Pan Tealight i Depresja Seryjna…

„Właściwie to Depresja nabyła sobie Seryjnego Mordercę, którego też miał Sklepik z Niepotrzebnymi w swoim składzie. I tak, nieczęsto się to zdarzało, że coś takiego miało miejsce, znaczy wiecie, kupno/sprzedaż… ale tym razem jakoś razem sobie przypadli do gustu, więc Pan Tealight nie mógł się im sprzeciwić.

O to w końcu tutaj chodziło…

Wiecie, nie żeby właściwie brakło na nich zapotrzebowania, znaczy na morderców i to seryjnych, ale jednak… jak zwykle z osobnikami, bytami tego miejsca było, ten też był dość specyficzny. A może nie tylko specyficzny, a nadzwyczaj protekcyjnie porąbany? No i był babą, a to oznaczało, że jego czy też jej, wyjątkowość jest niesamowicie specyficzna i może dlatego tak pożądana?

… że nie rozumiecie, dlaczego świat ich potrzebował?

No cóż.

Po pierwsze był przeludniony, po drugie seryjny dobry killer zawsze posiadał wysoką inteligencję, a po trzecie, no wiecie, czymś trzeba zapełnić gazety, blogi i wszelakie takie tam. Świat potrzebował wieści, wszelkiego strachu przymuszającego go do kupowania, do zalepiania dziwnych dziur w sobie i tak dalej, więc takowy killer nie zagrzał długo miejsca w Sklepiku z Niepotrzebnymi. Nie żeby reszta nie była zdolna do takowych postępków, ale wiecie, to byli totalni amatorzy!!!

Ona była wybitna.

Zaliczyła już tyle trupów i wciąż jej nie złapali, wciąż jeszcze była na wolności, nawet jej nie podejrzewali, więc… z Depresją Seryjną było jej bardzo po drodze. Miały tą samą trasę, oną samą mapkę i jeszcze GPSa. Po prostu były jak te dwa puzzle, jak dziura i pasująca do niej zatyczka, jak flaszka i wódeczka… jak… no wiecie sami jak to jest. Gdy się znajduje to coś, oną symbolikę, tę więź, to kołatanie serca i łatanie dziury, o której istnieniu nie miało się nawet pojęcia.

Gdy tak razem odchodziły, przez chwilę Pan Tealight miał jakieś dziwne przeczucie, ale zaraz mu przeszło, więc zwalił to na zgagę. Pasztet mu Wiedźma Wrona Pożarta przywiozła z zagramanicy, wiecie polski taki, więc to pewno to. Zbyt wiele masła, bułek z kiszonymi ogórkami i pasztetu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciepło…

Pogoda słoneczna, miejscami wieczorem mglista. Od ponad miesiąca jakoś nie chce się zmienić i nagle przychodzi havgus i wszystko powala. Tak gęsty, że człek popełnia mistrzostwo Guinnessowe w wymiarze klęcia tych co świateł na drodze nie używają. A jednocześnie, jest po prostu oszołomiony. Musi stanąć na wzgórzu, spojrzeć w dal, która nagle tak bardzo jest bliska. Na wyciągnięcie ręki, ale też jednocześnie jest tak niestabilna. Wystarczy dmuchnąć, pomachać rękami i… nic się nie dzieje. Oj nie, na tą mgłę nie masz wpływu. Nic z tego. Ona ma własny rozum, więc posłuchaj jej i popatrz.

Bo jest piękna.

Ponad lasami, drzewami, polami i dachami przetaczają się burzany, kołtuny i fale…

Mleczne i całkiem białe.

Z innej mańki… wstrząsy.

No właśnie, nie pisałam o nich wcześniej, bo pierun wie o co chodziło, ale nie da się zaprzeczyć, że wszyscy je odczuli. Coś jak trzęsienie ziemi, a mieliśmy takie chyba dwa lata temu, ale nie do końca. Bardziej trzęsienie ziemi powiązane z wybuchem poziemnym, czy też podmorskim.

Jak na razie wszyscy wszystkiemu zaprzeczają. Wojsko twierdzi, że to jeszcze nie ich czas, a nawet jeżeli to oni nie aż tak – strach pomyśleć, co tak naprawdę robią – a państwo w ogóle nie odnotowało wstrząsów. Naukowcy też nie kumają o co biega, chociaż coś poczuli, więc… więc albo wszyscy coś wiedzą, ale nie wolno im powiedzieć i ogólnie mówiąc wolą zamieść problem pod dywanik. I to nie dywanik modlitewny. Albo… i nie wiem co gorsze, naprawdę nikt nic nie wie.

Kurde…

Tak na chłopski rozum, to mieszkamy w tak dziwnym miejscu, że wszystko się może zdarzyć. To jednak świat podzielony na nader świeży i nader bardzo stary. Linię każdy sobie może odwiedzić i stanąć na młodszej nogą prawą i lewą na starszej. Dodając do tego cały ten syf, który leży na dnie i unosi się, oraz kombinacje Rosjan… ekhm, może rzeczywiście lepiej przyjąć hipotezę o wykluciu się nowego Krakena? No wiecie, może to i fantastyka, ale czy na pewno? W końcu tutaj syreny to nie do końca fikcja, raczej coś jeszcze nie do końca zbadane.

A w ogóle, znowu księżniczka nas odwiedzi…

Wiecie, taki klimat i tyle. Z jednej strony są ludzie przeciwni, z drugiej ci, którzy rozumieją pewne niuanse raz także i ci, którzy zwyczajnie są monarchistami. I tyle. Niektórzy przyjdą popatrzeć, inni znowu kompletnie to oleją i już. Tak po prawdzie, śliczna z niej kobieta, a już do śmiechu dzikiego mnie oprowadza ja zagraniczni nie potrafią onych dwóch Maryś rozróżnić. Jedna z Tasmanii i ma na imię Mary, druga z Francji i zwą ją Marie… Niby proste, ale w mediach istnieje jakaś moda, może mająca wyrazić kompletną negację i odepchnięcie korony, nie wiem, ale serio, jak można je mylić. No dobra, obydwie piękne i ciemnowłose, ale serio…

Pole słoneczne…

Czyli wracamy do ekologicznych nowości. Ale najpierw taka tam romantyczność wsteczna. Wiecie, dawno dawni dawno temu Dania miała być państwem czystych energii i takich tam. Wprowadzanie aut elektrycznych miało być jedną z najważniejszych linii rządu, do tego oczywiście wiatraki i zniżki oraz dopłaty do baterii słonecznych dla plebsu. Wcześniej jeszcze zbanowali zwyczajowe sposoby ogrzewania domów i ogólnie ludzie jak zwykle dostali po kieszeni. Wielu myślało, że baterie będą rozwiązaniem, ale okazały się rozwiązaniem nazbyt dobrym. Nagle ludzie zaczęli mieć prąd za friko, bo szybko zwracały się im koszta, więc obecnie… Nie no, wciąż się opłaca mieć baterie, szczególnie przy tych słonecznościach totalnych wariujących tutaj od kilku lat, ale nie jest to już tanim rozwiązaniem. A czy ekologicznym. Ech, nie do końca. Ale nie dołujmy się, przecież nastawiali wiatraków, właściwie wszędzie…

No właśnie, wiatraki.

Czy istnieją badania, które ukazują ich wpływ na środowisko, na populacje ptasie, na wszelakie ruchy powietrza i prądy morskie? No przecież większość z nich stoi w morzu. I to ty, co się rzęsie. Znaczy dno się mu telepie, no wiecie… Mniejsza, wiatraki są, a za prąd wciąż bulimy jak za powietrze. Ogólnie mówiąc podatek jest od wszystkiego, a choć podobno w Danii darmowe są i winny być mosty, to jednak prom nadal pieruńsko drogi. Mają być zniżki dla starszych, ale pewno sama się zestarzeję do mumii do tego czasu i gdzieś będą miała ruszanie się.

Żem przeciwna ekologii?

Nie.

Ale brakowi zdrowego rozsądku i myślenia długofalowego, a nie od razu krzyczenia: hurrrrrra, robimy wam dobrze. To tak. Gdyby mnie było stać miałabym baterie. Naprawdę. To świetny pomysł. Przede wszystkim stajecie się przynajmniej częściowo niezależni. Jeszcze gdyby były baterie przechowujące zgromadzoną energię, oj to pewno już anarchia, co nie? W końcu państwo karmi się dopłatami do energii, że aż mu trzeci podbródek rośnie. Ale mnie nie stać, więc… oszczędzam. Wyłączam, nie używam, odpycham se od ust…

Miało być jednak o polu. No więc pole urosło. Urosło sobie ono pole i zakwitły na nim te wielkie panele słoneczne. I teraz taka dziwna myśl, sorry, ale zawsze na wszysto patrzę spod dziwnych kątów, nawet tych najbardziej porąbanych. Czy nie będzie to wpływać na samoloty i ptaki? Wiecie, takie zajączki światła. Oślepienie, dezorientacja. Z jednej strony świetny pomysł, jest takie cudo przy pastwisku w Paradisbakkerne by zasilać płot. Genialna sprawa, ale stoi sobie tylko jedno. Jak ekosystem zareaguje na całe pole. Nie no, pewno gorzej niż te GMO nie będzie…

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Depresja Seryjna… została wyłączona

Pan Tealight i Zawód Krzykaczka…

„Była nią.

Krzykaczką.

Jedną z największych w tym zawodzie, czy raczej powołaniu? Bo przecież to nie był tylko zawód. Było w tym coś o wiele, wiele więcej. Coś, co zadawało ci pytania gdy dorastałeś, co odpowiadało na nie, jeśli tylko dorosłeś do odpowiedzi. Coś większego, mocniejszego, ważniejszego. Siła, która wzrastała w tobie, i której nie mogłeś się nie poddać. Znaczy mogłeś próbować, ale jednak, czy było warto? W końcu Krzykaczka to siła, z którą lepiej nie igrać.

Na czym to polegało?

Cóż, nawet jej samej trudno było to wyjaśnić, ale świetnie się odnajdywała w świecie dziwnych poprawności politycznych, wszelkiego przymusu do gracji, odcywilizowania słownego, oraz braku pyskówek. Bo wiecie, podobno tylko zwierzęta tak robią. I tak dalej… Że już krzyczeć nie wolno, bo się uczucia innych brudzi, bo przecież każdy powinien po cichu i spokojnie wyłożyć swoje nawet atakującemu psu, którego trzyma właściciel powtarzający, że on nie gryzie i nagle się gubisz, że może to chodzi o właściciela, a nie o psa i może przerażają cię obydwaj?

Jeden naturalny, a drugi pojebany?

Ona krzyczała.

Robiła to za innych, dzięki czemu oni mogli powiedzieć, że się nie unieśli, że są tacy spokojni… jakby to było wyrazem człowieczeństwa i wszelakiego wyższego wychowania… Wiecie, cywilizacji. A potem szli na siłownię, albo w zaciszu domu i ciemności stor robili rzeczy, o których dziwnie łatwo im się zapominało za dnia. No przecież nie krzyczeli. Nie pozwalali sobie na gniew… Mieli Krzykaczkę. Stworzenie, a może i już bóstwo pomniejsze? Może…

Krzyczała na tych co się opierdzielają i nie musiała przepraszać. Krzyczała za innych, a oni spoglądali dziwnie nieprzepraszająco, bo przecież to nie oni, ale zaznaczając, że rozumieją inne kultury. Krzyczała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wyprawa błazna” – … co? Co właściwie jest w powieściach Robin Hobb jest największym atutem? Cóż, oczywiście że magia, ono połączenie ze zwierzętami, kobiecość tak silna i męskość tak dopasowana. I do tego świat. Tak znajomy, logiczny, ale i zróżnicowany, w którym wszystko jest możliwe.

Ale czy tylko?

Nie. Dla mnie Hobb to mistrzyni opisów.

Nie są one męcząco szczegółowe, ale też nie są graniczone. W umiejętny sposób autorka wplata swój świat w umysł czytającego i mimo ogromu postaci, nawet jeżeli zerwiecie na jakiś czas znajomość z tą serią, zawsze można do niej wrócić. Chyba dlatego nie miałam żadnych, mimo wielu lat, problemów z powrotem do tej serii. I wciąż się nią bawić. Wciąż by oczarowaną. Wciąż jakoś do niej pasować, a nie dzieje się tak ze wszystkimi seriami, wiecie, tymi się ciągnącymi…

Chociaż nie.

Ta historia się nie ciągnie. Możecie przecież przerwać kiedy chcecie i przyznam się, że się nad tym zastanawiałam, bo śmierć niektórych bohaterów to czasem zbyt wiele. Ale też. Widzicie, chciałam dalej żyć w tym świecie. Magicznym, ale i lekko średniowiecznym. Pełnym smoków i możliwości rozmawiania ze zwierzętami, magią wszelaką, zróżnicowaną, zaskakującymi zwrotami akcji, gdy nagle już mieliście nadzieję…

Nie, nie należy zapoznawać się z twórczością tej autorki od tej książki. Oj nie. Zacznijcie od początku. Warto, nie tylko jeśli kochacie fantastykę, ale przede wszystkim, gdy fascynuje was dopracowanie świata, jego społeczności, religii i bohaterów.

Bizonowi się zmarło, więc byka potrzeba.

Wiecie, jakby ktoś wiedział, to może… ekhm, no co? Jest problem. Same baby z młodym. Razem z onym świeżakiem, co się urodził w tym roku w Alminingen mieszka 15 bizonów. Chłopa jednak chyba trzeba, bo wiecie, no jak to? Tak bez samca trochę głupio. Z drugiej strony od czasu zaludnienia Wyspy onymi cudami upłynęło już trochę czasu i kilka osobników nie przetrwało, więc… oczywiście problemem są geny. Należałoby skołować jakieś nowe, najlepiej w postaci chętnego na taki układ byczka.

Pewno, że po II wojnie światowej cała populacja bizonia mocno się okroiła i ogólnie problemy genetyczne w onych rejonach są mocno problematyczne, ale tak czasem se myślę, że może jednak, no wiecie, pogadać z Amerykanami. Znaczy onymi bizonimi. Czy te dwa rodzaje są tak różne, że nie wydadzą potomstwa, tudzież będzie ono bezpłodne, albo całkiem odmieni życie bizonów europejskich? Hmmm… no wiecie, eksperymencik taki, trochę mocno szalony, ale kołacze mi się po głowie.

Bo coś trzeba zrobić.

Z poważniejszych spraw, niestety piętnastolatek zmarł. Przyczyny są nieznane, a raczej dostępne dla rodziny i tak powinno pozostać, ale niepokoi, że zmarł podczas biegania. Oczywiście, gdy na Wyspie ktoś odchodzi, to jest to bardziej widoczne i namacalne. Nawet teraz, gdy sezon powoli się zaczyna. Gdy coraz więcej ludzi w lasach, na plażach, a przede wszystkim na ulicach. Dziwnych, nieznajomych, szaleńczo dokądś pędzących, jakby ktoś ich batem poganiał…

Świat dookoła powoli zdaje się decydować na lato.

Temperatury podskakują mocniej i słabiej, zależy, z której strony Wyspy się patrzy. Susza ma się dobrze, choć w nocy w końcu po kilku miesiącach pokropiło… czosnek kwitnie, aromat się roznosi niczym za tymi, co wiecie, żarcie na wynos wożą. Niebo błękitne jak nie wiadomo co… znaczy, no jak niebo tylko potrafi. Wschody i zachody słońca powalające… naprawdę coś niesamowitego. Wciąż jeszcze jest gdzieś ta przejściowa cisza, czas tylko dla ptaków, wron bawiących się w przesuszonej trawie, czyszczących sobie pióra, pozujących niczym ludzie na plaży…

Wiecie, no rąbany Eden.

Śmieci…

Ten temat zdaje się mieć na celu odwrócenie uwagi wszystkich od tematów, które ostatni wyskoczyły. Przykryły problemy z osobami starszymi, problemy niejezdnych dróg, wszelakich nagłych opłat i dopłat, śmierci, narodziny, wycinane drzewa, suszę i tych tam u żłobu, co całkowicie nas olewają. Ale nie no, nie wątpię, że problem się pogłębia. Jakby ktoś nie zauważył jeszcze, to dookoła mamy morze…

Nie oszukujmy się, ruch na falach spory, a ładownie czyści się gdzie się da. Wszyscy mają gdzieś normy europejskie, morskie, wszelakie zarybienie, odrybienie i tak dalej. Śmieci dookoła siebie wolą buchnąć w morze. Ale śmieć ma to do siebie, że uwielbia wracać. Oj bardzo uwielbia. Jakby był aż nazbytnio zakochany w człowieku, więc wiecie, nie może się ot tak no z nim rozstać. I wraca… wraca lekko znoszony może, lekko postrzępiony i tak dalej, ale wciąż śmieć.

Może tak naprawdę rzeczy, których używamy stają się częścią nas na zawsze?

Może?

Nie wiem, ale cały ten szum przydeptał nawet 50 urodziny następcy tronu. A tak, dziwnie wciąż młodo wyglądający kronprins ma już pół wieku. A jego dzieci takie  duże, a dopiero co Mary zaskoczona ciążą z rumieńcem przyznawała się do tego, że tak to będą bliźnięta i tak, ich też to dość zaskoczyło. Bo wiecie, wychodzi, że u nas przynależy się jednej żonie dwójka dzieci. Tak było z dwoma żonami młodszego syna i tak chyba miało być z Mary, ale wiecie, się zdarzyło. Ciekawe jak to jest powiedzieć Królowej, że sorry, ale będzie ich więcej i tak, pewno lud nie będzie zadowolony. Ale… patrząc na tłumy pod zamkiem, patrząc na to jak się cieszą z jego urodzin, oraz uświadamiając sobie, że kronprins dziwnie pogańsko, choć nie do końca, odbył sobie egipskie święto sed, no wiecie, biegał był… to jakoś tak, człekowi w duszy gra. Nie ma co, pogaństwo na całego.

Pogaństwo jest super!!!

A na zewnątrz…

… trochę się zachmurzyło, chyba nie będzie pięknego zachodu słońca. Może to i lepiej? W końcu człowiek powinien sobie odpocząć. Tak naprawę i od wszystkiego, łącznie z zachodami jakichtamkolwiek słońc.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawód Krzykaczka… została wyłączona

Pan Tealight i Kłódki…

„Nie chciały…

Wcale nie chciały brać udziału w tej czy innej, kolejnej, dziwnej, pokręconej, nie do końca zrozumiałej, sprowadzającej wielkie szaleństwo, zawsze jednak zbliżone do tej wcześniejszej… miłości.

Tak w ogóle, to miały własne problemy.

Wiecie, na przykład te kluczyki. Kluczyki niewielkie ale łapczywe. Niby pasują, ale tak naprawdę, zdradziecko pasują do wielu, więc… zboczeńcy, seksualni amanci, wszelacy niedbający o swoje panny. Albo te numerki, te kody, zawsze się tak źle kojarzące. Nie, naprawdę miały własne problemy.

Do czego im jeszcze ludzka miłość?

I tak naprawdę, ona odpowiedzialność.

Czy ludzie mocniej poszaleli? Zamiast zajmować się własnymi uczuciami, oną drugą częścią, by dbać o nią, o niego, o nich, rodzinę, przyjaźnie, wszelkie kontakty, tudzież akceptować własną samotność we dwoje… potrzebują kłódek? Naprawdę? I klucza rzuconego w morze… „… nikt nas nie rozłączy, tyko ty o Boże?”. Kto to napisał? Poza Małą Wiedźmą wiek temu? Tak, ona teraz i wtedy rozumiała. Wiedziała, że rodzi się nowe bóstwo, a które będą mogli zrzucić winę za niepowodzenia wszelakie w sferze uczuć. Że ona powie: nie zrobiłeś tego, źle myślałeś, a może w ogóle nie. A on będzie milczał, udawał, że nie usłyszał, chociaż usłyszał.

Na pewno usłyszał…

Zawsze słyszał.

A one.

Zgwałcone przez kolejny kluczyk pasujący do zbyt wielu z nich, nie mogły protestować. Bo jak. Ich przecież nikt nie słuchał. Były dla większości tylko kłódkami. Może i we fywolnych kształtach, może i w odmianach serc, zwyczajnymi w wielorakich kolorach, wielkościach, sposobach zamknięcia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna wiosną, lato za pasem, więc…

Jak planujecie sobie wakacje?

Czy wszyscy wyjeżdżają na jakieś wyprawy, zagranice wszelakie i tak dalej? Serio? Czy ludzie mają urlopy? No wiecie, takie dni, gdy serio nic nie robią? Czy to w ogóle jest możliwe dla kobiety, by nic nie robić? Nie wiem, u mnie się raczej nie sprawdza, więc w pinse oczywiście czyściliśmy ogród, podjazd wygryziony do suchej niegleby i cały świat już wie, że paranoja na posesji!

No ale.

Duńczycy na świecie pobudzili wyobraźnie wielu pragnieniem wkroczenia na Everest bez tlenu. Tak wiem jak teraz wyglądają wycieczki na ów ośmiotysięcznik… Chociaż po takich nalotach i trzęsieniach, to czy on nadal ma te osiem tysięcy? Czytałam, że go trochę zadeptali. No mniejsza. Oczywiście wyprawa głośna i tak dalej. Powiodła się w około 30 procentach. Po pierwsze na szczyt dotarł tylko jeden z pary, a po drugie jednak leciał na tlenie. I tyle. Ofiar nie było, więc i tragedia kolejna oszczędzona światu. Tak szczerze, to wciąż mnie gryzie, że ludzie to robią. I że obecnie to wygląda tak dziwacznie… wykupujesz zwyczajną wycieczkę. Cholernie drogą, która spokojnie może się zakończyć śmiercią, a już na pewno coś sobie odmrozisz albo nadmrozisz… za dużo książek czytam, ale wciąż nie rozumiem.

Dlaczego?

Po co?

Z drugiej strony do Czarnobyla też na wakacje ludzie jeżdżą, więc co tam, wiecie, ekhm… może zwyczajnie nie rozumiem tego świata. I wolę jednak te moje dolinki załamania, skały i wszelakie trawy, plaże wszelakie i lesistości. Cuchnące kwitnącym czosnkiem. Mocno zieleniące się, ale wiecie, nie jakoś dziwacznie. Po prostu. Tak już zmieniające zieleń i one lekkie rdzawości wiosenne na ciemną zieleń. Bo to taki czas. Może i susza, ale jednak trzeba lecieć dalej jak się jest drzewem. Nie da się inaczej.

Czy ja czekam na lato?

Niezbyt…

Ale jestem dziwna, więc mi wolno, co nie?

Na Wyspie jak zwykle.

Jedni przyjeżdżają, inni wybywają, więc jest o czym pisać. O nowych smakach wyspowego, samozwańczego lakridsowego króla, nowych knajpkach, starych, brakach w rejonach zatrudnienia, no i wiecie, nadchodzących wydarzeniach kulturalnych. Nie żeby ktoś ich wypatrywał. Chyba już straciłam nadzieję, jeżeli o to chodzi. Za to kronprins pobiegł sobie ślicznie, u siebie… a może raczej nikt nie chciał go wyprzedzić w tym maratonie, czy czym tam, nie wiem. Za to obserwujący wszystko obcokrajowcy wszelacy byli zaskoczeni tym, że tak może osobistość być blisko, że rozmawia z chłopstwem i ogólnie nie w papamobilu zamknięta.

No wiecie…

Ogólnie mówiąc top temat ostatnio, to śmieci.

A tak, nie ma co się oszukiwać, od jakichś nastu lat jest u nas coraz brudniej. Ulice si lepią. I to dosłownie. Gówna psie, od czasu uchylenia ustawy o strzelaniu do psów, jest źle. Nie żebym popierała strzelanie, ale wydaje mi się, że wisiał nad właścicielami jakiś miecz Gównokleklsa, a teraz hulaj dusza, strzelby nie ma. Sraj gdzie chcesz. Do tego oczywiście pety, butelki po wielkich, wszelako nie zawsze nocnych libacjach i puszki czy opakowania po pizzy i innych żarciach na wszelaki wynos. Miasto się lepi. Jest po prostu obrzydliwie. Wiem, że dla większości to zwykły stan, ale nie tutaj.

Ale przecież dzieci się muszą bawić, bo co one tutaj mają. Nosz wkurwia mnie ten tekst maksymalnie. Jak to co mają? Świeże powietrze, możliwości ekologicznego rozwoju, internet i siebie nawzajem. Do cholery, my mieliśmy patyki, nóż i ruiny!!! Ale no przecież to czasy dopieszczania, przecież oni wszyscy tacy zestresowani!!!

Czyszczenie plaż w toku, nawet mamy nową maszynę do usuwania graffiti. Ogólnie mówiąc serio jakoś tych świństw jest więcej. Torebki, puszki, butelki. Bez przesady, ale z roku na rok tego więcej. Wiem, że ludzie śmiecą, ale wydaje mi się, że więcej statków zwyczajnie gdzieś tutaj zrzuca swoje ładunki. I wcale, ale to wcale mi się to nie podoba. Nie zobaczycie tego na wszystkich plażach, bo takie cuda gromadzą się w miejscach nurtów, czy przy rzekach, ale jednak zobaczycie.

I jest to przerażająco smutny widok.

Bolesny.

Poruszający i uświadamiający, że nie ma ucieczki od kulistości ziemi.

PS. Chleba brak!!! Nie wiem co się dzieje, ale pieczywo nam wydzielają!!! Poza suszą, to chyba jedna z gorszych wizji… uświadamia nam jak będziemy w dupie, jeśli serio przestaną działać sklepy. Oj tak.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kłódki… została wyłączona

Pan Tealight i Kamieniczki Przeszłości…

„Stoją, czekają, obserwują…

Właściwie ma je większość miast.

Wiecie, chodzi mi o te kamieniczki. Jedne już się sypiące, inne dziwnie załatane, jakby wciąż chciały pamiętać przeszłość, ale nie miały siły na wszelaką, pokruszone, pochylone, inne znowu dziarskie, odnowione, odmalowane, pełne ludzi, hałasu, z dopisaną historią, która nagle staje się sławna. Oj jak te ostatnie się puszą, jak się czują większe, lepsze, piękniejsze. Bo wiecie, niby przetrwały. Niby zachowały zewnętrze tak lśniące i powalające, a jednak… gdy człek popatrzy do środka, to wszędzie było to samo. Wspomnienia. Przeszłość. Gdzie niegdzie przystosowana do współczesnych norm, ale w większości zatopina w przeszłości. Może z odmalowanymi ścianami, ale jednak wciąż siedzące w tamtych czasach…

Ale te były jakieś inne.

Ustawione wzdłuż kanału, obserwujące, chowające tak wiele, że aż nazbyt świadome swoich wspomnień i złudzeń innych. Wiedzące, ale nie pragnące kontaktu. Oczywiście, chciały być podziwiane, zadowalały je tłumy i flesze, westchnienia, pochwały oraz ceny za metraż w środku, ale jakoś tak… nie do końca. Bo wiedziały jak mogą skończyć. Zbyt wiele soli wgryzło im się w barwne mury, zbyt wiele łodzi wypatrzyły, zbyt wiele fal podmyło im fundamenty. Wiedziały, że w każdej chwili wszystko to może się skończyć, ale wolały nie myśleć o tym, zadowolone mianem NOWYCH.

Zawsze nowych…

Wiedźma Wrona Pożarta kochała domy i kochała kamieniczki. Jakoś dla niej to nigdy nie były po prostu domy. Pomieszczenia mające na celu skryć, ukryć, przechować. Obstalować ludzkie teraźniejszości, przypatrywać się koszmarom, akceptować odmienności. Nigdy nie były to dla niej tylko ściany i okna, drzwi, sufity i dachy. Nie, dla niej były to dusze, w innej formie. Ale w tych, które znalazła w tym mieście, nad tymi kanałami, było coś więcej… mocno więcej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

27go znowu nas sparaliżuje.

Nie no, pewno że na chwilę, ale jednak… widzicie, nie rozumiem tego, ale jest jak jest. Jak w tej kreskówce gdy ten pies od Myszki Miki, ale ten dwunogi, chodzi po chodniku i klnie na auta, a potem jest kierowcą i odhacza sobie z dzikim rechotem trupy na karoserii. Tak jest z rowerzystami. Wydaje się im, że nie dotyczą ich znaki płaskie, znaki stojące, znaki wszelakie i zwykłe, podstawowe prawa ruchu drogowego. Spora część świata uznaje, że na Wyspie to rower ma pierwszeństwo. I kończy się to często krwawo… jako człowiek chodzący obrywam od obydwu nacji, choć kulę się na swoim paseczki z narysowanym ludzikiem.

Od tego roku przestaję się kulić. Mam dość. Dość tej jebanej ekologiczności rowerzystów, którzy uznają się za święte krowy. Tak, właśnie tak tutaj jest. Afery tego typu są nazbyt częste. Nagle panowie z brzuszkami w śmierdzących strojach są wymiarem, którego nie da się osiągnąć nikomu innemu. Tworzą kastę lepszych od reszty świata. A jaka jest prawda? Że mają często największe samochody.

A ich ciuszki nie rozpadną się nigdy… więc…

Sparaliżuje nas coroczny rajd. Na szczęście tylko na jeden dzień, ale śmieci zostaną na dłużej. Często na zawsze. Ciekawe jak poradzą sobie z rozkopanymi drogami i korkiem trzyminutowym przy Gudhjem? Nie wiem. Postanawiam mieć to w dupie. I tych rąbanych cyklistów, tak odmiennych od zwyczajowych ludzi, którzy jeżdżą, bo to lubią, którzy zamiast auta do sklepu depczą z buta czy też z rowerkiem. Mieć gdzieś panów z brzuszkami na wielce wypasionych bike’ach, którzy właśnie przedzierają się przede mną przez zarośla. Boją się kałuży, nie podjadą pod górkę. Tak właściwie nie wiem po kiego im te rowery, gdy głównie je prowadzą. Ale co tam, śliczne są takie, wymuskane, oni też odziani od czubków butów po czubki głów, więc co mi ubogiej do nich? Nic. Zresztą, oni są w grupie… a ja sama. W lesie. Lesie, który chcę pełen ptaków i cichości leśnej, a nie ich wrzasków i muzyki.

Włażę w ten las i zaskakuje mnie w nim wilgoć. Bo widzicie, to może was zaskoczyć, ale po wszelakich perturbacjach z wielkim tam centrum przy Hammershusie mamy teraz dziwność. Mamy 3 parkingi. Dla motorów, dla autobusów i niepełnosprawnych oraz dla reszty świata. I to KURWA płatne!!! Dlaczego klnę, bo widzicie, w Danii jest coś takiego jak wolny wstęp do większości miejsc historycznych i przy nich zwykle jest parking zwyczajny, darmowy. Ale nie… i żeby to jeszcze Wyspa kosiła kasę. Nie, kopenhawka, czy inny tam zamorski byt. Dlatego człek naciągnął kilometr i zatrzymał się na malusim parkingu pod drzewami. Dzięki temu nie zalał nas gorąco, ale zeżarły komary. Oj tak, spacer skałami i lasem w stronę Vang to był komarowy szał. Jako jedyne na Wyspie, gdzie ogłoszono chyba ósmy stopień zasuszenia, tutaj jest wilgotno, coś się kluje, dziwne oczka powstały chyba nie do końca naturalną ręką, a robalom ino w to graj. Tosz tylko wypatrywać malarii, czy czegoś tam!!!

Jest buba!!!

Przemykamy się przez las opędzając się od robali na górze, na dole, a nawet takich lewitujących Piękno skał i młodych liści nas omija. Człowiek chce dotrzeć przynajmniej do tej drogi, żeby chociaż było ich mniej, a na drodze… na drodze kurna cała parada samochodów, rąbany kład z jakimś dziwakiem kochającym pylistość, chyba już wtedy miałam dość tych ludzi. Najpierw ten parking, potem oni tutaj, a w lesie kurde krwiopijcy. Nie ma wyjścia, przyśpieszam i znowu trochę w las, ale potem już jest… ten błękit, ona niebieskość, to wszystko błękitne górą i granatowe, to wszystko piękne lekko pofalowane, w mazy jaśniejsze i ciemniejsze, lekko poruszone, lekko…

Po prostu niesamowite.

Ale jest ten wymarzony, choć wysoki, brzeg… są skały, pojedyncze, ostatnie kwitnące jabłonie i oczywiście niesamowite brzozy. Czadowa droga pełna kup, więc trzeba uważać, ale tylko garstka najeźdźców, więc nie jest źle. Da się wytrzymać. Do tego te kozy. Choć bardziej jak kozice. Wygrzewają się na najwyższej skale, śpią, żują, lekko pomrukują, szarawe, białe i brązowe oraz skomplikowanie klejone z tych barw… patrzą na ludzi niczym na jakąś rozrywkę. Jakbyśmy byli dla nich czymś ciekawym. Intrygujące te kozy, naprawdę intrygujące. Ta jedna stoi, jakby pilnowała wszystkich, a tamta leży, raciczki jej zwisają, więc słodko wygląda… ale ja chciałam pod Hammershus. Na tę plażę, którą niewielu odwiedza. Na one kamienie nad oną rzeczkę i drzewko tak cudownie ukształtowane, jakby ktoś je uczesał.

Lekko zgiął i wiecie, spryskał lakierem.

Ale najważniejszy ten spokój, te niebieskości i ruiny górujące nade mną.

Wcześniej jednak trzeba było częściowo się ześlizgując, zleźć w dół. Część drogi sama spłynęła zimą, część odkryła nowe, gładkie kamienie, a reszta pełna kwitnącego w końcu czosnku niedźwiedziego. Zielona i biała. Pomiędzy krzaczkami wąziutka ścieżynka. Po prostu coś niesamowitego. Coś jak z bajki, a potem pierwsza część tej plaży, z ogniskiem jeśli ktoś chce, a potem druga z ruinami i wielkimi głazami i zielenią obijającą się w spokojnych toniach morskości i dwie przeładowane łódki z Turyścizną i w oddali żaglówka oblewana srebrzystością słoneczną.

Po prostu coś niesamowitego.

I nikogo poza nami!!!

Przycupnięcie tutaj, tudzież spacer po kamieniach – nie polecam w kiepskich butach i gdy macie problemy z równowagą – to naprawdę zaczepista sprawa. Po prostu coś oczyszczającego maksymalnie, ale trochę dziczy jeszcze przed nami. Bo trzeba wrócić do samochodu, a jednak nie ma go na parkingu pod Hammershusem jest dalej, dlatego zagłębiamy się w dolinkę tuż pod punktem widokowym, którą niewielu odwiedza. Widać, bo trawa wysoka, mostek łobliwy i ogólnie mówiąc dzicza. Ptaszęta świergolą, choć pora już mocno popołudniowa, czy nawet wieczorna, znowu straciłam poczucie czasu… genialne uczucie. Co prawda droga wąska, głazy i zarośla, powalone drzewa, strumień wciąż szemrzący, więc problem siku… ale jednak po prostu raj. Skała po prawej, skała po lewej, kolory nieziemskie. Górą oświetlone wciąż drzewa, dołem lekka ciemność. I maciupki wodospadzik i w końcu jakaś prostość drogowa i nagle… mostek, który jest tylko deską i jeszcze dziwny szlak w górę… między drzewa stojące blisko siebie, czy człek się zmieści, do tego śliskie, gładkie głazy, do tego jeszcze piach, suchość i ogólne szarawary, ale damy radę. No musimy i tyle.

Nie ma innego wyjścia.

… więc dajemy radę, ja częściowo na czworaka, ale to te krótkie nóżki, choć ćwiczenia popłacają. Człek sapie, ale zaraz przestaje, nic go nie boli, teraz stąpa przez pola jagodowe, zapatrzą się one drzewa tak różnie ukształtowane, jakby znowu znalazł się w ogrodzie tanecznym, w którym ktoś czas zatrzymał. A może jak tylko się odwrócę, to wszystko znowu zacznie pląsać i muzyka zacznie grać? Może… coś przecież szeleści w krzakach, jaszczurka zaliczona – krzyki są – zaskroniec też, ale ten już bez krzyku, bo to nie ja go widziałam.

Dobra wycieczka.

I jest auto, chłodne, zacienione, czas do domu… a wszystko przez to, że mieliśmy pinsedag! Dokładnie dwa, ale niedziela się nie liczy.

Wolny poniedziałek za to, to jest to!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamieniczki Przeszłości… została wyłączona

Pan Tealight i Łoś…

„Widzicie… Wiedźma Wrona Pożarta kochała wrony bo tak, polarne misie i niedźwiedzie w ogóle bo tak, oraz łosie, bo inaczej.

Wiadomym jest, że w każdym człekopodobnym czai się coś ze zwierzęcia. W niej od zawsze siedziały wrony i misie. Ale łosie, ech, z łosiami, ale i rogasiami wszelakimi, było jakoś trochę, dziwnie inaczej. Pojawiły się gdzieś nagle w jej istnieniu w okolicach wszelakiego niedojrzewania i jakoś tak, nie dały się wyplenić. Ni chirurgicznie, ni antybiotykami, czy wiecie, przeszczepem jakimś.

Nie, nic z tego.

Po prostu pewnego dnia stała się trzema zwierzakami, trzema osobowościami i trzema ogólnie mówiąc postaciami. Trzeba było się z tym pogodzić i tyle. Ale wiecie, nie oszukujmy się. Przecież nie każdy to wiedział. Nie zwierzała się, bo i po co tak się otwierać przed wszystkimi, serio wystarczyło jej to, co związane było z jej wielką blizną na brzuchu i dwiema mniejszymi, okrągłymi. Więcej już nie chciała się otwierać. Nie tak, nie inaczej. By patrzyli… leżeć, czuć dziwnie wrzenie i gorąc ze środka wszystkiego siebie i nie móc nic zrobić. Kompletnie nic, bo dopiero się wstało z martwych i durnie byłoby to zaprzepaścić, jak już się wybrało ten świat.

Jednakowoż należałoby nadmienić czym był łoś w Wiedźmie Wronie… bo co do niedźwiedzia, to chyba wszyscy wiedzieli, a nawet jeżeli nie, to sobie mogą wygooglać. Co do wrony, wystarczy zapytać Badb, ale łoś… widzicie, łoś był rogami. Tak, rąbanymi, wielkimi antlersami, które wyrastają nagle, i nie pozwalają wejść w różne miejsca, bo łeb masz tak ogromny, że zwyczajnie nie mieści się w wąskomyślowość świata, do którego pukałaś. Ale nie tylko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Martwa jesteś piękna” – … oto opowieść o celebryctwie. O naszym współczesnym świecie, w którym o wiele łatwiej zdobyć sławę dzięki złu niż dobru. I oczywiście o tych, którzy one celebryctwo ułatwiają – dziennikarzom.

Bohaterka może nie jest jakoś wybitnie zaskakująca. Niby dziennikarz od zbrodni, a rzyga na widok krwi – to już było – niby silna, a jednak dziwnie rozmiękła miejscami, wymęczona, ale i dziwnie silna, choć skąd niby czerpie oną siłę? Niby wie co robi, a jednak, a jednak przesadza… Czyli wiecie, jak zwykle. Ale może nie do końca? Bo gdy nasza bohaterka, Eve, powraca do domu, powraca też do smutnej codzienności ojca zmagającego się z Alzhaimerem. Do codzienności ulicy, która ją zna i wciąż obserwuje, oraz do mordercy, który zaczyna do niej czuć coś więcej… On – artysta. Ten który ze swoich zbrodni czyni nadzwyczajne pokazy i ona, której życie nie potoczyło się tak jak sobie wymarzyła. Nagle jedno nie istnieje bez drugiego. Dopełniają się, uzupełniają, grają ze sobą… ale kto zwycięży?

I gdzie tutaj jest ono wymuskane, definicyjne dobro? Czy w ogóle ma znaczenie? Czy tak naprawdę da się je znaleźć?

Powieść zaczyna się bombą i toczy niczym lawina. Nie można zatrzymać czytania, odkładacie książkę, bo przecież trzeba wrócić do życia, ale potem nagle, rezygnujecie z codzienności, by czytać dalej. Bo choć wiecie prawie wszystko, podejrzewacie jak to się skończy, to jednak te wszystkie niespodzianki po drodze, te zaskoczenia, wtręty… nie, nie możecie przerwać. Po prostu. Dostaliście zaproszenie na tę wystawę i wstydem byłoby odmówić. Przemykacie między problemami samotności, strachem przed śmiercią, obawą o życie, ale i lękiem pozostania na tej ziemi. Wszystkim co człowiecze, dosłownie i boleśnie wszystkim oraz samotnością, która często zabija w nas ludzkie odruchy…

… i odnajdujecie w tym wszystkim samego siebie…

Naprawdę dobra powieść.

Nyhavn.

No dobra… znaczy, nie oszukujmy się, oczywiście, że chodziło mi o zdjęcia, a w polskim sklepie Chowaniec nie dostał pączków i się wkurzył… czasu do wizyty w konsulacie mieliśmy jeszcze trochę, więc biegusiem, bo wiecie, to jednak kawałek… jak się okazało spory całkiem.

Oj, oczywiście, że to nie nasz pierwszy raz w stolycy, ale jednak nigdy nie było czasu, a teraz wzięłam to na celownik. Do tego ten rąbany heat wave, więc niebieskie niebo, odbijające się wszelakości w onych kanałach, łodzie restauracyjne, łodzie mieszkalne i te, które wielu zastępują samochody… i masa mostów. Po prostu masa. Niewielkich, większych, betonowych, z metalowymi poręczami i wiecie, ogólnie kombinowanych… no i w końcu są, malowane domki. Datowanie, pewno gdzieś od drugiej połowy XVII wieku, ale po prawdzie te kanały rodziły się przecież wcześniej. Kamieniczki kolorowe z fikuśnymi zwieńczeniami, a pod nimi uliczka zatkana po dziurki w załamaniach betonu ogródkami piwnymi. Oj pewno, że człowiek trafia na czas frokostu, więc ludzi jeszcze więcej niż zwykle, straszne… koszmar.

Ble!!!

Ale chodziło o te domki, więc człek czepia się tego jedynego, pięknie kutego mostu z całą masą pierońskich kłódeczek… tia, tutaj przerywnik: serio ludzie, serio zamykacie tutaj swoją miłość. Tak pomyślmy na chłopski rozum: ciężar tych cholernych kłódeczek niszczy most, na rozum wiedźmowy, jeśli naprawdę w to wierzycie i kochacie kogoś, pozostawiacie tutaj swój ślad, który ktoś wam naprawdę niechętny może łatwo złapać i narobić niezłej buby w związku. Jakby to powiedzieć: nie róbcie tego. Nope, niet i w ogóle ogólnie nie. „Put a ring on it”, a potem pracuj nad związkiem. To nie jest fizyka jądrowa, ale wymaga wiele gadania, czasem ciszy, a czasem pozwolenia na wolność… naprawdę. No ale, kłódki są kolorowe, więc świetnie wyjdą na zdjęciach, do tego oczywiście one kamieniczki, tu mieszkał H.Ch.Andersen… ciekawe, czy woniało mu z kanału, jakby co, jest sklepik z pamiątkami z jego imieniem, a w nim jego figurka lekko nadaktywna, ale zbyt mnie przeraża, bym tam pobyła. Kilka zdjęć odbić, bo te muszą być, potem zajrzeć w tę czy inną mieszkalną łódź. One koszyki z kwiatami, te wycieraczki i skrzyneczki pocztowe, te malunki ptaków, no po prostu coś cudownego, ale nie dla mnie. Gdzie ja bym książki pomieściła? No i ciągły hałas… straszne.

Straszne to wielkie miasto, naprawdę. Z jednej strony serio wygląda jak Wrocław, z drugiej, rowerzyści bardziej agresywni. Ale może teraz i we Wrocławiu tacy są? Kto to wie? Nie było mnie tam już dawno… ilość ludzi przeraża, ciągle czuję się nie na miejscu, mało drzew, nie ma się gdzie schować… trzeba uciekać.

Czy już stałam się wieśniakiem? A może odludkiem i kuzynem Szymona Słupnika, czy innego tam samotnika? Pewno tak. Ale czadowe kolorki kamieniczek rzeczywiście są jak na zdjęciach. Pojechałabym tam kiedyś, gdy pogoda inna trochę, gdy ludzi może mniej, wcześniej, by zrobić zdjęcia takie, przy których nikt cię nie przejedzie i nie zostawi śladów opon na grzbiecie czy nogach… bo można tutaj poszaleć, ale bez ludzi. I bez tego całego ruchu. W jakiejś spokojności może, jesienności, może się uda. Ale jakby nie, to widziałam. Wiecie, można uznać za odbębnione.

Tylko jak znaleźć się tam, ale nie brać udziału w ruchu drogowym. Onym koszmarze i tłoku, wszelakim szaleństwie…

Ale popatrzcie na taki Lund. Niby miejsce mniejsze, a jednak…

Akurat szykowali się do jakiegoś świętowania.

Serio nie wiem o co chodzi, ale podejrzewam studentów. Kurcze, studia tutaj naprawdę muszą być czadowe. Tak jak we Wrocławiu kub Krakowie. Wiecie, spojone oną aurą przeszłości. Z tymi postumentami i ludźmi odlanymi w brązie czy innych metalach, tudzież kutych w kamieniach i spoglądających na was z góry… spod onej brwi obsranej przez gołębia, świntucha złoczyńcę, co akurat tutaj lubi se posiedzieć, a że przy odlocie popuszcza, no cóż, jedni mają to za cudzołóstwo, wszelaką abominację, a inni nie zauważają…

Mniejsza, Lund.

Miejsce, które serio warto odwiedzić wiosną lub jesienią, albo zimą. Mają nowy, zaczepisty sklepik z pamiątkami, bo widzicie o to w tym miejscu trudno. Jak tu wam powiedzieć gzie on jest, n po drugiej stronie parku za katedrą z Groszkową Panną. Jest tam kawiarnia, a po drugiej stronie, niepozorny, wyglądający jak domek, pokoik właściwie, sklepik. Sklepik z cudami wszelakiej myśli i sztuki szwedzkiej, ale nie jakiejś wiecie przaśnej i dziwacznej. Znajdziecie tu coś z metalu, dziewiarstwo, wszelkiego rodzaju figurki, kubki, cuda wianki i takie tam. Łosie, misie i koniki… i dla dzieci i dla tych, co wciąż dziećmi być chcą, ale wiecie, data w paszporcie już nie ta…

PS. Pamiętajcie, że płaci się tam wyłącznie gotówką. Ale bez boja, ATM zaraz obok, więc nie ma wielkich trudów.

Chyba lubię Lund, choć też ma ten „vibe” wielkiego miasta. Ale więcej zieleni i kwitnące bzy, które u nas dopiero zaczynają… wynagradza wiele. Lund wymaga czasu i cierpliwości. Oraz dobrych butów, bo tutaj się chodzi i podziwia. Podobnie jak Ystad, które sobie pooglądaliśmy w zachodzącym słońcu, a jakiś Tubylec próbował mi wyjaśnić, że to zielone między kostkami chodnika, to będą piękne malwa… co ja mu na to: Bitch, please! My są z Bornholmu, my kurna wiemy jak wygląda zielsko kwitnące na chodnikach i tulące się do kolorowych domków. Ha ha ha!!! Uśmiał się gość, a potem umknął, chyba przerażony moim strachem, że przez jego pytlowanie mnie światło ucieka… a ono tak cudne gra na starych drenach, metalach i cegłach. Bawi się z pajęczynami, odbija się, miejscami wchłania, tam znowu pląsa…

Doszliśmy do czegoś na kształt arboretum.

Drzewka tutaj milusie, egzotyczne i oczywiście cudowne, do tego wąziutki strumyk i małe, włochate świeże kaczuszki, no serio… gdy tak dzień, tudzież raczej względna świetlność trwa do dziesiątej, to można się zagubić, zatopić w tym pustawym Ystad. Pewno w lecie więcej tu hałasu, ale na razie, tylko te pustawe pociągi w kolorze milki. I kilka rowerów. W niektórych miejscach grają światła wielkich telewizorów… a to już wiemy, gdzie są Tubylcy. Ale nie ma czasu na badania etnograficzne, bo prom nam jeszcze z tego wszystkiego ucieknie no!!!

To pa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łoś… została wyłączona

Pan Tealight i Znowu Zamorze…

„Tu nie chodziło o to, że uznawali Wyspę za pępek świata. Ale nie oszukujmy się, w końcu nim była. I z prawej i z lewej, a już ze środka wielowiecznego w szczególności. Naprawdę była pępkiem świata, znaczy dokładnie jest. No wiecie, tak po prostu. Bo przecież któż inny, niż ona, tak naprawdę? Zagubiona na dziwnym, wewnętrznym morzu, bliższa krajowi, który ją chciał, ale nie dostał, obrażenie oddalona od tego, któremu była przypisana, ale który przyznawał się do niej, gdy trzeba było przywołać piękne widoczki i zesłać ludzi gdzieś na wakacje…

No wiecie, pępek świata.

Piękno piękna i cud nad cudyma, który ma w sobie i przeszłość i teraźniejszość, ale nie do końca pewne jest przyszłości. Bo wie, że rzeczy i sprawy mogą się nie wydarzyć. Naprawdę. Ale ona jest nim. Cokolwiek się stanie, cokolwiek wybrzmie w słowach dziwnych ust i tam innych otworów, cokolwiek napiszą, cokolwiek w większości przemilczą i w ogóle, cokolwiek… ona jest.

Nadal…

To dlatego tak się wkurza, jak Wiedźma Wrona Pożarta opuszcza ją chociaż na chwileczkę. Chociaż na momencik. Chociaż w myślach, snach, zagubia się gdzieś w tych rejonach wszelkich wieloświatów, woali, równoświatów i innych. Nawet jak śpi i nie śni tyko i wyłącznie o niej, wiecie… ma jej to za złe. Gdy nie głaska przez sen jej kamieni, które ma pod poduszką i przy łóżku i nad łóżkiem… jakoś tak czuje, że nie jest to wszystko w porządku, a jak już wyjeżdża.

No dobra, wiadomo było, że nie można było tego załatwić inaczej, więc jej pozwoliła. Udzieliła dyspensy. Na ono Zamorze. Na ten dziwny świat, który miał sprawy i przedmioty, których ona nie miała, ale też nie miał tego wszystkiego, co najważniejsze, co najpiękniejsze, najcudowniejsze… No dobra. No niech jedzie, przecież wróci. Przecież inaczej nie będzie mogła. Nie da się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dziś będzie o paszportach, wielkim mieście i bzach.

Ale najpierw oczywiście będzie o czymś takim, co się zwie Molslinjen, a raczej wróć, przecież teraz to Bornholmslinjen. No wiecie, w końcu się dotarli, przemalowali i tak dalej, a to oznacza, że gdy porą nazbyt wczesną, wybudzeni z dziwnego snu o pięknych książkach, ale powiem wam, takie były piękne. I oprawa rzezana, tłoczona, i ryciny ręcznie malowane i jeszcze tematyka ludności pierwszej w Ameryce Północnej… o cuda wianki wam powie, ale nagle siku i po śnie. Niby przez czwartą, ale człek wie, że jak teraz przyśnie na te pół godzinki, to umarł w pacierzu, więc bierze się za robotę i w ciągu chwil niezbyt kilku coś tam nadgania. A potem mycie, herbata w kubek, proszki na rzygania wszelkie i w drogę. Chociaż obiecali morze gładkie jak stół, taki wiecie, gładki stół, to jednak bez avio ani rusz…

Podjeżdża dusza pod punkt, w którym bilecik się skanuje, bo wiadomo teraz te techniki, to sam se musisz w domu bilet wydrukować, a i często kurde skaner w porcie i tak nie umie gładkiej kartki sczytać, więc i numerki wbić człeku sam se musisz, no a tam… serio mocna kolejka!!! I człowiek nagle? Nieczęsta sprawa. Wiecie… człowiek. Nie maszyna. I zabiera się za skanowanie tych biletów. Bo wiadomo, jak doszło do przejęcia starych linii promowych przez nowe to nie poszło gładko i bez oskarżeń. Wprost przeciwnie. Poszło źle i z wyzwiskami. Pozwalniali ludzi i teraz te biedne babki szukają pracy… a u nas o pracę trudno. Nawet wybitnie trudno. Nawet jeśli startujecie na sprzątaczkę, możecie zostać odprawieni z kwitkiem. No ale… są nowe linie, mają być tańsze, nie do końca są, ale nie miało być o tym. Świt wstał piękny. Serio morze jak stół. Piękne, niebieskawe refleksy, wielkie słońce… nic, tylko płynąć, gdyby nie ta spora i radosna, gromada rozwrzeszczanych nastolatków.

Ale… to morze.

Jest w nim taki ogrom wody, takie szaleństwo kosmiczne, ale też i ten spokój dziwny, atłasowość romantyczna. Gdyby tak skoczyć… przecież onej prędkości promu nie widać, wiecie, bo to ten szybki, więc gdyby tak skoczyć i już nie wracać na powierzchnię, zostać w błękicie?

Ale…

Witamy w Ystad… a dokładniej od razu w drodze do Kivik.

Widzicie, Kivik jest słynny z grobu i jabłek.

Oczywiście w moim przypadku grób ważniejszy, ale zobaczyć te drzewka jak kwitną, marzyło mi się strasznie od dwóch lat, naprawdę strasznie. I jestem teraz, jestem na miejscu w odpowiedniej porze, nawet błękit nieba jest i słońce, światło niesamowite, patrzę na nie, a one są… bardzo disappointing. Strasznie. A wszystko przez to, że drzewka mocno przycięte, dziwnie rzadkie, jakieś takie, pewno dobre dla wielkich owoców, ale nie do zdjęć. Zresztą, włazić komuś na posesję, czy też w ogród/sad, to raczej nie moja bajka. Ale czosnek niedźwiedzi u nich kwitnie mocniej niż u nas. Ludzie jeszcze jacyś tacy nie do końca wybudzeni, ale w sklepie kilka dusz, czas wysłać kilka kartek. Nie mogę tego sobie odmówić, to po prostu niemożliwe.

Jednak przecież przybyliśmy tu, by dotrzeć do Danii.

Ogólnie mówiąc to kosmicznie dowcipne, że płyniecie z Danii – Bornholmu – do Szwecji, by dostać się do Danii. Tak wiem, Wyspa siedzi sobie bliżej Szwecji niż swego kraju, ale jednak. Takie to dramatycznie sarkastyczne czasami. Pomijając fakt ceny. Niestety, nawet te bilety kupione miesiące wcześniej są zwyczajnie drogie. Pewno, że bierzesz ze sobą samochód, ale jak inaczej? No jest pociąg w czadowym kolorze Milki, ale jednak, zbyt wiele zachodu tym bardziej, ze konsulat kraju zwanego Rzecząpospolitą Polską leży w miejscu… chyba najdroższym. Chowaniec sprawdził ceny posiadłości tam i plasują się one w granicach trzydziestu milinów, więc chyba… ekhm, płaci się za bliskość morza, wszelkie zagrożenie zalewowe, zielone drzewa, trawniki wyskubane i przepiękną architekturę. Naprawdę. Domy tam to całkiem osobny rozdział. Warto się przejść, nie zwracając zbytniej uwagi na siebie, na wszelki wypadek, i pooglądać sobie ten przepych i kasę przeciekającą przez płoty.

Ale idziemy…

Najpierw zaskoczenie, bo kurde, kto pokręcił temperaturę?!!! Serio, gorąc jak na Saharze!!! Suche powietrze, mocne, parzące słońce, nie no… pod tym względem Kopenhaga jest marunda jak cała Anglia. Zawsze uważają, że mają kiepską pogodę!!! Zawsze!!! Mamy z Irlandią i łkającym chłopcem na ławce, że on nie będzie miał lata, bo z Irlandii są i w wersji duńskiej. Może mieszkanie na jednak ciepłej Wyspie nie zalicza się do Danii. No ale, idziemy wyrobić paszporta. Mamy oczywiście te tam papiery i zdjęcia i oczywiście jesteśmy umówieni, bo widzicie, trza się zapowiedzieć sporo wcześniej. Ale, gdy zatrzymujemy się przy miejscu, w którym dwa lata temu byliśmy, wyraziście pisze, że mamy iść dalej naście metrów, bo tak, bo chyba remont, czy coś.

Może ich wysiedlili?

Może imprezowali…

Idziemy więc, architektura piękna, dziwność tuptania na poziomie morza nadal niepokojąca, kolejna nalepka, że ci co umówieni, to jednak nie tu, a dopiero do następnej bramki. Oczywista, trza odczekać swoje, bo otworzą dopiero o wiadomym czasie, a tu już kolejka i te dziwne pytania „kto ostatni”. Dobra, nieczęsto muszę stać w otoczeniu ludzi mówiących po polsku i łapię się na tym, że nie dość, iż odpowiadam po duńsku, to polski jako język jest dla mnie dziwnie egzotyczny. Jakiś taki… obcy. Ale nic to… prawie tysiąc koron w pięty, do tego pobranie odcisków palców wskazujących obydwu dłoni… serio? Znaczy co? Już jestem winna? Niby pada, że to dla mojego bezpieczeństwa, ale zbyt wiele mam we łbie teorii spiskowych, które okazały się prawdą, żeby im uwierzyć. Ale czy mam inne wyjście? Widzicie, przy moście kontrola. Jeszcze duńskie numery ze Szwecji do Danii przepuszczają normalnie, ale w drugą stronę już nie.

Trzeba okazać papiery i tyle.

Aj dziwna ta Europa.

Paszport ma przyjść w ciągu 4 tygodni.

Zobaczymy.

Panna w okienku warknęła lekko, jak się dowiedziała, że muszą to wysłać, no ale… co ja ci na to poradzę? Dania to wyspy!!! Dlaczego wszyscy tak dziwnie na to reagują? Dlaczego wszystko było takie głośne, czemu Polacy tak krzyczą? I czemu wiem, że pan się rozwiódł? A! Gdyby wam ta wiedza była potrzebna, to w przypadku rozwodu małżeństwa zawartego w Polsce, to że rozwiedliście się w Danii – kilka klików w kompie – nic nie daje. Musicie założyć sprawę w Warszawie lub miejscu zamieszkania w Polsce jeśli takie posiadacie. Sorry, ale w małym pomieszczeniu były trzy okienka z ludźmi mówiącymi przez głośniki, jakbyśmy byli oddaleni od siebie o lata świetlne, więc człek wiele się dowiedział. Też o obywatelstwie dzieci urodzonych z polskich matek tutaj. Wsio trza załatwić w Polsce. Nie da się przez komputery!!!

Kurcze… strasznie to dziwne. Takie pokręcone. Bo przecież niby jedna Europa, a jednak problemy graniczne.

PS. Chłopak, o którym pisałam w poprzednim blogu okazał się mieć nie tylko 15 lat, nie tylko biegać zbyt wiele, ale i jest teraz w Kopenhadze i stara się żyć. Miejmy nadzieję, że się uda… Powodzenia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znowu Zamorze… została wyłączona

Pan Tealight i Młyn Niepamięci…

„Miele, miele i miele…

Wszystko właściwie.

Wiecie, te wspomnienia z nieudanych randek, podróży, wkurzających rozmów i dziwnych świąt. Miele momenty, zbyt przykre, zbyt bolesne, ale i miele słowa. Bolące, drażniące, dziwnie wlepione w czaszkę, wciąż dziwnie uciskające… miele. Zmienia stałą przygód, niepowodzeń, ale i tych momentów szczęśliwych, które jednak okazały się złudną nadzieją. Oj tak, na nadziei Młyn najbardziej skrzypi. Gdy ją miele traci najwięcej kół, wygładza się najmocniej, dziwnie spowalnia…

Właściwie zemleć może wszystko.

Te słowa, które kiedyś ktoś w ciebie rzucił i jakoś tak się przyczepiły i nie można ich było odczepić. Które jakoś prawie wrosły i dopiero sprytna chirurgia zdołała je od ciebie oddzielić po latach. Ale oddzielone wciąż jeszcze tutaj były. Można je zakopać, ale przecież wtedy mogą wzrosnąć, można spalić, ale wtedy polecą w powietrze i znowu w ciebie wlezą, można próbować utopić, ale tylko się lekko rozpuszczają i chyba robi się ich wtedy nawet więcej, więc nie… lepiej je zmielić.

Te obrazy, które chcesz z siebie wyrzucić.

Te rąbane wspomnienia, o których mówili, że powinnaś je zachować, a są tylko i wyłącznie szpetnym bagażem, który niszczy przyszłość. Zajmuje miejsce. Który niszczy twoje spojrzenie na świat, nie pozwala się odświeżyć, spryskać czymś, odżywkować, czy też lepiej, utrwalić wieczne świeże spojrzenie na świat. Wiecie, lakierem jakimś, pianką, czy rąbanym szamponem w spreju…

Te dotknięcia.

Muśnięcia niechciane, pocałunki, po których tak bardzo chcesz natychmiast wejść pod prysznic, ale nie możesz, bo nie wypada. Ale dlaczego… przecież mówią ci kim chcesz by tym bądź, więc dlaczego wciąż dobro innych jest ważniejsze niż twoje własne poczucie. Ono zgwałcenie twojej ciszy, spokojności, nieposzanowanie miru twojej przestrzeni osobistej. Bo taki zwyczaj?

Bo rodzina…

A on miele.

Ale nie wypuszcza mąki, nie. Pyli to na dokładny proszek, z którego niewielkie dżdżownice, mniejsze nawet niż zwyczajowe małe w ichnim rozmiarze, robią klocuszki. A raczej pigułeczki takie. Wiecie. Specjalny lek. Tylko dla wybranych. Specjalny tak, że trzeba za niego wiele zapłacić… bardzo wiele. Czasem zbyt wiele, a jednak wciąż są tacy, którzy pragną się ucieszyć cudzym bólem, niepewnością, niewygodą i wszelaką depresją. Są tacy, którzy kochają to, gdy inni cierpią, więc tak, to oni je kupują. Oni najbogatsi, oni tak zwanie najwięksi… oni.

I jedzą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I wybrzeżem…

Nie wiem dlaczego, ale czasem muszę. Jakoś tam mnie nosi. Ta dziwna granica między ziemią, niebem, a ogromną połacią wody. No serio. Może i widać Szwecję w oddali, ale jednak na tyle zamgloną obecnie, że jakoś tak… nie można w nią nawet wierzyć. Niby tam jest, a jednak jej nie ma przecież. Nie może być. Bo przecież ja tutaj stoję, między kwitnącymi biało krzakami i brzozami leciutko zielonkawymi i jeszcze ostatnimi kwitnącymi drzewami, bo tutaj, na północy, wszystko jeszcze jest tak romantycznie, bujnie kwietne.

I ta trawa jakoś zieleńsza.

I, ekhm, krowy większe, w pełni na wolności, więc uwaga na placki. Co jak co, ale nie są ni kruche – no może niektóre – ani wiecie aromatyczne, owocowe i tak dalej. Ale krowinki przesympatyczne. No coś jest w tych różkach i grzywkach. Wiecie, jakby dopiero co lokówki zdjęły. Czarne i takie ciemnomiodowe. Może mnie zeżrą zaraz, ale przecież ja chyba boję sie tylko tych krówek biało-czarnych, chyba? Nie wiem… spróbujmy. Przejdę, czy nie. Czuję na sobie ich wzrok, raz nawet oddech, jakby wiecie, sprawdzały. Jakby nie były pewne, czy mi ufać, czy jednak nie. Czy chcę je głaskać, czy nie? Kurcze… jest w nich coś z tych takich piesków lekko przywielkich, jest w nich coś tak pluszowego, mięciutkiego i takiego misiowego, aż chcesz podrapać za uszkiem, ale przez cały czas nie jestem pewna, czy to kurna byki, czy jednak krowy. Nosz kurde!

Żeby mieć takie problemy z krowią anatomią!!!

Ale nic to. Idźmy dalej nieruszeni przez stadko. Wolą chyba widok na morze, nie ccą zagłębiać się miedzy skały gzie pląsają sobie owieczki. Oczywiście z młodymi, ale nie patrzę na nie, tylko na ten zagajnik śliwek, czy czegoś tam, co wciąż kwitnie. Tak pachnący, tak niesamowity, tak dziki. Nawet ten dziwny malarz, z dziwnie czystymi przyborami mnie nie poruszy. Nie. Jestem dzielna i chcę tych zdjęć i tej samotności pośród drzew. Chcę tej dzikości, ale i dziwnej, zwierzęcej dróżki. Czystej w końcu, bezkupowej, więc włażę i dalej i dalej i jeszcze dalej i nie chcę myśleć o kleszczach. Ni o tym, że gdzieś tam odkryli, że roznoszą nową chorobę, jeszcze bardziej niebezpieczną. Jakby świat chciał nas odpędzić od natury. Nie, nie chcę tak żyć w strachu przed trawą, zresztą, nawet nie jest wysoka, wprost przeciwnie, ścieżka jest, choć wąska, a trawa niska i pełna mleczy. I nie mogę się oprzeć tym drzewom. Niewysokim, lekko karłowatym, pokręconym i wszelako fantazyjnym w swoich kształtach. Pięknych. Jedynych w swoim rodzaju, niczym zaklęciem zastopowane siostry, które chciały na zawsze zostać razem. A między nimi i te orchidee i niezapominajki i stokrotki

… i mlecze…

W takim miejscu długo można robić zdjęcia. Można się zapomnieć. Zapatrzeć w płatki i błękit nieba i one różne zielonkawości. Posłuchać ptaków i trawy wzrastającej, dać się omieść tym płatkom opadającym na twarz, omamić szeptami, które pędzą do mnie i od skał i od konarów i od kwiatów mijających. Zostać na zawsze. Bez problemów. Stopić się w jedno z tym czarownym zagajnikiem. Jakoś tak legendarnie. Ale też chcę iść dalej. Chcę znowu zobaczyć morze, które z tego miejsca jest tylko linią na zbyt dalekim horyzoncie, ale i bliskością, którą człek trzyma w sercu, czy duszy, jak zwał…

… więc idę dalej. Choć żal.

I tak manewrując między skałami człek mija Salomons Kapel, ale przystaje przy onym jego nibyporcie. Zapatrza się w niebieskości morza i nieba. W te wodorosty podskakujące na falach, które rosną, gdy zbliżasz się do brzegu. Gdy próbujesz ostrożnie balansować na tych niegładkich, wprost nadzwyczaj szarawych, chropowatych skałach… dziwnie wulkanicznych, ale przecież nie… one jakby chciały człowiek zabrać. Jakby naprawdę były gotowe obiecać mu wszystko.

Zupełnie wszystko czego o pragnie.

Tylko że… pod wodą.

Trzeba się od tego oderwać, bo mieliśmy dojść do latarni, tylko której. Czy wracać do Hammer Odde czy wybrać Hammeren? Trudniejsza droga, ale nęci, więc wybór jest prosty. Bo przecież ja lubię trudno. Zmęczyć się, spocić, wykończyć… skręcamy więc najpierw nad samą wodę, mijamy bagienka i znowu w prawo. Drogą w głąb Wyspy, ale tylko przez chwilę. Malutką chwilę, niewielką, cieniutką… bo zaraz kusi mnie dróżka, której kompletnie nie znam. Może i nowa. W końcu tyle ich teraz potworzyli, jakby chcieli za każdą cenę zlikwidować oną dzikość. Dzikość wyłącznie stojącą na papierze, więc… pod górę. Kurcze, takie nachylenie, że nosem ciągnę po glebie. Do tego gładkie skały mojego wzrostu, na które trza wleźć, bo innej drogi brak, a przy krótkich moich nóżkach człek sobie dziękuje za te gimnastyczne tortury, które uskutecznia. Dajemy radę, ale kolejna podbieżka, kolejne podejście, może i na czterech, ale jaki widok i one aromaty. Splątane żywiczności i kwitnące drzewa. Po prostu raj. Do tego jeszcze słonecznie i całkiem ciepło, a tutaj osłonięty od wiatru człek znowu… nie chce się ruszyć. I wcale nie dlatego, że jakoś tak nie ma sił. Może sapie, ale to zaraz przechodzi. Tuli się do brzozy, ale wie, że nie może zostać na dłużej. No sorry, mrówki w pełnej gotowości i to takie wielkie postanowiły mu towarzyszyć, więc lepiej się ruszać i…

… i nagle jesteś na miejscu.

Co dziwne, bardzo osamotnionym miejscu. Możesz wejść na latarnię, możesz poleżeć na głazie. Możesz wszystko. Nawet przemyśleć dlaczego Rosjanie znowu podejrzewają nas o szpiegowanie. Hmmm, nie żebym wątpiła w one szpiegowanie. Bo przecież to byłoby nielogiczne jeśli jesteśmy duńską jednostką najbardziej wysuniętą na wschód. Ale to co pokazali akurat, to co oskarżyli o oną działalność, było stare, wyłączone i całkiem nie od tego, więc…

Teraz droga w dół.

I znowu te opadające, niesamowicie malownicze, bajeczne kwitnące drzewa. Pięknie tak. Samotnie tak. Dobrze tak. I inne miejsca człeka napierdalają. I ta kręta ścieżka, no dobra, droga, i te domeczki i te plamy zieleni, i ta woda jeziorka, d którego w końcu człek dociera. I w ogóle, potem domy, barwne, pełne tulipanów w ogródkach i innych cudów rzeźby i wystroju. Takie kolorowe to wszystko. Te białe płotki, te cuda wianki… Takie jest to Sandvig, w którym chcą zamknąć jedyny spożywczak. Ekhm… ciekawe czy mieszkańcom się to spodoba. Choć w Nyker zamknęli i jakoś im to przeszło.

Smutne wieści z Bilmuseet

Ole Hermansen zmarł. Niby 80 lat, ale jednak to ikona…

A teraz… Właśnie znaleźli młodego, nieżywego chłopaczka… co się dzieje?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Młyn Niepamięci… została wyłączona

Pan Tealight i Rybki Bezpozłoty…

„W dalekiej odległości, w wielkiej wysokości… czy raczej na onej wysokości i tak dalej, no wiecie, gdzieś tam, w tym miejscu, po którym człek by się nie spodziewał takich zachowań i w ogóle… istnieje basen. Bo raczej ni to staw ni jeziorko, więc użyjmy onego słowa. A może zbiornik po prostu? Nie, to za mało. Nie pasuje do rybek, kolorów, kawałków nieba, które odprysnęły z góry i tak sobie plusnęły, pojedynczych liści, może zeszłorocznych, może nie, może taki wystrój?

No mniejsza, jest sobie kołyska pełna wody, w której żyją ryby. Nikt ich tutaj nie przyniósł, ni wiatr, ni sztorm, ni rybne tornado. Nie mogły też tutaj wpłynąć, bo nie dość, że bardzo stromo i skaliście, to jeszcze wodospadu do wspinania się nie ma, więc… musiały się tutaj narodzić. Z jakiejś tam nicości. No przecież już były takie przypadki, nie one pierwsze, co nie? Może i nie ostatnie?

Wiedźma Wrona Pożarta naprawdę była zaskoczona ich głodnymi, wilgotnymi ślepiami, które się w nią zaczęły wpatrywać. W oną głębokość, ale i dziwny, mało nęcący zapach i jeszcze ten głód wyczuwalny dookoła, dziwny pochył brzozy opuszczającej liście nad ruchomym lustrem wody… wszystko to ją zaskoczyło, gdy wspinając się po skałach znalazła się za wysoko i zrobiło się jej nagle, ale i dość jak zwykle, po prostu mgliście i mdliście niedobrze. Gdy zapragnęła jak najszybciej znaleźć się na dole… przy morskich falach, przy onej świeżości, niskości, braku zawrotów głowy, choć lekkim powiewie morskiej choroby…

A tu nagle one.

Rybki, rybcięta, ryboczki… pomniejszone, zdegradowane syreny, które omówiły poddaństwa Wielkimu Trytonowi. Ogólnie mówiąc ostatnio zrobił się z niego taki stary świntuch, że chyba się im nie dziwiła. I te wymogi, że łuski mają być takie, nie inne, włosy zawsze rozwiane i kręcone, ale nie mokra włoszka czy inne chemie, makijaż dobrze oporny i tak dalej. Rozumiała. Ale te tutaj, nie dość, że wybrały kompletną niewolę, to jeszcze były głodne!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Milczące dziecko” – … koszmar. Koszmar inaczej zwany właściwie całym dotychczasowym życiem. Zło… które przecież pląsa nawet w tych miejscach, które zdają się być go pozbawione. Idyllicznych wioskach, onych wymarzonych, wszelakich wiejskich ostojach.

Tak, to wydarzyło się w takim miejscu. Wydarzyło… a potem nagle zatrzęsło wszystkim. Mały chłopiec zaginął, może zmarł, tak w końcu łatwiej myśleć, wszystko na to wskazuje. Problem w tym, iż powraca nastolatek. Dziwnie się zachowujący, ale to chyba normalne. Jednak matka… dziwna wrogość okazywana właśnie jej, bliskość mężczyzny. Nic nie tłumaczy tego, gdzie był. A on, nie mówi.

Nie może? Nie chce?

A może są inne powody?

Bardziej przerażające?

Książka jest poruszająca. Dobra, można się domyśleć o co chodzi, kto z kim i jak, ale obserwacja całej akcji, fabuła plącząca się w różne strony, zazębiająca się o wszelakie problemy, ludzi… przyjaźnie i miłości, kłamstwa i prawdy, a co gorsza, one półprawdy… ale przede wszystkim matka, której syn nagle nie kocha, a ona przez cały ten czas o nim myślała. Marzyła, kochała, czekała na więcej…

A przynajmniej tak to wszystko wygląda.

Bo co naprawdę jest prawdą?

Czy chłopak może kłamać? Czy wszystko może być ułudą? Dziwaczną podpuchą? Okrutnym żartem… a może wszystko jest prawdą?

Co bardziej was przeraża?

Dobra powieść. Może trochę oczywista, ale jednak niesamowita jeśli postawicie się w miejscu jej… matki. Genialna, jeśli przemyślicie jak bardzo okrutni, pojebani, pokręceni, chorzy… mogą być ludzie.

Znajomi.

Havgus i Eurowizja…

Havgus przewala się za oknem, toczy po ulicy, ale dziwnie nie przebija przez żywopłot. Czy szanuje moją prywatność, czy nie chce widzie tych dziwnych piosenek. no sorry, polityczny, patriotyczny obowiązek , to dopingować swoich. A mamy fajnych Wikingów. Cudnych nawet!!! Może walą o pokoju i tak dalej, ale jednak…

Havgus utrzymuje się właściwie od wielu dni, ale dziś wieczorem znowu zaatakował tak bardziej w skupieniu, tak gęsto. W pewnym momencie zawiało też i wszystkie, dokładnie wszystkie płatki z czereśni spadły… w jednym momencie. Niczym rzucony welon niewinności. Niczym porzucone marzenia. Niczym pragnienia niespełnione by zrobić miejsce dla braku wszelakiej nadziei. Jakby wszystko zmieniło się w jednej chwili. W sekundzie właściwie. Trochę to dziwnie dołujące, ale z drugiej strony, powtarza się przecież co roku. Powinnam być przecież przyzwyczajona, ale nie jestem.

Nie mogę.

Za każdym razem jest to takie dołujące…

Większość drzew wciąż nie odziała się w liściejowe garnitury, ale to nic. Chyba mają jeszcze czas. Przecież to dopiero połowa maja. Dopiero, a może już? Kto to może wiedzieć? No kto? Tylko ona, Matka Potężna Natura!!! Jak to wszystko pobiegnie? Kiedy świeżutkie, malutkie pyrki? No kiedy? A i cała ta reszta? Pola cuchną dziwnym czymś, więc może jednak lepiej przerzucić się na odżywianie słońcem, choć nie, ono też dziwnie ostatnio cuchnie, boli i parzy.

Bardzo mocno.

Lepiej popatrzeć na havgus, który nocną porą wygląda tak niesamowicie. Tak z całkiem innej bajki. Kłęby zdają się mknąć pod moim oknem, jakby wiedziały gdzie zmierzają. Gdzie się skupią, gzie zbudują swój nowy świat. Bo serio, czy ktoś poza, nadzwyczaj widać zboczoną Australią czycącą oną imprezę dziwnie i nadzwyczaj głośno, ogląda jeszcze oną Eurowizję? No dobra, dla Skandynawów to zło konieczne, ale reszta świata… chyba nie, co? Dlaczego wciąż to robią? Czemu i po co? Czy wciąż to czysto polityczna zabawa? Spoglądając na unowocześnione metody głosowania, raczej nie?

Może? Nie wiem…

I wciąż nie kumam Izraela w Europie. I dlaczego Izrael tak, a Palestyna nie? Polityka, dziwne strefy, czary mary? Lepsi i gorsi?

4000.

Tak, staliśmy się sferą 4000.

Jakkolwiek wielorako może się to kojarzyć, odpowiedź na one 4000 jest prosta. Jedne badania wykazały, że będzie nas właśnie o tyle mniej, inne znowu, że będzie nas o tyle AŻ więcej. I komu tu wierzyć? Najprawdopodobniej temu, który stał lub wciąż stoi, tudzież kuca, po środku. No wiecie… czy potrzeba nas więcej? Nie. Nie oszukujmy się ten ekosystem trudno znosi większą ilość osób. Ale pewno lepiej tego nie mówić, co? Czemu więc tak politycznie chcą nam wtłoczyć te ludzkie zasoby… no bo politycznie. Nie oszukujmy się, to jest miejsce, które im łatwo wykorzystać, obeżreć, zimportować warzywa i owoce, napitki i wszelkie przetwory, oraz zrzucić Turyściznę, by się wykąpała, nabrudziła, bo przynajmniej u nich nie ma problemów, a my… no właśnie, czy ktoś w ogóle rozumie jak działa Wyspa?

Ja nie.

Wiem jedno, to kruchy ekosystem, który mocno się męczy w okresie letnim. Bardzo mocno. Pewno, gdyby ludzie zachowywali minimum rozumowości, nie śmiecili, srali i wieszali toreb z gównami na drzewach, byłoby okay, ale… ten pet ciepnięty coraz częściej pod nogi. Ech, nie wiem. Pewno, łatwiej zrzucić to na młodych, ale sorry, akurat tak postępują starzy, którzy powinni być… MĄDRZEJSI!!!

A Wyspa?

Ta cała koszmarna wycinka drzew sprawia, że wkurw miesza się z łzami i… chyba już nie mogę. chowam się. Uciekam. Nie chodzę pewnymi ścieżkami, bo patrzenie na ten koszmar, na te trupki pieńków, na oną całą zabitą dzikość względną, to nie mogę. Nie mogę już. A przecież wiem, iż możliwym jest, że dotrą nawet w te miejsca jeszcze dzikie. Te, gdzie drzewa spadają i powoli próchnieją. Gdzie wszystko pokrywa mech, wielkie mrowiska szumią tak dziwnie, tak jakoś hipnotyzująco, że chciałoby się tam wskoczyć. Na amen. Niech człeka zjedzą, przynajmniej coś normalnego.

A z kości to dopiero jaka będzie pomoc naukowa!!!

Prawda jest jedna.

Fluktujemy. Wszyscy. I Wyspa i ja. Zmieniamy się, szaleńczo nawet, raptownie, może i męcząco… tyko czy na lepsze?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rybki Bezpozłoty… została wyłączona

Pan Tealight i Studnia Kiełkująca…

„Tak.

Właściwie wiecie, to była chyba w pełni, i zasłużona bardziej niż wybitnie, wina Wiedźmy Wrony Pożartej. Jej pudełko tekturowe z kolorowymi kwiatuszkami, obiecujące romantyczną, cudowną łąkę. I wiecie, złapali się na to, na ono pragnienie z przeszłości, chętkę mieli na dzikość i frywolność łachoczącą gołe nogi, na one biegania rosą skażone… no i jakoś tak to posiali. Rozrzucili je na świeżo poruszonej opowieściami ziemi, z której wyprowadziły się perze, trawy i pokrzywy. Aczkolwiek te ostatnie akurat wiecie, przeniosły się tylko pod lasek z tyłu Białego Domostwa, by nie przegapić tego, co się dzieje i dziać będzie… Jakby wiedziały.

Choć, czy pokrzywy nie wiedzą… wiecie, jak te brzozy i sosny…

No więc tak się zebrali, bo nasion sporo, pudełko jedno, więc porozdzielali je między siebie. Może i powinni byli zwrócić na nie uwagę, przypatrzeć się im lepiej, ale byli tak podnieceni samą wizją niesamowitej łąki pełnej kolorów, bzyczeń, dźwięków mniej lub bardziej opisanych i określonych, i barw skrzących i rosy zbieranej na mycie głowy mrówczej królowej i oczywiście zapachów… byli tak zaskoczeni tym, że mogą to wszystko mieć na zawsze, dla siebie tylko, jakby na własność, że nie przyjrzeli się im. Nie popatrzyli też na te, które upadły przy rozsypywaniu ich do garść, łap, skrzydeł i malutkich pojemników z liści babki polnej.

Nie zauważyli.

A przecież powinni byli… nie byli durną gromadą opętanych wizją wyznawców łączanej treści, ale tymi, którzy mieli marzenie. Choć może i byli tak naprawdę opętani? Choć może? Bo przecież miało być tak wiele. Miało być wzrastanie powiązane z czekaniem nie do końca tak słodkim, rozpoznawanie gatunków, nazywanie tego, co nieznane całkowicie, przypominanie tego, co gdzieś tam jarzyło się w śmieciowym DNA każdego z bytów tego miejsca…

Ale to?

Miały być kwiaty, pszczółki i cały ten jazz, a skończyło się na tym, że wysiali pole pełne studzienek. Wszelakich studzienek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szeleszczące liście, takie dziwne, takie suche… całkowicie niepasujące do tego, co wzrasta gdzieś nad nimi, bo przecież i pnie takie nagie dołem, dziwnie odkryte, a jak podniesiesz głowę, ten błękit, ta słoneczność, przenikające ciepło i jasna, świeżutka, niewinna zieleń. Jeszcze niewinna… ale i niejednorodna. Bo przecież nie każdemu zielonemu zwykły zielony, innym trochę bardziej zielony innym trochę mniej, a jeszcze innym dziwnie rdzawy, czerwonawy, winny nawet…

Są takie miejsca na Wyspie, gdzie las to pustka dołem i szeleszczenie. To dziwna otwarta przestrzeń, ale tylko dla tych nader niskich. Jakiś krasnali raj… a może po prostu miejsce, gdzie liście, te zeszłoroczne odpoczywają i prowadzą wszelakie nauki dla swoich potomków? No wiecie. Przedszkole, szkoła, a może i uniwerek? Kiedy tak naprawdę znikają? Kiedy do końca się rozsypują? Kiedy w końcu zmieniają się w siateczkę idealnych otworków, która zdaje sie być skrzydłem zapomnianym przez jakiegoś elfa… wiecie, kupił sobie nową parę i już nie chce tych starych.

A może… może to coś innego?

Ale co?

Dziwne są takie miejsca.

Jakby żywcem wyjęte z innego świata. Poukładane, niedopełnione. Takie wzbudzające urazę w moim horrorze vacui, który budzi się nagle i czuje się doprawdy głęboko obrażony. Jakby mu i matkę i babkę ubili, ale zapomnieli o onej wielkiej, cholerycznej teściowej. A takową ma. On, nie ja. Bo w końcu człek w sobie ma tego tyle, że czasem mu się wydaje, że jest tylko pojemnikiem na różne pomysły, marzenia, ale i, co dość przerażające, też i osobowości… i gdy tak staje w takiej pustce, one nagle wyłażą i domagają się uwagi. Jakby ona leśna, czy raczej wielkozagajnikowa, pustka dawała im silniejszą wolę.

Moc przebicia…

I ten zapach.

Zapach jesieni, który widać w ogóle w tym roku jakoś nie chce mnie opuścić i kamień, który się na mnie znowu patrzy. Łaknący smalcu, masła i słodyczy, a może tylko i wyłącznie krwi? Modlitwy, zaklęcia, dotknięcia i ofiary. Może tylko ofiary z opowieści, wyszeptanej historii, która będzie od tej chwili należała tylko do niego. Serio, gdy człek wsiąka w ryty naskalne, a dokładniej w one bardziej brązowe, czy też wcześniejsze próby wszelakiego opisania świata, lub tylko zaznaczenia świętości miejsc, sacrum-profanum, to jakoś rozumie to wszystko. Problem w tym, że rozumie mocno inaczej. Bardzo inaczej. Nagle logicznym jest piorun, kora, kamień, a nie nauki wpojone, nowoczesne wejrzenia w głąb wszelkiego jestestwa, nagle najlogiczniejsze jest zwątpienie i poukładanie sobie rzeczywistości od nowa.

Ale z zachowaniem współczesnych utensyliów higienicznych.

Oj bardzo!!!

Ale, to jednak wiosna, prawda… idąc plażą w stronę Balki, tudzież właściwie Balką do Balki, człek jakoś nie ma wątpliwości. Ilość Turyścizny na to wskazuje wyskokowo. Niektórzy nawet próbują wejść do wody, ale szybko uciekają. Za to łabędzi zatrzęsienie. Jakoś tak lubią na końcu Snogebæk sobie gniazdować, prać się i tak dalej. Czasem wyglądają jak dzicy, biali spiskowcy, sekta jakaś, która chce powiadomić o końcu świata, ale wciąż się waha. Albo lepiej, jacyś Świadkowie Wszelkiego Istnienia chcący uświadomić nam naszą małość, ale zdumieni głupotą rodzaju ludzkiego milczą… nieme łabędzie. Aczkolwiek syczące i atakujące.

Lepiej je zostawić, niech se spiskują.

Idźmy dalej.

Choć troszku dość naturalnie śmierdzi, bo i wodorosty i niski poziom wody. Wiecie, właściwie dziwne to, ale po raz pierwszy idę tą częścią plaży. Jakoś tak nie przepadam. Piasek tutaj nie tak fajny jak na Dueodde, a i ludzi cała masa w sezonie, no i płasko tak, w oddali Nexø, no i jakoś tak dziwnie. Ale w końcu musi być t piewrszy raz. jeszcze kwitną ostatnie owocowe drzewa i krzewy wszelakie, puchate pierwsze liście bawią się z wiatrem i nie wiadomo czy się zapiąć czy rozpiąć i w ogóle…

Słońce świeci mi w tyłek, więc przynajmniej tam ciepło.

Po prawej woda, po lewej garść domów na sprzedaż. Jakby ktoś był zainteresowany to kilka milionów minimum. Serio, jak chce się coś dobrego i ciekawego. Albo może grunt kogoś zainteresuje? Ktoś chętny na drewniany domeczek? Może jakieś preferencje? Bo widzicie, plaża zaorana… no dobra, pewno raczej pociągnęli broną i sprzątnęli wodorosty, ale wygląda jakby ktoś chciał sadzić. Może parasole, może maty, może dmuchane materace, a może tylko drzewka ręcznikowe? No wiecie, w końcu to przecież plaża, więc trza tematycznie. Nawet nie wiedziałam, że to tyle drogi takie iście. Idzie człek i idzie, te rysy na piasku coraz głębsze, nic nie kiełkuje, kaczki za to bawią się w najlepsze, łabędzie zostały w oddali…

W końcu docieramy do maciupkiego, podzielonego na dwie części ale i murowanego portu. Bardzo cuchnącego. Sztorm by im się serio przydał. I to sporawy, na przeczyszczenie. Kilka kamiennych, rybackich domków, a potem droga z powrotem, na parking. Między domkami letniskowymi mniej lub bardziej. Staruszkami i wypasionymi nowymi. Tymi prusomurowanymi i tymi zwykłymi, wiecie, jak to mawiali: komunistycznymi klockami. Ale są i takie mikroszałasy, że człek się zastanawia nad gabarytami tych, co tam sypiają. Ale i ville wszelakie z ogromnymi, wystrzyżonymi ogrodami. Najlepsze są oczywiście sosny strzelające szyszkami. Cudowne, pachnące. I te drzewka wszelakie kwietne i jeszcze względna cisza, choć Niemców masa.

No jak najazd jakiś! Sporo z nich przyjeżdża w miejsca znane, nawet swoje własne, inni znowu szukają tego, co wynajęli i gubią się w plątaninie ścieżek. Tu i tam skowronek, kosz, czasem szpak. Wrony oczywiście. I jakaś taka dziwna żarowość od tej betonowej ścieżki we mnie bije Piasek był jednak lepszy. Ale wrócić człek chce inną drogą. Obok domku z niebieskimi drzwiami i okiennicami, ale i czerwoną skrzynką i wiatraczkiem za deskowym, białym płotkiem.

Za tulipanami, zdechłymi żonkilami…

I nagle syreny się podnoszą i tyle ze spokojności względnej. Sięgasz po internet i po chwili wiesz co się pali… a raczej co się już prawie spaliło. Szybko poszło. Czy przypadek czy jednak za ubezpieczeniem? A może to jednak u nas taki sezon, bo co roku się dymią? Nie wiem, ale dźwięk syreny jest tutaj tak rzadki, iż zdaje sie być krzykiem uwięzionego gdzieś, smutnego, rozgoryczonego, niechcianego ale pięknego, egzotycznego ptaka. Miał spełniać życzenia, ale nie ta opcja, a samego piękna nikt nie chce… więc tak krzyczy. Rzadko, ale jednak wciąż próbuje powiedzieć, że wystarczy poprosić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Studnia Kiełkująca… została wyłączona

Pan Tealight i Arka Zwątpienia…

„Niewielka.

Właściwie tak bardziej rzeźbione pudełeczko, niż coś na kształt wielce czczonej skrzynki. Coś, co łatwiej schować, udawać że jest czymś innym, a może jednak tylko mu schlebiać, przy obcych twierdzić, że przecież to nic takiego. Żadnych bogów, żadnych za i przeciw czy też wszelakich: później będzie niebo… za to wiele wszystkiego. Dziwnych pytań, dociekań, wszelakich wykresów, ramek, tabelek. Za i przeciw, po co i na kogo, dla czego i dla kogo, w jaką stronę…

Może i malutka?

Może i naprawdę zbyt niska, nieszeroka…

Ale jednak Arka.

Coś, co musi istnieć, by mogło istnieć coś innego, coś, co wielu uznało za tajemnicę wielką, największą, wyjaśnienie religii, wiary uprawomocnienie i topienie ryjów nazistowskich. No co, Arka Zwątpienia kochała Indianę Jones’a. Wolno jej było. W końcu była sobą, a nie tylko i wyłącznie nośnikiem swojej zawartości, a gdy jeszcze się wcielała, umacniała w prawie człowieczym kształcie, była z niej całkiem porządna ciotka. Wiecie, taka jeszcze niestara, ale też i już niemłoda. Taka, która straciła większość nadziei, ale i umocniła się w wierze w samą siebie… I ona to wszystko miała. Na zewnątrz. Razem z czarną kurtką z ćwiekami i wąskimi portkami, lekko przetartymi na kolanach. Z tlenioną burzą włosów… i tym nadmiernym zapachem perfum, które rozsiewała. Z tym makijażem, lekko za mocnym, a może tylko przedawnionym. I tym uśmiechem, który nigdy do końca nie był pewien siebie. Wiecie, taka babka świetna, do rany przyłóż, co wysłucha, nie będzie oceniać, bo swoje przeżyła… z tymi wielkimi kolczykami, złotymi, rzucającymi dziwne refleksy na jej pudrowaną twarz…

Nie, w tej formie Pan Tealight nie mógł z nią przebywać. Nie, kompletnie nie, i w ogóle naprawę nigdy. Po prostu. Chociaż był przy jej narodzinach. Patrzył, jak wtłacza się w jej wnętrze to wszystko, co odbiciem jest teraźniejszości, przyszłości i przeszłości, spoglądał na Innych Mistrza, który zdobił jej ciemne wieczko w misterne tatuaże, dziarał one kropeczki, kreski, zawijasy, kwiaty i oczy, języki, uszy oraz wszelkie bestie o pokręconych łapach i ogonach zwodniczo łagodnych. Który dodawał złocenia, teraz pociemniałe lekko… jakoś, choć był jej Oficjalnym Strażnikiem, to jednak nie mógł, nie potrafił przebywać z nią jako… kobietą.

Gdybyście tylko słyszeli, jakie ona świńskie żarty opowiada!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kredziarz” – … niezły. Zaskakująco niezły. Choć znowu zgadłam kto co i jak, to jednak… No i ta oprawa, ona powieść w czerni niczym znienawidzona szkolna tablica baziana cuchnącą gąbką.

Na naszej głównej księgarni właśnie reklamują tę powieść. Kredowe ludziki wspinają się po szklaności wystawy, do tego linia, tytuł, autor… wszystko takie skromne, a jednak przenikające. Tchnące onym pyłem, oraz dziwnym poskrzypem, gdy trafiła się kreda z gatunku niepylących. Pamiętacie te wynalazki? Niebrudzące kredy piszczące koszmarnie!? Ale przecież to nie o tym. Nie o zabawach dzieci, graniu w klasy, ale o zbrodni.

Przeszłości, która niczym w „It” wraca po latach.

Oj tak, podobieństwo w układzie treści jest znaczące, ale nie znajdziecie tutaj klauna. Ni legendy. Raczej zbrodniarza, który zbyt długo się ukrywał, i który w końcu winien ponieść karę. Ale kto nim jest? I czy przeszłość nie jest zbyt zamazana? Czy nie upłynęło zbyt wiele czasu? A może, może wszystko jest tak naprawdę aż nazbyt, zbyt boleśnie oczywiste i lepiej tego ni ruszać?

Tylko, gdy przybywa zwłok i duchów… chyba już nie można.

Powieść jest dobra.

Inteligentna, wciągająca, kłująca mocno czytelnika wspomnieniami własnego dzieciństwa – ekhm, jeżeli oczywiście oscylujecie w granicach potrzydziestkowych chyba? Ha ha ha! Ma bardzo dobrze nakreślone postacie, ujawnia oną dziecięcą naiwność nagle zniszczoną, rzuca nam w twarz ono zbyt szybkie dorastanie, wprowadza śmierć. Z jednej strony tak zwyczajna, z drugiej…

Naprawdę warto!!!

No i wolne.

Czy już wspominałam, że Dania bardziej święta od papieża? Mimo protestanckich napadów jednak do końca pozostała przecież pogańska, a jednak, kurcze, jednak święta wolne od pracy to te kościelne. Strasznie to intrygujące. Ale co tam. Dają wolne, to przeca głupio nie brać, co nie? Pogoda ma być podobno zmienna, no ale, tutaj jest zmienna cały czas. Dziś na przykład różnica temperatury między jednym a drugim końcem Wyspy to 18 stopni!!! No ale co tam… ja wolę chłodek.

Słońce wali jak szalone już drugi tydzień i przyznaję, że go nie rozumiem. Rąbany showman. Płacą mu, czy jednak naprawdę jest oną okrutną siłą, która pragnie zniszczyć ludzkość? Bo tak serio, niby mówią o nadmiernej aktywności słońca, ale mówią skąpo, za to o tak zwanej dziurze ozonowej przestali… chociaż, czy ja ich słucham? No wiecie, tych co mówią? A może teraz tyle tych coachów życia, że po prawdzie nikt już nie wie jak postawić zwyczajowy krok dalej?

No nic… wolne!

Czyli jak ja to mówię Wielkie Wniebowpierdnięcie. No sorry, życie codzienne w trzech językach sprawia, że człek śmieje się ze zbyt wielu rzeczy. Bardzo logicznych dla innych, ale nas… zabawnych. Zresztą „fart” w duńskim ma tyle znaczeń, że wiecie, ekhm, da się z tym coś zrobić nie tylko po angielsku.

No ale… wolne!!!

Co prawda tylko w czwartek, ale napływ ludności pozawyspowej został odnotowany, więc możliwe, iż spora część wzięła sobie wolne w piątek, albo wiecie, odpracują sobie to później. A może w ogóle. Podobno ludzie po czterdziestce powinni pracować tylko 3 dni  tygodniu. Hmm, no ja nie wiem, ale jak to tak, znaczy co mam robić, gdy nic nie mam robić, bo jakoś do mnie ten etos dnia wolnego w ogóle nie dociera.

No kompletnie, sorry!!!

Spacer! Tak, to zawsze działa, a praca po drodze! LOL Może nie natknie się człek na Turyściznę. A przynajmniej te jej głośne odłamy… gdaczące, krzyczące, śmiecące i wszelako wkurwiające.

Spacer…

Bo choć czwartek może lekko chłodny, ale wiecie, słoneczny i jasny, to szkoda skurczybyka zmarnować jakoś… tylko gdzie iść?

Coś zobaczyć znowu, w innej pogodowej odsłonie, czy może jednak znaleźć coś, co jeszcze nieoglądane, niemacane, niepoznane? Bo przecież wciąż mam chyba jeszcze jakieś tutaj takie miejsca. No musi być coś jeszcze, czyż nie? Musi musowo!!! Chociaż, może jednak zostać tutaj, w domu, pod czereśniami, które łkają białymi płatkami zmieniając mój zielony trawnik, w którym więcej mchu niż trawy, w coś na kształt wypasionego dywanu dla celebrytów.

Ale takim, po którym tylko ja mogę sobie połazić… choć czekajcie, może nie boso, bo jednak mrówki, kleszcze i tak dalej. Ech, te choroby odbierają człekowi każdą radochę. No nie, może jednak się skusić? Może? Albo wyjść… na plażę, między głazy, na klify, w górę, między drzewa… albo na skały, na gołe one, w ruiny wszelkich domów pozostawione przez one mityczne olbrzymy, czy też nad rzekę, ale jeśli tak, to którą wybrać. Jak wybiorę tę, to inna będzie zazdrosna i tak dalej, więc jak wszystko i wszystkich zadowolić? Może jednak miasto? Architektura i te sprawy? Albo wiecie, jakaś tam wyprawa do przybytku wszelkiej muzealności? Ech, chyba nie, w końcu większość albo droga albo zamknięta jeszcze, albo zwyczajnie głupio się tam czuję.

To co robić z oną wolnością dnia wolnego?

Przespać?

Szkoda jakoś. Za jasno. Za słonecznie… za bardzo denerwująco. Nagle człeka jakaś mania opada i nie, już wie, że z tego dnia nic nie wyjdzie. Musi sobie jednak z nim poradzić, bo dzień właśnie się zaczął. A człowiek choć zmienna istota, to jednak też i dziwnie podatna na naturę…

… więc może znowu w las?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Arka Zwątpienia… została wyłączona