślący podnieśli raban, że dość mają onych różnych rupieci i śmieci na rondach – patrz szrot rdzewiejący przy wyjeździe na Gudhjem, że należy w końcu jakąś może krytykę ustalić, a nie traktować wsio jako wielką sztukę… ale przegraliśmy. Si, byłam przeciwna. Teraz na rondzie będzie stała kopia czegoś, co zobaczyć se możesz kilka kilometrów dalej w miłych okoliczościach przyrody i całkiem historycznie.

A nie coś co daje tlen i piękne jest.

Przy okazji tak zwany zarząd od sztuki obraził większość Wyspy, wyzywając nas od durniów, chłopków roztropków, co to się na sztuce nie znają, co pojęcia nie mają o wyższych sferach, na pewno nie niebieskich… i ogólnie nadają się ino do szorowania chodników. A jak o chodnikach mowa, to znowu smoki chodzą. Wiecie, w kraju z najwyższymi podatkami ekologicznymi, walczy się z roślinkami między płytkami chodnikowymi dmuchając na nie ogieniem. Oczywiście nic to nie daje, ale koleś obchodzi swoje, traci gaz, wydziela co wydziela i ogólnie śmierdzi… na mnie dziabiącą roślinki starymi, grubymi nożyczkami patrzą dziwnie. Ale tutaj na kolanach pracują ino Polki, Tajki i oczywiście ekhm… o których się nie mówi.

Duńczyk musi mieć urządzenia.

W Knudskirke nowy kamień runiczny.

I dzięki temu imię jego jest czterdzieści i jeden. A może czterdzieści? Nie no, pewno że wielkie halo jest, bo leżał se cały czas, ale nikt go nie zauważył, no ale… czyż nie większość odkryć właśnie tak się dzieje. Przecież owo sławetne: iż należy w końcu wykopaliska zrobić w muzealnych piwnicach i wszelakich skarbcach, czy szopach zwykłych, nie wzięło się znikąd. Tak wiele jest odkryte i wsadzone w pudła, że łeb mały…

Ino opracować nie ma tego komu.

Ale może w dzisiejszych czasach to i lepiej? No wiecie, przyjdą jeszcze i zniszczą, jak ostatnio niszczą menhiry w UK? Bo przecież tych naszych nikt nie pilnuje. Sztuka pradawna dostępna jest dla każdego. Czy stojące kamulce, czy dolmeny, możecie poganić się na całego. I jest to szalenie niesamowite. Ale ludzie… się zmienili, więc może będzie trzeba przemyśleć stworzenie parku runicznego? Choć szkoda by było… Te samotne kamienie stoją niczym pradawne znaki olbrzymów, które miały manię nie do końca prostych linii i smoków czy węży. Piękne są. Intrygujące. Te pod kościołami, wiadomo, od razu jakoś inaczej się widzi, a te na kościelnych ścianach mnie przerażają, ale ja dymię po wejściu na poświęconą ziemię, więc pewno to ino mój problem. LOL A te wmurowane. A tak, takie też są. Nosz przecież łatwiej poskładać kamienie z okolicy, niż wlec je z i tak niedalekiego kamieniołomu… tak było na całym świecie, nie tylko tutaj. Z drugiej strony, co się ludziom dziwić…

Czy da się żyć i jednocześnie utrzymać oną cudowną zaprzeszłą przeszłość w całości? Chyba to jednak utopijne życzenie. Jeżeli nie poważasz własnego dziadka czy babci, to czy będziesz oną dalszą przeszłość? Ech… stara jestem i tyle.

I za dużo morza słucham. Po kompletnym ćmoku. Ono miesza człowiekowi pod deklem nadmiernie. Bardzo mocno. Człowiek się uzależnia gorzej niż od innych używek. Jak tylko cichnie, nagle wpadasz w panikę i nie wiesz co ze sobą zrobić.

Strasznie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jesiennie… została wyłączona

Pan Tealight i Blue Wishingwell…

„No więc…

… ponieważ stary Wishingwell zaczął mocno przepuszczać i ogólnie olewać robotę, niby wiecie, woda leciała, wszelakość spływała, ale potem nic… ni marzeń spełnionych, ni próśb wysłuchanych, ni łez papierem toaletowym otartych. Czas już zwyczajnie nadszedł na niego i choć Wiedźma Wrona Pożarta bardzo nie chciała się z nim rozstawać, musiał odejść. Odejść za ten most bieluśki, za który odchodzą one wszystkie, gdzie w spokoju pławić się mogą w Wucekaczkowym Strumieniu, w Świeżości Aromatycznych Niebieskich Grudek, konsumować wszelkie żele i ogólnie mówiąc, w końcu mieć jakiś kurna porządny i cudowny fan!!!

Dlatego pożegnała się ze starym przyjacielem, który widział ją nie tylko od dupy strony, bo wiecie, przecież ona miała wszelakie problemy… no i w ogóle, tak dalej, więc go zabrali. Bez wielkiej pompy, bez kwiatów, wieńca, świec i śpiewów anielskich chórów. Chociaż tak naprawdę, podobno coś tam zamawiała, ale wiecie, ją wyśmiali. Nie tylko wyśmiali zresztą, jeden koleś zaczął zadawać takie pytania, że nawet ponieważ tylko podsłuchiwała, gdy Ojeblik – mała, ucięta główka załatwiała sprawy, to i tak poczuła się źle. A potem Chowaniec nie wykazał żadnych uczuć i… zapytał tylko, czy chce w nowym, by woda była niebieska…

Pożegnała się z nim po swojemu.

I nikogo nie dopuściła do onej sympatycznej podobno, wzruszającej, aczkolwiek prywatnej nader ceremonii. Okrytej tyloma zasłonami i welonami mrocznej magii, że wszyscy dotarli wysypki w miejscach intymnych.

Wyłącznie…

A nowy.

Nowy okazał się być całkiem inny.

I na razie nie do końca potrafią się ze sobą wzajemnie dogadać. Podobno miał nastąpić jakiś transfer dusz, czy coś w ten deseń? Że niby stary wcieli się w nowego, ale może go ta niebieska woda i szybkość spłuka za bardzo wystraszyła? Kto to tam wie? A może nie był jeszcze gotowy? Na pewno ta historia jeszcze się nie skończyła.

Oj nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Miasteczko kłamców” – … dobre. Pokrętne. Ważne. Niesamowite. Takie, naprawdę, a jednak… zamotane. Z zakończeniem, którym niewiele powieści potrafi się pochwalić.

Taka jest ta powieść, a zaczyna się całkowicie „klisze”. Serio. Ot dziewczyna wraca do miasta, które znienawidziła, z którego uciekła. Wraca wraz ze swoim poukładanym życiem, chłopakiem, całkiem odmieniona, ale jednak… pusta od wspomnień. Jakby wypłukała z siebie przeszłość. Ale ktoś musi się zająć domem i ojcem. Tylko… Tylko, że kiedy wraca, wspomnienia dopominają się zapłaty, a to oznacza odkrycie wszystkich szkieletów i zrozumienia, co tak naprawdę się liczy.

Powieść wciąga, mami i kręci. Z jednej strony oczekujemy tego co zawsze. Ot walki między byłym chłopakiem i obecnym, może trochę łzawych momentów, braterskiej miłości, drobinek układających się w całość… ale bajer w tym, że tutaj każdy kłamie. Jest pełen przynajmniej półprawd. Albo zwyczajnie…

… nie wie.

Niesamowita powieść, która przypomina, że nie zawsze coś, co wygląda jak złoto nim jest. Nie zawsze ci, którzy są poukładani takich tylko grają i nie zawsze ci źli powinni oczekiwać wybaczenia. Wzruszająca miejscami, odrobinę przewidywalna w kilku wątkach… naprawdę niezła historia. Może mołaby być trochę lepiej napisana, no ale…

Jabłkowy fest…

Od kilku lat odbywa się w przed ostatnim tygodniu września taki jabłkowy fest w Mestedgaardzie. Wiecie, wielkie tam otwarcie, można pozwiedzać sobie wszystko za darmoszkę, kupić w ichnim sklepie przeróżne przetwory, rzeczy z  drewna, hawthorn ostatnio na topie, no i oczywiście jeszcze posłuchać różnych grajków, zjeść migdały w cukrze, posłuchać o pszczołach i tak dalej…

Większość ludzi przychodzi, bo za darmo, jedzenie jest, posiedzieć pod jabłonkami można. Niewielu wie, że z tym festem wiąże się cały eksperyment, który polega na UWAGA – posadzeniu kilku rodzajów jabłoni. Weźcie mi wytłumaczcie, a cóż to za eksperyment, za moich czasów nazywało się sadownictwo, a telewizja śniadaniowa i wszelako otwarty uniwersytet nauczył mnie nawet szczepić drzewka.

Zapładniać krowy i konie też, no ale…

Mniejsza o ideologię.

Prawda jest taka, że jabłka rosną jakoś tam dziwnie marne i kiepskie, bo u nas najlepiej trzymają się dzikie papierówki i wszelakie, sprowadzone niegdyś z basenu Morza Śródziemnego, miniaturki… ale wiecie, jest idea, więc może być fest. Znaczy zabawa, jak ktoś jeszcze nie skumał. No więc jeśli chodzi o zabawę, to zależy jak kto ją postrzega, ale co do jabłek… Widzicie, za pierwszym razem było kilku wystawców jabłczanych były owoce i warzywa, pachniało jabłkami, szarlotką… te miody były cudne, zabawy z jabłkami, a w tym roku… babka z wieńcami, na szczęście migdały w przyprawach – MNIAM, stoisko z miodami, na którym nie mogłam kupić ani tych czaderskich świeczek w kształcie uli i z małymi pszczółkami, ani słoika miodu w kształcie misia, co oblało mnie smutkiem strasznym. Kocham świeczki z pszczelego wosku. No ale… słuchajcie, poza tym właściwie nic. Pewno, że jest sklep, więc możesz się obłowić, ale on jest zawsze. Jest otwarte za darmo, ale gdzie te kurna JABŁKA?

Naprawdę?

Znalazłam tylko dwa miniaturowe koszyczki miniaturowych czerwonych, karminowych jabłuszek. TYLKO. Ech… wiem, że pogoda opóźniona w tym roku i lekko kwaśnawo wciąż i nawet kasztany jeszcze nie spadły, ale jednak… Serio? Nie można było sprowadzić gości dajmy na to z Niemiec i Polski i coś z tego zrobić?

Serio?

Noc ciemnoś… że, jak mawiali oko wykol, choć nie wiem do końca jak to jest, no nie chcę się przekonać, wybaczcie. No wiecie. Ale jednak… to ciemność taka totalna w końcu znowu opada nocą na Wyspę. Pozwala odpocząć ludziom, oczom, ale jeśli akurat nie możecie jak ja spać i siedzicie wglapieni w drzwi na taras – szklane, no i wiecie, wyłączone światło nie odbija waszej facjaty, to widzicie nic. A czasem tylko połyskujący odbijającym się księżycowym poblaskiem, wilgotny jeżykowy nosek.

A tak, taka to bajkowość.

Aż warto cierpieć na bezsenność, chociaż serio lepiej nie. Ale ta ciemność… tak dawno przestaliśmy ją doceniać. Tak dawno przestaliśmy ją zauważać obtoczeni żarówkami, ledami, pierun wie czym jeszcze… a! No przecież, światłem monitorów, telefonów, komputerów i wszelakiego ustrojstwa. Nie pozwalamy sobie na wyłączenie się od światła… ilu z was mieszka w miejscu, w którym o północy gasną lampy i radźcie sobie ludzie sami?

No ilu?

Poza tymi nieodkrytymi przez białego człowieka cudami zadupiami!!!?

Ciemność jest niesamowita.

Pozwala myśleć, w końcu wyłącza wzrok, z jednej strony, a z drugiej go tak bardzo wyostrza. Niesamowicie. Wyłączcie wszystko, jeśli to jest możliwe, ale kompletnie wszystko… czy w waszym życiu jest to jeszcze możliwe? Bo tutaj jest. Szalenie szokujące, gdy ktoś „miastowy” się z tym styka. Naprawdę poruszające. Najpierw zaczyna się od strachu, lekkiej depresji, załamania, tłoczenia w jednym kącie, dotykania innych ludzi – nawet obcych… potem to szukanie zapałek, powrót do ognia, aż w końcu ludzie jakoś tak, po prostu przywykają i zmieniają się.

Tylko jak wyłączyć zewnętrze w mieście, po powrocie z wakacji? Pewno się nie da i szybko wrócicie do owego światła. Szkoda… spróbujcie czasem po prostu z niego zrezygnować, ale nie tylko wyłączyć górne światło i walić po gałach telewizorem. Wyłączcie wszystko. Każdy guziczek, błyskaczek, wszystko kompletnie. Może zostawcie małą świeczkę, tak wiecie, by uczcić pierwotne ognisko, to, które nigdy nie miało prawa zgasnąć. Skołujcie sobie Westalkę, czy coś… bo człowiek jednak potrzebuje ciemności. By nie widzieć tych cieniów. Strachów wszelakich. Tych koszmarów spod łóżka, z szafy… I onej ciszy, która tutaj też siedzi sobie rozparta tłustym dupskiem na świeżo zaoranych polach. Milusia. Tak rzadko mącona, że nawet ona sama nie wierzy w ono mącenie. Bo przecież… oto nadszedł czas panowania i ciszy i ciemności.

Będzie jeszcze troszkę małego szumu, ale who cares!!! Już i tak wszyscy czekają na Jula!!! nawet moja kulka z wiedźmą w środku, na nalepce z ceną i kodem kreskowym, ma napisane MERRY CHRISTMAS. Widać w tym roku Halloween odwołano!!!

Ha ha ha!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Blue Wishingwell… została wyłączona

Pan Tealight i Rozbój w ciemny dzień…

„Właściwie, to kto mógł to przewidzieć? No wiecie, dzień był ciemny, mroczny, dziwnie wilgotny, choć nie był nocą. A jednak one przyszły. Rabowniki i złodziejniki, a może ino głodne, lekko zmurszałe duszyczki? Może w rzeczywistości sprawa wyglądała całkiem inaczej? No wiecie, to było ich od prawieków, a ludzie tylko byli tymi, którzy użytkują? Tosz przecież na świecie tyle jest rzeczy niewytłumaczalnych i niezrozumiałych do końca, choć ludzie serio wciąż idą w zaparte udając, że wiedzą kompletnie wszystko. I to we wszelkich sferach i odmianach…

Przybyli.

Wcale nie zachowywali się cicho… chociaż z drugiej strony nikogo nie obudzili, to Chowaniec szykując się do upiększania swego boskiego ciała, no jakoś ich tak przyuważył. Zwykle, gdy się upiększa, to wiecie, gapi się w okno, więc od razu zobaczył ich rude twarzyczki i dupeczki poznaczone dziwną jasnością. Jakby coś tutaj było mocno kosmiczne, jakby coś… a może to jednak ono kradziejstwo? No wiecie, wpierdoliły cały pachnący groszek Wiedźmy Wrony Pożartej, a pierun wie, co tam przy opiece takowej osobniczki może wyjść? A może raczej braku opieki ino wiecie tym wąchaniu, obłapaniu i przemawianiu?

Chowaniec tak naprawdę ich przeraził… i to dość mocno, bo spojrzały na niego, z tą dziwną przyganą, że coś niszczy, że nie jest na miejscu, choć za swoją ścianą, a potem spierniczyły. Machając rudymi boczkami, rudymi, jasnymi na czubkach pyszczkami, onymi girkami chudziutkimi, a jednak… stabilne takie. Choć wiecie, to mniejsze, to jednak może nie do końca? Chwiejne jeszcze było. Ale za to wyjaśniło się kto wpiernicza młode pędy Choinki Specjalnie Wyśrodkowanej… no oni.

A może one?

Kto tam się na sarnach zna.

Jedyne co wiem, to to, że sarny i jelenie to dwie różne sprawy. I nie różnią się tylko wielkością. Koza i koźlęcie, które bierze sobie nasz skromny ogródek za KFC, na pewno były sarnami. Ale bez rogacza. Jelenia i łani nie widziałam… chyba. Choć może raz, takiego młodziutkiego, smarkacza takiego z możdżeniami, ale bez tyk?

Hmmm…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Prawodziejka” – … jak w reklamie. Wiecie, „z pewną nieśmiałością po nią sięgnęłam”. Naprawdę. Ostatnio fantasy ma to do siebie, że jest taka sama. I wiecie co… ta powieść jakoś nie miota innowacyjnością. Nie jest jakoś wybuchowo dowcipna, czy pokrętnie wciągająca, ale wystarczy.

Oto opowieść o świecie, w którym oczywiście jest magia. No jak inaczej? Jedni się z nią rodzą, inni tylko z niej korzystają. Ogólnie chodzi o żywioły i więzi. O legendy i zapomniane prastudnie. O przepowiednię, która OCZYWIŚCIE się spełnia i je dwie. Przyjaciółki – a może rodzinę, która nie potrzebuje więzów krwi. Jedna spokojniejsza, druga trochę bardziej stateczna. Nie mogą żyć bez siebie, ale i tak skrywają tajemnice. I uciekają…

Powieść mimo wszystko wciąga. Akcja jest szybka, choć trochę tak jakoś spisana po łebkach. Narracja trochę jęczy, ale poprawne słownictwo, lekka konstrukcja… wzbija się ponad oną przewidywalność, która czasem męczy. Z jednej strony nie jest źle, bawię się, z drugiej to już było. Było tyle razy. A przecież tylu jest pisarzy, którzy potrafią być inni… Dlaczego ich się nie wydaje? Może ludzie wolą szablonowość. No i oczywiście jest miłość, ale wiecie, najpierw w łeb, a potem cium cium cium. I tyle. Można, niekoniecznie trzeba. Styl okładki przypomina mi powieści z przełomu wieków. Trochę to dziwne, ale dla mnie nostalgiczne.

Wiecie… było przecenione, więc warto było.

Ciemność.

W końcu jest ciemność.

Cudowna szarość deszczowych dni uderzyła dziwnie nagle. Jakoś tak z dnia na dzień i noc stała się nocą i dzień jakoś nie zaczyna się ostrym promieniem. Naprawdę mnie to rajcuje. Naprawdę mnie to w końcu uspokaja. Jakoś jest tak normalnie, a nie ciągle kurna jasno. Serio. Wiem, że to co my mamy to nie są białe noce i czarne dnie, ale jednak. Ta normalność ciemności, w której można się zanurzyć, jest wyzwalająca. I ta jesień, którą czuć i nie czuć.

Jakby czegoś brakowało w powietrzu, jakby nagle ktoś po przełączał guziczki.

Jakby nie było tak.

Ale to może się zmieni? Może w końcu wsio się zakoloruje, przecież klony już zaczęły. One purpury, niczym krwawe ślady na kamieniach, żółcienie, trochę łachoczące jak drzewna żywica. I wiecie, te wszelakie jasności. Bo przecież serio, wciąż człowiek wychodzi. To, że słońce się chowa, nie znaczą, że wszystko to, ona szarość z dziwnymi kształtami, nie jest zachwycająca. I te omszowości, które z nienacka wyskakują na człowieka. I jeszcze te owocki. I jagódki. Coby tu dzisiaj zjeść by polatać?

A może jednak grzybka?

Jakiegoś grzybka?

Tutaj może i ludzie grzybów nie zbierają, nawet jakoś pieczarki, często sprowadzane z Polski – co dziwne, jabłka rzadko – nie mają zbyt wielu chętnych. Ale te grzyby, to trochę dziwne. Ciekawe, czy to taka narodowościowa specjalność, czy zbyt często Wikingów truli nalewkami na muchomorkach? Bo ostatnio piękne kanie znalazłam, ale jak próbowałam się do nich zabrać, skromny ruch na ulicy się zatrzymał i ludzie zaczęli mnie uczyć…

Hmmm… jak mówił mądrzejszy ode mnie: „Dziwny jest ten świat”.

Taka kania zrobiona wiecie w bułce tartej, na masełku, wcześniej posolona, mniam mniam mniam. Ale chyba wybiorę się po nie nocą. Ekhm. Może i ciemno, ale pamiętam, gdzie są. No, chyba że mnie jakieś Turyścizny ubiegną. Wiecie, takie zbierające grzyby z większą śmiałością. I gdy jedna drugą zasłania, tak na sikającego.

He he he!!!

No ale… jesień.

Spokojność jakaś taka.

Ni wiatru ni fal.

Cisza może jednak przed jakąś koszmarną burzą? Biorąc pod uwagę to, co dzieje się na świecie, te Irmy, Marie, Harveye… trzęsienia ziemi i wulkany… ino czekać jak i do nas przyjdą dziwne wiatry. Jak nic trza wrócić do antydepresantów, bo same spacery i gimnastyka na to nie pomogą. Na te myśli się kłębiące, które chcesz z siebie wypisać, wymalować, wykrzyczeć… na ten cały dziwny uczuć, który kładzie ci się na ramionach i sadza słonia na zatokach.

Ała.

Ale wiecie co, najwspanialsze są one mleczne mgły, które też pojawiły się zbyt wcześnie zdaniem naukowców, ale starsi ludzie ino kiwają głowami. Na wzgórzu cudowne mleko, w którym widzisz nic i czujesz się niczym panna młoda w zbyt gęstym welonie, prowadzona przez całkiem ślepego drużbę. Nibyś piękna i zwiewna, dziewica właściwie i ogólnie mówiąc szał ciał i uprzęży, ale jednak kurcze coś mało widzisz. Pień potężnego drzewa dopiero wtedy, gdy w niego wyrżniesz.

W niższych rejonach nie jest tak źle. Miło i sympatycznie tak wilgotno, podobno na cerę dobrze, więc człowiek wyłazi na zewnątrz i się inhaluje. Może i chłodno, może i gigantynczne dynie w Kvickly ino po 35 DKK – bierzcie póki są, bo nie dość, że duńskie, to na dodatek no zajebiste wam powiem. Prześliczne. Pomarańczowe, niektóre wydłużone, inne znowu proporcjonalne, jedne idealnie, aż podejrzanie koliste, inne znowu z jakąś boczną niespodzianką. I te ich końcóweczki zielone. Ech… jesień.

Orzechów mi jednak brakuje. Wiecie, takich świeżych. Takich z Polski. Takich, które ktoś zebrał w lesie, laskowych, jeszcze z pozostałościami zielonej łupinki, albo te brudzące włoskie… pamiętacie jak człek się umiał nimi wypaprać. Jakby się wam przydarzyło, to najlepiej wywabić to końcówką placka drożdżowego z rabarbarem. Znaczy no placek zjedzcie, a końcówkę niezużytego owocowarzywka użyjcie do obsmarowania sobie paluchów. Naprawdę działa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rozbój w ciemny dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Po co mi banery…

„Niby Pan Tealight dałby se głowę odciąć i zastąpić ją prawą nogą, że powiedział barany, no ale… przecież z kobietami nie można się kłócić. Od tego zaczynają się wojny, albo co gorzej: cisze na morzu. Dlatego tylko kiwał głową. Tylko kiwał głową, nawet nie potakiwał, wiecie, kiwał nią tak, jakby już lekko nieprzystawała do jego korpusu i… po prostu milczał. Jak zwykle… by już nie robić wyjątków.

No nie mógł jakoś tak teraz wtrącić, że wełna owcza go gryzie, no i że na święta wolałby skarpety wyłącznie z bawełny, albo czegoś, co nie gryzie. Nie dało się sprowadzić rozmów na niego w momencie, gdy one już ją przejęły i zaczęły myśleć o tym: jak, co, kiedy i dlaczego? Czy połączyć to z internetem, czy wyłącznie na patyczkach materiałowe i papierowe z patriotycznymi flagami oczywiście!!! No i czy mają reklamować wyłącznie strony, czy też wiedźmie, sklepikowe, królewnowe, księżniczkowe i jednorożcowe… no wiecie, obiekcje wobec świata.

Znaczy korzystanie, a nie płacenie.

Bo widzicie, ludzie lubili brać, ale nie chcieli płacić za magicznych pracę, Jakby to wszystko nie wymagało siły i wszelakich nocy spełnionych na wbijaniu w głowy i zadki zaklęć, zbieraniu ziółek, wszelakiego pieczenia, gotowania, bomblowania i bimbrowania. Jakby nie musieli kupować szklanek, kieliszków, czadowych kubeczków, bo bez gadżetów w dzisiejszych czasach to kiszka, nic nie zrobisz… no i oczywiście flaszek. Koniecznie szklanych, bo przecież… ekologia!!!

A Pan Tealight?

Nie no, oczywiście, że to wszystko rozumiał. Oczywiście, że miał w tym swój własnych, aczkolwiek często niechętny bardzo udział, ale na pewno rozumiał. Może jako Przedwiecznie Prawieczny nie potrzebował wszystkich tych rzeczy, ale miękkie skarpety dobre, ciepłe kapcie, kubki kochane i herbata najlepsza, razem z dolewką… też nie brały się z niczego.

No, a przynajmniej nie każda.

A o Świętach tak… w tym miejscu o Julu myślano przez cały rok, ale od września, zaczynał się totalny kociokwik. I wiecie co, fajnie było…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Najmroczniejszy sekret” – … dobra. Ona się z każdą książką, z każdą stronę robi coraz lepsza. Niesamowita!!! I oczywiście mówię o autorce. Doskonale się rozwija, wciąż próbuje czegoś nowego, szokuje, porusza…

Tym razem mamy główną bohaterkę, a dokładnie je dwie. Jedna nie żyje, druga jest jeszcze na tyle młoda by nie do końca zdawać sobie sprawę z tego, czym jest życie. Gdy umiera jej ojciec, osobnik, który zranił jej siostrę i matkę, który żenił się więcej razy niż zwyczajowy człek ma w zwyczaju, bogacz… jej imprezowe życie się zmienia. Ponownie spotyka rodzeństwo, którego nie widziała od dawna. Tylko po co? By uczcić znienawidzonego, czy kochanego jednak człowieka?

A może by wyjaśnić sprawę morderstwa.

Opowieść toczy się wielowątkowo pozwalając czytelnikowi samemu wysnuć wnioski, przemyśleć sprawę kary i winy, miłości, rodzinności oraz wszelakiego bogactwa. Piękna powieść, ale i szokująca. Pełna nienawiści, groźnych matactw, kłamstw, aż do końca. Ale też pełna rodzącego się uczucia, dość zaskakującego, a przecież i jakże naturalnego… rodzinnego. Uczymy się, że kasa ułatwia wszystko, a biednemu zawsze wiatr w oczy. Tutaj nie ma karmy. Nikt nie pogłaszcze nas po główce, nikt nie przytuli, ale też i nikt nie skopie tych złych… bo ta autorka nie jest tu by nas dopieszczać. U niej człowiek do końca jest tylko i wyłącznie człowiekiem.

Genialna!!!

To się nazywa propaganda wam powiem. LOL Co jak co, ale oczywiście z artykułu ino wynika, że dziadzio emigrował, że jego przodkowie coś tam, ale do czasów wikingowych nikt się nie dokopuje w papierach, runach czy czym tam, więc wiecie…

… bez jaj!

Że też ludzie jeszcze nie objęli umysłem tego, że wszyscy mamy dwóch przodków w sobie. Owego mitycznego, czy dla niektórych biblijnego Adama i Ewę. Każdy z nas ma w sobie oną cząstkę bzykającej się pary. Bleee… Ale cóż, nauka to nauka i trza jakoś z nią żyć. Tutaj tragedia. Z powodu po pierwsze rozłamu rakietowego, po drugie morderstwa, które popełnił jeden odłam, a drugi nie zebrał kasy… rakietowe wielkie europejskie niewiadomoco w Nexø nie wypali. Znaczy ogólnie w tym roku nic im nie wystrzeli. Hihihi. Nie żebym się nabijała, ale się chyba nabijam. Bo co roku nie wiadomo jakie halo, żeśmy kurna takie tak Canaveral. To, że rakietka mikrusia, to przeca nie ma znaczenia kompletnie. To, że zawsze fiasko też nie, bo przecież nauka na fiaskach stoi – co akurat jest prawdą, ale lubi to ukrywać a nie chwalić się wszystkim!!! No bynajmniej kosmosów nie będzie. Alieny mogą się czuć spokojne. Jak z malowaniem okien, których też nie będzie… podobno lato było zbyt wilgotne tego roku. Nie zauważyłam, ale co ja się znam na wilgotności. To, że jako baba kumuluję wodę może znaczyć, że nic a nic!

Byle by nam ten internet podłączyli. No wiecie, trzeci świat jak nic z tym internetem. Ale przecież jak mawiają Duńczycy: Bornholm, to nie Dania.

PS. Nasze wojska znowu pływają sobie. Pojawili się w porcie w Gudhjem i tak się zastanawiam, co robili, bo podejrzewam, że na lody podskoczyli bączkiem. Serio. Nie widziałam chłopaków z rożkami, ale jakoś szybko umykali spod lodziarni. A co tam niby innego mieli robić?

Ha?

A poza tym trochę pada, trochę świeci, ciepło wciąż. Mówię wam baja pogoda!!!

Nic ino iść na spacer, cieszyć się tym światłem, łapać pierwsze kolorowe liście, maciupkie, dzikie jabłuszka… i grzać się na skałach, które niczym baterie magazynują one słoneczne promienie, a potem przez dłuższy czas oddają ciepełko. No i co z tego, że promieniują. Człek przeca nie może mieć wszystkiego. Jakoś zwiększonego zachorowania na raka tutaj badania chyba nie wykazałay? Wprost przeciwnie babeczki dłużej młode, swarne takie dziouchy, ludziska dłużej żyją, spacerują, jakoś tak wiecie, wyprostowani, żywi, namacalne dowody… i skakają do zimnej wody. Ekhm. Nie chciałam zrymować. Dobra, zimnego morza.

Może to morze, może nie… ale działa coś, oj działa.

Hihihi!!!

Poza tym weekend się zbliża, znowu w końcu nadejdzie cisza jakaś przed ziemniaczanymi feriami i przedwczesną celebracją wiedźm, kotów i szkieletów. Ech, no wiecie, my mamy tutaj pewne rzeczy wcześniej. Wsio podporządkowane wolnemu dzieciaków. A o dorosłych to kurde nikt już nie dba, no ja nie wiem.

Niesprawiedliwość i tyle!!!

Ale czas mknie tak szybko, że ino chwile miną i już będzie zima. Ni człek się nie obejrzy znowu lato i tak w kółko Maciejowego kółka różańcowego. Wiecie, niby normalność i natura, ale jednak, jakoś tak bym chciała trochę wolniej. Bo nie da się wszystkiego zmacać, popodziwiać, zbadać, namalować, sfotografować… jakoś tak brak mi czasu ostatnio bardzo mocno. Bardzo…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Po co mi banery… została wyłączona

Pan Tealight i Kataryniarz…

„Z małpką.

No dobra, może i była wypchana, mocno woniała przyprawionym, aczkolwiek nadobnie zepsutym mięskiem i do końca nikt nie wiedział, czy ona bardziej zombie, czy jednak martwa natura z nutkami, ale… był.

On.

Kataryniarz.

Wiedżma Wrona Pożarta Przez Książki – obecnie na głodzie – zobaczyła go, a raczej poczuła i usłyszała po raz pierwszy, gdy mało rześkim, silnie depresyjnym i dobijającym ostatnie rumianki krokiem, udawała się do Białego Domostwa. No rzeczywiście od dawna go nie było. A ostatnio jak był, to się widać nie złożyło, zresztą… ona miała dziwny stosunek do takowej muzyki, a on dość pokraczny i przemytniczo pokrętny, co do wiecie, no wiedźm.

Ojbelik – mała, ucięta główka kochała małpkę, ale wiecie, zawsze tam miała wybiórczy węch, muzykę też lubiła, więc tulała się pod nogami Kataryniarza, pod katarynką barwną, wykładaną szkiełkami z morza, muszelkami, drobinkami rybich łusek; z frędzelkami łachoczącymi wiatr… z muzyką, którą z jednej strony nie wszyscy słyszeli, ale w jakiś magiczny sposób sprawiała, że wszyscy czuli się mocno niepewnie. Z jednej strony przecież nie wygonią starszego pana w kapeluszu i z fajką, bardziej wyglądającym niczym pozbawiony trójzębu Neptun niż zwykły muzyk, a z drugiej…

… straszna to była muzyka.

I ten zapach.

A jednak jakoś go słuchali.

Może i z grzeczności, może dlatego, iż tak właśnie wypadało, bo starszy był i jakiś taki umęczony z oną siwą brodą i dziwnymi, ruchliwymi wąsami? Z kaloszkami z małe, zielone żabki i szatką przypominającą przykrótką, koronkową, ślubną kieckę z lat siedemdziesiątych. A może to była ta jego magia?

Bynajmniej Wiedźma Wrona jak tylko stanęła za blisko niego, zaczęła dziwnie podrygiwać, dymić, a potem, zbyt szybko i nader boleśnie, urażając sobie to i owo, została odciągnięta na bezpieczną odległość przez swoje Jednorożce. Te jakoś też widać nie mogły znieść Kataryniarza, a jako zwierzaki, zwyczajnie wolno im było wziąć dupę w troki, znaczy zady i ogony i spieprzyć tam, gdzie cisza była wyłącznie naturalna, szemrząca strumieniem i wszelaką liściowością. I trawka smaczna była…

… i grzybki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Strażnicy światła” – … ale. Ale tak w ogóle, to kurde o czym jest ta książka? Bo jeśli o ornitologii, biologii szczególnego środowiska, to rozumiem, ale opowieść o kobiecie?

EEEE? Serio?

Naprawdę?

Jeżeli pragniecie opowieści o naturze w tak specyficznym, unikatowym, odciętym od reszty świata miejscu, to jest to książka dla was. Dla biologów morza, ornitologów, wszelkiej maści zoologów. Dla naukowców badaczy, tych, którzy wiedzą jak to jest samotnie spędzać czas obserwując tylko naturę i czuć się z tym dobrze. Mieć pasję. Rozumieć pasję. Bo o tym właśnie jest ta powieść. Jeśli chodzi o tych ludzi całą oną kryminalną-thrillerowatość to jest ona ino li dodatkiem. Dodatkiem tak pokręconym, że trudno go ogarnąć. Główna bohaterka – pierun wie dlaczego tu jest i czego chce, a to, co się wydarza… po prostu wiecie jak to się rozwinie. No i kolejne zbrodnie?!!! Helloł! Autor?! Chyba zabrakło jakichś rozdziałów, czy coś?

No naprawdę!!!

Domyślicie się kto co i dlaczego od razu. Ale opisy przyrody mogą was ująć. Dla nich można przeczytać tę powieść. Dla tej bohaterki… nie warto. Jest niepełna, dziwaczna, wkurzająca. niby kocha fotografię, a nie zachowuje się jak fotograf, jak ktoś pragnący uwiecznić wszystko lub choć bardzo wiele. I po kiego pchała się akurat tutaj. Niby to wyjaśnia, ale to nie ma sensu.

A braku sensu i spoistości nie trawię.

Jako opowieść o naturze – tak, ślicznie spisana, ale ludzie są w niej całkiem niepotrzebni. Jakoś lepiej traktować ich jako zbędne tło.

Na plażach pustki.

Fale znowu zmieniły linię brzegową i podmywają człowieka leżącego na brzuchu, co to chce cyknąć sobie ładne wodorosty. Bo kolory one mają czarowne. Wiecie, takie mega jesienne. Wszelakie żółcienie, rdzawości, brązy, czerwienie. Jaśniejsze, ciemniejsze, z bąbelkami albo i bez. Po prostu bajeczne, gdy utopi się to wszystko w błękicie wody, bo jak macie szczęście, a mogliście je mieć przez kilka ostatnich dni, to jest słonko. Może i czasem jakaś chmurka je przykryje, ale na plaży gorąc patelniowy i seryjnie można się popluskać… ale odradzam, bo wczoraj akurat fale zbyt wielkie były od naszej strony. Oczywiście maluchowi, który pod opieką okutanych rodziców bawił się przy ujściu rzeczki nic się nie stało. Nie dość, że miał opiekę, to był na tej totalnej płyciźnie i ubawu miał co niemiara!!!

Ja też.

Na pewno rodzice puknęli się kilka razy w głowę, ale co mi zrobią? No co? Złapią i nakażą zachowywać się po dorosłemu? A może i po ludzkiemu? A co to w ogóle znaczy w dzisiejszych czasach? Mieć żonę płci męskiej w wieku nastoletnim? No wiecie… miałam nadzieję, że sąsiad serio się zakochał i wiecie, będzie Bollywood love story, ale raczej nie. Wyglądają jak dziadek i jego nastoletni wnuczek… a na dodatek przedstawia go jako lokatora? Znaczy co? Znowu jestem wyłącznie naiwna?

Pewno tak.

Durna i tyle…

Nie wiem, naprawdę lepiej patrzeć na tych umarłych dawno temu, ale jak i im współcześni próbują dopisywać jakieś dziwaczne relacje, zamiast najprościej w świecie pomyśleć, że baby tez mogą więcej, że siły mają i perswazję w sobie… Dlaczego nikt już nie czyta książek historycznych? Na przykład o tych wielkich kobietach, o tych wrednych babsztylach knujących i spiskujących, mistrzyniach trucizn wszelakich… wiedźmach. Mniam!!! Dlaczego nikt już o nich nie pamięta? Przecież tyle mamy przykładów? Pewno, że niektóre posłużyły durnym, męskim ideologiom, ale to też historia. My też już historia tak naprawdę, z każdą upływającą sekundą. Nie mieści wam się w głowach, że też jesteśmy jakąś ideologią? Nie. Bo jesteśmy tymi definicyjnymi żabami wrzuconymi do zimnej wody i powoli gotującymi się. Co prawda czasem wpada jakaś nagle i krzyczy, ale nazywacie ją idiotką… bo przecież lekkie ciepło, to nie wrzątek.

What’s cooking?

Może i jesień nadchodzi, ale jeśli chodzi o kasztany i żołędzie, to są jeszcze w mocnych powijakach. podobnie zresztą i liście, serio. Próba otwarcia jakiegokolwiek kończy się marną papką, albo białym wciąż nasionkiem. Dziwne, co nie? Ale z drugiej strony wszystko jakieś takie dłużej było wiosnowe, wszystko jakieś takie opóźnione było, więc nie dziwota.

Ale co to mówi o zimie?

A o jesieni w ogóle?

No zobaczymy.

Na razie Wyspa żyje tygodniem kultury wszelakiej, co oznacza, że niektóre miejsca popasu są otwarte, ale jeśli wydaje się wam, iż oznacza to mobilizację malarzy i rzeźbiarzy, to się głęboko możecie zdziwić. Jeden, bo się przeprowadzał, zrzucił przed muzeum w Gudhjem, onym krwawym, takie dwie RZEŹBY. Jedna może jeszcze… yoni z dwustronnym przelewem więc gdy się napełnia t płynie z niej i od przodu i od tyłu… a drugie, to zwykły, lekko ociosany kawał ciemnego granitu i koniec. Żadnej tabliczki, żadnego oznajmienia, opisu, ani kto jest autorem. To, że ja wiem, to czysty przypadek. Serio… wolałabym oną cudną trawkę i stokrotki, które tutaj potrafią tak szaleć. Teraz przed muzeum zrobił się dziwny burdel. Pozostałości po onych biało czarnych, drewnianych palikach, cudna mewa, która uwielbiam – jedyne pełne dzieło sztuki, potem tubular bellsy, wyglądające wciąż jak rąbana Golgota i przerażające świeżym drewienkiem i onymi cudacznymi rurkami, no i oe dwa kamienie. Sporawe mocno. Tosz nie lepiej drzew dosadzić? Co? Choć niskopiennch? Albo z kwiatów coś stworzyć? No ludzie, no?!!!

Ale wiecie, dla Duńczyków to za tanie zwyczajnie. Tutaj sztuka się liczy podług zer za pierwszą liczbą. Oj, taka nacja.

Ale tydzień kultury mamy. Nie żeby miało to jakikolwiek wpływ na kultur w ogóle, ale jak nic znowu zrobią jakieś szacher macher i zetną drzewa, postawią koszmarki, zniszczą piękno, by udowodnić wyższość człowieka nad naturą. Bo mogą, co nie? Bo to tak ładnie wygląda potem w papierach… a czy serio tak trzeba ukulturalniać Wyspę, na której co drugi to malarz, rzeźbiarz, cuda z nici tworzący, z wełny, ten tkający, malujący tkaniny… dmuchający szkło, czy na kole obracający ceramikę. No bo pibermaker zmarł, więc wiecie, w tym mamy wakat.

Czy mnie gdzieś zaprosili? Dostała plakietkę, ale wiecie, w godzinach pracy za darmo… albo lepiej, ino w godzinach pracy otwarte.

Śmiech na sali!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kataryniarz… została wyłączona

Pan Tealight i Niemiecki golas…

„Bo widzicie.

Nie no… ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona Pożarta jest osobistością wyględnie dorosłą. Znaczy gdy spojrzycie w jej metryczkę, no to jest stara nawet, ale jednak gdy ją wypuścić w świat, no to po prostu maks pięć lat. Jest to dość konfundujące, ale można się w końcu przyzwyczaić, albo przestać zwracać na to uwagę. A da się, serio. Naprawdę nie trzeba zwracać na nią uwagi, ona się bardzi tego nie domaga…

Ale on… on chciał być zauważony.

Wylazł z wody, do której OLABOGA!

Wiedźma Wrona Pożarta pragnęła właśnie wleźć, ale najpierw chciała pocykać doskonałe, burzowo-przeddeszczowe chmury… bo piękne były. Wszelkie odcienie błękitów, granatów, cyjanów i innych tam szaleństw przecięte tuż nad tonią kremowymi obłoczkami i czymś na kształt wyblakłej łososiowatości. Piękne to wszystko było. I jeszcze ta pustka i pomost, oczywiście dopóki on nie wylazł. A wylazł i oczywiście jakoś tak, dziwnie i z premedytacją chciał się prezentować. Machać, przeciągać, wychylać biodra, czy co tam miał, a potem tylkoności swoje…

Nie wiedział jednego.

Tego, iż Wiedźma Wrona to ślepulak straszny, więc guzik tam widziała, traumatycznie ją siekło, gdy zoomnęła się na deseczki onej promenady tymczasowej i zobaczyła coś, co nie powinno nad nią wisieć. Zmrużyła oczy i od razu pomyślała o mikrobiologii, mikrorobotyce oraz minismoczkach…

Wiecie, no sorry no!!!

Najgorsze jednak było to, że Golas Niemiecki ni nie chciał się ubrać, coby można było obok niego przejść jakoś tak bezdotykowo onym pomościkiem, nic ino jakby wiecie, się suszył oparty o barierkę i świecący dwoma księżycami swych pośladków. No nie… zdjęcia zdjęciami, ale żaden golas nie wpasowywał się w unikatową wizję artystyczną tej wiedźmy. ŻADEN!!! A pogoda zaczęła wskazywać na nadchodzący deszcz i wkurwa u wiedźmy, więc… gdy ten osobnik w końcu naciągnął gacie, niczym tuman kurzu i wkurności przemknęła obok niego i rzuciła się w fale…

I w deszcz…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Martwe ciało Mavericka” – … nie. Nie kopia. Czy inspiracja, tak. Sens? Nie do końca, ale i tak dobrze się bawiłam.

Oto opowieść o miłości, mafii i zombie. Ale o zombie specyficznych, intrygująco inteligentnych i o przyjaźni oczywiście i o miłości niespełnionej. O ojcach robiących dla dzieci swych wszystko i trochę o Romciu i Julci. Wiecie których. I jeszcze… o świecie, który jest intrygujący. I o komizmie.

I o wpadkach…

Tak, autorka kocha Pratchetta i tak, jak najbardziej daje się to odczuć w jej dziele. Ale jej świat jest inny, jej postacie są dobrze stworzone, cudownie odmalowane, pełne i intrygujące. Książka wciąga i bawi, ale niestety nie do końca jej części pasują do siebie. Wojna gangów i miłość dwójki osobników okej, ale zombie do tego? I niby jak to ma się do siebie. Pewno, że nawrócenie się Mavericka jakoś dopełnia oną historię, ale to przecież on miał być tytułową postacią.

A może li tylko tytułem.

Wiecie co… autorka ma jeszcze kopę roboty przed sobą, ale pisać umie, tworzyć światy kapitalne, bogów i magię do tego dorzucać, musi się nauczyć, z czego zrezygnować. Bo Mistrz był jeden. I zawsze nim pozostanie. Inspiracja jest okej, kopiowanie pewnych schematów już nie. Autorko masz jajca! Zacznij więcej dawać z siebie, bo naprawdę chcę Ciebie czytać!!!

Dobra… znowu manewry.

Wieść gminna niesie, że one niemieckie, srebrzyste pierdoły w Gudjem to w celu odstraszenia Rosjan, którzy też się manewrują, ale widać chłopcy nie lubią się bawić razem ino mają jakieś kliki, czy coś. Jak Eton i nieEton? No wiecie, są lepsi i lepsiejsi? Poza tym wielkie jakieś zagrożenie nagle odkryto, że jak pukną Rosjanie ten północny morski szlak gazowy, to gaz musztardowy nas wybije. Po pierwsze, to trza mieć tupet żeby myśleć, iż odkryło się wielką tajemnicę. No serio… wszyscy wiedzą, że po II wojnie światowej wszyscy wszystko wypierdolili do Bałtyku, Przecież po pierwsze ślady trza było zatrzeć, a po drugie no ziemia miała rodzić. Jak zwykle wszyscy znowu zapomnieli, że ziemia to kulka i działa na kształt rąbanego węża połykającego swój ogon… ale niech wam będzie. Odkryliście Amerykę!!! W dziwnym miejscu.

Te rąbane srebrzyste statki z niemieckimi flagami serio kijowo działają na moją pogłębiającą się depresję i stany lękowe. Nic ino się ciąć. Jak bum cyk cyk. Niektórzy nie żartują. Jedni w mieście se latają z karabinkami, inni coś modzą mi w Północnym Porcie, nosz kude no. Serio? Zajmijcie się sprzątaniem, seryjnie! Bo nie wiem, ale w tym roku Turyścizna serio nabrudziła. Może z wściekłości, że wiecie, obstalowali sobie urlopik na wrzesień, bo od dwóch lat mieliśmy takie ukropy, że hej… a tutaj co? Nie dość, że koszmarny sztorm, nie dość, że sklepy nie uznały przedłużenia sezonu, zimno na dodatek raczej dość… no i chodzą jak wkurwione zombiaki po mieście i ino patrzą na kim złość wydarzyć ze swej cielesności.

Czyli wiecie, milusio na Wyspie.

Nadal nie ma kolorowych liści, śliczne jarzębinki mocno się jednak czerwienią i pierwsze jabłka spadają z drzew. Dzika róża i głóg jeszcze nie do końca dojrzały, ale zobaczymy jak to będzie. Coś się serio rąbie z tym słońcem, bo gdy go nie ma, roślinki się radują, gdy wyłazi, wsio się pali i zdycha.

Ekhm… niepokojące.

Połowa września, a człek śpi pod kołdrą i kocem. Na pewno to jakiś bakcyl, bo to tylko ja, ale żeby aż tak dziwaczny bakcyl. Nie narzekam, bo lubię zimno, ale zasypiać w zimnie daje się wyłącznie w fazie ostatniej, dlatego jednak kocyk.

Wiecie, dla obudzenia się.

Mam miesiąc odwyku od książek, bo przecież trza było jako skitrować kasę na wycieczkę. Nie żałuję, ale tak po prostu mówię. Może to i dobrze. Poczytam coś starego znowu. A może po prostu przymknę oczy i znowu zacznę sobie zmyślać dziwaczne historie. Straszny ze mnie człowiek, co to się nudzić nie umie, odpocząć też ino pod przymusem, a na dodatek sam się jeszcze zabawi. Wiecie… a jak słonko, won z aparatem. Zawsze jest coś do zrobienia. Nadal w planach mam pływanie, ale niech ten wiatr się uspokoi. Tak, jak najbardziej sztorm już ucichł, ale wieje nadal. Dość mocno i mocno zimno. Za to jak na razie zniknęły chełbie morskie. I to jest dziwaczne. Zwykle o tej porze, niezależnie od temperatur, gromadziły się przy brzegu w swych sporych, galaretowatych ilościach niczym przeterminowane implanty powiększające piersi. Wiecie, sporawe takie, bo w końcu wody się odsoliły i ociepliły.

Gdzie one?

Jak nic wylezą, jak kurcze wiatr przestanie duć i wskoczę sobie do wody. Chcecie się założyć? A przerażają mnie niesamowicie. Podobnie jak rekiny, które tylko ja widzę i te rybki wpływające do penisa. Brak penisa serio nie jest tutaj złagodzeniem mojego strachu!!! Jakoś mój mózg tego nie ogarnia. Serio mózg?

Może to ten bakcyl? A nie, ja chyba tak zawsze miałam. Za dużo wyobraźni, nikłe pokłady zdrowego rozsądku!!! I brak tolerancji dla głupoty.

Dziwna mieszanka, co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niemiecki golas… została wyłączona

Pan Tealight i Reminiscencje…

„Zebrało się mu na wspominki i tak siedział, dudlił herbatę majtał stopami w kapciach puchatych i mówił…

… i mówił,

i mówił…

Tak naprawdę nie przestawał.

Wiecie, może i były to intrygujące opowieści o czasach zaprzeszłych, o onych i onach, o wojnach i potyczkach, miłostkach, zemstach i tajemnicach największych, które ukształtowały ten świat? Na pewno było tam i o Bogach Zapomnianych, Bogach Śniących i władcach wszelakich. O półbóstwach, pół ludziach i pół zwierzakach oraz… na pewno bylo coś o wielkich pająkach tkających sieci czasu, o trzech kobietach, bo wiecie, one to zawsze muszą być trzy i o studiach. O młodości, starości i przejściowych czasach i jeszcze o zatrutych płaszczach, kordelasach i piórkach…

Gadał właściwie bez brania tchu, taki był zaaferowany, więc musiało być serio mocno i świetnie. Na pewno jakaś magia w tym była, jakieś owocki wszelako dodające mocy w tych miejscach, w których trzeba było, albo wiecie, takie ogólnie działające… no i jeszcze zamki znikające były i oczywiście na pewno te wyspy pojawiające się tylko dla tych, którzy wypowiedzieli odpowiednie słowa. I te potwory morskie i rzeczne i bagienne. Wszelakich rodzajów twory już teraz zapomniane, ale też i potknięcia. Wiecie, te wszystkie, które przydarzyły się na samym Początku.

Ale problem był taki, że gadał w jakimś zaprzeszłym języku, którego żadne z nich nie rozumiało, ale głupio było tak się po prostu przyznać, wiecie, no jakoś im było głupio, więc kiwali głowami i się uśmiechali, modląc się do Wszystkiego, by wypadało to w dobrych, odpowiednich miejscach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Lokatorka” – … ona. Jedna jedyna. A potem następna i następna? A może i jeszcze jedna? W końcu każdy z nas szukał kiedyś mieszkania lub domu, albo będzie szukał?

Może teraz to robicie?

Robisz?

Dobra… książka jest intrygująca, ale i strasznie durna, tudzież głupia nawet. Z jednej strony super miejsce, z drugiej, jak można nie pomyśleć, że komputerowo naszpikowane miejsce nie zwróci się przeciwko tobie. No i jeszcze te bohaterki. Trzeba mieć naprawdę porąbane we łbie by wybrać tylko idiotki, a może ja już nie mam widoków na jakąkolwiek nadzieję pośród współczesności? Nie wiem. Oczywiście jest i ten Grey typ gość architekt i cała zbrodnia, której nie wiadomo czy była, czy jej nie było, no i szczątki… serio? Wiesz, gdzie są trupy i nic z tym nie robisz?

SERIO?

Pomysł intrygujący, wykonanie denne, do tego postacie kompletnie niedopracowane. Ta książka to porażka, ale jako film może wyjść nieźle. Naprawdę. I podobno ma być, więc zobaczymy jak to wyjdzie w praniu LOL Czy polecam? A to jak się komu podoba. Ja nadal nie rozumiem logiki, którą winien się przecież charakteryzować architekt z OCD. Ech… a zakończenie? I znaczy, że co teraz? Tak, czy nie? Czy on czy ona byli zbrodniarzami? A może nikt i żadnej zbrodni nie było? A obsesja? Eeee… może jej tam trochę, nie rozumiem jak można się na nią zgadzać. Nawet za niski czynsz.

Życie w zimnej chacie z listą zakazów.

Nie…

Prom…

Wiecie, że prom pachnie tak jakoś samolotowo.

Szczególnie gdy wybieracie sobie miejsce w dzielnicy dla astmatyków i wszelakich niewąchaczy jak ja. A i tak rąbany zapach cytrusów do mnie dochodzi. I łzawię. Mniejsza… pachnie tak, jakbyś leciał. I tylko te odgłosy inne i woda dookoła dziwna taka. I oczywiście prędkość, mimo iż katamaran, to jednak raczej nie samolotowa. Ekhm! I ten sklepik, fotele, możliwości wszelkich kupek, czy pryszniców. Kuchnia, brak stewardes… czy jak je teraz zwą, bo przecież świat wciąż szaleje z nazwami i definicjami, a ja leciałam ostatnio wieki temu, bo piekielnie się boję samolotów…

I choć podobne uczucie człek ma, gdy nagle na środku morza dziwaczny, metaliczny dźwięk tarcia rozlega się na pociemniałym morzu, gdy te tam perturbacje, masturbacje, no wiecie trzęsienia się wydarzają w powietrzu… to jednak, gdy na morzu fale ogromne i czujesz jak mózg nagle przestaje być przytwierdzony do czegokolwiek w twej czaszce i przesuwa ci się z prawej na lewo, z dołu do góry, gdy dołączają do tego twe własne wnętrzności… ech, przerażający jest ten prom choć Nutella 800 gram kosztuje tyle ile maciupka na lądzie!!!

To wciąż i tak strach obecny.

Strach…

Niby oglądasz te tam procedury awaryjne, za każdym razem widzisz one pomarańczowe kamizelki zakładane na różnorakich, bardzo prawdziwych i niemodelowych ludzików, to i tak się boisz. Boisz ośmiu bucznięć… ostatni długi. Bo choć i może istniałaby możliwość utrzymania się na wodzie, w końcu jakoś tam pływasz, to wciąż jednak… to pełne morze. To fale, a z nimi nie wygrasz. Sorry. Zaleją ci łeb, wepchną się w oczy, uszy i nos i po tobie. I choć naoglądałeś się i naczytałeś o podwodnych ludzikach, syrenach i krakenach, to jednak, jednak jakoś tak przestaje cię intrygować jak to tam na dole wygląda. I nagle się zastanawiasz, dlaczego tak bardzo wyciszyli sprawę onego naukowca od rakiet i jego łodzi podwodnej?

Serio!!!

Deszcze spokojne.

Się spojawiły. No i dobrze, bo mimo wszystko jednak mamy bardzo niski poziom wody. Trzeba nam czegoś w one strumienie i rzeczki wtłoczyć. Wilgotności umożliwiającej wszelakie kiełkowania i takie tam, wiecie, odchodzenia w przeszłość.

Murszenia, gnicia i inne tam…

A ponieważ wszędzie wieje, więc i u nas musi. No przecież nie możemy być gorsi, co nie? Nie możemy, więc wieje i pada. W pewnym momencie nawet mieliśmy regularną burzę z piorunami i błyskawicami, bo te jakoś tu się nie wydarzają, ale… co tam. Trochę drzew wyrwało, trochę rzeczy poleciało, jabłka spadły… liście, choć zielone też trochę odleciały. Ciekawe od kogo dostają prochy, bo też chcę takie fajne.

Mniejsza… dzień i noc były koszmarne. A przecież cała burza uderzyła od drugiej strony Wyspy. Stolicy oberwało się mocniej, a jednak słuchanie tego jak dach podskakuje i dachówki tańczą, jak te powietrzne kule uderzają w ściany i okna, szarpią drzwiami, jakby wiecie, wiedziały którędy się włazi… jak pajęczaki wszelakie pakują mi się na chatę, jakbym kurde kogoś spraszała, a przecież nie spraszałam!!!

Naprawdę!!!

Wynocha!!!

Wszyscy krzyczą, że wiatry właściwie październikowi i listopadowi teraz, wczesnym wrześniem to oczywiście dowód na efekt cieplarniany, ale wiecie co, niegdyś pogoda też szalała. Nie znaczy to, że ludzie nie są brudasy i marnotrawiciele wszelacy, bo są, ale kurde… tak serio, kto posłuchał dokładnie przemowy Jane Goodall, która wspominała o tym, że wsio jest jeszcze do odwrócenia, że możemy jeszcze wygrać? Tylko MUSIMY przestać produkować także dzieci? No kto? Białasy może i tak, w końcu myśmy tacy cywilizowani i w ogóle, chcemy wychować dzieci, a reszta świata. Ekhm… nosz przecież zaraz mnie zamkną za to co mam na myśli. A mam wiele. Wyzwą od Hitlerów i będzie, więc… uważam, że możecie se wsadzić efekt cieplarniany, który tylko gromadzi kasę w gaciach tych, co i tak kupę jej mają.

Bo się nie zmienicie ludzie.

Nigdy.

Od zawsze jesteście tacy sami. Ja jestem chyba jakiś rąbnięty odrzut… wcale nie lepszy. Wprost przeciwnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Reminiscencje… została wyłączona

Pan Tealight i Rocznica…

„Nie żeby miały być jakieś obchody, czy coś.

Wiecie, one wielkie, kwietne celebracje i libacje, wszelakie nacje w pokłonach, tony prezentów i tak dalej. Oj nie. Znaczy były prezenty, w końcu 20 lat to nie w kij dmuchał i on nie odpowiadał, ale coś melodyjnego, co jednak przetrwało, szczególnie w dzisiejszych czasach… ale imprezy nie miało być. Ni procesji, ni kwiatków sypania, ni nawet tańców, popitki z zagryzką, czy jakiegoś striptizera… No czemu nie. Ojeblik – mała, ucięta główka była bardzo za akurat tym rodzajem rozrywki, ale jakoś nikt jej nie słuchał. A raczej wszyscy ją słyszeli, ale udawali, że wiecie…

… nic się nie dzieje.

I nikt nie gada.

Czasem tak łatwiej.

Wiecie, niby nie ignorujecie drugiej osoby ależ w życiu, ni duszy, czy w tym przypadku braku korpusika, ale po prostu wstydliwie, in was pożałować, przyznajecie się do własnej słabości lub ułomności. Tosz głuchota w dzisiejszych czasach, częściowa taka, spowodowana nadmiernym wykorzystaniem słuchawek i zbyt głośną muzyką, to coś nadzwyczaj zwyczajnego, czyż nie?

… więc nie miało być imprezki, przyjęcia, konspiracyjnie skleconej uczty oraz wszelkich jej konsekwencji. Nie. Zwyczajnie wymienili się kartkami, prezentami, a potem Wiedźma Wrona Pożarta dostała cmentarzysko, grób i misia. I już… niektórzy to naprawdę nie mają wyobraźni, albo mają ją wielką i skierowaną w całkiem dziwaczną dla reszty świata stronę, bo wiecie… jej to jak najbardziej dopowiadało. Strasznie nawet odpowiadało. Największym koszmarem byłoby w końcu: wystrojenie się, knajpa, jakieś sto lat i kieliszki z napojami wyskokowymi… przymuszanie do picia, całowania obcych i jeszcze dotykanie i bycie  w grupie z innymi ludźmi… diamenty jakieś, pewno i pełny makijaż oraz buty na obcasie i obcisłe gacie, wiecie, takie wyszczuplające… wysokie i koszmarnie swędzące. No i oczywiście rajstopki.

Rany, jak ona nienawidziła rajstopków!!!

Bleeee!!!

Dlatego były groby i dawno umarli. I jeszcze kamienie szepczące historie, słoik Nutelli wielki jak jej łeb i wiele dziwów.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Drzewo kłamstw” – … powiew. Rąbany powiew świeżości!!! I mówię to serio. Książka, która jest nie tylko mroczna, nie tylko wykracza poza nastoletni target, ale przede wszystkim zaskakuje i jest jakaś.

Oczywiście gotycka, mroczna, z jednej strony oczywista, z drugiej tak bardzo pokręcona, tak bardzo mocna i prawdziwa, tak bardzo ówczesna, że aż boli. Bohaterka kapitalna. Może rzeczywiście mimo swej inteligencji dziwnie upośledzona wtedy, ale dla nas zwyczajna, inteligentna i dojrzała. Lekko zalatująca pewnym dziewczątkiem z powieści Alan Bradleya. Choć epokowo wcześniejsza, to jednak… podobnie dociekliwa.

I jej rodzina. Właściwie, czy można ich tak zwać? Ojciec, matka i brat. Nowy dom. Dziwna wyspa i wykopaliska, ale tak naprawdę chodzi o całkiem coś innego. Coś bardziej mrocznego i pierwotnego. Coś bardziej przerażającego.

Naprawdę intrygująca, dobra powieść.

Nieźle napisana, z zaskakującym zakończeniem i czymś takim w narracji, że łatwo w człowieka włazi. Że nagle kwestionujecie zbyt wiele, a jeszcze więcej pragniecie odkryć. Nagle ona dorosłość to tylko pozwolenie na kłamliwość, a dzieciństwo, to próba do dotarcia do niej i ciągła nauka. Z jednej strony przygoda, z drugiej rozprawienie się z mitami tamtych czasów, ale i bolesna prawda o przeszłości, która… zaskakująco, wcale się nie rozmyła, bo ilu z was uznaje baby za głupie?

PS. Tak… ta okładka bardzo sprzedaje książkę, ale i jak rzadko, jest doskonale adekwatna do treści. I tak, ta powieść to jedna wielka metafora zbyt wielu spraw. Po niej jakoś, już nie jesteście tacy sami.

Kivik

W końcu.

Jak to mówią do trzech razy sztukmistrz, co nie?

Oczywiście, że do końca się bałam, że będzie zamknięte!!! Serio. Traumatycznie postanowiłam się nastawić jak zwykle na najgorsze. Ale okazało się, że najgorsze to ino ceny były. No więc tak… w okresie, w którym otwiera się dana knajpka nad strumyczkiem, wtedy nie można ot tak po prostu sobie obejrzeć dookolnie zewnętrza kurhanu, bo jest zamknięty. Włazi się przez kawiarenkę, która jest przesłodka, ale kosmicznie droga, aczkolwiek ma magnesy – ostatnie dwa i takie różne tam dzieła sztuki. No i napitki i ciasta i wybiją wam na druczku 30 koron szwedzkich od łebka za wejście. Żadnych biletów ino wydruk z kasy. Szkoda trochę, ale nie o to chodziło… przechodzicie przez słodki mostek, dookoła białe krzesełka, wiecie, wszelaka obiata dla pradawnych dusz… a wy idziecie dalej. Ponownie kluczycie oną krętą drogą niczym nierównie rozciętym tortem… wygrzebanym palcem może nawet i są one – otwarte drzwi!!! Otwarte i nikogo w środku. Może i w sezonie jest jakiś tłok, ale wiecie, po przeczytaniu opinii znajomych Szwedów, dowiedziałam się, że nic o tym nie wiedzą, więc widać wiedzą ino wtajemniczeni. No ale jest otwarte, choć ino przez chwilę, bo nagle, zaraz za progiem człek styka się ze ścianą i przez sekund zbyt wiele mało orientuje o co chodzi – tłumaczy mnie tylko to, że nie spałam w nocy, no i od zbyt wielu godzin jestem na nogach. Gdy w końcu mózg mi się uruchamia widzę po lewej jakieś kamyczki, a potem ciemnawą drogę i już widzę… jest.

I jest piękny.

Pod betonowym, prostokątnym bunkrem skryli w chłodzie i niemej wilgoci, wraz z jednym otworem na duszę w suficie – tia, wiem, że to do odpowietrzania, ale przecież jestem archeologiem… od razu widzę piramidę! To w końcu megalit. I to niesamowity. A te ryty… te powtórzenia, one koncepcje, które wirują ci we łbie, one wspomnienia. One dziwne… wszystko.

Atawistyczne.

Pierwotne.

Ta nieduża ilość światła padająca z tych trzech lampek z IKEA’i tylko ociepla to wszystko. Nie wyjdę stąd przez długo. Po pierwsze 30 koron, po drugie przecież tyle razy miałam nadzieję. I wiecie co… cudne to jest. Niesamowite. Stare i pewno większości z was w ogóle nie obchodzi, ale… uświadamia nam, że mogło być tego więcej…

… i to przeoczyliśmy badając kolejne kamienne groby. Skrzynkowe, te niesamowicie połykające każdego z naukowców, te niewyobrażalne… te groby olbrzymów. Korytarzowe, galeriowe…

Kristianstad…

Niby szwedzki, a jednak duński.

Kurcze.

Wiecie co, taki Wrocław w miniaturze, albo Zamość jakiś, czy coś w ten małomiasteczkowy deseń. W porażający sposób architektura europejska w Szwecji i Danii, gdy tylko pominie sie większą ilość szachulcowej i mur pruski, to jakoś tak wsio po polsku. Nawet te kolory są polskie takie, pastelowe. Ino te znaki dziwne, wszędzie, chyba w większości świata biało-czerwone, to jednak tutaj niebiesko-żółte. Bajer no. Niby logiczne, w końcu taka ichnia flaga, a jednak jakoś rajcuje. Nie wiem, w końcu ktoś się czymś wyróżnia. Ale wracamy do miasta. Założone przez duńskiego króla, co widać po nazwie, bo królowie u nas to albo Fredzio albo Krystian i wiecie, łatwo się pomylić. Czy „wioska króla”, to nie wiem, ale mają sporo ryneczków i na jednym stoi żółw i dwa inne psopodobne zwierzaki. poza tym seryjnie trudno znaleźć pamiątki, ale jest otwarte od południa informacja turystyczna, więc wiecie przekierują was w miejsce, bardzo dziwne, gdzie może coś znajdziecie, ale pewno… tylko jeśli macie szczęście.

Oczywiście gacie i buty kupicie na każdym kroku.

Dlaczego świat jest teraz taki dziwny?

No kurcze, serio!!! Ino gacie, perfumy i inne tam kojdy? Seryjnie? Ale ja chciałam sztuki, rozwoju i magnesów!!! Kurcze, trza będzie znowu gdzieś na Północ ruszyć, może się uda coś wyłowić? Tak wiem, straszna Turyścizna ze mnie, a co. Wolno mi i tyle. W końcu mało wybywam, więc muszę się wyszaleć.

Mniejsza… miasto jak miasto.

Podobno tez mają gangi, więc wiecie, jak wszędzie.

A w międzyczasie wielka zbrodnia na Christiansø i na dodatek chłopcy bawiący się w wojnę w mieście.

Oczywiście, że mi się to nie podoba. Ale przecież nikt niczego nie może powiedzieć. Jak tylko Rosjanie naruszają nam przestrzeń morską czy wodną, to kurcze od razu wielki strach przed nalotem Putina, a jak chłopcy będą latać po Rønne, to nic?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rocznica… została wyłączona

Pan Tealight i Zmrożorożec…

„Był niebieskawo-seledynowy. Dziwnie mroczny, a jednak i połyskliwy… i oczywiście rogaty, no wiecie, bo w końcu był też jednorożcem. Jego wszelakie kontakty z Bogami Mrozów i Śnieżyc, wysoko aprobowane przez Wiedźmę Wronę Pożartą, wiecie z jej bzikiem w temacie wszelakiej zimowości… oczywiście sprawiły, że cała jego rogowatość i sierść nawet, czy i ogon, połyskiwały tęczami zamrożonych kropel wody i płatkami śniegu. Był gotowy. Był gotowy na wszelkie zawieje i śnieżyce, na wszystkie kry i odmrożenia, na malowanie na szkle, na chuchy i podmuchy, na bałwany i inne, dość zboczone śnieżne kreacje. I ludzi dziwnie nimi przerażonych. Zakutanych w płaszcze, kożuszki i swetry, oraz buty sięgające miejsc tajemnych, tudzież i te czapki, albo rękawiczki… dlaczego tak bardzo się ich bano?

Przecież nie gryźli!!!

Może trochę szczypali, czasem ciągnęli za uszy, włosy i wszelakie odstające części? A może i więcej? Ale przecież byli tylko elementem natury. Elementem czegoś, co było całkowicie znajome, świadome i tak dalej…

Ale Zmrożorożec teraz?

Tuż pod oknem sypialni Wiedźmy Wrony? Gdy jeszcze nie wybiła połowa września, gdy ona sama czekała na czerwone i bursztynowe liście, na wszelkie odcienie żółcieni i pomarańczy… No spojawił się, tak jakoś dziwnie nagle, bez zapowiedzi, liścików i kwiatów zostawianych na progu, często nadgryzionych, szczególnie, gdy były żółtawe i ładnie pachniały. A już lilie, to zjadali z łodyżkami, zostawiając tylko celofan i wstążeczkę z karteczką, że nie przepraszają.

Bo smaczne było.

Widzicie, zmrożorożce zwykle pojawiały się z Panią Zimą. Oczywiście sporadycznie ostatnimi czasy, a już na Wyspie, to właściwie nigdy. Ale ten jeden był aż nazbyt rzeczywisty i oczywisty. I nikt nie wiedział co o nim myśleć. Co prawda czas huraganowy przeniósł się na wrzesień, ale czy to oznaczało, że zima jako taka przyjdzie wcześniej? Że będzie w ogóle zimna i biała w tym roku?

Że w ogóle będzie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dyskretne szaleństwo” – … dyskretne. A raczej może dyskretne ukrywanie niewygodnych? W tamtych czasach przecież najłatwiej było tak powiedzieć o kobiecie. Szalona! Ukryć ją na mityczne 9 miesięcy.

Szalona… i zabrać jej posag.

Szalona.

Chora?

Oto opowieść gotycka w swej całej odsłonie. Opowieść o pierwszych detektywach, o ludziach myślących, ale też i o tych, którzy zwyczajnie posiadali dary. Wiedzieli. Oraz o szpitalach psychiatrycznych, które były koszmarem. Szczególnie dla kobiet. Ale też i miejscem, w którym odnajdywali się ci, którym dany został dar inteligencji. I taka jest nasza bohaterka. Może skazana na życie z koszmarem, może tak naprawdę nawet po powrocie do domu nic się nie zmieni, ale ona wciąż ma w sobie siłę. I taki jest mężczyzna, z którym wiążą go jej losy. Pierwotny myśliciel, badacz, detektyw. Osobnik, który postawi na swej szali reputację, a może i życie…

Nie doszukujcie się w tej historii opowieści miłosnej, bo jej tutaj nie ma. Raczej są intrygujące kobiece postacie, trochę przytłumione męskie oraz świat dziwnie ciemny, brudny i pogrążony w smutku.

To opowieść smutna, a jednak przynosząca też nadzieję. Dobrze napisana, ale jednak czegoś jej brakuje. Jakiejś głębi, większej ilości słów, napięcia… ale jako czytadło mroczne i gotyckie, naprawdę się nadaje.

No dobra.

Na 20 rocznicę ślubu dostałam cmentarzysko, Kivik i misia. Czyli wiecie, właściwie tak jak być powinno jeśli jest się mną. Bo przecież kobiety jak ja nie chcą diamentów, kolacji przy świecach – chociaż mój świat zawsze jest przy świecach, no i całej onej dorosłej otoczki. Dlatego dostała kawałek Szwecji w dość pochmurny dzień.

Ale ja tam lubię pochmurnie.

Szwecja wraz z końcem sierpnia się zamyka. No wiecie, w wymiarze turystycznym. Jadąc mija się zamknięte czerwone, żółte i zielonkawe domki… Odciśnięte kręgi na trawie, zamknięte kościoły, które wszystkie zdają się być jednakie, na lekkim planie krzyża, albo zwyczajnie proste, z jednej strony drzwi, z drugiej absyda zaokrąglona… dookoła groby. Jedne bielone inne znowu tyko kamienne. Jakieś takie, pierwotne, dziwnie bliższe naturze niż cała reszta. I oczywiście ta pustka, zamknięcie. Środkwa Europa przystosowuje człeka do miejsc takich, do których wejść można właściwie o każdej porze dnia i nocy, ale tutaj nie. I ta surowość. Poprawna z lekko odmienną religijnością, ale… nie wiem. Takie te kościoły wciąż przerażające.

Jakby były wściekłe, bo nikt się z nimi nie bawi.

Kompletnie nikt.

A może takie są?

Na ulicy właściwie tylko ciężarówki.

Przepełnione wszelkim dobrem, czy złem raczej. Pakują się na promy i z promów. I wożą to i tamto w te i wewte. Może i jakiegoś aliena w którejś właśnie rozczłonkowują? Może i przemycają tam coś, o czym nawet nie wiemy, że jest zakazane. Ale przede wszystkim, ten pogłębiający się upadek miejsc wszelako nie do końca rolniczych-wioskowych-ruralnych. Wiecie, onych domków i chatek, nielicznych pól, lasów i podmokłości. Tu straszą dzikami, tam znowu w końcu pojawiają się słynne znaki z łosiami!!!

Uwielbiam je!!!

Cmentarzysko.

Vätteryds gravfält… po prostu zapierający dech w piersi. Widać, że miejscami strasznie zniszczony, widać, że wynieśli stąd co najmniej połowę kamieni, ale i tak porusza. Niczym łodzie zanurzone w pofałdowanej ziemi naznaczonej owczymi bobkami, no bo przecież, darmowe kosiarki, co nie? LOL Niczym kamienne łodzie, które kiedyś w końcu wydostaną się z ziemi i popłyną… tylko gdzie?

Niby nie moje pierwsze cmentarzysko takich rozmiarów – pamiętacie, jakoś właśnie rok temu pisałam o tym duńskim – ale jednak jest w nim coś tak bardzo przerażająco porzuconego i zapomnianego, że fascynuje, ale i smuci. Jakby każdy z kamieni domagał się pogłaskania. Jakby wszystko tutaj wołało o pamięć.

Oczywiście  w pobliżu lasek, szosa, w oddali domek no i kawiarenka z kolorowymi kibelkami, ale już zamknięta, bo to przecież wrzesień już. Wiecie, a wrzesień sprawia, że turyzmowi wyłącza się zasilanie!!! Oj oczywiście, że pada, ale komu to może przeszkadzać. Przecież jesień jest tak niesamowita! Nawet jeżeli w tym roku nie jest spalona i wciąż jeszcze poraża zielenią. Nawet jeżeli róże wciąż kwitną, a wszelkie polne cudowności mienią się bursztynowymi odcieniami. Przecież… jak można kochać tylko lato, a nie doceniać tego spokojnego oczekiwania na odpoczynek. Ale współczesność przecież nie odpoczywa, czyż nie jest tak? Zawsze podłączeni do jakiegoś urządzenia, zwyczajnie wciąż jesteśmy mode on!!!

Przechadzam się między kamieniami, muskam i macam, dotykam… myślę, jak to było? Czy wracali i jedli ze zmarłymi, czy pamiętali, czy jednak jak współcześni Duńczycy chcieli być pochowani w grobach anonimowych? A tak, taka nowa fanaberia starszych osób, choć moim zdaniem to zemsta na młodszych. Starsi chcą, by pochowano ich w grobach oznaczonych tylko kamieniem, albo zwyczajnie zwalić na kupę gdzieś, spalić… a młodsi, oni nagle uświadamiają sobie, że potrzebują jakichś sznurków, pępowin, więzów. Że nie chcą, by zostać tutaj jakoś tak bez historii. Ale… chyba dla Danii jest już za późno by to odnowić. Jak zwykle. Ten kraj posiada niesamowitą umiejętność niszczenia czegoś w kilka sekund, mgnienie oka, a potem wielkie rozdzieranie szat, że ups… nie da się już do tego wrócić. Tak było z pociągami, z pocztą, z wszelaką duńskowością…

I tak między tymi kamieniami… jakoś tak nagle nic już nie ma znaczenia. Czy wyjdą te łodzie, czy nie? Zombie czy nie zombie? Stojące kamienia zdają się łkać nad przeszłością zapomnianą, ale jak radzić sobie z teraźniejszością z tym całym bagażem? A może jednak… może chodzi tylko i wyłącznie właśnie o tę pamięć, by nie popełniać tych samych błędów? By uczyć się, ale kto tam wierzy starym kamieniom.

Przemoknięta macham im na pożegnanie.

Będę za nimi tęskniła.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmrożorożec… została wyłączona