Pan Tealight i Pęknięty Globus…

„Ale chodzi o to, że on taki już był!!!

Nie, że ktoś mu to zrobił tu i teraz. Znaczy pewnie i zrobił, ale nikt z tych tutaj i nie po przybyciu, zwyczajnie on pojawił się już taki, nie inny. Chociaż może i miałbyć właśnie taki inny? Może o to chodziło? Może był to jakiś performens, czy coś? Wyzwanie, do nieklejenia się i tak dalej… a co się stało, no wpadł w sidła Ojeblika – małej, uciętej główki i od razu łóżeczko, herbatka, bandażyki…

I plasterek z Hello Kitty.

I polazła gotować klej, bo wiecie, nie ma to jak domowy klej, receptura pradawna i trzymająca przez wieki i tak dalej. Na początku dookoła zrobionego mu szybko w jadalni posłania tliło się od osobików wszelakich, ale jak mijały godziny to się ludzie i mniej ludzie wykruszali. Tym coś kipiało, tym coś rosło, tym coś zbierało, a tamtym zwyczajnie się nudziło, więc nikt nie zauważył, kiedy Pęknięty Globus zniknął. Takk bez słowa, bez pozostawionej skorupki, zrzucając bandaże, składając je jednak w kosteczkę, podobnie kocyki, kołderki, nawet poduszeczkę strzepnął znikając okrąg swej globusowatości, zachowując tylko ten plasterek, bo zwyczajnie mu się podobał, a miejsce, które zakrywał było tym, które lubił najmniej, więc…

Zniknął.

Nie pozostawił istu ni zapachu unoszącego się w powietrzu, choć to może i lepiej, no i tak jakby go nie było, tylko ten bulgoczący klej i wspomnienia, które już blakły, świadczyły o czymś innym… i jaki w ogóle był tego sens?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Krokusy i inne.

Wiosna.

Ciepło, wylazły przebiśniegi i krokusy, ale… wciąż fosycja milczy, inne rośliny i trawy też. W nocy jakoś chłodniej, w dzień krótki rękaw. A jednak, jakoś tak dziwnie. Jakby coś szeptało, że coś się szykuje, jakby coś krzyczało, niesłyszalnie, że coś jakoś nie tak jest, że przecież zima w lutym zwykle, a tutaj co…

Sucho.

Nie no, pewno że kwiatki ślicznie wyłażą z suchej trawy, ale jednak dziwnie niepokojąco spoglądają w morze. Pochylają się ku ziemi, gdy wiatr wieje, a wieje często i łby urywa, a jednak morze płaskie… nie no, na pewno z drugiej strony fale, ale jednak, w powietrzu dziwna niepewność.

Strach nawet…

Oj oczywiście, że mam to do siebie, że potrafię mocno paranoidować, ale jednak, zawsze mam rację. Rąbana Mamracja ze mnie, żeby nie było, bezczelny cytat i zapożyczenie to!!! Nie ja wymyśliłam Mamrację!!! A szkoda, bo tekst super. Jednak, ciekawe kto z was wie skąd, podpowiem, z jakiej książki, ona Mamracja? Starej książki?! No kto? Może jednak? Jakieś rączki w górze? Może? A może nie… zresztą, ci co takie książki czytali, to blogów nie tykają.

Chyba?

No ale, poza wiosną kilka ranników i oczywiście przebiśniegi. Poza tym nic więcej. I tak serio, to nie wiem, czy coś jeszcze wylezie. Bo jak tak dalej będzie słonko waliło, to raczej nie. Człeka goni w ogródek, ale jak tu coś plewić, jeżeli to wszystko ma przecież wznieść się spod ziemi i zakwitnąć.

No przecież…

Ale jednak dookoła Melsted kwitnie się.

Może i trawa miejscami kompletnie wypalona, ale ziemia ocieplona pragnie wydawać ono życie i oczywiście się jej to udaje. Tylko że… może lepiej było poczekać? A może przyroda nie potrafi czekać? Choć spoglądając na gałązki i drzewka, to raczej chyba się w tej mierze mylę. Bo pączki może są, ale ni kija nie liścieją.

Nie kwietną się…

Siedzi człek na zewnątrz, i trochę się telepiąc, wyciąga to, co zeschnięte z ziemi i myśli sobie, że czas, to chyba serio chce udowodnić, że zapierdalać może bardziej, niż zwykle. Naprawdę. Bo przecież już ten koszmarny marzec. Nie wiem skąd, jak i po czemu, ale przybył był już. Trochę zakatarzony, trochę zmanipulowany, urodzinwy, nadszedł. Trochę bez fajerwerków, z kilkoma pewno trzęsieniami ziemi, czy co tam się na świecie poza Wyspą dzieje…

… nadszedł.

Bo wiecie, to co poza Wyspą, to jednak całkowita, kompletna orientność. Wiecie, świat wielki i te pe i te ce. W mityczne, wielkie de też. Czasem mi się wydaje, że naprawdę można się tutaj tak zamknąć, tak zatoczyć i otoczyć, że to co poza tym małym skrawkiem lądu na Morzu Bałtyckim staje się wielkim wszystkim i tyle. Bo co więcej potrzeba? No, poza kilkoma rzeczami ze sklepów wysyłkowych i tyle. Nic więcej, nieprawdaż? Nic. Kompletnie. Choć… może nie każdemu. Bo znowu przekonuję się o tym, że mimo morza, plaż, zieleni i kwiatów, to ludziom, którym się wydawało, że znaleźli sobie tutaj własny raj, jakoś nie wychodzi…

Czy jestem aż taką desperatką?

A może dziwaczką?

Wariatem do entej potęgi?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pęknięty Globus… została wyłączona

Pan Tealight i Macana Panna…

„No ale właściwie, dlaczego właśnie to miało takie znaczenie?

Dlaczego?

Przecież dla tych co jej chcieli nie miało, dla tych co nie chcieli nie winno mieć znaczenia, a dla całej reszty – znajdźcie sobie inny temat. To, że ona macana niczego nie znaczy. W końcu kto z nas nie jest. Przypomnijcie sobie te zatłoczone pociągi, tramwaje i autobusy, te kolejki, spocone ciała w letniej porze, w czasach, gdy klimatyzacja była marzeniem, albo promocje w znanych sklepach… jak ten z kieckami ślubnymi! Tam nawet do rękoczynów przecież dochodzi, a Macana Panna nigdy nie powiedziała kto, kiedy, no i przede wszystkim gdzie, dlaczego i czy jej się to podobało…

Bo jeśli podobało, to o co ten cały szum?

I dlaczego w tak sztormowy dzień?!!

I tak naprawdę, może to ona zaczęła? Wiecie, tu jej się wysmyknął włosek, tam znowu paluszek, kolanko, łokieć caly, nagli, lekko obsiąpiony, pewno brak witaminy B, czy coś? Praca dziwna? Wysmyknęła się i rączka? No przecież… i właściwie, to dlaczego o tym cały czas gada, czyśby chodziło o jakieś naukowe badania? Może tak, bo pojawiła się u boku Pana Tealighta, zbyt blisko, gdy przechadzał się w lesie i nie chciała się odczepić. Nie żeby doszło do macania, ale dla niego to już było gwałcenie jego przestrzeni. I to brutalne, dodatkowo bez zabezpiecznenia!!!

Bał się…

Bał się, gdy wracał do domu, gdy zamykał drzwi, gdy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

I po plaży…

Droga ze Snogebæku plażą jest nietrudna, pełna drzew, domków i wody oczywiście. I piasku, no przecież, ale bez boja, nie jest grząsko. Piasek zwykle jest bardziej zbity, mniej latający, mięciutki oczywiście, aksamitny, ale jednak nie zasysający. Po prawej domeczki zagubione między pokręcoymi koronami sosen i brzóz oraz wysokich traw. Podmyte brzegi świadczą tylko o wysokości fal i częstotliwości zmienności brzegu, ale… poza tym wszystko takie jakieś puste.

Mija mnie jeden, może dwa człowieki, nic ponad to.

Nawet piesów nie ma.

Leciutki, wodorostowy aromat unosi się w powietrzu. Woda jednak, płyciutka tutaj, czysta poza kilkoma kupami. Bo wiadomo. Te już poczuły pewno wiosnę. Jak to ptaki, nie mają w glowie nic poza jajami. A człowiek lezie. Lezie i lezie. Tutaj dopada go aromat starych liści, tam zoczył jakiegoś przyjezdnego, co to szykuje sobie już domek na sezon, a może i na ferie? Albo na święta? Może akurat? Nie wiadomo… okna pucują, pranie się suszy, takie oto lekkie podglądactwo, ale bez dziwactw.

Idziemy i idziemy i woda zmienia się w kamienną mozaikę.

Prawie równiutkie głazy wyrysowane w jakieś czarowne znaki. Może gdyby tak unieść się w powietrzu zobaczyłabym rysunki jak na płaskowyżu Nazca? Może tak naprawdę Pradawni coś tutaj wypisali? A może jednak to tyko natura i jej sztuczki. Do tego jeszcze ona zielonkawość… a w oddali dwóch facetów w gumowych wdziankach macza kije w lekkiej nerwowości. Chyba się o coś pokłócili, chyba jednak coś tam im nie wyszło, a może jeden drugiemu miejsce moczenia zabrał? Nie wiem, ale wyglądało jakby mieli się pobić, a jednak… stoją tam.

Jak ich złapie rekin, fajno będzie.

Może sprawiedliwie będzie gryzł?

Właściwie nie mam pojęcia jak to jest?

Czy to już Dueodde, czy jednak nie?

A może części tej ogromnej kocie kuwety, czy też raczej potem patelni, znaczy wiecie, wrzącym latem to tutaj morze najszybciej się gotuje… mają swoje imiona, nazwy, czy też po prostu nadane przez pojedyncze osoby określenia? Może są tutaj tajemnice, których nie odkryłam? A może… nikogo to nie obchodzi. Ni tych ludzi z kolorowych domków ni skłóconych gości z patykami w wodzie, ni… nikogo.

Przy złamanej sośnie człowiek się odwraca i nagle z tyłu ma osadę i molo, i całą oną barwność, a przed sobą nic. Przez chwilę wąski cypelek zasłania mu dalszą drogę i wydaje się, że wszystko jest za nim. Że to koniec. Że nic już się nie stanie, że ziemia jest płaska i tutaj właśnie wody spadają w otchłań, a żółw się rusza!!! LOL

No co?!!!

Za chwilę świat znowu się otworzy, ale ta kępa drzew jest niesamowita. Jest tutaj, jest tylko punktem widzenia, ale jednak…

Idziemy dalej, a przed nami słońce i piasek i woda. Kilka osób gdzieś tam na słonecznym, wypalającym spojówki horyzoncie. Trawy na wydmach się kołyszą tutaj mocniej, nagle znowu wrca wiatr, jakbyśmy przeszli jakąś granicę, odsunęli welon zmienności, jakby to był inny wymiar tego świata, który przecież znamy.

Bo przecież znamy, prawda?

Może wciąż się zmienia, ale to wciąż Wyspa.

Wciąż?

Tak trudno wrócić z tego płaskiego, ale jednak jakże magicznego miesjca. Chce się wrócić, bo wieje, zatoki tętnią bólem, ale przecież jak? Tak tu fajnie, te rzeźby na piasku, te maciupkie kamyczki, czasem jakaś muszelka, wodorosty, kolory, załamania, odbicia na twardawej powierzchni takie pastelowe.

Cudowne…

Ale trzeba wracać. Trzeba… dom też czeka. Ale przecież wrócimy. Przecież zawsze wracamy. Przecież, to jak inny wymiar nas samych.

Przecież…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Macana Panna… została wyłączona

Pan Tealight i Murawa…

„No dobra, to była anomalia, że ich nagle wzięło na sportowość.

Nie żeby anomalie w tym miejscu były czymś dziwnym, niecodziennym i tak dalej, właściwie nie. Brak anomalii oznaczał zachwianie normalności względnej onego ekosystemu…

Naprawdę.

To znaczy Wiedźma Wrona Pożarta podejrzewała, że Pan Tealight w sekrecie próbował wzmocnić swą nieistniejącą masę mięśniową od dawna, ale wynik był mierny, albo raczej żaden, jednak piłka?

Serio?

I że niby jak to miało zadziałać w miejscu, w którym każdy raczej miał własną, nader silną osobowość, własne schorzenia i inne elementy wyrazistości codziennej, miał latać za jedną piłką? I to jeszcze w niezmieniającym się kolorze? No wiecie, tak w wyznaczonych ramach boiska i na onej murawie… czy raczej Murawie? Bo widzicie, to, co pojawiło się tuż obok Wybiegu Jednorożców, wyglądało dziwnie humanoidalnie. Aczkolwiek wielce płasko, choć rozwlekle i włochato, ale jednak.

No i miało usta.

Ale jakoś to wszystko było niczym w obliczu postaci Pana Tealighta w spodenkach takich przed kolanko, białych w paseczki lekko więzienne… i jeszcze ta koszulka. Może i słonko wylazło, wiosna pierońska już się spojawiła, zakrokusiła, zaprzebiśniegowała Wyspę, ale jednak… serio?

Co się dzieje?

Naprawdę będzie meczyk?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Snogebeak

Ale najpierw wieści z Nexø… tia, wszędzie te Polaki LOL Tym razem będzie kawiarnia. No, coś w ten deseń, ale jak wysiądziecie z Żygolota, to będzie tak wiecie, no akurat. Jak znalazł na nawodnienie.

A teraz spacerek!

A co… pogoda dziwna.

Temperatury dochodzą czasem do 10 stopni, ale tak naprawdę zimno jak pierun! Wiatr wieje, wszystko jakoś tak nie grzeje. Nienormalność. To nie jest tak jak kiedyś wcześniejsza wiosna, tylko zwyczajowa anomalia. Przerażająca mocno. Jakoś taka… wiecie, nienormalność, w której człek dopatruje się ciemnych mocy i rozumie praprzodków wymyślających nowych bogów, wiedźmy ścigających i ofiary składających… i w amok popadających. Choć to się nie zmieniło.

Po prostu rozumie.

Ale też korzysta.

Korzysta ze słońca, karmi się, chcociaż ona nowa jasność mi osobiście działa na nerwy, to jednak jakoś… no potrzebna nam ta witamina D. A i morze takie fajne. Ale najpierw sama wioska. Bo Snogebæk to specyficzne miejsce. Właściwie, nie mam pojęcia, czy w ogóle ktoś tutaj mieszka tak na full. Znaczy all year round. Codziennie zasypia i budzi się. W końcu sklep jest, więc może? Widziałam kobietę z wielkim psem, nosz kurna gigantycznym wprost… dopiero po hwili dotarło do mnie, że to rąbany kucyk pony. Znaczy no wiecie, źrebak kucyka, więc ni pies ni wydra z daleka, ale jednak ciekawe jak to jest tak wychodzić z kucykiem na spacer?

Jak z żyrafą w Afryce?

Czy jednak słoniem?

No ale… wszystko tutaj jest płaskie, to pierwsza rzecz, która mnie zaszokowała. Widzicie, zakochałam się w Wyspie tak naprawdę znając tylko jej północną część, nie jak inni. Większość ludzi zaczyna poznawanie Wyspy od Dueodde, więc na pewno jest inaczej. Ja nie. Dla mnie ważne były skały, górki, lasy, całe to zamieszanie fauny i flory. Te krętasy wybrzeża, ta różnorodność, plażą przy Rønne. Nie Dueodde. Tak naprawdę dopiero niedawno przeszliśmy tamten kawałek wybrzeża.

Inny.

Dziwny…

Ale miasto.

Nie dość, że płasko, to jeszcze na dodatek dość rozlegle.

Nowoczesne sommerhusy konstatują swoje moce z tymi starymi domkami, a nawet bardzo starymi, pozostałościami po gaardach, li tudzież jakichś tam niewielkich gospodarstwach. Nowe dziarsko wypiera stare, ale nie do końca. Łatwo można coś kupić, ale rotacja posesji jest nad podziw częsta. Czyżby wszystkich z czasem wypędzał smrodek? Naprawdę? No przecież chyba ludzie wiedzą, że tutaj smrodliwie czasem jest bardziej, a czasem mniej bardziej.

Taka woda.

Płytka, no i w tym okresie pełna kup ptasich. Ujawniająca cudowną mozaikę kamiennego podłoża, czarująca czystością, kolorami, ale jednak one kupy… niby zwyczajność, przecież na skałach ptaki, no ale… człek trochę się wzdraga. Oczywiście łatwo znaleźć miejsce, które ptaki omijają, ale czy warto w nim moczyć kija? Podobno to bardzo odświeża i ogólnie mówiąc naprawdę działa jak joga i medytacja w jednym.

No nie wiem… wieje.

Ale miasto.

Ciągle gubię wątek.

Niegdyś były tutaj inne skepy, niegdyś niektórych sklepów nie było. Wiekuista rotacja mnie trochę przeraża, ale ja jestem dziwna. W jedną stronę idziesz już Balka, widok na Nexø, w drugą stronę idziesz i iść możesz daleko. Ale w samym mieście też warto się porozglądać po onej architekturze po pewnych dziwacznościach, sztuce i tym podobnych elementach wystroju miejsca. Jest nabrzeże i te kolorwe chatki, kościółek czy raczej kapliczka obok malowane, cycate mermaidy i takie tam… Ale te domy. Gdy człek włazi na stronę nieruchomości wyspowych, tych na sprzedaż oczywiście, to zajrzeć może sobie do środka i tam dopiero jest raj dla zwolenników niekonwencjonalnego wystroju wnętrz. Na przykład taka wanna, a nad nią cycata mozaika w ramach falistego morza… no i pewnej laski z ogonem.

Chętni na taki domek?

Mnie nie stać, zresztą, chcę mieszkać tam, gdzie mniej płasko!

Ale na razie spacer.

W końcu domy, architektura i całe te szaleństwa mi nie wystarczą. Ja chcę smrodku wodorostowego, szumu fal i może tym razem nieprzewianych zatok? Byłabym wdzięczna bardzo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Murawa… została wyłączona

Pan Tealight i Babcia Wilka…

„Bo widzicie, Wilk też miał Babcię.

I też miał koszyczek i misję, by ją wykarmić i wysłuchać, i ogólnie mówiąc naprawdę ją kochał, ale Czerwony Kapturek była białą blond dziewczynką, więc to o niej pisali. Jebani rasiści. Że wilk szarawy, to już co, nieczysta krew? Że nazbyt wlochaty, ale brody nie ma i styl drwala nie dla niego, no chyba że w potrawce, czy czymś w ten deseń? Że to źle, czy jakoś tak?

A by was…

Nigdy nie umiecie patrzeć empatycznie i holistycznie.

Nigdy!

Płaczecie nad małą antylopką, ale głodne lwiątka jakoś was już nie obchodzą, co? Ani Babcia Wilka. Bo przecież, jak jakiegoś wilka, to wilka sama ona też tak. Znaczy złapala wilka, no i wiecie, od słowa do słowa… bo tak, była człowiekiem. Ale i trchę wilkiem, choć mimo bycia jedną z najstarszych zmiennokształtnych, to wiecie, ona jakoś się nie zmieniała. I tutaj może by uzyskała jakąś zniżkę od społeczeństwa dla wymarłych stworzeń, gatunków ostatecznych, tudzież psychicznych osobików, którym to się wydaje, że ktoś porasta włosiem… ale już do depilatora i kremiku na bolącą skórkę oraz żyletek się nie dołożą, co nie? No i tych wpadek, gdy się zastanawiasz, gdzie też mogą być twoje gacie, a sąsiedzi właśnie postanowili zrobić imprezę i grillują w ogródku… a wy stoicie robiąc za żonę Lota.

Kiepsko.

Ale Babcia od zawsze była twarda.

I od zawsze miała coś na Babcię Czerwonego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No powiem wam, pogoda dziwna.

W nocy mrozowo często, a w dzień właściwie pierniczona wiosna. Do 10 stopni, słonko i takie tam melodie. Jakoś chyba świat od połowy lutego mocno się zagubił. I choć zwiastują jakieś oziębienie i takie tam, to mało kto w to wierzy. Ludzie chyba serio planują już wakacje i wszelakie sezony. Okna myte, koce trzepane, czy co tam… forsycje jednak wciąż zwinięte w sobie i nie chcą wyłazić. Krokusy lekko wychylają się spod grubej poduszki trawno-mszanej, ale tak bez entuzjazmu…

I tylko ludzie chyba tak ku tej wiośnie.

Ech, co za czasy.

Wieczorami w wietrznych powiewach słychać dziwne pieśni, zaśpiewy z łodzi, które od dawna nie istnieją. Rozbite o skaliste brzegi, zatopione przez mityczne potwory, baśniowo nieuwzględnione w tej rzeczywistości. Jakieś takie dziwne ni to pieśni ni śpiewajki, czy tylko nucenia. Może i modlitwy? Kurcze, gdyby tak się wsłuchać bardziej, to moze i o to chodzi… o te czasy, gdy to podobno z powodu religii Dania smutnym światem była? Hmmm… czyżby rzeczywiście ona nieszczęśliwość była ino sprawą religijną? Naprawdę? Jakoś nie sądzę.

Może jednak to tylko sprawa antydepresantów?

Albo depresantów, co kto bierze.

A może i innych używek?

Coś się na wodzie i z wodą dzieje. Jakby nie do końca była pewna, czy być tutaj, czy jednak nie. Pozostać dookoła Wyspy, czy też odsłonić ją do końca, do samego dołu, niezbyt uprzejmie i grzecznie wiecie… nieobyczajnie tak ukazać jej wszystkie nagie dolności. Tajemnicze, pełne skrywanych skarbów.

No co no…

Człowiek pośród takich wiatrów trochę słabuje na umyśle. A może nie słabuje? Może w końcu znowu staje się normalny?

Taki, jaki winien być?

Bo przecież w miejscach, które bardziej są przyrodą niż konsumpcjonizmem, to człowiek powraca do korzeni. A może w rzeczywistości od tych korzeni nigdy nie odchodzi, tylko wiecie, coś mu się zmienia tam nad nimi i zapomina by ich słuchać też. Też trochę częściej jednak, a nie tak, że raz na ruski rok? Może nie tracimy kontaktu z otoczeniem, tylko ów kontakt się zmienia, bo otoczenie nagle nam wywija fikołka i musimy radzić sobie z uszami w miejscu, w którym wcześniej były nasze tyłki?

Świat jest naprawdę prosty.

Ty strzelasz, coś może zmienić tor lotu kuli, a wiatr sprawia, że serio mocno cię telepie i zmienia i zmusza, by w ciągu jednego dnia dokonać drastycznych zmian w swoim, dotychczasowo dość zwyczajnym, życiu. Albo wprost odwrotnie. Wiecie, nigdy nie wiadomo co się komu tam wypełni nagle. Jednym ogarek, innym koszyk Czerwonego Kapturka, co to miał być dla Babci, ale ta z tym Wilkiem w tango poszła, więc głupio tak ją teraz glutenem i winem napajać, wiecie… jeszcze człek ich zaskoczy w dość jednoznacznej sytuacji, a kto może coś takiego znieść?

No sami pomyślcie, taka Babcia i ten Wilk…

Ha ha ha…

Naprawdę, takie są wiatry na Wyspie.

Ale o czym to ja? Aaaa… słonko mamy i pogodę ciepławą w ciągu dnia, więc co jak co, ale spacery wskazane! Chyba, że wam jak mi zatoki wysiadają, to wtedy niezbyt i nie do końca. Naprawdę.

Ała!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Babcia Wilka… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Od Poznania…

„Nic zaskakującego.

Raczej coś aż nazbyt zwyczajnego, iż otwierając po raz pierwszy każdego dnia drzwi do Sklepiku z Niepotrzebnymi, Pan Tealight witał na progu coś, kogoś, lub coś pomiędzy onymi, lekko zdefiniowanymi. Po prostu wiedział, że na pewno coś się znowu przywlokło, a za nim i z nim jego problemy, marzenia, chcenia, a co najgorsze, one dziwne oczekiwania co do miejsca i jego samego…

Ale tym razem było trochę inaczej.

A może i bardzo inaczej?

Wyfiokowana dama w szpilkach wysokości Wiedźmy Wrony Pożartej miała na rękach pudelka, paznokcie baźnięte na złoto i podobnie pulsującą światłem szminkę. Do tego mazy jakieś na ryju, różnorodne, no i ten bagaż. Cała masa małych i większych walizeczek z przeróżnymi monogramami, ale wszystkie w odcieniu peprzonej, znienawidzonej przez wielu fuksji.

Niby, że co…

Znaczy o co mogło jej chodzić?

W końcu nie wyglądali na wielogwiazdkowy hotel, choć gwiazd mieli wiele… ale ona nie pozwoliła mu na uproszczenia, domysły i wzbierające w nim pytania, wiecie, nie dopuściła do tego, by wybuchły, więc… od razu powiedziała co i dlaczego, z czym to jeść i dlaczego piesek nie jest included.

I po raz pierwszy Pan Tealight był zaskoczony w takiej mierze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Filary świata” – … Anne Bishop.

Uwielbiam ją.

Szczególnie za „Kamienie” i oczywiście „Innych”, ale jak zobaczyłam nowość, to od razu zamówiłam. Musiałam! Ona mnie rozczula. Jest magiczna, niedosłowna, skąpa w pisy, a jednak od razu widzicie i świat i wiecie o co chodzi…

Tym razem nie jest inaczej.

Po pierwsze cała powieść bardzo mocno zahacza o czasy polowań na czarownice i wprowadza podobną postać Wielkiego Inkwizytora. Świat jest bardziej swojski, znajomy, gdzieś na pogranoczu zwyczajności i tej zasłony skrywającej Fae… ale też jak najbardziej typowo dla Anne mamy czarownice-wiedźmy, magię, rozumne zwierzęta, miłość… no tak, i miłość. Może i powieść zdaje się niestety celować bardziej w młodszą część czytelników, to jednak i tak jest w niej ono „Bishopcoś”. LOL

Rozrywka na całego!

Może nie moja ulubiona książka, czy też raczej początek serii, tej autorki, ale na pewno znajomy, magiczny klimat.

Noc.

Tutaj noc jest ciemna.

Wraz z latarniami, które wyłączają się o północy jest pełna, gęsta i nieprzenikniona. Niesamowita. Dziwnie na nowo odkrywana w świecie, gdzie światło jest wszędzie, narzucone przez reklamy, samozapalające się lampki jak ino mucha bzyknie i takie tam inne, zwyczajowe i częste tak bardzo, odblaskowe cudactwa. Ciemność, której tak wielu obecnie panicznie wprost się boi, bo nikt ich nie nauczył, że nie ma w niej nic złego, więcej, jest oną cudowną samotnią, ochroną przed wścibskim wzrokiem, miejscem, które chroni, skrywa, pozwala być sobą w ciszy i spokojności…

Albo pozwala pisać.

Tworzyć bez odgłosów codzienności.

Bo chociaż i u nas to trudno o jakieś hałasy, poza wiecie, tymi manewrami, bo chłopaki chyba sobie znowu ostatnio postrzzelali, no i sąsiadem, który kocha trzaskać drzwiami od samochodu. Nie macie pojęcia ile taki gość potrafi trzaskać. Jakoś już nie wiem, czy wsiada do tego auta, wysiada, telepie się w nim, czy coś… może mieszka czasami, może sprawdza zawiasy… ale trzaska. Jego rodzina przyjeżdżając też trzaska, więc może to skaza na DNA? Może takie zaznaczanie swojej obecności wynosi się z domu?

Może?

U nas znowu wieje i zwiastują ochłodzenie. Co z tego będzie, to się zobaczy, jak zwykle. Krokusy już wylazły, więc może poczują się zaskoczone? Za to forsycja jeszcze się nie spieszy, co jest dość dziwne jak na nią… więc może jednak powinnam coś przeczuwać? Jakieś zimowe marzenie się w marcu?

Może?

Z pogodą na Wyspie nigdy nie wiadomo.

Piszą pogodynki, że będzie słońce, nie ma. Piszą, że jest, nie ma, albo jest tylko w jednym miejscu. Piszą, że będzie padać, a tutaj pogoda drut, jak to mawiali, cudownie spacerowa i tak dalej. Wyspa sama wie czego chce… co do ludzi, to jest różnie. Obecnie pytanie, to religia? Okazuje się, że Aakirke ma najwięcej zwolenników – lekko logiczne, a w Rutsker to już nikt nie chce się modlić. Oczywiście nie jest do końca tak, bo chodzi to, kto zapisany do folkekirketa i tak dalej, nie do końca o to, kto chodzi, czy tak naprawdę uznaje się za religijnego, ale… jest o czym pisać.

No i ferie.

Okazuje się, że sporo ludzi wybywa bezpośrednimi wylotami zagramanicu. Bo wiecie, mogą i widać chcą i ogólnie mówiąc pasują im te Majorki. Nie oceniam. Czy sama bym wyjechała? Ale ja specjalnie przeniosłam się w miejsce, z którego wyjeżdżać nie trzeba no i na pewno, serio, na pewno nie ciągnie mnie do ciepła. Co nie znaczy, że mnie nie ciągnie w kilka miejsc. Ale i tak mnie nie stać, więc nie mam problemu z zostawianiem domu i tak dalej…

Czy tutaj to problem w ogóle?

Ech… ale dziś morze szumi.

Niesamowicie.

Nie umiem oddychać normalnie bez tego dźwięku. Po prostu, jakoś… już nie mogę. Cisza jest super, ale cisza u mnie oznacza morze i ptaki, wiatr i tak dalej. A taka noc tylko dla mnie, mimo iż wiem, że będę czuć się jak zombie później, to jednak, jakoś tak… specjalny to taki czas, że aż szkoda nie spróbować. Tym bardziej, że jest w tym coś specjalnego, magicznego, mistycznego nawet…

… albo po prostu to wynik niedospania.

Nie ważne.

Ale nie polecam często.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Od Poznania… została wyłączona

Pan Tealight i Rama…

„Bo widzicie, ona nie chciała do obrazu. Bo jakoś tak chciała sama w sobie i na zewnątrz i wewnątrz i pomiędzy tymi czterema gałązkami… bo tak miało być i już, bo inaczej nie mogło, bo ona…

Może i była tylko czworakiem skleconym mocno krzywo i na słowo życzenia, z drewna morskiego, ale jednak, rama.  Była ramą, miejscem z pustym środkiem, które wszyscy chceili zapełnić, ale ona… nie chciała. Oj nie, nic z tego, żadnego obrazka, żadneg zdjęcia, czy rąbanej kompozycji z kwiatuszków, suszków i innych jebanych szaleństw… papierków z cukierków, czy czegokolwiek.

Chciała…

No dobrze, nie do końca chciała.

Znaczy, dokładnie nie do końca wiedziała czego chciała i czego naprawdę pragnęła i dlaczego była taka, a nie inna, a na razie, by dać sobie czas na rozmyślania, pokrywała się lekką pleśnią w piwnicach Sklepiku z Niepotrzebnymi. A one pleśnie nie były takie jak w innych miejscach. Były te białe, te czarne, te żóciane, złotawe nawet i jeszcze niebieskie i te lekko zielonkawe… Nie przeszkadzały jej, bo środka nie oprzędły nawet pajęczaki, zwyczajnie, wiedziały, że je za to pogryzie, a serio, bez jednej czy pięciu nóg chodzi się źle. Naprawdę. A środek był najważniejszy.

Dla niej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna, kurna?

Nie no… wieje, dziwna suchota i temperatura w okolicach 10 stopni? Serio! Luty mamy, helloł?! Należy mi się jeszcze trochę jakiegoś chłodu, a nie takie już wietrzenia! No weźcie no!!! Błagam!!! Ino nie wczesna wrząca wiosna. Bo jak tak będzie, to znowu nas susza złapie i będzie kanał.

Już mi zeszły rok dopiekł…

I jeszcze ta pierniczona pełnia, no weźcie. CO to się dzieje. Wiatry z Sahary, księżyce jak alieńskie statki i jeszcze te temperatury. Ech, po prostu wytrzymać nie można. Ja tam rozumiem, że ludzi rajcują te kwiatuszki i tak dalej, ale jak dla mnie ranniki i przebiśniegi to mogłyby się jeszcze wstrzymać. Tym bardziej, że przy takich temperaturkach, to szybko zdechną.

I tyle będzie z ich wyłażenia.

I jeszcze to słonko!!!

Ech… no cóż, na naturę nic nie poradzisz, a to co ci mówią, że możesz, to i tak przecież nie sprawi, że ona nagle sobie będzie ciebie słuchać, czy coś. Jednymi śniegi i mrozy, a u nas ukropik. Znaczy wiecie, jak na zimę. Ale… trza jakoś przetrwać i dalej oddychać. Chociaż trudno, bo zatoki znowu zawalone. Ale jak promy mogą chorować, to czemu ja nie? Express 1 jest na chorobowym, ale się nie bójcie, przypłynął numer 2. Może i nie wiadomo, czy ten stabilizator ma, czy go nie ma, no ale…

Kurcze, może lepiej na razie nie pływać nigdzie?

W końcu w domu też masa roboty.

Powinno się ogarnąć ogród i takie tam, ale wciąż mam nadzieję na te mrozy. Nie chcę tańcować z kosiarką nim wszystkie kwiatki wylezą. Błagam no! Wiosna, weź na wstrzymanie. Wzrastaj sobie, ale może bez trawnej przesady.

Wkrótce ferie, więc wiecie, świat się szykuje.

Ci wyjadą na wakację, tamci przejdą na dietę, a jeszcze inni oleją to i prześpią, bo czemu nie. Wolno im. Ma być wolne, to będzie. Przyjadą… znaczy przłypłyną ludzie i znowu będą się dziwować, że tak jest a nie inaczej. Choć przyznam, że zaskakują mnie ci, którzy przyjeżdżają sobie tak na kilka dni z Niemiec. Bo w końcu teraz można. Prom do Sassnitz kursuje dwa razy w tygodniu. W czwartek i sobotę możecie zaszaleć, ale wiecie, raczej z noclegiem. Podobno nawet mieli tanie bilety, ale nie sprawdzałam i nie wiem, czy wciąż są. Tak w ogóle, to trzeba by się tam kiedyś wybrać, bo to intrygująca część świata…

Korci.

No i mają fajne sklepy z pluszakami. LOL

W ogóle mają sklepy i te tam cywilizacje czy coś. W końcu to tylko mała zagramanica. A raczej zawodzie, czy coś w ten deseń. Właściwie dół Danii, to tak zniemczony, że czasem mnie to szokuje. Ale przenikanie się krajów, szczególnie ono przygraniczne, chyba występuje wszędzie, co nie? Myśl i marzenie przenika przez granice, w większości i tak geograficzne i mocno geologiczne.

No i miłość…

Hihihi…

Jeśli chodzi o walentynkowanie na Wyspie, to wiecie, jak zwykle. Niewiele rzezy w sklepach, przymusowa róża pojedyncza w celofanie być musi, gdzie niegdzie da się znaleźć coś lekko tak lepszego, ale kurna ciastka romantyczne to powiem wam, no we wszystkich piekarniach wykupili na pniu i to z samego rańca chyba, bo po pracy były już ino pustki i mączany hulał wiatr.

Czasem się zastanawiam jak tutaj jest z tą miłością. Z tymi patchworkowymi rodzinami, samotnymi matkami, stojakami dziwacznymi z okazji 30 urodzin stawianych pannom i wszelako niezamężnym gościom, znaczy tym no, kawalerom, czy to w ogóle tutaj istnieje? Takie prawdziwe i romantyczne?

Takie wiecie, jak z bajek?

Nie wiem… wątpię z tą duńską praktycznością? A jednocześnie wariacją na punkcie amerykańskiego lajfu?

PS. Śledzą bociana, dziwnie lata po Wyspie powiem wam, no kurna, jakiś dziwny gość z niego, ale jest temat. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rama… została wyłączona

Pan Tealight i Obraz…

„Pływał sobie ponad Wyspą, czasem tylko nurkując rogami w morzu, płócienny, a może nawet i lniany, nie do końca byli pewni… barwny bardzo, zapewne olejny… połykujący w miejscach, gdzie malarz nałożył zbyt wiele farby, gdzie zagiął ją, by zamarzyć o fakturze, by jakoś oddać…

No właśnie, ponieważ tak ciągle się unosił, to nie wiedzieli, co przedstawiał. Tak do końca. Tak naprawdę. Co w rzeczywistości było na tej wielkiej płachcie? Może cały świat, może wizja jakaś, moze wymyślone postacie, a może i przepowiednia – jeśli to ostatnie, to Wiedźma Wrona Pożarta nie była zainteresowana oglądaniem go, wcale a wcale nie była. Nie chciała wiedzieć, więc… ponieważ wszystko było możliwe, a już tu bardziej niż pewne, to jakoś tak, no nie łapali go…

Nie starali się.

Ale patrzyli.

W górę.

A obraz czasem stawał się mniej zamglony, czasem stawał się bardziej widoczny i jakoś tak skraplał dookolność kolorami i jakoś tak pachniał, i jakoś tak… zmieniał się. Niezależnie od tego jak padało słońce, jaka była pogoda, jak dziwne mieli myśli, czy naprawdę byli niewyspani… on był wtedy inny.

Niż wcześniej.

Inny…

Tylko czasem myśleli o tym, że przecież to było płótno, że przecież gdzieś była ściana, może nawet i wieszak i ramy, może i ktoś, kto za nim tęsknił, może i cena, które w Sotheby’s zawirowałaby wszystkim w głowach…

Dlaczego tak bardzo chcieli by był wolny?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Bardzo złe miejsce” – … intrygujące.

Właściwie, z każdą stroną coś się chrzani, wali, ktoś obrywa i nagle dobrzy są źli, źli względni, a główny bohater, detektyw poproszony o rozwiązanie sprawy zaginięcia emerytowanego gliniarza, dziwne niezniszczalny.

Oto kolejna opowieść o śledztwie. A może bardziej znowu o człowieku. O zwykłym człowieku, który nie do końca jest taki, jakim go widzą, pamiętają? Czyżby miała to być zbrodnia doskonała? A moze tylko czyjaś zemsta? Ale ilu wrogów może mieć gliniarz? No przecież na pewno zarobił sobie ich masę przez całe pracownicze życie. Komuś nadepnął na odcisk, coś spieprzył, kogoś wkurzył mocniej? A może… no właśnie, co robi tutaj ten dziwny facet i czy córka naprawdę chce odnaleźć ojca?

A może?

Masa w tej książce pytań, nastrojowości minorowej, mokrości, bagien, moczarów, wytartych ścieżek, zagubionych myśli i zdjęć, typowości angielskiej, samotnych chatek, ukrytych kopalni, upartości i brawury. Oraz… nieszczęśliwości. Bo przede wszystkim o tym jest ta opowieść. O smutku. O przegranych i nierozwiązanych sprawach, które wybudzone gryzą tych, którzy pragną je rozwiązać.

Intrygująca powieść.

Tupu tupu…

Dziś idziemy z portu Hammerhavn.

Wiecie, no tego wielkiego miejsca między skałami, co to wjeżdża się w dół drogą wąską, kręconą, a potem widzi się tylko wielki plac, dziwnie skrzywione, czarniawe domki i ludzi. Albo nie. Albo auta tylko i zaparkowane na sucho łódki. I może jeszcze gościa w wodzie, patyk sobie moczącego z zadowoleniem wielkim, chociaż pizga za przeproszeniem jak w mitycznym kieleckim.

Ale ciepło podobno…

Znaczy, oficjalnie wiosna, czy co? 8 stopni, to chyba lekka przesada, ale może minie? Wiatr wiejący od lądu, lekko tylko marszczący wodę na pewno ciepła w sobie nie ma, bo od razu człekowi zatoki puchną, oczy łzawią i ogólnie jest zabawa i pięknie tak i te kamienie, no i ruiny w oddali…

Idziemy.

Od parkingu trochę plażą, bo to takie dziwne miejsce. Te łódki, kilka kolorowych domków z wystawkami w oknach, jakaś para z pieskiem, rodzinka zbyt głośna. Trza się ich pozbyć. Znaczy przodem puścić i już. Będzie dobrze. W końcu wyprawa się nawet jeszcze nie rozpoczęla. Trzeba z plaży wdrapać się na szlak, a potem uważać na wąskiej, pełnej korzeni i kamyczków drodze. Takiej, co to nie tuli się do morza, ale je pokazuje. Delikatnie, przez krzaki bezlistne, splątane, ale pokazuje.

Wieje nadal.

Łeb mi urywa i oczywiście, że chce mi się siku! Kurde, no zawsze mi się chce. Niezależnie od tego ile razy pójdę przed wyjazdem i tak… no sorry no, żeński pęcherz i tyle! Zestresowany może jakoś?!!! A może to przez to zejście na najmniejszą z plaż, obecnie okupowaną przez łabędzie, ale z nowopostawionym namiocikiem. Wiecie, shelterem drewnianym takim, co to ze dwie osoby mogą się w nim przespać… ciekawe, czy wygraliby teraz z łabędziami? Obstawiam ptaszyska, żerte są jakieś… a może mnie nie trawią. No zawsze coś do mnie mają, zawsze!

Pewno za te kompromitujące zdjęcia ich zadków!!!

No ale, z tego zakątka w górę i w górę i w górę.

Ćwiczenia zapewnione. Zaleca się powtórzenie kilka razy, no ale, jak kto chce. Można przytrzymać się drzewem, a charakterne są bardzo. Silne, choć niewielkie, pokręcone od soli i wiatrów, ale dzielne. Do tego skały i mchy i niezbyt długa droga do ruin zamczyska. Czy tam twierdzy bardziej, ale może dziś nie o terminologii?

Droga nie jest długa, ale wymagająca.

Dobre ćwiczenie i jeśli postanowicie nie zamarudzić długo na samym zamku, to spokojnie godzinka, półtorej… chyba że szukacie tego miejsca na siku, to ech, będzie trudno, bo bezlistnie teraz. Z jednego miejsca nawet i szosę i zielony nawet teraz wypas owczy widać. I oczywiście ono gołe miejsce po tym wszystkim co wyburzyli.

A wyburzyli do końca i na amen.

Tak naprawdę, to człek by nawet nie powiedział, że kiedykolwiek coś tu stało. A był i sklepik i muzeum i knajpka i kibelki… oj kibelki!!! Ale nie gapić się idziemy. Droga nagle się otwiera, krzaków i drzew niewiele, jakby twierdza wciąż była gotowa na najazd jakiś. I już widać pierwszy zbiornik wodny. I niebo się w nim odbijające niebieskie, bo choć wietrznie, to i słonecznie przecież dziś… No i już… czas na schody. Ale najpierw samobójczy instynkt zmusza mnie bym polazła w dół. Wieje tak, że przewraca i porywa i już wiem, że durny to pomysł, zle zobaczyć stąd one wielbłądzie głowy, czy jak ja to mówię drakkarowe, smocze… albo misiowe, zależy od kąta patrzenia… No to jeszcze ich od tego kąta nie widziałam.

I one żyły kwarcu pod ogami i ogólna mineralność.

Ale… schody.

Problem w nimi mam taki, że krótkie nogi mam. I nie wyrabiam. Mniej bym się zmęczyła nie obmyślając z każdym krokiem logistyki stawania, gdyby były to zwykłe, skały ścieżka, ale wiecie, pewno bezpieczniej, więc… idziemy. W górę. A nad nami mury. I jeszcze więcej murów. Ciekawe, czy serio to będą dalej odbudowywać? Jestem za, bo Polakom dobrze idzie. LOL Ten ich piec wymiata!!!

Tylko czy stać mnie będzie na M3?

No i ten widok za plecami na oną rozświetloną toń, a potem tylko sapanie, kamienie, cegły, ruiny znajome, woda, drzewka pojedyncze, tak bardzo charakterystyczne, pustka cudowna, bezludzie… A potem powolne zejście, bo kocie łby śliskie jak zwykle. One już chyba tak mają. Znowu woda, zarośla przybrzeżne, widoczki na linię brzegową, zakręt i mostek i… Widok na ono nowe centrum, którego nieznoszę i powrót drogą do auta obok miejsca, w którym niegdyś coś było, ale już nie ma. A podobno niegdyś tu przecież hotel stał. Zdjęcia są. I jeszcze ten dom po drugiej stronie, tez zburzyli… gaard, co to się tam ostał też chcą zmieść z powierzchni ziemi i choć rozumiem pas chroniony, sama jestem za pozostawieniem tego, to nie lepiej zrobić tam muzeum helleristningrów? No weźcie no… tak mi się wydaje, że by na wyszło! Jak w Szwecji. No ale… ulicą wracamu. No nie da się inaczej. Znaczy można tą samą drogą, ale po co… i tak już mnie wywiało, może tutaj trochę bardziej nas Wyspa osłoni?

Bo chyba wiatr znów zmienny.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obraz… została wyłączona

Pan Tealight i Jajonc…

„Wykluł się był on dwa dni temu chyba, może trzy, z takiego starego, czekoladowego jajeczka z rzezaniem takim wprost koronkowym, sreberkiem nałożonym, próby najwyższej, i malowanym i zdobionym, i klejonym i jeszcze oczywiście bardzo mocno wiekowym, więc nikt od dawna go nie ruszał. Może i dlatego takie jest teraz? Wiecie, jajeczka nikt nie macał i głaskał ino patrzyli, a kto to lubi poza tymi głodnymi paparazzi celebrytami, czy innymi zboczeńcami? 

Może i dlatego to wszystko.

No wykluł się marudny, dziwnie łysawy i ze złamanym uszkiem. Na szczęście trzecim, więc wiecie, chirurgicznie się go na dwa przerobiło… i jakoś i Jajonc się lepiej poczuł i świat dookoła, bo już dość miał tych wszelkich mutantów. Może i moda na nich teraz wielka, jakieś iksmeny czy coś, ale jednak… on nie chciał być aż tak inny, wystarczyło, że wykluł się z jaja! A oni tak nie mają…

Znaczy, moze w zwykłym świecie?

Bo czasem, to Wiedźma Wrona Pożarta myślała sobie, że to wszystko dookoła, w czym jakoś ostatnio się dziwnie rozpływała, zanikała, zasysała… nie było prawdziwe i zwykłe, zwyczajne, czy nawet NORMALNE. Ale dla niej było to jedyne środowisko, które była w stanie jakoś… ogarnąć.

Jakoś… ale teraz ten Jajonc?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Noże i mleko.

Wiecie, jakby nie patrzeć i to i to potrzebne.

No, przynajmniej niektórym. Ale tak bez noża? No widzicie, u nas bez noża. Nie można posiadać zbyt długiego przy sobie, a już wszelkie zakupy… ostatnio masowo są przechwytywane przez policję. A już taki sprężynowy, to ręka noga mózg na ścianie!!! Oczywiście nadal można sobie wykupić dyspensę, no ale, to jednak kosztuje i ktoby się tam w to bawił… co nie… tak, to sarkazm.

Co do mleka, to problemy są natury ekologicznej. Zresztą, ostatnio dołączyły lury i przyznaję, że zaczynam się w tym gubić. Dla mnie logicznością były kurniki i wybiegi, ale wiadomo, kurza kupa smrodliwa i toksyk, kura jako zwierz dziwna i kamienie żre, więc opiekowana być musi, a już na zimę miejsce wygodne na słomie konieczne, więc… więc no nagle nie wiadomo czy to ekologia, jak kura zamknięta? Eeeee… niby logiczne, ale widzicie, dzisiejsze czasy logiki nie uznają.

Z krowinami podobnie, więc…

… więc dlaczego nie puszczać ich wolno?

Nie wiem, wydaje mi się, że są to tematy, które tutaj szczególnie wracają co kilka miesięcy niczym wypełniki wieści braku – co dobre, bo no news to good news – ale jednak, człek jedzący tylko zaczyna myśleć, że powoli, to kurna już nie ma co jeść!!! No naprawdę. Żarcie z Chile? Tutaj? Serio? A Polska czy Niemcy za daleko? To naprawdę im się opłaca? I czym to faszerują, by wciąż wyglądało?

Strach myśleć.

Ale, wyboru nie ma.

Powietrzem się nie najjesz, choć ostatnio zgęstniało, a te przebiśniegi i stokrotki całoroczne, trawy zielone i coś tam na polach, to chyba niezbyt…

Co nie?

No mniejsza, problem jest, a jeśli serio wsio ma być eko sreko – bo nie oszukujmy się, eko to dziwne i wybiórcze i negujące strefę, geograficzną, ale… co ja tam, a kurna właśnie, że się znam! Nosz do kapcia!!! Ciekawe jak to się potoczy. Te elektryczne auta przymusowe albo nic, te kurna pola, lasy… eee?

Serio?

Piaski Sahary.

A no właśnie, co do powietrza, co to zgęstniało. No to ono nie tylko zgęstniało, ale i dziwnie się zabarwiło i na brzoskwiniowo, a i zielonkawo nawet. Taka wersja zombie apokalipsy dookoła człowieka i w nim.

A on nie może nic zrobić.

Z jednej strony intrygujące, ale z tego co pamiętam takie coś zdarzało się niegdyś raz na ruski rok, a teraz, raczej dość cyklicznie. Czyżby na Saharze piachu przybyło, rozsyłają go darmowo? A może jednak wiatery się pozmieniały, prądy powietrza na diecie są ino piaskowej? No wiecie, wsio możliwe, świat dawno już oszalał i nazwał to swoją nową, ulepszoną i wielce modną normalnością przecież.

Dziwne zjawiska atmosferyczne, światła jakieś, jego brak, one kolory…

… czyżbyśmy jako Wyspa naprawdę aż tak promieniowali? No bo promieniujemy, tego raczej nie da się ukryć, fakt naukowy granitowy. Zachrowalność na nowotwory w pewnych rejonach powalająca. ulice rakowe też na Wyspie istnieją, ale Sahara? Znaczy co… ta susza zeszłoroczna, to już będzie tak zawsze?

W końcu zamienimy się cali w lekko wyboiste Dueodde?

No nic to, na razie próbujmy z dnia na dzień, znosząc jakoś utrudnienia w ruchu drogowym, bo tutaj coś wymieniają, tu kleją, tu poszerzają, a tam znowu szykują się już na kolejny Folkemodet i znowu będą kontrowersje i broki. No przecież być muszą. Bo nagle nikt już na nikim nie zarabia i w ogóle, to czy to potrzebne i czy nie jest to tylo pokaz reklamowy, i jeszcze…

… ech, strach myśleć jak to będzie w tym roku.

… więc jedźcie ostrożnie. I pooglądajcie sobie światełka w stolicy, bo jeszcze ich nie zdjęli. W Tigerze wciąż niezbyt jajecznie, jakby ktoś pytał, w Sióstr też nie. Ogólnie, ostatnio sklepy u nas stronią od świąt wszelakich. Kurna, jakby się nam konsumpcjonizm nie należał, albo coś… a może się mszczą za to, że onych obleśnych czekolad mikołajkowych nikt nie chce WCIĄŻ, kupić choć są za pół ceny?

Pewno tak.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jajonc… została wyłączona

Pan Tealight i Karmicielka Duchów…

„Ale nie żeby gotowała?!

Full catering!

Serio!!!

I to jeszcze z tymi wszelakimi opcjami, jak one bezgluteny, bezjajeczności, tylko zielone, ino białe… wszystko jest. Nawet wersja dla najbardziej wybrednych, czyli sama woda, ale droga i w butelce ze wzorkiem oraz żarcie w pigułkach – mocno sprasowane, ale podobno nie wymaga zębów, więc wiecie, można je mieć wiekuiście idealne i całkowicie plastikowe, bezużyteczne…

Ale jednak, Karmicielka Duchów.

Żeby nie było, zawód przechodził z matki na córkę i to w rodzinach, gdzie matki zawsze tak, czy inaczej się onych córek dorabiały, więc nie było wyjścia. Padło na ciebie i wiedziałaś o tym już od najmłodszych lat swej jako takiej świadomości życiowej. Wiedziałaś, że masz przesrane.

Na początku oczywiście, że musiały być kucharkami, z czasem się wycwaniły i wmawiając istnienie wielkiego głoda, rodziny i jeszcze gości niewidzialnych przybywających cyklicznie i zawsze w wielkiej liczbie wielkich żołądków, korzystały z kuchni, kucharek i tym podobnych pomocy, ale w dzisiejszych czasach… no właśnie, dzisiejsze czasy. Żadna z nich, a oczywiście na cały świat było ich kilka, nie przypuszczała, że ta praca stanie się tak durnie wymagająca.

Durnie!!!

Bo żeby one jeszcze jadły naprawdę!!!

Ale przecież nie na tym to polegało. Obwąchiwały, macały, zalewały ektoplazmą, czy innym optycznym złudzeniem, a potem sama musiałaś… i jak w takim przypadku dbać o spokojność żołądka i innych wnętrzności? No i wiecie, jakoś nigdy nie pytały się co ty lubisz i czy może aby nie jesteś na jakiejś diecie?! Bezczelne gnojki! Zwyczajnie się pasły twoim upodleniem!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer?

Może po Gudhjem?

No dobra, jeżeli chodzi o mnie, to tak, jest to moje najukochańsze miejsce na ziemi. Po prostu. Pamiętam o tym, za każym razem przełażąc przez mosto-wiadukt, że widząc je po raz pierwszy od razu wiedziałam. Wiedziałam, że to tutaj chcę zamieszkać i innej opcji nie ma. Tułałam się trochę po Wyspie, no ale wiecie, udało się. Wywalczone, wyrwane, wykrwawione. Nie lubię mówić o spełnianiu marzęń, bo spełnianie kojarzy mi się jakoś zbyt bardzo z darem, swobodą, jakąś łatwością, a to było trudne. Raz było o włos i przypłaciłam to niezłym załamaniem, a potem… ech, ciągły strach, że znowu wszystko się zawali. Tak, czasem… nie, wciąż mam wrażenie, że w każdej chwili ktoś może przyjść i nas stąd wykopać.

Takie życie psychicznego.

Ale teraz spacer.

Tak, wiem, że technicznie mieszkam w Melsted, w odległości małej słyszalności dzownów, z widokiem na wiatrak, morze, pola i las… ale one bliźniacze miasta tak naprawdę już dawno się połączyły. W papierach mam Gudhjem. Może i boży dom, ale kto to tam wie, którego boga tak naprawdę? W końcu tutaj i tak o wszystkim Podziemny Ludek decyduje, więc… można spekulować.

Na pewno miał to być dom.

Dom tych, co często na morzu…

Wyłażąc jednak z mojej Chatki mam te kilka kroków nim stanę na szczycie i popatrzę na oną riwierę, załamujący się brzeg, fale, drzewa. Ulicę, po której o tej porze rou to rzadko kto jeździ. Ścieżkę rowerową… ale nie ważne to, szybko przechodzę główną, mijam białawy młyn/wiatrak, który znowu pleśnieje i, który po wielkiej renowacji, znowu został przez wielu zapomniany. A możnaby tyle, ale co tam. Kogo to w ogóle. Tak wiele domów tutaj jest pustych przez większość czasu, bo choć prawo nakazuje sprzedaż ich w Gudhjem wyłącznie jako domy całoroczne i należy w nich mieszkać przez określony czas, to burżuje z Kopenhagi wyśrubowali ceny, podkupili, nadkupili i zakupili. I tak mamy… przedwiosenne, wymarłe miasto. Słońce świeci, dwa główne sklepy, w których mało co jest, otwarte…

Kolorowo.

Przebiśniegi wychodzą.

Idąc w dół, w stronę portu wybrać można kilka dróg, tym razem pójdę oną miejską opłotkową. Tą prowadzącą od wiatraka, pomiędzy domkami. Widząc w oddali wodę, niezbyt wzburzoną, ale i niezbyt łagodną…

Bajer z oną mnogością ścieżek i dróg w tym miasteczku jest tajemnicą dla wielu. Ukryte zakamarki, przesmyki, wydaje się, że to posesja, a nie… stare ścieżki wynurzają się, ale nie tutaj. Tu droga prowadzi prosto, zakręcam obok żurawia, bo żółty gaard i to wiatrażowe okienko jest cudne zawsze, nawet zimą, potem mijam kościół i ląduję na cmentarzu. Dosłownie. Nic na to nie poradzę, że lubię, no i te ruiny kaplicy tu. Tyle pytań i odpowiedzi, których się nie chce wysłuchać. Na grobach kwiaty, porządek. Spokój i cisza… w oddali centrum miasta, czy raczej nie oddali, a poniżej…

A tak, można nawet zoczyć Turyściznę.

Bidoki.

Plączą się, nie wiedząc, że natura nprawdę wystarczy. Ale oni szukają jedzenia, picia i tym podobnych. Słodka naiwność. Zeskakuję z cmentarza, dosłownie, bo stopnie tam wysokie, a furteczka mała i dziwnie ciężka i widzę dachy. To jedno z najlepszych miejsc na zdjęcia. Ono wzgórze obok wzgórz. Zakręstas, który prowadzi was nad port, albo… no właśnie, bo po co iść w znajome, my pójdźmy na skały.

Prosto w dół…

No dobra, może nie do końca, bo się nie da, rozpadlina, ale jeśli znacie ścieżki, umiecie patrzeć i zjeżdżać na zadku, to znajdziecie sobie miejsce, może o tej porze roku zimne i wietrzne, ale takie jedyne w swoim rodzaju. Z którego widać i wodę i koorowe domki i port i małe ludziki i syreny na skałach.

Miejsce dla rozmarzonych.

Co chcą nie iść już, tylko poczekać, aż coś przyjdzie do nich. Może pomysł, może inspiracja, a moze jednak i coś więcej. Ale uważajcie, bo morze też lubi przychodzić i się łasić. No i nie polecam skał nadmorskich w czasie jajecznym mew.

Waleczne są!

Nie da się im wmówić, że wy nie po jaja!!!

Pierwszy skurczybyk już jest… kurna, gdzie mój „winter”?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Karmicielka Duchów… została wyłączona

Pan Tealight i Szklana Pułapka Dziur…

„Die hard lub lekko… właściwie, to przecież nie ma tak, że na pewno sobie wybierzesz jak to będzie, choć nawet wiesz, że będzie, to może nie pójść tak jak myślisz, albo coś się zmienić nagle, albo ty sam… No ale, nawet jak nie wybierasz, albo szczególnie bardziej właśnie wtedy jak wybierasz i jesteś zdecydowany, bo przecież prawo winieneś do tego mieć, to twój los…

Ale wiecie, o tym, to lepiej nie mówić, pisać czy szeptać nawet… bynajmniej na dzielni nagle…

… pojawił się Truciciel.

Wiedźma Wrona Pożarta przyznała, że była zaskoczona, że to on, że to ten sławny i tak dalej, bo wiecie… nie wyglądał. Ale jak miał wyglądać szczur? Może i taki wyrośnięty, może i ma na imię Camus, ale jednak nawet chodzący na dwóch nogach, odziany w wyprasowany, szary garitur, czarną koszuę i jasnozieloną muszkę w radosne, różowe kropeczki – choć może to był sos z tej kanapki, którą jadł, takiej w papierku, wiecie, domowej roboty – kolega, wciąż był szczurem. I ogon miał zaiste imponujący!!! Nie dość, że gruby, potężny, skręcony niczym bicz i przytroczony do paska, to jeszcze tatuowany w tak drobne literki, że niczego nie była w stanie doczytać.

A dlaczego Truciciel?

Cóż.

No przecież każdy się mógł wprowadzić, obostrzeń nie było co do pasji i wykonywanego zawodu, chociaż Wiedźma Wrona na pewno nie zgodziłaby się na gościa hodującego pająki i węże, trucicielstwo to w końcu dobry zawód. Naukowy stopień na pewno Camus posiadał, więc… no i naprawdę nie lubił kotów, a dla niej oznaczało to mniej smrodu na trawniku, więc czemu nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kłamca, kłamca” – … eeee. No dobra, to nie jest zła powieść. To brutalna powieść, ale jednak taka, której czegoś brakuje, a sprawca jest dziwnie odstającym obiektem od całego świata powieści.

Nasi bohaterowie tym razem właściwie składają się wyłącznie z niej. Ale i tak, jakoś tak coś się nie klei. Okay, przyznaję, że morderstwa gliniarzy, to coś mocnego. Bardzo mocnego, szokującego, a pomysłowość autorki w zabijaniu winna lekko zaniepokoić jej rodzinę, tudzież zwyczajnie, wiecie… przychodzi jej wszystko na myśl przy zmywaniu. Jak królowej Agacie Christie!!! A może jednak to efekt jej doświadczenia zawodowego? W końcu pracowała w policji, więc… może? Ale jednak. Dobra, stworzyła intrygującą bohaterkę, ale coś w niej nie gra. Nie wiemy już kto ma być jej partnerem, czy gliniarz czy jednak były żołnierz, któremu pomaga?

A może jednak…

No i czy sypianie na cmentarzach jest dozwolone?

Nie wiem.

Pomysł na powieść bardzo dobry. Wykonanie już trochę gorsze niestety. Coś się nie klei, kolejne zbrodnie łączą się ze sobą, szokują nas, wciągają opisem, ale praca gliniarzy jest dziwacznie marna. Jakby naprawdę autorka starała się ukryć wszystko, albo bała się, że ktoś się czegoś domyśli… więc nagle złoczyńca wyskakuje jak z d… no sorry no, ale bardzo się na tym zawiodłam.

Pomijam już fakt logiczności pewnych zachowań.

Warto, ale tylko dla wielbicieli pisarstwa Flint i tej serii, bo pamiętajcie, że to… trzecia część już chyba.

W lesie…

W lesie słychać tylko błotko.

W lesie słychać też liście powoli przekształcające się w totalną ściółkę, taką, która w końcu będzie tylko miękkością, której nie da się już rozebrać na części, wiecie, no jak co roku. W lesie jednak słychać też kamienie.

Śpiewają.

Nucą, czasem walą nawet arię jakąś, czasem duety odchodzą, czy też kamienne chóry… ale tylko jeśli się wsłuchacie, jeśli dojdzie do was, że to naprawdę można, że to nie szum aut, nie samoloty, nie coś w inny deseń. Że coś takiego istenieje i jest naprawdę możliwe, wtedy, nagle je słyszycie.

Wtedy, nagle coś się w was zmienia.

Nagle.

A kamienie…

… niektóre przykryte już chudnącymi liśćmi, inne znowu mszanymi kolderkami, tudzież zdobne w takowe fryzurki, wąsy, tudzież inne omszenia twarzy czy ciała… różnokształtne, różnorozmiarowe, niektóe całkiem malutkie, inne wielkie, które potrafią wędrować, gdy tylko nikt uważnie nie patrzy, a ludzie mają to do siebie, że nie patrzą, więc wiecie, no jest im jakoś łatwiej, a jak ktoś chodzi, to i nuci sobie pod kreską skalną…

I drzewa…

I inności.

Wyspa się zmienia, jej kamienie też.

Ale tym razem one zmiany zachodzące w Wyspie jakoś takoś, jakoś są bardziej widoczne. Niektóre stawy zrobiły się większe, bardzo dużo drzew się połamało, jeszcze inne, zwyczajnie puściły się znajomej miękkiej, umęczonej tak bardzo latem ziemi, i leżą, a jeszcze inne zabił człowiek. No wiecie, wiadomo.

Ludzie są straszni.

Naprawdę.

Mam nadzieję, że w końcu ludzie choć trochę się otrzeźwią, bo to ogołocenie jest straszne. Naprawdę. Coraz większe, coraz bardziej postępujące. Coraz bardziej… smutny. Dołujący. Depresyjny jeszcze bardziej, a przecież ten świat i tak nie rozpieszcza, więc kurde, dlaczego zabieracie nam drzewa?

Erozja naprawdę w zeszłym roku poszalała. Ten rok oczywiście dorzucił kilka gwoździ do tej trumny i jest kiepsko. Ogólnie mówiąc to z jednej strony się zmmniejszamy, a zdrugiej, to jakoś morze nam się spłyciło.

Może to się wyrównuje?

A może nie?

Może tak naprawdę nic tutaj nie ma znaczenia, a wszystko ono człowiecze pojmowanie świata jest psu na budę? Chociaż, kto dziś psy w budach trzyma? No nie wiem, może latem sobie tak sypiają w drewnianych domkach na chłodniejszym „na zewnątrz”? Bo takim dzieciom na Wyspie zimno. Według badań bardzo zagramanicznych, to wszyscy są zaskoczeni tym jak często dzieci duńskie, te przedszolne, są na dworze. Wychodzimy na dzikusów, albo jakichś tam naturalsów, czy coś. Z drugiej strony… niestety dzieci na mojej pięknej Wyspie marzną, a to oczywiście dlatego, że nikogo normalnego nie stac na ogrzanie domów…

Taka prawda.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szklana Pułapka Dziur… została wyłączona