Pan Tealight i Duch Empatii…

„Ogólnie mówiąc namotało się tych duchów ostatnio na Wyspie. Serio, nie wiadomo dlaczego tak je tu garnie, no ale. Jak już są, to niech se będą. No przecież nikt ich nie będzie wyganiał, czy coś w ten deseń. Zresztą, takie egzorcyzmy, to raczej nie na obecne siły Wiedźmy Wrony Pożartej, to raczej nic z tego…

Ale ten akurat był… trochę zdechły.

Nie no, oczywiście, iż wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że duch to jednak duch, no wiecie, taki raczej duchowy nie cielesny i tak dalej. Ale z tym naprawdę było coś innego. Nie chodziło o to, że był nieruchawy i zwisał z brzózki wiedźmowej niczym jakaś tam plastikowa torebka, nawet nie chodziło o to, że seryjnie było wymiarów mikro bardziej, niż ludzkiej postury, ale… widzicie, nie można było z nim pogadać, ni go pobujać, ni nawet przenieść gdzieś, bo jakoś brzózka zdawała się być jego i nie chciał jej zostawić. Na szczęście Chatce Wiedźmy to nie przeszkadzało, więc dyndał tak sobie całkowicie i mikrowymiarowo zdechle…

Wiedźma Wrona Pożarta obrała sobie za punkt honoru, by dokładnie i profesjonalnie zbadać ten byt, ale tak naprawdę od początku zaczęła traktować go jak pluszowego misia, wszelaką zabawkę, przytulankę, przyjaciela i tego tam, wiecie, no osobnika, któremu się zwierzyć można i który, choć słucha, to innym nie rozgada, więc… marnie jej szło. Ale wiecie nie poddawała się…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A już myślałam, że o suchym pysku będę… ale nie, na szczęście będzie co czytać!!! HURRRRRAAA!!! Cudownie!!!

Maki…

Jest sobie takie pole rzepakowe, które oczywiście już dawno zmieniło się w zielone, nie ma w nim nic żółtego, zwyczajnie jest takie może mocniej zielonkawo-pożółkłe niż zielone, raczej rzadkie i suche dołem… nic interesującego, a jednak.

A jednak w pewnym momencie pojawiły się w nim maki.

Wielkie i krwiście czerwone.

Ale takie wiecie, ciężko krwiste, takie żelazisto niesamowite. Ogromne. Początkowo było ich niewiele, ale z czasem zaczęło ich przybywać. Jakby miały jakąś misję do wykonania, tudzież brały udział w castingu do kolejnej ekranizacji „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Pewno, że nęciły moją fotograficzną duszę. No ale kilka, no dobra… potem jedziemy dwa dni później, pół pola, pewno, że idę… aż w końcu, kolejny dzień, bo przecież człek jeździ teraz opłotkami przez te postoje, przez te święta, przez wszelakie remonty, no i tak trafia na takowe cuda. Na czerwone pole. Rozlaną krew, zasypiające lwy, odbieraną odwagę, wszelakie zmienności.

Cudowności, zapytania, brak odpowiedzi.

Gdy świat nagle przestał mieć pola makowe, z wiadomych, narkotycznych powodów, to jakoś tak zaczął się nad tym wszystkim zastanawiać. Że wiecie, że jakoś tak to wszystko jest nie fair. Że jedni gotują kompoty, a inni znowu nie mają już pól, z którymi związane mają wielkie sentymenty. O których marzą nocami… no i sam mak. Dlaczego? Oj pewno, że od mleczka makowego można się uzależnić, ale czy współczesność nie ma lepszych dragów? No serio? Może więc warto przywrócić makowe pałki? Kwiaty, a potem muzyczne cudowności? Może warto? Bo tak bardzo za nimi tęsknię?

Może warto?

No ale… gdy tak człek stoi w onej czerwoności, dziwnej, sztucznej, jakiejś takiej nie do końca znajomej, to czuje się prawie jak w Biblii. Jakby miał przepowiedzieć jakąś zagładę, czy coś? Jakby w końcu został namaszczony na proroka, chociaż serio wcale się na to nie pisał i wie, jest tego pewnym, że kasy z tego nie będzie. I nagle to całe piękno, ta czerwień, błękit nieba i żrące słońce ma jakiś sens. Że to wszystko jest tutaj tylko po to, by to podziwiać. By uczyć się mieszać farby, by doświadczać piękna, by na nowo poznawać maki, by fascynować się tymi ich włochatymi środkami i onymi fascynującymi malunkami… Bo kiedy ostatnio widzieliście maki? Te większe, ale nie wielkie? Wiecie, że one tam w środku, w miejscu, w którym stykają się z nastroszonym, choć gubiącym włoski, pręcikiem, to mają takie biało-czarne barwy…

Takie wojownicze…

Morze znowu.

Bo trzeba.

Co jak się ono morze skończy nagle?

No i maki są po drodze do morza, więc dlaczego nie. Zresztą, co rusz tam jesteśmy, na plaży, to ciągle wody mniej. Wielka łacha, na którą można się wdrapać zaczyna być coraz suchsza i to jest dziwne. Woda co prawda chłodna, ale nie zmarzliwa, więc kąpiel cudowna, toń całkowicie i niesamowicie przezroczysta, piękna i zapachowa, ale… wciąż człeka to wszystko zastanawia. Tego jeszcze nie widział. By morze tak uciekało… Tak się oddalało od plaży, jakby naprawdę nie chciało mieć nic wspólnego z tymi ludźmi, a może i statkami, które oczywiście wzmogły przy braku fal swoją pływalność. Tyle ich na horyzoncie i bliżej, że człek czuje się taki…

… najechany!!!

Ale pływa.

W prawo, w lewo, jako jeden z niewielu młóci te maciupkie fale łapkami, by po prostu się tym nacieszyć, by zwyczajnie wiecie, na chwilę poczuć się na jakiś wakacjach, przestać wglapiać się w komputer, zwyczajnie jakoś tak pobyć gdzieś indziej, no wiecie, poudawać zwyczajnie, jak co roku. No i jeszcze sobie połazić po lesie, po szyszkach, powdychać ten jedyny w sobie, żywiczny aromat, bo może i niedługo do lasów nam wstępu zabronią? Jak nie zacznie padać.

I jeszcze ten Folkemødet…

… znowu kłótnie o przeprowadzkę imprezy. Jak co roku ludzie się żrą, czy to dobrze, że Wyspa, czy jednak niedobrze. Tak w ogóle, to nie mam pojęcia czy oni w ogóle cokolwiek tam uzgadniają, bo unikam spędów ludzkich wyraziście, no ale… wiecie jak to mówią, taka tradycja i tyle.

Każdy kraj jakąś ma.

PS. Z ostatniej chwili. Zabronione jest grillowanie, ogniska i wszelkie użycie otwartego ognia. Czyli oficjalnie Sct. Hans w Gudhjem został odwołany. Jakby kurcze nie mogli bez tego ognia, no serio? Nie no, rozumiem, że to ognisko cały ten marsz z pochodniami, ale nie można inaczej? nie wiem, pobawcie się, ponieście sztuczny ognień, potańczcie, popijcie, no jakoś tak na sucho, bezogiennie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Empatii… została wyłączona

Pan Tealight i Duch Nieśmierci…

„Istniał.

Zapomniały, lekko skostniały omszały, ale istniał. Wiecie, w końcu jak śmierć miała swojego Ducha, to dlaczego Nieśmierć miała być gorsza. No błagam, Polityczna Poprawność się kłania… choć po tym, jak Wiedźma Wrona Pożarta skopała jej dupsko to często chodziła skulona, więc może się nie kłania, ino wiecie, tak jej już zostało? Bo Wiedźma Wrona miała jej tak dość, że postanowiła się prawom nie kłaniać i ogólnie w końcu wyrazić swoje zdanie…

… ale miało być o nim.

O Duchu.

Szczuplutkim, niziutkim, bardziej homunkulusie, niż człowiekowatym, którego wpuściliby do knajpy. Nawet tej, która wpuszcza wszystkich i tak dalej. No więc był on, zakutany w stary sweterek, w krótkie spodenki i buciki mocno rozchodzone, ale nie żeby nie mógł mieć nowych, po prostu te lubił. Wiecie, taki tam uniform do pracy. No i unosił się… nie chodził. Można by pomyśleć, więc po co mu te buty, ale każdy przecież ma prawo do jakichś sekretów, co nie? I tak chodzili po Wyspie. Razem. Nieśmierć i jej Duch. Ona niepotrzebna, przez wielu uważana za nieistniejącą i on, który już w ogóle właściwie nie powinien egzystować.

Ale byli… byli gdyby ktoś ich potrzebował.

Byli dla balansu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Śpiące królewny” – … nie. No nie, po prostu kompletnie nie. Po pierwsze ta powieść nie jest zgodna z biologią, czy zachowaniami społecznymi, a po drugie…

Serio?

Okay. Na świecie znikają kobiety. Niby tylko zasypiają, ale wiecie, jakby ich nie było, niejedną maluczką duszą i tak dalej. I co robią chłopy? Szaleją i się napierdalają. Zaczynają mordować, bawić się, ogólnie… odczłowieczają się. Jeżeli jeszcze można używać takiej definicji jak „człowiek”. W tym czasie pojawia się też dziwna osoba, kobieta, która może zasypiać. I oczywiście są tacy, którzy pragną władzy nad nią i jeden, który chce jej chronić i tutaj… sprawa się rypie. Mocno. Nawet jak uwzględnimy i drzewo i Biblię i cały ten szajs, to wciąż nie ma sensu.

Ona nie ma sensu.

Bo czy miała dać kobietom wyzwolenie?

Czy miała im pomóc, czy może jednak zmusić je do przemyślenia pewnych spraw? A nawet jeżeli nie, to sorry, ale wkracza tutaj nieubłagana biologia, która szybko w jednopłciowych społeczeństwach naprawia sprawy. Tworzy byty obojnacze, rodzi męskości… a jeśli nawet to pominiemy, to przecież jak to, od kiedy w babach brak wściekłości? No serio? Ktoś je wydrenował z hormonów, czy co? Moja najukochańsza kwestia… kto wychowuje facetów? Matki, czyż nie, więc czy to nie one ponoszą winę za ono męskie zło? Dlaczego brak tego stwierdzenia?

Nie.

W tej powieści nic nie ma sensu, poza tym jest nieprzemyślana i przewidywalna, a przez to strasznie nudna. Mdłe postacie, poza kilkoma, strasznie mnie drażnią i już przypominam sobie dlaczego Kinga nie czytam. Ale widzicie, potomkowie Kinga są nieźli i dlatego się skusiłam. Tym razem zaliczając glebę…

Folkemødet.

No więc się zaczyna. Oczywiście, na początku tylko nowe pasy na drodze, dziwna cichość w Allinge i Sandvig. I te białe namioty. Kompletnie wszędzie. Jakby przeszło jakieś tornado, czy też raczej rąbana apokalipsa i byli gotowi na przyjście ocaleńców. Jakby wszystko to zmieniło się w jakąś wioskę post apo.

Naprawdę.

Wiem, że spora część ludzi się wyniosła gdzieś indziej, gdzie się dało, wzięła na te kilka dni wolne i ogólnie mówiąc chce uniknąć onego piekiełka logistycznego. Ci bardziej przedsiębiorczy z Allinge oczywiście powynajmowali swoje domy i mieszkania, i na te kilka dni przenieśli się do jakichś klitek. To im się naprawdę opłaca. Bilety na prom wykupione, więc jakby co, to tylko wpław, ale raczej nie polecamy. Chociaż z drugiej strony poziom wody w morzu tak niski i coraz bardziej niski, że zaczynam odczuwać dziwny strach podświadomy lęk, że ci wszelacy wariaci, którzy gdzieś mają ono nasze małe środowisko, nas sfajczą. Niby nie wolno palić ognisk, więcej, zakazane są też od teraz grille. A kary za nieprzestrzeganie onych nakazów są wielkie. Jednak, czy przyjezdni w ogóle się im poddadzą…

Bardzo możliwe, że nie, więc się boję.

Tym razem, po ponad dwóch miesiącach bez opadów chyba w końcu do wszystkich dotarło jak jest źle. I już nawet nie chodzi o trawniki, bo przejeżdżając Wyspę widać, że ludzie mają to wszystko gdzieś. Niektórzy próbują chronić swoje ogródeczki, pojedyncze roślinki chociaż, ale… malwy odmawiają współpracy. Są albo niziutkie, albo nie ma ich wcale. Nie ma kwiatów zwykle towarzyszących trawom. Więcej, nawet same trawy nie są jeszcze pokoszone wzdłuż dróg.

Jakby wszystko to już nie miało sensu…

W lesie ptaki są dziwnie zaspane.

Na plaży dwie pliszki kręcą się w kółko starając się przetrwać, ale i dla nich to, że mogą stanąć na kamieniu zwykle podwodnym, jest chyba dziwne. Jednak nie przejmują się tym. Bo przecież co mogą zrobić. Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża widać tylko skał. Skały nieznajome, skały poszarpane, skały dziwnie niegładzone. Skały… które nagle stają się nowością. Nowym wybrzeżem. Nową linią brzegową. Czymś, co wyznacza nowy świat. Ale czy na zawsze, czy tylko na chwilę?

Na chwilę suszy?

Spacer…

Chodźmy na spacer, serio. Tak by nie myśleć o palącym słońcu i o tym, że po powrocie trzeba będzie podlać zioła i jeszcze kwiatki może kilka drzewek, bo te tez już wyglądają coraz gorzej. Trawa niech sobie schnie. Jest nie do uratowania. A może raczej, po prostu, wiecie… może raczej nie stać nikogo na to. W końcu woda jest w cenie. A co, jeśli jak na Lesø sól nam przejdzie do wód podziemnych? Nie no, nam raczej nie przejdzie, przeca jak, przez granit? No weźcie no… ale jednak. To wszystko nagle ogarnęło całą Danię i jest coraz gorzej. I jakoś nikt nic nie wie. Wiecie, natura. Może warto sobie w końcu uświadomić, że z naturą nie warto ni zadzierać ni jej kopa w dupsko.

Jedno, co wielkie z tego wszystkiego, to to, że pobijamy wszelakie rekordy. Najpierw najcieplejszy maj, a teraz najsuchszy i maj i czerwiec. Czyli ogólnie, od 10 lat nie było tak źle. Ciekawe… Przecież to jednak wyspy. Kraj składający się z kawałków lądu i wielkiej morskiej dostępności, więc na pewno można się tego spodziewać, co nie? Wiecie, te ruchy powietrza i ogólna ludzka bezmyślność… na pewno się mszczą.

Tylko teraz, do którego z bogów się zwracać?

Polecacie Odyna, Thora, czy Freja i Freję, a może… tego najpiękniejszego? No wiecie. A może jednak należy złożyć ofiarę komuś nieznanemu, czy coś? Zawsze warto spróbować, ale po tym, jak naoglądałam się dokumentów o Czarnej Śmierci, to jakoś tak, wiecie, zbyt jestem przerażona. Czy ludzie obecnie są za leniwi by przeprowadzać samosądy? By złożyć w ofierze rajcowną sąsiadkę?

I gdzie tu znaleźć takową?

Serio?

Ale miał być spacer, a taki fajny zaplanowałam.

Wiecie, od ruin do portu, Spokojny, z widokami, owczym zaśpiewem, w oddali Szwecją się wiatrakami kumulującą, ze wszelkimi statkami i różnorakimi monsterami pływalnymi… może jeszcze zdążymy, co? Bo oczywiście idziemy na czas. Nie ma zmiłuj!!! Chcę zobaczyć zachód słońca. Oną kulę zanurzającą się w morzu, one kolory na niebie, wszelaką przemijalność, więc przyśpieszmy. Walić ruiny fortecy, szybko przez lasek, potem w dół drogą. Żadnego skręcania nad jeziora, bo tam skały zasłonią wszystko. Nie, nie, nie, szybko w dół, bo zachód nie będzie na was czekał. Oj nie… a właściwie już się zaczął, na szczęście już doszliśmy do małej plaży, cichego portu, kilku aut, głównie miejscowych, kilku osób, które czekają… siedząc na rozgrzanych kamieniach czekają.

I wszystko najpierw wygląda bardzo mało obiecująco.

Serio.

No po prostu żadnych chmur, słonko jakieś takie mocno mdłe… ale z czasem zwykła, jasnożółta kulka się zmienia. Zakrywa się chmurami, które wyglądają jak brązowawe pazury. A potem nagle wszystko się miesza. Jakby nagle, gdy mrugnęłam jakiś porąbany malarz, z dziwnie dziurawym i poszarpanym pędzlem pomazał niebo. I wszystko jest niesamowite. I błękitne i niebieskie i fioletowe, i pomarańczowe i żółtawe jeszcze, i białawe i jeszcze perłowe takie… i ta woda, w której to wszystko się odbija i przedszkole maciupkich, włochatych kaczuszek przepływających ono płynne złoto…

Takie to wszystko po prostu piękne.

Zwyczajne ale i tajemnicze. I jeszcze te mazy, które pojawiają się po tym, jak słoneczność opuści tę część ziemi… takie cudowne. Takie ostre, smocze, ogniste. Takie szalone… nie możesz po prostu jechać i się gapić, więc się zatrzymujesz i patrzysz. Bo zimno wygnało cię już z portu. No niestety… noce tutaj są wciąż trochę chłodne. Za co jestem naprawdę straszne wdzięczna. I te kształty, te odcienie, ono całe szaleństwo. Te barwy, te przenikania i ten błękit oraz jasność morza.

Biel właściwie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Duch Nieśmierci… została wyłączona

Pan Tealight i Havgus Innostronny…

„Innostraniec.

Jakieś dziwadło, a może jednak zwyczajowa mutacja? Nikt nie wiedział, a ci co wiedzieli, nie chcieli się do tego pewno przyznać i tyle. Wiecie, zawsze dobrze mieć jakieś tajemnice w zanadrzu, szczególnie, że czasy są takie niepewne, ludzie znowu zwalają się na Wyspę i nie dbają o wszelakie świętości, a susza… no tak, ta się ma aż nazbyt dobrze i doprawdy kwitnie we swych wszystkich aspektach.

Ale gdy tego dnia jedli obiad, przy oknie, wiecie, każdy tak jak chciał, jedni na krzesłach, fotelach, dywanikach czy ścierkach latających, inni na parapecie, u powały, zawieszeni, bujając się dla wzmocnienia trawienia… Pan Tealight jak zwykle przy stole, Wiedźma Wrona Pożarta jak zawsze nie jadła tylko piła kolejną cuchnącą herbatkę… Ojeblik – mała, ucięta główka chłeptała z malowanej filiżanki jakąś zupkę obok jej nogi… Mikołaje zwinęły się z kociołkiem do siebie, Smok wiadomo, w kominie, a znowu Księżniczki i Królewny, co z Wiedźmami jakąś nową i wielce innowacyjną dietę kombinowały, na pocieszenie przed jej rozpoczęciem, wpieprzały za Zasłonką już trzydzieste opakowanie lodów pistacjowych.

Niby byli zajęci, ale go zauważyli.

Mglistość oną.

Zimność wilgotną, wszelaką szarość i dziwną niesforność krawędzi i kantów, która jednak nie szła od morza, ale do niego. Widzicie, zwykle było odwrotnie. Więcej, zawsze było odwrotnie, więc… ale z drugiej strony morze przecież było wszędzie, więc, może po prostu się zapędził… no a oni mieli obiad, więc postanowili się tym kompletnie nie interesować zadowoleni tym, że choć na chwilę słońce się schowało.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dwa razy…

Dwa razy znowu walnęło i oczywiście znowu nikt nie wie o co chodzi. Sejsmografy nic nie wykazują, ale moje ściany się trzęsły. Jedno, czego się nie spodziewałam, to to, że piszą już o tym za granicą. Bo wiecie tutaj wmówią ludziom, że to nic.

Samolot przekraczający linię dźwięku nie robi czegoś takiego. Straszy, ale ludzie, nie sprawia, że wnętrzności wam się telepią. To coś więcej. Tylko co? Nikt pewno nie jest zainteresowany tym całym ziemskim się płyt i północy z południem zmienianiem, więc nawet nie będę o tym pisać. Prawda jest taka, że są dowody na to, że to już było, więc ponownie nie jesteśmy oryginalni jako planeta. Powtarzamy błędy, albo je naprawiamy. Wolałabym to drugie, jeśli chodzi o mnie. Jest jeszcze jedna sprawa… wszyscy ci bardziej otwarci na naturę i o nieba mądrzesi ode mnie, szamani i wszelkiego rodzaju święci ludów wciąż jeszcze, choć w większości minimalnie, pierwotnych, donoszą o tym, że niebo się zmieniło.

Ale kto ich słucha, co nie.

Przecież nie wiedzą kto to lady Gaga, więc co tam oni mogą wiedzieć. No przecież nie mają nawet sklepów Vuittona czy innych tam szanelek. A w tym świecie to jest wyznacznikiem inteligencji. Tak, walę teraz łbem w ścianę. Tak walę boleśnie, bo z tym światem coraz trudniej. Już nie ma nadziei, bo sorry, ostatni myślący umierają, pozostają ci wykształceni przez telewizję i powtarzający te same teksty. Jakby byli dziwnie zaprogramowani. Jakby nie dorośli do samodzielnego myślenia. Jak te dzieci, którym na katechezie powiedzono coś i teraz myślą, że zdobyli mądrość największą i się nią chełpią, nie pytając: ale czy na pewno, dlaczego, po co? Byłam takim dzieckiem. Niestety czytałam w tym samym czasie mitologie i jakoś kurka nic mi nie pasowało…

Echnaton już to odkrył!!!

Takie wstrząsy zaczynają się nasilać i być coraz częstsze. Może i w linku macie zabawne teorie, ale wiecie, żyję wystarczająco długo, by widzieć jak one teorie, wyśmiewane niegdyś, zmieniały się w prawa. Jak będzie? Jak zwykle czas pokaże. Wiem jedno, rośliny zdychają, susza się nasila, a mnie słońce boli. Rani mi oczy, męczy mnie i zatyka zatoki, co jest absurdalne!!! No przecież to nie tak działa…

A może teraz właśnie tak działa.

Wiem jedno. Trzeba żyć i to teraz, bo potem to wiecie, będzie po ptokach. Człek się musi zabawić i tyle. Tylko za co? Wiecie, finansów brakuje, więc jeśli ktoś coś, to pamiętajcie o tym, ze moje zdjęcia są na sprzedaż, a i obrazy też.

No dobra, podobno wyszło im, że to F16… ale jakoś mi się nie wydaje. Bo te odgłosy akurat znam boleśnie i koszmarnie zbyt dobrze.

Bardziej logicznym wytłumaczeniem onych dziwnych dźwięków będzie, że nasze miejscowe underjordiski coś tam w swoich kopalniach bęcnęły. Może wynalazły kamień fizjonomiczny, czy coś? LOL No wiecie, w końcu krasnoludki są na świecie. W tym miejscu głównie pod ziemią, w lasach i wszelakich ustroniach, zrzucając brody w okresie jesiennym i wprowadzające się do domów na zimę. Ale tak naprawdę, wszelakiego rodzaju duszki i byty zdają się zamieszkiwać każdy skrawek Wyspy.

I nadszedł wieczór.

Po tej stronie Wyspy dość zimny.

A nawet dziwnie mroźny, aż mnie palce bolą, gdy tak stukam przy otwartych drzwiach tarasu. Ale szkoda zamykać. Bo ptaszki tak ślicznie śpiewają i choć znowu zaczyna się nalot wszelkiej maści jednośladowych zwolenników, to jednak, zaraz to wszystko ucichnie i znowu zostanie tylko przyroda. Czereśnie dojrzewają, kilka truskawek, na które było zbyt wielu zwolenników, więc wiecie, trzeba było zainwestować w siatkę, bo człowiek zawistny i dzielić się nie chce. Może dlatego wrony znowu zrzuciły nam z dachu jakąś dziwną wypluwkę. Twarda jak głaz, mieszanka kości i… wolę nie myśleć że kupy, ale jakoś tak. Brak mikroskopu, więc sorry, nie będzie badań.

W oddali drzewa lekko szumią, rzeka raczej nie, bo pozostało z niej bardziej coś na miarę mokrych kamieni, niż potoczek, ale co tam, może w końcu popada? Kiedyś na przykład? No wiecie… trzeba mieć nadzieję. Ale jak długo można ją mieć? I czy stan posiadania onej nadziei w ogóle w czymś pomaga?

Nie jestem pewna.

Mam problemy z nadzieją.

Nie przepadamy za sobą. Ja ją uważam za kłamliwą sukę, a ona mnie za nieokrzesaną pogankę, nieznającą swego miejsca w szeregu. Cóż. Przecież nie będę się dla niej zmieniać, no! Przerwa jakoś ów wyłom w bezmiarze czasu, który zaludnia swymi wyznawcami. Od zawsze pewnikiem. Ale wróćmy do wieczoru, który potrwa. Spokojnie pociągnie w okolicy północy, bo jakoś ona jasność nocy już się zaczęła. Ciemność nadchodzi na krótko i jest dziwnie obszarpana na brzegach.

Niepewna, niedoszyta, niesfastrygowana i niedobarwiona.

Tęsknię za zwyczajową nocą, która wyznaczała skrajności. Ta niepewność dnia i nocy, odpoczynku i pracy, jakoś źle na mnie wpływa. No ale wiecie, Wyspa ma swoje przejawy pogodowe. Czy susza, czy wietrzność, czy opadanie. To ona decyduje…

W sprawie suszy… jesteśmy czerwoni.

A i jak myślałam, ogniska na Sct. Hansa odwołane.

To tak z ostatniej chwili.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Havgus Innostronny… została wyłączona

Pan Tealight i Kiszone Krasnale…

„W takim garze kamionkowym.

Wiecie, wielkim takim starym, antycznym może nawet, rzeźbionym w leśne ścieżki, znaczonym jakimś pismem chyba, którego nikt już nie pamięta, a którego zbadać nie można, bo zakryty… całkowicie ogacony jest jakimiś sznurami, smołą i słomą, ale też ma śliczne, malownicze, małe, kamionkowe oczywiście drzwiczki i to z okrągły okienkiem. I dodatkowo jakimś wieńcem, bo w tym miejscu ono ogacenie lekko prześwituje i jakoś tak to widać i zajrzeć można…

Tylko… tylko, że stamtąd spoglądają na niego dziwnie niebieskie, kompletnie bławatkowe i wielorakie, wilgotne oczęta!!!

Gar pojawił się nocą.

Z dziwnym drżeniem i wybuchem, który zatrząsł Chatką Wiedźmy. Z jakimś zapachem, którego nie mogła opisać i piskiem, który wpędził ją pod kołdrę. Gdzie oczywiście już do rana została. No i oczywiście, że Chowaniec to wszystko przespał, no przecież jak inaczej. Jak czas temu Wyspa się zatrzęsła, to też spał i wielce dotąd jest na nią obrażony, że go nie obudziła… No ale ten gar. Ten dziwny, wielki, lekko wyższy niż ona, więc by obejrzeć kamienne wieko musiała wejść na stołeczek… stał teraz w rogu, tuż pod Komórką na Wszelkie Dzieci, gdzie stała jej miotła i inne takie, jak Maszyna Stokrotkowej Zagłady, czy Konewka Wiekuistej Wodności. I naprawdę nie do końca wiedziała co z nim zrobić. No wiecie, niby mogła go zutylizować, ale te oczy…

… przecież nie mogły się jej przewidzieć, co nie?

Nie mogły?

Chociaż z drugiej strony tylko ona go widziała, tylko ona czuła dziwny, kwaskowaty odorek pełen ziół i czosnkowych kiśnięć, więc może tak naprawdę nie istniał? Może to była tylko jakaś pokrętna próba? Wiecie, coś co miała przejść, coś co miało czegoś dowieść, a może i nawet sprawdzian jakowyś. Nie no, jak ją znowu egzaminowali, to miała to głęboko w miejscu, gdzie nic nie dociera.

Nie da się… oleje to!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyobraźcie sobie…

Dziwny dzień.

Ni to gorąc ni ledwo ciepło.

Z jednej strony Wyspy wieje, z drugiej niby nie, a ty zagłębiasz się w las. Taki wiecie, niepiętrowy, za to z kopcami, kurhanami, starością drzemiącą pod ziemią, zeszłorocznymi liśćmi wciąż brązowymi, bursztynowymi miejscami, starymi, madrymi… nie znaczy ich zieleń poza kilkoma kilkuletnimi świerkami. Chudzinami, ale wiecie, w typie fighterów, co to wiedzą, że się nie dadzą. Bo przecież trafiła się im prześwitka, więc będą tutaj i wyrosną i pokażą tym liściastym…

Bo tak, jak na razie las liściasty. Raz biegacz, raz rower, a poza nimi nikogo tylko ptaki i te promienie słońca. Ptaki świergolące, plączące się między gałązkami i liściami, zajmujące się swoimi, bardzo ważnymi sprawami, a promienie… oj tak, przemykają się poprzez oną, wciąż świeżą zielonkawość liści, plączą się z błękitem prześwitującego nieba. I jest pięknie. Chociaż pieruńsko sucho. Na razie Sankt Hans lekko chyba odwołany. W kilku miejscach może i będzie na pewno, się zobaczy. No ale powiązane z nimi ogromne ogniska raczej nie są obecnie nature friendly.

Oj nie są.

Ale idźmy dalej w las…

… droga szeroka, więc wiecie, można się rozbrykać i pokopać szyszki. Ściółki po prawej i po lewej wciąż liściaste i wszelako brązowawe. Szeleszczące. Dźwięczące jakąś muzyką, która cudownie splata się z drogą zasnutą coraz większą ilością sosnowych igieł. Bo pojawiają się sosny. Wysokie sosny. Stare, doświadczone, piękne i tak bardzo żywiczne. Pachnące. Jakby się roztapiały w promieniach tego słońca. Zresztą nie tylko one. Pod nimi szyszki wciąż w pełnym ruchu i jeszcze to igliwie i ziemia coraz bardziej piaszczysta. I brąz i biel dołem, a po prawej i lewej pojawia się odrobina zieleni. I te pojedyncze, przepiękne wąskie ścieżynki. I te zagajniki tylko iglaste między liściastymi dominacjami, przez które prześwituje takie światło, jakby szarawo-niebieskie, a potem burgundowe nagle, czerwonawe i fioletowe… i te pajęczyny, które rozbłyskują tęczami i…

I już słyszę morze…

Zresztą, przecież ten piękny piasek nie wziął się znikąd, co nie.

Morze musi być, no jak tak bez morza. Ja już chyba nie mogę bez morza. Bez zapachu, szumu, onej dziwnej zwyczajności fal, tudzież połyskiwań na powierzchni, tych kamieni gładzonych i tych bardziej postrzępionych i wodorostów i wszelakich porostów, no i w ogóle…

Ale jeszcze chwila…

Trzeba przejść obok brzozowych sióstr. Tych zaskakujących, dziwnych, tak sporadycznie stojących pojedynczo. Tak rzadko wybierających samotność w tym miejscu. Co prawda wiem, że na końcu tej drogi będzie jedna starsza, względnie samotna, woląca towarzystwo dębczaka, ta przytulona do plaży, co jest taka pochylona, ale te tutaj. Te tutaj się kumulują. Wyrastają prawie z jednego pnia, by zaraz nad powierzchnią się rozdzielić na osobne twory. Czy są razem z własnego wyboru, czy to jednak jakaś brzozowa klątwa? Po prawej i po lewej gromadzą się takie mutanty, albo siostry nierozłączki. Piękne, niesamowite twory, ale jednak… dziwnie też niepokojące.

Z jednej strony magiczne, przemądre, ale z drugiej…

… zastanawiające.

Zawsze mnie nęcą.

Tak usiąść między nimi i przenieść się do innego świata. Świata, w którym może to one królują? Może to one wydają wszelkie rozkazy? Świata pełnego bieli, szarości, srebrzystości i zieleni. Gdzie te ichnie robaczki na gałązkach są panami na włościach, a wszelako lekko człowiecze byty czyszczą im korzenie… no wiecie, człowiek zaczyna myśleć przez nie za dużo. Za mocno i za zbyt wiele.

Ale też cudownie.

Jednak nie mogę tutaj zostać. Chociaż z drugiej strony, może bym mogła. Tak zniknąć między nimi? Może bym mogła, no przecież poza mrówkami, kto może mnie przepędzić, no kto? Przechodzę między leśnym parkingiem rowerów, które tutaj chyba rosną, czy coś, a potem pod jarzębiną, ślizgając się lekko spadam po tej ścieżynce w dół, niżej i niżej, wypłukanej, poruszonej zimą… I już jest.

Plaża.

Zmieniła się.

Ale nic to. Biały piasek wciąż jest. Woda szklista i połyskująca też. No to bach w nią i… kurna kaczka niemorska, jaki lód!!! Nie wiem, czy prądy się zmieniły, czy co, ale woda nagle zamiast robić się coraz cieplejszą, jest zimniejsza. Kości bolą, skóra sie czerwieni, mięśnie drętwieją. O co chodzi? Próbuję jeszcze raz i jeszcze raz i znowu, ale nic się nie zmienia. No tak jeszcze kurcze nie było, a to już czerwiec!!! O co loto w tym morskim stanie? Czy jakiś ajsberg nam się serio zaraz wyłoni zza węgła? Może wrócić do rozgrzanego lasu? Może jednak dać za wygraną?

No nie, nie mogę…

I wiecie co, biorę się za zdjęcia i oczywiście, dziwnie kompletnie, bo chmurki i chwila moment, a jednak spaliło mi połowę kadłubka! No w jaki sposób się ja pytam, serio, w jaki sposób. Flarą jakąś dostałam, czy co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kiszone Krasnale… została wyłączona

Pan Tealight i Podejrzenia…

„Pojawiły się niezbyt nagle.

Nie, nawet wcale nie nagle, raczej mocno się najpierw zapowiedziały na twardawym, tłoczonym papierze, ze złoconymi literami, delikatnymi rycinami na boczkach, wiecie w króliczki, poziomki i te sprawy… W bladoróżowych kopertach, poprawnie zaadresowane, na dodatek z dokładnie przyklejonym znaczkiem. Idealnie lewitującym pomiędzy kątem prawego rogu koperty, adresem, nadawcą, a kolorową taśmą równiutko zdobiącą jej kremowy dół…

Przed kopertą był nawet telefon, bo nie wiedziały, czy takowa forma korespondencji, tak stara, antyczna dla zbyt wielu, nie urazi mieszkańców Białego Domostwa, dlatego zadzwonili najpierw do Smoka z Komina, który jako jedyny nadrabiał jakoś z tą technologią, no i nie wykorzystywał jej wyłącznie dla zakupów, jak Wiedźmy z Pieca, Księżniczki i Królewny… wiecie, jakoś mu się udawało. Mimo że przecież też chyba był nią? Chociaż tak do końca, kto to może wiedzieć… niby nikt tam nie zaglądał, komin był czyszczony i tyle.

No więc najpierw był telefon, potem list, a potem jeszcze potwierdzenie otrzymania potwierdzenia, że list dotarł… wszystko zgodnie z dziwną, pokręconą etykietą. Wszystko po to, by przybyły Podejrzenia. Tylko i wyłącznie one. Wiecie, zero pewności, zero przeczuć, żadnych dreszczy czy wizji… tylko i wyłącznie szepczące, skrycie jątrzące słowa pomiędzy powiewami dziwnie zimnego wiatru, Podejrzenia. Dojrzałe i pewne swego, a jednak też i będące wyłącznie tym…

Powiewem wiatru.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nawiedzony dom na wzgórzu” – … dziwna. Stara, lekko nostalgiczna. Przewidywalna miejscami, ale też dziwnie zaskakująca. Na pewno nie dla każdego.

Oto powieść z przeszłości.

Nie stylizowana, raczej coś jak przestąpienie drzwi do przeszłości i zapoznanie się, namacalne zderzenie, z tamtą mentalnością, postrzeganiem nauki i duchowości, religijności oraz dziwnych osobowości. Spotkanie grupy ludzi, z których każdy coś skrywa, ale jednak ona jest najważniejsza. Nasza główna bohaterka. W końcu wolna, w końcu pewna tego, czego chce i wdzięczna za tą sposobność. Ono dziwne zaproszenie do pewnego domu. Domu, którego nie zna żaden z członków tej grupy, a jednak tutaj są. Każdego przygnało tutaj coś innego. Ale jednak… kto tutaj ma największe plany co do tych ludzi? Ten, co ich zaprosił, jego małżonka, a może jednak on… dom?

Książka jest na pewno specyficzna.

Wiele się w niej dzieje i nic. Jeśli wpadniecie na dobry trop odgadniecie zakończenie, a jeśli odgadniecie możecie się naprawdę wkurzyć. Bo tak, to zakończenie podziałało na mnie właśnie w ten sposób. Ta cała niesprawiedliwości tego świata, zbyt wiele niewyjaśnionych spraw, zbyt wiele niedopowiedzeń.

Shirley Jackson jest znana ze specyficznego sposobu pisania. Wielu z tych, którzy nie doczytają, nie zapoznają się z jej biografią, może mocno zaskoczyć. Bo nie jest taka jak współczesne pisarki. Ona naprawdę dotykała czasów, o których pisała. Niegdyś była jedną z tych nielicznych, słynnych… niestety ona jej zaprzeszłość, życie w poprzednim wieku, może wielu z czytelników razić i zniechęcać. To dosadnie stara książka. I na to musicie się przygotować. Na dziwność spodni i kobiet podróżujących samotnie… ale też może niektórych właśnie to, ona sepia, kogoś przekona?

Podlewamy…

Dobra, nie do końca rozumiem, ale wiecie jak to jest w miastach. Zwykle najpierw wszystko wycinają, a potem ojerunku, cienia nie ma, zieleni brak, więc sadzą… niestety tym razem posadzili przed okresem wielkiej suszy, która zaczyna powoli chyba docierać do wszystkich umysłów, więc nagle Rønne ma problem. Ale nie żeby miasto miało problem. Nie nie nie… Wiecie, to mieszkańcy mają problem i zostali zagonieni do podlewania drzewek.

Z jednej strony świetna sprawa, bo przecież dzięki temu zwykły człowiek, może niemając ogródka czy własnych roślinek, nagle ma drzewko pod opieką, ale z drugiej, kurde, tyle bulić w podatkach, a potem zapieprzać z koneweczkę? Po robocie, której może masz dość? No nie wiem. Nie będę przeprowadzać wywiadu, ale wiem, że własne roślinki musimy podlewać co wieczór. Wyglądają, nawet z tym podlewaniem, strasznie marnie. Nawet te najbardziej wytrzymałe zatrzymują się przy ziemi i już kwitną. Po pierwsze jakby nie dowierzały temu ciepłu, po drugie, jakby nie miały siły na rośnięcie. Zwykle ponad dwumetrowy lubczyk teraz ma niewiele ponad pół metra i już dalej nie pociągnie, a mówimy o naprawdę wiekowej roślinie.

Susza przeraża.

Tak naprawdę wychodząc na zewnątrz człowiek czuje, jak cała woda, wszelaka wilgotność z niego wyłazi. Jakoś tak po prostu go opuszcza. Ale gdzie się wybiera? Nie wiem. Wiem jedno… tak daleko w morze, nigdy nie mogłam wyjść. Właściwie suchą stopą. To przeraża szczególnie wtedy, gdy załapiesz się na taki dziwny, szalony dzień od wschodu do zachodu słońca.

Wiecie, wylatujesz z Chatki po czwartej i łapiesz to coś, coś żółtawe, potem białe, palące, bolesne, na dodatek plączące się po tak czystym, bezchmurnym niebie, że aż nie możesz uwierzyć w ów minimalizm. I barw i odcieni. I oną błękitność miejsc, do których słońce nie dochodzi… a potem, potem ogromne, gigantyczne słońce, takie, jakiego jeszcze nie widziałam. Po prostu monstrualne i palące. Coś takiego zachodzi i sprawia, że niebo zmienia się w jagodowy szał. Z dodatkiem kremu waniliowego, a może i karmelu trochę. Wiecie, to niebo, które sprawia, że morze zmienia się w białawą ciecz z maciupkimi pociągnięciami pomarańczowych i czerwonawych kresek. Ale nie widać ich z daleka, więc tak naprawdę macie tylko białawy, lekko kremowawy odcień. Wraz ze szczyptą jagodowego soku.

Coś niesamowitego.

Rzadkiego i jedynego w swoim rodzaju.

To kąpanie?

No wiecie, temperatura taka, że nie da się inaczej. Trzeba po prostu spróbować tej wody. Nawet jeśli wszędzie do niej daleko. Nawet na naszej plaży, jakoś tak stare kamienie, znane tak dobrze, zaginęły gdzieś pod piaskiem. Pojawiły się nowe, ale jednak najbardziej zaskakująca jest wysoka hałda piachu gdzieś tam daleko od brzegu. Nagle wyglądasz jak Jezusek kroczący po wodzie. Nagle wszystko się zmienia i człowiek nie poznaje miejsca, w którym dupsko moczy od wielu lat.

Swoje ulubione.

Ale w końcu przyroda wciąż się zmienia.

No i przede wszystkim wybrzeże ulega takim zmianom, że czasem rzadko można doszukać się znajomych elementów, tych charakterystycznych, po których je rozpoznawaliście. Znajome kamienie, na których człek grzał tyłek, znajome kształty, prostotę, powolne się zanurzanie, a nie tak, że najpierw od razu do cycków, a potem wychodzicie i ledwo kostki zakrywa. No nie. Co to za tunel no, rów wyspowański jakiś? I do tego jeszcze promowe fale. No nie… wszystko po prostu fluktuuje jak mu się podoba…

Ale miały być kąpiele, więc idziemy.

Ekhm, woda lekko zimnawa, ale po pierwszym bólu i wściekłych szarpaniach naskórka, zaczerwienieniu i tak dalej, jak już ząbki przestaną grać, to wiecie, jest zajebiście. Po prostu cudownie i genialnie!!! Woda czyściutka, piaseczek, leciutkie fale, no i te najlepsze o tej porze roku głazy. Wiecie, obrośnięte oną fluorescencyjnie zielonkawą trawą. Mięciutką, ale zwodniczą, gdy zaschnie. Bielejącą potem niczym wąsy Dziadka Mroza. Śliską oczywiście, więc uważajcie. Może niektórych przerażają, ale jednak są tak przemiłe, przemiękkie, cudownie muskające, choć czasem mogą zaskoczyć… posmerać człowieka gdzieś, gdzie się tego nie spodziewał i nagle…

… jest dziwnie.

Ale przecież jak można się oprzeć tej czystości i temu zapachowi maciupkich fal? No jak? No nie można, więc się pływa. Bo tak. Bo się pływa, bo już się nie chce czekać. Naprawdę. Nie i to wcale. Wcale a wcale. Szczególnie po całym dniu, gdy człek taki spocony, gdy jakoś tak wiecie, umęczony, to tak najpierw zapada się w ten piasek, pogania się z pliszkami, a potem powoli do wody. Może i ucieknie kilka razy, może i będzie się przekonywał, że nie, wcale mu członki nie zmartwiały, ale płynie i płynie i rusza się i powoli jest lepiej. I okay i ogólnie cudownie. Potem piach znowu i znowu woda i już jest jakoś…

… normalnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podejrzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Wiatrak Zbuntowany…

„No po prostu… nie chciał kręcić.

Mdliło go już to całe miotanie skrzydełkami, źle mu się robiło na widok onych dziwnych przemykających światów, te ptaki rozbijane, te myśli, które zawsze uciekały i nigdy nie mógł ich złapać… Nie chciał być poddanym wiatrom, a na dodatek jeszcze postawili go na środku morza, a on miał chorobę morską! Każdy sztorm był dla niego koszmarem. Każde słoneczne patelnienie się, ohydą.

Nie chciał tutaj być.

Nie chciał tego robić, ale przecież nie mógł się ot tak zwolnić i zmienić zajęcie. Nawet w tym kraju, gdzie ludzie robili to na okrągło, jemu nie było wolno. Był przecież wiatrakiem, onym ekologicznym stworzeniem, które miało zapewnić innym światło, działającą pralkę, lodówkę, suszarkę, telefony, telewizory, zabawki i maszyny oraz, a może przede wszystkim, komputery. A nawet więcej… samochody!!! Tak, nawet je. Te, które widział w oddali przemykające mostem przez morze, znikające w tunelu, pojawiające się, zatrzymywane na granicy, przepuszczane, lub nie… Zawsze się zastanawiał kto w nich jedzie i czy w ogóle na niego spoglądają.

A może tak naprawdę w ogóle go nie widzą?

Niezależnie od chmur i wszelkich zawirowań morskich.

Może nikt nie dba… może i on powinien, po prostu przestać. Bo przecież po co to wszystko? Na co i komu? Może i jest z tego energia, a może i tylko i wyłącznie mit jakowyś? Może i religijność, może i mesjanizm? Może to on jest wybranym, ale jeszcze nie do końca w to wierzy…

Widzicie, na pustym morzu stoi zapomniany wiatrak. Zbyt daleko od sobie podobnych, zbyt blisko sobie nieznanym… i zbyt myśli. Zapomniany, może i zepsuty, ale przecież wciąż wiatrak. Wciąż czasem się poruszający, ale kogo obchodzi? Nikogo. Złom już, zanieczyszczenie, przemijanie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Orientalsk takkeklaper…

Dobra, w życiu bym nie pomyślała, że to żółte coś, do czego tak przywykłam, to coś tak orientalnego, południowego i tak dalej. Że to taki wyjątek tutaj. Ogólnie mówiąc właściwy dla Europy Południowej, ale i występujący w Polsce… lecz z powodu wszelakich zbożowych machlojek rozprzestrzenił się i na Północ. Miedzy innymi do Danii. I choć jest z natury podobny do rzepaku, i zwykle mi wmawiano, że to rzepik, to jednak chyba nie. Najważniejsze, że rośnie co roku na NordHavnie i jest malowniczą odskocznią od codzienności. Jakoś zawsze wybija po tym jak żółte pola już wymrą, więc serio wygląda niesamowicie z tym granatowym morzem, niebieskim niebem…

Baja po prostu.

Nie da się go ominąć.

Ostra żółcień, maleńkie kwiatuszki, do których raczej się nie tulcie w czarnych ciuchach, bo fajnie będziecie wyglądać – przetestowałam. Do sesji zdjęciowej, naprawdę miejsce niesamowite. Nawet mimo suszy wciąż takie jest. Może w tym roku lekko mikrzejsze, rzadsze trochę, to jednak jest. I odkrywa swoje tajemnice. Zaprzeszłych przemytników zboża, tych zawyżających ceny, tych zaniżających jakość, tych…

… ludzi.

No dobra, a tak w ogóle najbliższa prognoza na kolejny tydzień przewiduje, nie zgadniecie; słońce. I to równo napierniczające. Może i Turyścizna się cieszy, pewno przejdzie jej jak algi zakwitną, ale ciekawe kto z nich się dowie o tym – w końcu zamiast Tidende mamy niemieckiego Bilda wystawionego w spożywczym – że zakazano palenia ognisk. Należy uważać z ogniem w ogóle. A poza tym w całej Danii nie wolno już zakrywać twarzy. Znaczy wiecie, już jakieś szejki zapowiedziały, że zapłacą kary za kobiety noszące one worki na głowach, ale… to, co mnie najbardziej uśmieszyło, to ponownie wredna poprawność polityczna, która ruszyła razem z tym zakazem. Białasy nie mogą nosić chustek na twarzy, chyba że pizga, żadnych doklejanych wąsów, bród i masek, chyba że mamy Fastelavn, czy wiecie jakieś inne dziecęce zabawy. No więc… mam mieszane uczucia. Ale widok dziewczynki kąpiącej się w czymś takim… widzicie, mam odruch wymiotny na widok chust z powodu katolicyzmu, każda chusta też mi się kojarzy religijnie, oczywiście taka specyficzne zawiązana, więc jeśli dziewuszka w kostiumie kąpielowym jest w to zamotana, robi mi się niedobrze.

Po prostu.

No ale, na razie problemem giga jest brak deszczu i kosmiczne wahania temperatury. Bolesne fizycznie i mentalnie. Jakoś tak męcące pod kopułą, że już człek nie wie co to za pora roku. Najpierw w południe się piecze, a potem wieczorem sięga po zimową bluzę. Nie narzekam na zimne noce, kocham je, ale jak przetrwać te wrzące dnie?

I to słońce?

Pola wiatrakowe…

No tak.

Nie dość, że pola wiatrakowe, to jeszcze znowu Rosjanie. A o co chodzi, no wiecie, jak zwykle o ekologię. Albo o to, kto dostał za co i dlaczego.

Okay.

To dość zwyczajowa sprawa, takie pola wiatrakowe na wodzie. Szczególnie widowiskowe są gdy pędzicie Broenem. Jak jakiś kosmicie siorbiący nasze powietrze, czy inne ta alieny. Białe, zawsze zapacowane, rzadko spokojne, choć zwykle znajduje się jeden taki, wieie buntownik, który nie chce się kręcić. Który stwierdza, że ma dość tej roboty i więcej nie będzie. Albo gorzej, po prostu kompletnie robi to w innym rytmie. O Matko Wyspo!!! No po prostu zawsze.

Pola wiatrakowe to podobno świetna sprawa energetyczna, ale za każdym razem mne intryguje jak na to reaguje morze, jak powietrze, ptaki, chmury itd. Wiecie, z igły widły i tak dalej. No i, co gorsza, kto tak naprawdę za to wszystko płaci, jeżeli wiemy, jak rząd reaguje na panele słoneczne… wciąż jestem pełna wątpliwości. Z jednej strony logicznie na tak, ale z drugiej, coś mi tutaj nie pasuje. Te kłótnie wyciszane, dziwne wątpliwości, konflikty… No ale. Pole u nas miałoby się znajdować blisko portu, a wiecie, to jednak miejsce dla Turyścizny, gdzie wyjebali kawał skały by zrobić centrum widowiskowe, więc gdzie logika w zasłanianiu natury?

Nie ma.

Ale mają być nowe miejsca pracy… nie wierzę. No i przy okazji oczywiście człek się dowiedział, że jeśli Rosjanie dostaną pozwolenie na kopanie tego swojego ciągu podwodnego, to będą u nas parkować, a to oznacza brak miejsca. I znowu, rząd nie chce, się nie zgadza, to wtergnięcie itp. itd. ale jak tylko usłyszeli o mitycnzych NOWYCH MIEJSCACH PRACY nagle, od razu są na tak. A ja chyba jestem na to za stara. I raczej niewierząca.

I jestem w sobie wyobrazić potrzeby Rosjan… których Wyspa nie będzie w stanie spełnić. I te góry śmieci. Tak, jak najbardziej jestem za uznaniem tego miejsca za swego rodzaju park narodowy, w którym nadal jednak żyć mają ludzie, ale bez trujących pierdół, z krówkami, owieczkami, nie że cofają się do średniowiecza, ale mają płacone za czystość, za pewnego rodzaju zachowanie tego ekosystemu.Więcej pasiek, mniej idiotów i oczywiście, jak najbardziej turyzm.

Ale… na spokojnie…

Jak myślicie, nazbyt utopia?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiatrak Zbuntowany… została wyłączona

Pan Tealight i Zemsta Wisielca…

„Właściwie, to trudno nazwać to zemstą. No przecież nie żeby coś robił. Znaczy robił, ale trudno to nazwać atakującą czynnością i tak dalej…

On przecież zwyczajnie sobie wisiał.

Na drzewie tuż przy jej domu, białym, z obrośniętymi ścianami, z balkonem zdobionym rzezanymi stworami, które nocą nawet nie miały zamiar opuszczać swojego miejsca i bezczelnie szczerzyły się do wszystkich za dnia, wystawiały języki i takie tam. Wiecie, jeśli je miały, bo przecież niektóre miały tylko głowy, inne znowu całe korpusiki, a jeszcze inne nawet nogi, a wiecie, jak z tymi z nogami bywa…

Dom był aż nazbyt wiekowy, na tyle by nie martwić się odpadającym tynkiem, obdrapanymi okiennicami, zaroślami, które zbudowały na jego posesji dziwny ekosystem, w którym zamieszkiwały wyłącznie Sprzedajne Licha. Jakoś widać nobilitowało je chyba życie tutaj, przy białym domu z okiennicami, bluszczem i onymi nierównościami. Z tarasem zarośniętym, pełnym różnorakiego ptactwa, kwiatami wkradającymi się nawet pod drzwi. Ale ona go kochała. Znaczy wiecie cały ten dom z jego starością, z jego cudowną niesamowitością. Ale też kochała muzykę. I wiecie, śpiewała, wysoko, mocno, z całego serca, płuc i takich innych tam… a on, on ją kochał nad życie, kochał właściwie od zawsze, ale nie mógł już dłużej. A ona, dla której poświęcił wszystko, naprawdę do końca, nie chciała śpiewać troszeczkę ciszej.

Nic a nic, więc…

To zrobił to.

Wiecie, zrobił coś, by nie słyszeć, ale też nigdy jej nie opuścić… widzicie, nie dość, że miała wzrost mniej niż niski, to na dodatek jeszcze bała się wysokości i wisielców, więc… chciał się trochę na niej zemścić, ale też nie chciał jej kiedykolwiek opuści, dlatego zawisł pewnego wiosennego wieczora. Wrzącego, gorącego, pełnego światła, gdy ona wyciągała swoje najwyższe noty.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gorąco…

Bleee…

Tak, tak właśnie, nader dorośle reaguję na tą majową pogodę. Nie wiem dlaczego tak nas pali i czemu deszcz ZNOWU nie pada, no ale wiecie, nic z tym nie zrobię. Chociaż, może by tak jakiś deszczowy pląs na wysuszonej trawie? Tylko kurna tak na gołego to trzeba, a wiecie, że człek się spali od razu w tych bardziej gdziesłońceniedochodzi miejscach, więc może raczej nie? Ekhm, może Chowańca namówię?

Zawsze będzie na co popatrzeć.

Tak, po tylu latach nadal mi się chce patrzeć. I nadal mnie to kręci. Zresztą podobnie jest z Wyspą. Choć to trochę inne uczucie. Panika i totalny amok, zakochanie i szaleństwo. A może to nie jest tak inne uczucie?

Może?

Bo to przecież już sporo lat minęło. Zaskakujące, że jeszcze żyję? Chyba tak. Naprawdę. To, że przetrwał człowiek te wszystkie kłody pod nogi, ten cały syf i wszelaką degrengoladę, że uświadomił sobie, że to tylko ludzie i to często mniej wykształceni… gdy lekko pozbył się poczucia niższości, ale nie swych chorób psychicznych, to wiecie, jakoś zaczął to ogarniać. Może i nie umie czasem wyjść w domu, ale może popatrzeć w niebo. Tylko może nie teraz, bo kurde jakoś tak nazbyt jasno… Ciemność zapada tylko na chwilę i to dopiero po 22giej. Zaczynam tęsknić za oną mglistą szarością, ciężkością zewnętrznego świata.

Jak nikt inny.

Czasem podpatruję tych, co to się dopiero sprowadzili, pełnych nadziei, miejących pomysły podobne do naszych i ponoszących te same porażki, a potem wracających do domu. Bo wicie, Wyspa dla nich nie okazała się domem. Nie była czymś, co gdy musiałeś na kilka miesięcy ją opuścić, nawiedzało cię nocą i dniem, sprawiało, że łkałeś za drzewami, ulicami, lasami, a nawet drzewami, za plażami, morzem, nawet tym specyficznym smrodkiem. Może to właśnie jest dowodem na opętanie? Na to, że w Louisenlund czuję się jak w bazylice, niczym największy z akolitów, którzy naprawdę wierzą, i którzy wiedzą, że ich wiara jest namacalna. Może tak naprawdę nie można przybywać tutaj z oczekiwaniami, ale trzeba się oczyścić maksymalnie i pozwolić Wyspie siebie wypełnić.

Na nowo…

Katharsis i odrodzenie?

Może tak?

Bardzo wiele osób pisuje do mnie, że tak bardzo chcą się tutaj przeprowadzić. Że to ich marzenie. Zawsze się pytam: więc kiedy… i wtedy zaczynają się problemy. Bo dzieci, bo dieta, bo praca, pieniądze, rodzina szeroko pojęta. Bez urazy słoneczka, ale wy już jesteście w swoim domu. Tutaj możecie sobie przybyć na wakacje. To jednak nie jest wasze miejsce, jeżeli nie jesteście w stanie przetrwać ciszy, bezludzia, braku jedzenia wymarzonego, wszelkich dziwactw oraz spacerów.

Sorry…

Czasem wydaje mi się, iż potrzeba tutaj wielkiej desperacji, by przetrwać.

Przetrwać to, że w końcu ci uśmiechający się ludzie okazują się zadufani w sobie i dwulicowi. Dodatkowo mają o sobie wielkie mniemanie, ale słabe wykształcenie, no i jeszcze… ekhm, mają gdzieś i sztukę i ekologię. A przynajmniej większość z nich. A ci pozostali to gatunek wymierający, więc wiecie, ci do odstrzelenie. I jeszcze te wszelkie niewiadome, rząd, który a gdzieś ten kawałek świata i takie tam. A gdy pozwolicie się Wyspie opętać, to wtedy cała ta niesprawiedliwość strasznie was boli. Chcecie rozerwać grubego Niemca, który twierdzi, że jest u siebie – ale oni chyba tak genetycznie mają – i rzuca śmieci na drogę. Jakby nie mógł skitrać ich w kieszeni. Ale oczywiści to nam podwyższą podatki z okazji ekologii.

I te stare samochody.

Nagle dopadają was podatki, nagle na nic was nie stać, a oni rozpierają się w wielkich autach, starych autach – które nagle przestają być romantyczne i tak dalej, raczej zawalają wam drogę, gdy jedziecie do Netto, no i zasmradzają świat. Patrzycie na ludzi kupujących gigantyczne psy wkurzeni, bo te gówna większe niż ludzkie, a przecież by je wyżywić ktoś buli, dodatkowo jeszcze płaci podatek od psa – wysoki – a potem jęczy, że jego autystyczna córka nie ma zagwarantowanej przez państwo opieki.

I wszelkich udogodnień.

Tak, Duńczycy są nieodpowiedzialni i kochają być lepsi od reszty, ale też… żeby nie było, hołdują onej przymusowej równości. Wymaganej. Z jednej strony masz osiągać sukcesy, ale z drugiej się nie wychylać. Jak to pogodzić? Czasem wydaje się, że trzeba być psychicznym samotnikiem, jak ja. Naprawdę. Wtedy możecie zwalić na swój łeb i zwyczajnie uciec od ludzi. Bo przecież zakochaliście się w naturze, miejscu na Bałtyku, nie człowiekach. W ogóle nie w nich…

Gdy przełkniecie, że pensje tutaj nie są takie jak w Kopenhadze i że ludzie wciąż się to plują, gdy nagle zagrozi wam trzęsienie ziemi, a rząd postanowi zwalić nam na głowy odpady radioaktywne i trzeba walczyć… gdy w końcu przestaniecie słuchać. Będzie dobrze. Bo natura zdaje się wynagradzać wszystko. Tylko, że widok wyciętych połaci lasu tak bardzo mnie dołuje. Tak wiele wycinają, tak nic nie sadzą. I co gorsza, chcą budować tak, jak rząd zakazał – jedyny mądry pomysł. Wiecie, w strefie zalewowej, w miejscu, w którym czasem zwyczajnie fale są takie, że płyną sobie ulicami…

Lepiej po prostu…

… nie… już nie myśleć.

Nie tłumaczyć sobie niczego, tylko popatrzeć na dwa duże, tłuste zające marcujące, czy też raczej majujące się na polu. Piękne takie, wolne takie, cudowne… póki ich nie przetrzebią, no ale.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zemsta Wisielca… została wyłączona

Pan Tealight i Morskie Motyle…

„Piękne, niesamowite i wszystkie złote.

Nad nimi wychylona dość niebezpiecznie ponad nadbudówką portu Wiedźma Wrona Pożarta z aparatem w drżących, zmęczonych dłoniach. Nie ma już siły. A słońce wcale jej nie ułatwia sprawy. Grzeje, pali, niszczy… ostatnio tylko to robi. Wysusza, gnębi, nie pozwala dorosnąć na pełną wysokość.

Jakoś tak się chyba mści.

Naprawdę…

A przynajmniej tak to odbierała.

Ostatnio słońce sprawiało Wiedźmie Wronie zbyt wiele bólu. Czasem tak wiele, że wracała do domu z zamkniętymi oczami, płacząc i tylko czasem uchylając powieki by sprawdzić, czy jeszcze jest na względnym chodniku. Chociaż w czasie Turyścizny panującej, nawet chodnik nie był bezpieczny. Ale musiała zobaczy motyle… inne motyle. Wodne motyle. Motyle opowiadające opowieści.

Motyle złote, unoszące się tuż pod powierzchnią wody, szepczące historie o miejscach, do których może kiedyś trafi, gdy tylko pochyli się bardziej, gdy pozwoli się fali zabrać… ale przy tak niskim poziomie wody to raczej mało prawdopodobne. Musiałyby ją jakoś znokautować, zrzucić może z tego nabrzeża?

Czyżby czuła dookoła jakąś obecność?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kształt wody” – … dobra. To co to miało być? Romans? Fantastyka? Głębokie rozważania na temat człowieczeństwa? Że co, że mam zbyt wielkie oczekiwania zdaniem literatury?

Ale czy nie powinnam? Widzieliście kto jest autorem?

Dobra, może się czepiam. Może i rzeczywiście człek za dużo czyta i to tylko moja wina, ale wiedzą jak to wszystko się skończy od początku tym razem była aż nazbyt męcząca. Ekhm, nie oszuujmy się, stan głównej bohaterki mówił wszystko, a on… ono bóstwo uwięzione, do tego dobry lekarz i wredny psychopata… Rozumiem balans, ale wciąż.

Co to było?

Co właśnie przeczytałam? Opowieść dwóch kobiet, kilku mężczyzn i istoty na poły magicznej, boskiej, pradawnej? Historię ludzkiej chciwości, czy też ludzkiej dobroci? A może pokaz walki pradawności z nauką. Może opowieść o braku otwartości grzmiącą dziwnie silnie ostatnio w chyba całej ludzkości? A może historię wyłącznie romantyczną z niepotrzebnymi stronami? Nie wiem… film też mnie nie przybliżył do zrozumienia.

A tak, nie powiem, że obejrzałam, ale był włączony.

Wiecie, we mnie raczej lepiej wchodzi słowo pisane. Oglądanie, to dla mnie bardziej słuchanie i dźwięk mącący mi w głowie. No więc co to było? Co? Na pewno współczesna bajka, na pewno oczywistość i dobroć tych, co mają najmniej i wredna buntowniczość tych, którym się zdaje, że wiedzą wszystko, że mają misję… wierzących. Fanatyków. Historia tego, w jaki sposób nauka zabija wiarę, pradawne bóstwa, czy jednak opowieść o nadziei, którą powinniśmy w sobie wyhodować.

Że oni wciąż są pośród nas?

Nie wiem…

Plastik, plastik plastik…

Keczupy drżyjcie.

Bo szlag mnie trafia. Ale najpierw od początku. Wiecie, że problemy z kolejnym kontynentem skleconym ze śmieci, zaśmieceniem rzek i mórz i wszelakie mamtowdupie ludzi jest na porządku dziennym. Ale też może pamiętacie, że kiedyś keczup był w szklanych opakowaniach? No wiecie… szkło zawsze da się przetworzyć, albo rzucić w morze, a ono zrobi fajne koraliki. Niestety, w pewnym momencie i Dania pozmieniała opakowania. A bo szkło to trudno, a bo zanieczyszczone, a bo kto to przerobi, no i ciężkie, bije się łatwo.

I w pewnym momencie szklane opakowania zniknęły.

Plastik opanował i świat keczupów.

Obecnie keczupy są wycofywane z obrotu i będą miały znowu zmienione opakowania. Ale… żeby nie było, jak zwykle nikt się ludzi o zdanie nie pytał. I teraz jest siwy dym. A ja nawet nie używam keczupu!!! I przecież nie ja chciałam go w plastikach. Nie wiem, ale czy zauważyliście jak łatwo zrzuca się sklepom i firmom winę za zaśmiecanie na zwykłych ludzi? A uwierzcie, kupno rąbanej papryki bez folii dookoła niej jest niemożliwe. Każde warzywo czy owoc jest zapakowane. Tylko szczypiorek i czasem cebulę na sztuki dostaniecie tutaj. I może ziemniaczki, ale te i tak zważycie i spakujecie w plastik. To samo z bananami. A już najmocniej zapakowane są te ekologiczne. Zawsze mnie to śmieszy, choć jestem w stanie to zrozumieć…

No ale mniejsza.

Oczywiście, że nie chodzi tylko i wyłącznie o rąbany keczup. Chodzi o plastik. O bitwę między tymi, co nie chcę plastiku, chcą go logicznie ograniczyć, oraz tymi, co krzyczą, że papier i drewno zżerają wodę i są bardziej szkodliwe. Dlatego patyczki higieniczne też będą miały papierowe trzoneczki. A co. Ciekawe jak ładnie będą się zgniatać jak człek sobie je w ucho wepchnie, coby se muszelkę obmyć… ekhm, uszną muszelkę. No ale. Co ja się tam znam. Przecież dopiero co odkryli mikroplastik w wodzie, a kranówę tutaj walą wszyscy, bo ona najlepsza w Danii i ogólnie ave i amen.

I pastorałki.

Pomijamy subtelny fakt tego, że nawet jeżeli nagle usuną nam plastik stąd i tamtąd, to przecież Chiny wciąż będą produkować pół miliona ton tego dziennie. I co teraz? Przez cały czas uważamy, że Ziemia nie jest kulą ino talerzem? I wszystko spada dookoła? Znika w otchłaniach Wszechświata… no weźcie no.

Ech!

Turyścizna atakuje.

Wypełza człowiek z domu, no przecież bzy kwitną, a raczej zdychają w tych koszmarnych upałach, które nas łoją już od dłuższego czasu. Kroczy po suchym asfalcie, suchej trawie i wszystkim suchym. Lepiej serio nie palić. Rzepak, który już przekwita wygląda na raczej spalony niż dojrzały, ale… rzepik nad morzem, w moim jednym z najbardziej ukochanych miejsc, czyli w NordHavn w Gudhjem, maluni. W tym roku nie dość, że niski, to też na dodatek go mało.

I jeszcze pies jakiś właśnie rozmazał gówno po kawałku portu…

… więc…

Wystawiam nos w morze, ale go nie ma.

Nie dość, że niemieccy emeryci go miażdżą i torturują nie mam pojęcia skąd się tutaj wzięli, ale jest ich ogromna masa. Zaskoczeni zamkniętymi sklepami, a tak spora część wciąż jest zamknięta, kilka zlikwidowano, kilka można wynająć, kilka na sprzedaż. No nie oszukujmy się, cały ten bum się zakończył. Już od dawna zwykły człowiek dostaje w dupę. Chleba nie ma, sera brak, ogólnie w spożywczych pustki, Lidl się chyli koszmarnie ku upadkowi, różnorodność żywieniowa umiera. A ci, co mówią, że jak nie ma to trza sobie posiać, niech się pierdykną w łeb. Zamiast ziemi jest kamień, podlewanie tego w formie ekologicznej kosztowałoby tyle, że lepiej nie myśleć. Tutaj tworzy się rąbane trumny i usypuje się ziemne kopczyki z kupnej gleby.

Koszta, koszta, koszta…

A deszczu wciąż brak.

No więc kładę się na tym kawałku portu, mieszance betonu i kamieni, i patrzę w toń, która już nie jest tonią. Która już kompletnie nie ma w planach jakichś tam fal, czy czegoś tam. Tylko lekkie prądy bawią się wodorostami. I takie to wszystko niesamowite. T kolory, lekkie przebłyski starego złota, niebieskości i srebrzystości. Kamienie, które tutaj mają tak wyraziste barwy, nawet rdzawe, burgundowe nawet…

Słońce pali i boli.

Oczy łzawią, skóra mimo zakrycia jakoś dziwnie mrozi. Tak fajnie by było zanurzyć się w las, ale dziś trudno znaleźć tam spokojne miejsce. Poza staruszkami mamy jakieś pokręcone wycieczki, mieszane, dziwnie energetyczne, głośne. Nie, to nie mój czas. W tej chwili trzeba się ewakuować do domu, choć światło takie przepięknie czyste, niebo takie błękitne niesamowicie, kolory i refleksy takie cudowne.

Może tutaj zostać?

22ga… a tu wciąż jasno…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Morskie Motyle… została wyłączona

Pan Tealight i Depresja Seryjna…

„Właściwie to Depresja nabyła sobie Seryjnego Mordercę, którego też miał Sklepik z Niepotrzebnymi w swoim składzie. I tak, nieczęsto się to zdarzało, że coś takiego miało miejsce, znaczy wiecie, kupno/sprzedaż… ale tym razem jakoś razem sobie przypadli do gustu, więc Pan Tealight nie mógł się im sprzeciwić.

O to w końcu tutaj chodziło…

Wiecie, nie żeby właściwie brakło na nich zapotrzebowania, znaczy na morderców i to seryjnych, ale jednak… jak zwykle z osobnikami, bytami tego miejsca było, ten też był dość specyficzny. A może nie tylko specyficzny, a nadzwyczaj protekcyjnie porąbany? No i był babą, a to oznaczało, że jego czy też jej, wyjątkowość jest niesamowicie specyficzna i może dlatego tak pożądana?

… że nie rozumiecie, dlaczego świat ich potrzebował?

No cóż.

Po pierwsze był przeludniony, po drugie seryjny dobry killer zawsze posiadał wysoką inteligencję, a po trzecie, no wiecie, czymś trzeba zapełnić gazety, blogi i wszelakie takie tam. Świat potrzebował wieści, wszelkiego strachu przymuszającego go do kupowania, do zalepiania dziwnych dziur w sobie i tak dalej, więc takowy killer nie zagrzał długo miejsca w Sklepiku z Niepotrzebnymi. Nie żeby reszta nie była zdolna do takowych postępków, ale wiecie, to byli totalni amatorzy!!!

Ona była wybitna.

Zaliczyła już tyle trupów i wciąż jej nie złapali, wciąż jeszcze była na wolności, nawet jej nie podejrzewali, więc… z Depresją Seryjną było jej bardzo po drodze. Miały tą samą trasę, oną samą mapkę i jeszcze GPSa. Po prostu były jak te dwa puzzle, jak dziura i pasująca do niej zatyczka, jak flaszka i wódeczka… jak… no wiecie sami jak to jest. Gdy się znajduje to coś, oną symbolikę, tę więź, to kołatanie serca i łatanie dziury, o której istnieniu nie miało się nawet pojęcia.

Gdy tak razem odchodziły, przez chwilę Pan Tealight miał jakieś dziwne przeczucie, ale zaraz mu przeszło, więc zwalił to na zgagę. Pasztet mu Wiedźma Wrona Pożarta przywiozła z zagramanicy, wiecie polski taki, więc to pewno to. Zbyt wiele masła, bułek z kiszonymi ogórkami i pasztetu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ciepło…

Pogoda słoneczna, miejscami wieczorem mglista. Od ponad miesiąca jakoś nie chce się zmienić i nagle przychodzi havgus i wszystko powala. Tak gęsty, że człek popełnia mistrzostwo Guinnessowe w wymiarze klęcia tych co świateł na drodze nie używają. A jednocześnie, jest po prostu oszołomiony. Musi stanąć na wzgórzu, spojrzeć w dal, która nagle tak bardzo jest bliska. Na wyciągnięcie ręki, ale też jednocześnie jest tak niestabilna. Wystarczy dmuchnąć, pomachać rękami i… nic się nie dzieje. Oj nie, na tą mgłę nie masz wpływu. Nic z tego. Ona ma własny rozum, więc posłuchaj jej i popatrz.

Bo jest piękna.

Ponad lasami, drzewami, polami i dachami przetaczają się burzany, kołtuny i fale…

Mleczne i całkiem białe.

Z innej mańki… wstrząsy.

No właśnie, nie pisałam o nich wcześniej, bo pierun wie o co chodziło, ale nie da się zaprzeczyć, że wszyscy je odczuli. Coś jak trzęsienie ziemi, a mieliśmy takie chyba dwa lata temu, ale nie do końca. Bardziej trzęsienie ziemi powiązane z wybuchem poziemnym, czy też podmorskim.

Jak na razie wszyscy wszystkiemu zaprzeczają. Wojsko twierdzi, że to jeszcze nie ich czas, a nawet jeżeli to oni nie aż tak – strach pomyśleć, co tak naprawdę robią – a państwo w ogóle nie odnotowało wstrząsów. Naukowcy też nie kumają o co biega, chociaż coś poczuli, więc… więc albo wszyscy coś wiedzą, ale nie wolno im powiedzieć i ogólnie mówiąc wolą zamieść problem pod dywanik. I to nie dywanik modlitewny. Albo… i nie wiem co gorsze, naprawdę nikt nic nie wie.

Kurde…

Tak na chłopski rozum, to mieszkamy w tak dziwnym miejscu, że wszystko się może zdarzyć. To jednak świat podzielony na nader świeży i nader bardzo stary. Linię każdy sobie może odwiedzić i stanąć na młodszej nogą prawą i lewą na starszej. Dodając do tego cały ten syf, który leży na dnie i unosi się, oraz kombinacje Rosjan… ekhm, może rzeczywiście lepiej przyjąć hipotezę o wykluciu się nowego Krakena? No wiecie, może to i fantastyka, ale czy na pewno? W końcu tutaj syreny to nie do końca fikcja, raczej coś jeszcze nie do końca zbadane.

A w ogóle, znowu księżniczka nas odwiedzi…

Wiecie, taki klimat i tyle. Z jednej strony są ludzie przeciwni, z drugiej ci, którzy rozumieją pewne niuanse raz także i ci, którzy zwyczajnie są monarchistami. I tyle. Niektórzy przyjdą popatrzeć, inni znowu kompletnie to oleją i już. Tak po prawdzie, śliczna z niej kobieta, a już do śmiechu dzikiego mnie oprowadza ja zagraniczni nie potrafią onych dwóch Maryś rozróżnić. Jedna z Tasmanii i ma na imię Mary, druga z Francji i zwą ją Marie… Niby proste, ale w mediach istnieje jakaś moda, może mająca wyrazić kompletną negację i odepchnięcie korony, nie wiem, ale serio, jak można je mylić. No dobra, obydwie piękne i ciemnowłose, ale serio…

Pole słoneczne…

Czyli wracamy do ekologicznych nowości. Ale najpierw taka tam romantyczność wsteczna. Wiecie, dawno dawni dawno temu Dania miała być państwem czystych energii i takich tam. Wprowadzanie aut elektrycznych miało być jedną z najważniejszych linii rządu, do tego oczywiście wiatraki i zniżki oraz dopłaty do baterii słonecznych dla plebsu. Wcześniej jeszcze zbanowali zwyczajowe sposoby ogrzewania domów i ogólnie ludzie jak zwykle dostali po kieszeni. Wielu myślało, że baterie będą rozwiązaniem, ale okazały się rozwiązaniem nazbyt dobrym. Nagle ludzie zaczęli mieć prąd za friko, bo szybko zwracały się im koszta, więc obecnie… Nie no, wciąż się opłaca mieć baterie, szczególnie przy tych słonecznościach totalnych wariujących tutaj od kilku lat, ale nie jest to już tanim rozwiązaniem. A czy ekologicznym. Ech, nie do końca. Ale nie dołujmy się, przecież nastawiali wiatraków, właściwie wszędzie…

No właśnie, wiatraki.

Czy istnieją badania, które ukazują ich wpływ na środowisko, na populacje ptasie, na wszelakie ruchy powietrza i prądy morskie? No przecież większość z nich stoi w morzu. I to ty, co się rzęsie. Znaczy dno się mu telepie, no wiecie… Mniejsza, wiatraki są, a za prąd wciąż bulimy jak za powietrze. Ogólnie mówiąc podatek jest od wszystkiego, a choć podobno w Danii darmowe są i winny być mosty, to jednak prom nadal pieruńsko drogi. Mają być zniżki dla starszych, ale pewno sama się zestarzeję do mumii do tego czasu i gdzieś będą miała ruszanie się.

Żem przeciwna ekologii?

Nie.

Ale brakowi zdrowego rozsądku i myślenia długofalowego, a nie od razu krzyczenia: hurrrrrra, robimy wam dobrze. To tak. Gdyby mnie było stać miałabym baterie. Naprawdę. To świetny pomysł. Przede wszystkim stajecie się przynajmniej częściowo niezależni. Jeszcze gdyby były baterie przechowujące zgromadzoną energię, oj to pewno już anarchia, co nie? W końcu państwo karmi się dopłatami do energii, że aż mu trzeci podbródek rośnie. Ale mnie nie stać, więc… oszczędzam. Wyłączam, nie używam, odpycham se od ust…

Miało być jednak o polu. No więc pole urosło. Urosło sobie ono pole i zakwitły na nim te wielkie panele słoneczne. I teraz taka dziwna myśl, sorry, ale zawsze na wszysto patrzę spod dziwnych kątów, nawet tych najbardziej porąbanych. Czy nie będzie to wpływać na samoloty i ptaki? Wiecie, takie zajączki światła. Oślepienie, dezorientacja. Z jednej strony świetny pomysł, jest takie cudo przy pastwisku w Paradisbakkerne by zasilać płot. Genialna sprawa, ale stoi sobie tylko jedno. Jak ekosystem zareaguje na całe pole. Nie no, pewno gorzej niż te GMO nie będzie…

Może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Depresja Seryjna… została wyłączona

Pan Tealight i Zawód Krzykaczka…

„Była nią.

Krzykaczką.

Jedną z największych w tym zawodzie, czy raczej powołaniu? Bo przecież to nie był tylko zawód. Było w tym coś o wiele, wiele więcej. Coś, co zadawało ci pytania gdy dorastałeś, co odpowiadało na nie, jeśli tylko dorosłeś do odpowiedzi. Coś większego, mocniejszego, ważniejszego. Siła, która wzrastała w tobie, i której nie mogłeś się nie poddać. Znaczy mogłeś próbować, ale jednak, czy było warto? W końcu Krzykaczka to siła, z którą lepiej nie igrać.

Na czym to polegało?

Cóż, nawet jej samej trudno było to wyjaśnić, ale świetnie się odnajdywała w świecie dziwnych poprawności politycznych, wszelkiego przymusu do gracji, odcywilizowania słownego, oraz braku pyskówek. Bo wiecie, podobno tylko zwierzęta tak robią. I tak dalej… Że już krzyczeć nie wolno, bo się uczucia innych brudzi, bo przecież każdy powinien po cichu i spokojnie wyłożyć swoje nawet atakującemu psu, którego trzyma właściciel powtarzający, że on nie gryzie i nagle się gubisz, że może to chodzi o właściciela, a nie o psa i może przerażają cię obydwaj?

Jeden naturalny, a drugi pojebany?

Ona krzyczała.

Robiła to za innych, dzięki czemu oni mogli powiedzieć, że się nie unieśli, że są tacy spokojni… jakby to było wyrazem człowieczeństwa i wszelakiego wyższego wychowania… Wiecie, cywilizacji. A potem szli na siłownię, albo w zaciszu domu i ciemności stor robili rzeczy, o których dziwnie łatwo im się zapominało za dnia. No przecież nie krzyczeli. Nie pozwalali sobie na gniew… Mieli Krzykaczkę. Stworzenie, a może i już bóstwo pomniejsze? Może…

Krzyczała na tych co się opierdzielają i nie musiała przepraszać. Krzyczała za innych, a oni spoglądali dziwnie nieprzepraszająco, bo przecież to nie oni, ale zaznaczając, że rozumieją inne kultury. Krzyczała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wyprawa błazna” – … co? Co właściwie jest w powieściach Robin Hobb jest największym atutem? Cóż, oczywiście że magia, ono połączenie ze zwierzętami, kobiecość tak silna i męskość tak dopasowana. I do tego świat. Tak znajomy, logiczny, ale i zróżnicowany, w którym wszystko jest możliwe.

Ale czy tylko?

Nie. Dla mnie Hobb to mistrzyni opisów.

Nie są one męcząco szczegółowe, ale też nie są graniczone. W umiejętny sposób autorka wplata swój świat w umysł czytającego i mimo ogromu postaci, nawet jeżeli zerwiecie na jakiś czas znajomość z tą serią, zawsze można do niej wrócić. Chyba dlatego nie miałam żadnych, mimo wielu lat, problemów z powrotem do tej serii. I wciąż się nią bawić. Wciąż by oczarowaną. Wciąż jakoś do niej pasować, a nie dzieje się tak ze wszystkimi seriami, wiecie, tymi się ciągnącymi…

Chociaż nie.

Ta historia się nie ciągnie. Możecie przecież przerwać kiedy chcecie i przyznam się, że się nad tym zastanawiałam, bo śmierć niektórych bohaterów to czasem zbyt wiele. Ale też. Widzicie, chciałam dalej żyć w tym świecie. Magicznym, ale i lekko średniowiecznym. Pełnym smoków i możliwości rozmawiania ze zwierzętami, magią wszelaką, zróżnicowaną, zaskakującymi zwrotami akcji, gdy nagle już mieliście nadzieję…

Nie, nie należy zapoznawać się z twórczością tej autorki od tej książki. Oj nie. Zacznijcie od początku. Warto, nie tylko jeśli kochacie fantastykę, ale przede wszystkim, gdy fascynuje was dopracowanie świata, jego społeczności, religii i bohaterów.

Bizonowi się zmarło, więc byka potrzeba.

Wiecie, jakby ktoś wiedział, to może… ekhm, no co? Jest problem. Same baby z młodym. Razem z onym świeżakiem, co się urodził w tym roku w Alminingen mieszka 15 bizonów. Chłopa jednak chyba trzeba, bo wiecie, no jak to? Tak bez samca trochę głupio. Z drugiej strony od czasu zaludnienia Wyspy onymi cudami upłynęło już trochę czasu i kilka osobników nie przetrwało, więc… oczywiście problemem są geny. Należałoby skołować jakieś nowe, najlepiej w postaci chętnego na taki układ byczka.

Pewno, że po II wojnie światowej cała populacja bizonia mocno się okroiła i ogólnie problemy genetyczne w onych rejonach są mocno problematyczne, ale tak czasem se myślę, że może jednak, no wiecie, pogadać z Amerykanami. Znaczy onymi bizonimi. Czy te dwa rodzaje są tak różne, że nie wydadzą potomstwa, tudzież będzie ono bezpłodne, albo całkiem odmieni życie bizonów europejskich? Hmmm… no wiecie, eksperymencik taki, trochę mocno szalony, ale kołacze mi się po głowie.

Bo coś trzeba zrobić.

Z poważniejszych spraw, niestety piętnastolatek zmarł. Przyczyny są nieznane, a raczej dostępne dla rodziny i tak powinno pozostać, ale niepokoi, że zmarł podczas biegania. Oczywiście, gdy na Wyspie ktoś odchodzi, to jest to bardziej widoczne i namacalne. Nawet teraz, gdy sezon powoli się zaczyna. Gdy coraz więcej ludzi w lasach, na plażach, a przede wszystkim na ulicach. Dziwnych, nieznajomych, szaleńczo dokądś pędzących, jakby ktoś ich batem poganiał…

Świat dookoła powoli zdaje się decydować na lato.

Temperatury podskakują mocniej i słabiej, zależy, z której strony Wyspy się patrzy. Susza ma się dobrze, choć w nocy w końcu po kilku miesiącach pokropiło… czosnek kwitnie, aromat się roznosi niczym za tymi, co wiecie, żarcie na wynos wożą. Niebo błękitne jak nie wiadomo co… znaczy, no jak niebo tylko potrafi. Wschody i zachody słońca powalające… naprawdę coś niesamowitego. Wciąż jeszcze jest gdzieś ta przejściowa cisza, czas tylko dla ptaków, wron bawiących się w przesuszonej trawie, czyszczących sobie pióra, pozujących niczym ludzie na plaży…

Wiecie, no rąbany Eden.

Śmieci…

Ten temat zdaje się mieć na celu odwrócenie uwagi wszystkich od tematów, które ostatni wyskoczyły. Przykryły problemy z osobami starszymi, problemy niejezdnych dróg, wszelakich nagłych opłat i dopłat, śmierci, narodziny, wycinane drzewa, suszę i tych tam u żłobu, co całkowicie nas olewają. Ale nie no, nie wątpię, że problem się pogłębia. Jakby ktoś nie zauważył jeszcze, to dookoła mamy morze…

Nie oszukujmy się, ruch na falach spory, a ładownie czyści się gdzie się da. Wszyscy mają gdzieś normy europejskie, morskie, wszelakie zarybienie, odrybienie i tak dalej. Śmieci dookoła siebie wolą buchnąć w morze. Ale śmieć ma to do siebie, że uwielbia wracać. Oj bardzo uwielbia. Jakby był aż nazbytnio zakochany w człowieku, więc wiecie, nie może się ot tak no z nim rozstać. I wraca… wraca lekko znoszony może, lekko postrzępiony i tak dalej, ale wciąż śmieć.

Może tak naprawdę rzeczy, których używamy stają się częścią nas na zawsze?

Może?

Nie wiem, ale cały ten szum przydeptał nawet 50 urodziny następcy tronu. A tak, dziwnie wciąż młodo wyglądający kronprins ma już pół wieku. A jego dzieci takie  duże, a dopiero co Mary zaskoczona ciążą z rumieńcem przyznawała się do tego, że tak to będą bliźnięta i tak, ich też to dość zaskoczyło. Bo wiecie, wychodzi, że u nas przynależy się jednej żonie dwójka dzieci. Tak było z dwoma żonami młodszego syna i tak chyba miało być z Mary, ale wiecie, się zdarzyło. Ciekawe jak to jest powiedzieć Królowej, że sorry, ale będzie ich więcej i tak, pewno lud nie będzie zadowolony. Ale… patrząc na tłumy pod zamkiem, patrząc na to jak się cieszą z jego urodzin, oraz uświadamiając sobie, że kronprins dziwnie pogańsko, choć nie do końca, odbył sobie egipskie święto sed, no wiecie, biegał był… to jakoś tak, człekowi w duszy gra. Nie ma co, pogaństwo na całego.

Pogaństwo jest super!!!

A na zewnątrz…

… trochę się zachmurzyło, chyba nie będzie pięknego zachodu słońca. Może to i lepiej? W końcu człowiek powinien sobie odpocząć. Tak naprawę i od wszystkiego, łącznie z zachodami jakichtamkolwiek słońc.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zawód Krzykaczka… została wyłączona