Pan Tealight i Podsłuchana…

„To wszystko wina tej cholery Przypadka. Łazi toto po świecie, gubi się, map nie ma, GPS go nie rusza, atechniczny taki… i potem tak jest no. Trafia na kogo padnie i bęc od razu! I wali, na oślep, nie celując, ślepia zamknięte ma, bo się boi, że mu coś wpadnie, a Przypadek lęki ma przed okulistą.

Gałki mu często, się znaczy te oczne, wypadają.

Znaczy się jest tak, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, co to ostatnio jest na głodzie i lepiej jej nie wkurzać – już jakieś kontynenty się obluzowały, bo się jej zaklęcie omskło – bynajmniej dla zdrowotności spaceru zażywała. Czyli w dosłownym wymiarze macała kamienie na plaży… no i podsłuchała. Choć nie, to nie tak, że miała zamiar w ogóle kogokolwiek słuchać, ale przechodząc obok tubiastej Tojtojki – bo u nas cywilizancja, się do morza nie sika, ale ono może obsikać kogo chce, bez pytania – w której ostatnio siku do góry leciało, jakoś tak usłyszała:

– Zagrajmy jego głową w kręgle!

– Czy to będzie etyczne?

– Ale on nie żyje?

– Tak, ale czy etycznie?

– Co to etyka?

– To takie coś, że jakby żył, to czy by mu się podobało, że my gramy? Czy byłby wiesz, no zadowolony?

– Pewnie, gdyby wygrał? No i on naprawdę nie żyje, sprawdzałem…

– Tak, ale…

– Nie denerwuj mnie, bo dostaniesz tego z wystającymi zębami! Nawet za życia rysował filiżanki z serwisu ciotuni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna, która igrała z ogniem” – chyba najsłabsza część trylogii. Głównie dlatego, że szlag człeka trafia, bo nie wie kto tu jest głównym bohaterem! Raz dziewczyna ze smokiem, raz masa gliniarzy, w których życiorysach człek się gubi, a potem jeszcze służby specjalne. Trup za trupem, ale co tam, nie jest źle. Problem, gdy nagle sobie uświadamiasz, że nie wiesz o co tak naprawdę chodzi i czemu tyle ludzi wierzy w durnoty i ciemnotę kultywuje! Ale jak już się kobiety wkurzać przestaną, to jest całkiem całkiem… choć miejscami mało logicznie i nie do końca rozwiązywalnie.

„Zamek z piasku, który runął” – świetne zakończenie, takie do końca, z przytupem. Nie wymuszone, wprost przeciwnie, dziwnie naturalne i logiczne. Bohaterka podlega pewnej ewolucji, związki się walą, nowe się rodzą… Sensajca goni sensację, a my cały czas mamy pewność, że dziewczyna ze smokiem może wpaść w kłopoty. Koszmar jej dzieciństwa zostaje ujawniony, w czym oczywiście udział bierze, dość okrojona załoga „Millenium” i świetni hakerzy.

… do ostatniej litery!

Ogólnie – trylogię przeczytać naprawdę warto, ale ze świadomością specyfiki pisarskiej Larssona.

Oj ci hula sobie snestorm hula… jakby nie wiem z hula-hoopem się zabawiał czy co, taki zmiennie niepewny. Raz słonko przez powolnie baletujące w powietrzu płatki, potem śnieżyca, że świata nie widać… ino ściana. Ale wiater huczy, kołuje, zbiera swoje moce w kulki i zamiast bałwana postawić, to w Chatkę rzuca.

Atttack!!!

… ciekawe czy gdyby tak bardziej powiało, to z Narnii rzuciłoby nas w Oz? Jakoś nie widzę siebie w roli Dorotki, no wiecie, te buciki nie mój stajl, ale jednak pytanie korci… czy uniesie Chatkę Wiedźmy wiater? I czy Chatka poleci grzecznie, czy się wzbraniać będzie, aż w końcu wylądujemy jeszcze w jakimś Dystrykcie?

Nie, no może lepiej nawet o tym nie myśleć. Dobre co jest, Narnia może być! Lwy nie atakują, na razie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Anioło…

„… czasem patrzy Pan Tealight, patrzy i cieszy się, że wciąż tak patrzy i oczu dalej nie ma!!! Ale gdy tak w Ojeblika opowieści piejne zasłuchany myśli, że może jednak jako bezuszny, ma tylko omamy?

A Ojeblik, mała ucięta główka nuciło – fałszują:

„Przyplątało się do Wiedźmy ścieżyną Anioło.

Giezło ma podarte, gębę nie ogoloną.

Ze skrzydeł to ino całkiem mokra kura,

co do aureolki, to ni świetlista a raczej bura.

Anielskie włosie splątane w dredy

a pajęczyn w nich, że ni ma biedy…

w penicylinkę ot Anioło zaopatrzone,

a cuchnie samogonkiem, więc i zdezynfekonione.

Na nogach od nie pary ma kabaretki

a w uszach kolczyk wielki i niebieski…

Podpiera się jadowitym ot parasolem,

w którym wiją się dziwne śledzie niesłone.

Na ramieniu torebka, pewno od Wijutona,

pod pachą gazetka, lekko stłamszona…

I kroczy tak Anioło, toczy się, czasem pełza,

śliniąc się każdy krok swój wilgocią okiełzna.

Tutaj psalmy zanuci, tutaj walnie z nowenny,

pacierza nie odmawia, mu z Bożynkiem nie tędy.

coś nagle w powietrzu aromat poniosło,

coś zakłóciło podróż i tak mało radosną.

Patrzy nagle wzrokiem rozbieganym Anioło,

prawa powieka mu się telepi, lewa gałka lata wokoło,

a tutaj uczta, ot czysty wypas,

podane na tacy, frykas i frykas!

Zabrał się za jedzenie Anioło, chrupie i kruszy

… pioruniego wrzasku nie słyszy wokoło…”

– Chochel, dawaj spraj na robale, znowu szkodniki mamy w karmniku!!! – nie będziesz mnie tu nawracał wkurzający szkodniku, myśli sobie Wiedźma Wrona i zwołuje dziobate zastępy niebiańskie, nader piorunnie wpieniona!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” – no dobra wiem, niektórzy są na czasie, co nie? Ale było warto, bo powieść świetna… aczkolwiek nie dla każdego. Dla tych, co mit skandynawskiej wsi spokojnej, wesołej, umajonych palików i tych tam chatek… no chcą zachować ułudę, nie radzę. Dla tych co wtopić się w historię nie potrafią, czytać dokładnie każde słowo, też nie radzę… odradzam też wielbicielom dobrych zakończeń oraz poprawnych bohaterów, ludzi otwartych, co to cenią sobie innych ludzi, takich ot bez zaburzeń i rodzin choć trochę poprawnych, bo ta powieść jest skandynawska, a na Północy większość spraw traktuje się inaczej!

Zbrodnia goni tu zbrodnię, ale to nie ona jest najważniejsza, nawet Lisbeth ze smokiem nie jest najważniejsza… tutaj pierwszeństwo ma prawda i rozliczenie się z przeszłością. Brudną, niegodną skandynawskości. Tutaj każde słowo ma znaczenie, a koszyk bohatera, co to w markecie właśnie zakupy zrobił, powie wam wszystko… tylko czy chcecie o tym czytać? Autor wciąga, jest powolny i rozlazły, a jednak smakuje się go… nie wiem jak co, bo ja niepijąca, no taka niesocjalna kurde!

Teraz biorę się za kolejne tomy… utwierdzając się w przekonaniu, iż w dzisiejszych czasach to ludzie filmów już robić nie potrafią. Co się stanie, jak już zupełnie oduczą się pisać? Bo czytanie ze zrozumieniem zarzucili dawno…

Wyspa mnie rozpieszcza. Znaczy ona tak uważa wytrzepując z poszewek i torebek po cukierkach ostatnie płatki śniegu, w ten wilgotny i mało mroźny świat. Nie no pewno, że wiem, że ta Wiosna musi być i w ogóle, że potem Lato, Jesień… no i znowu mam szansę na Zimę.

Ale ja Zimę kocham!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Wskazująca…

„Świat się trząsł.

Wyspa nie tyle dygotała, co podskakiwała, jak osobniczka dość zdesperowana podczas nader agresywnej zumby… Pan Tealight ostatnio z przerażeniem odkrył jak mogą wyglądać kobiety zazumbione. Dotąd bał się zamkniętych muzycznie naznaczonych pomieszczeń. I piorunami walącej Wiedźmy Wrony Pożartej… ale teraz cóż, bał się jakoś bardziej. Bo wiedział, że ona też by mogła, też by mogła tak zapamiętale i dziwacznie skakać. Bez potrzeby uciekania i nagrody w złocie i cekinkach.

… bez dżumy zadżumionych grożącej wszechświatom zlepionym…

Ale te dzisiejsze szaleństwa aury: latające w powietrzu krany i krowy, części garderoby podrygujące na gołych wciąż gałęziach… pioruny i grzmoty, fale wdzierające się do portu, oraz owce na nich, cienie tworzące splątane plemienia i ofiary składane dziwnym, wcale nie ciemnym mocom… Te słowa tańczące, krzyczące i szepczące. Nawet Pan Tealight się czerwienił, a Wiedźmy z Pieca obrzydliwie rechotały, a myślał, że nie może ulec koralowej bariwe… I choć połowy nie rozumiał, coś w duszy podpowiadało mu ich dość obrazkowe znaczenie… Nagle, spod skulonych szarych stóp, wybiły w powietrze zakrzywione korzenie, pokryły się momentalnie małymi, białymi kwiatkami, potem dorzuciły do zestawu maleńkie, poznaczone kroplami rosy liście, by w końcu wypuścić gigantyczne zadziory… Gdy przyjrzał się im bliżej, zauważył, że krople mają odcień idealnie karminowej czerwieni. Potem świat dziwnie się uspokoił i kojąco zaczął szumieć. Cała przestrzeń zaroiła się od wściekłych zdrapek taszczących ze sobą spiłowane monety, noże i nierówno przycięte płytki paznokciowe. Zaczęły z nimi walczyć barwne ptaki, ale Pan Tealight widział, że to tylko gazetki reklamowe… bardziej niż zwykle natarczywe, przecenione, okazyjnie/promocyjnie uzbrojone w protetyczne dodatki i niewielkie, ozdobne żyletki. Zdecydował się, że coś zrobić należy, gdy zaatakowały biustonosze… fiszbiny tworzyły neiwielkie, boleśnie celne łuki, a tańsze, plastikowe dodatki wbijały się grotami w każde ciało… nie chciał czekać na tiurniury. I kolory, bo wiadomo było, że w końcu zaatakują i one!

… cóż, to wszystko nie mogło być naturalne.

Albo było naturalne, ale właściwe tylko jedynemu ekosystemowi.

Wiedźmy!!!

– Idź i zabierz jej tę książkę!!!

– To ten romans… ten, który jej dałeś, by była bardziej damą!!! – Chochel skulił się, obficie splunął mu pod nogi i umknął przed nacierającą na niego czerwoną, drucianą packą na muchy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzja: „Tunel”… bo kiedyś był mur, a teraz jest tylko niepamięć…

Meteoroid, meteor, meteoryt… tyle nazw, tyle hałasu o kawałek mieszanki skalno-metalowo-kosmicznej, czy czego tam jeszcze. Tyle w tym dziwności, a przecież to tylko ów punkt widzenia. Punkt widzenia siedzącego na tzw. Ziemi. Spoglądającego w niebo, które szare, błękitne, nawet jak razi kolorami, to wciąż tylko niebo. Zdaje się, że nic nie może nam zrobić… zresztą tak szczerze, to jak często ziemni mają czas by się pogapić w niebo? Wyłuskać je, takie subtelne, zza skrzydeł samolotów, spośród drących przestrzeń wieżowców i smogu?

Na Wyspie mamy historię i artefakty, a nawet dinozaury, a co, i diamenty też mamy! Ale czy kiedykolwiek coś nam spadło z nieba, poza potem wspinających się zbyt wysoko, aniołków sikających, czy też spluwających latających. No i gigantycznych mewich kup… no tak, mewy to my mamy wypasione jak na sterydach!

… nie wiem…

Ale za to wiem, że na Wyspie mamy niebo… dużo nieba. Nieba, którego nikt nie drapie, którego nie odkopują archeolodzy i które jakoś blisko tak jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Chowaniec Walentynkowy…

„Chowaniec Wiedźmy Wrony Pożartej miał problem. Znaczy zwykle miał ich całą masę, kolekcję w ogóle, ogólna typologię i systematykę, oraz zdjęcia w albumiku, do tego klasyczne znaczkowe miniaturki w klaserze… ale ten jeden jedynym, nader cykliczny problem wiązał się z samą Wiedźmą, więc wiecie w wymiarze ekosystemu problemów… no był królem!

… otóż ogólnie chodziło o kwiatki. No bo wiecie, Wiedźma mimo swych wszelakich: w zaparte idę i nie będę, babą jednak była. Miękła na myśl o drobnych klejnotach i większych też, może specyficznych, może i nie dla każdej, ale jednak. I choć mdliła ją różowatość, czasem dziwnie spoglądała tęsknie na stokrotki i falbanki… jak już spoglądała na cekiny i zaczynała się skrzyć, wiadomo było, że w powietrzu coś się szykuje. Zapytana unosiła jednak tylko brwi i krzywiła się zdecydowana zagryzając od środka policzki. Ale gdzieś tam za pochylonymi, dziwnie drżącymi powiekami, za rzęsami tańczącymi kryło się: no przecież powinieneś wiedzieć!!!

I nie chodzi o to, że Chowaniec nie wiedział. Ależ jak najbardziej bywał w datach pamiętliwy. Przygotowany zawczasu, a nawet jak coś i tak zawsze były w ogródku jakieś chabazie… i tutaj właśnie rodził się problem, bo chabazie wszelakie Chowańca Wiedźmy nie lubiły. Może usłyszały o tej róży, którą ugotował nad czajnikiem? O zamordowanych płatkach, pośmiertnie łkających duszach pąków zamrożonych, bo zapomniał? O tych przytrzaśniętych i przyłożonych, a nawet o tych podsiedzonych… Pierun wie, ale kto by go tam pytał. Mało rozmowny to gość.

… chodziło ogólnie o kwiatki… O litanie i modlitwy szeptane nad kupowanymi przez niego bukietami, którym potem przed czasem opadały główki. O liściach odpływających, różach, których kolce wrednie wbijały się w Wiedźmę i rwały w najmniej odpowiednich momentach, ot może by spróbować innego mięska? O te cholerne kwiaty, które za nic nie chciały współpracować z jego oddaniem sprawie! Smętnie po chwili, ot gdy dotknął, dotachał do kasy, opaść fontanną u jego stóp. Albo bardziej wrednie, dumnie trzymać główki wysoko, pąsowieć pięknie i dostojnie na twardych łodyżkach, a potem, gdy tylko oddał je drżąc na ciele i duchowości umysłów – ale i dumny, że się udało, Wronie Pożartej Przez Książki, gdy ta napoiła, wsadziła do wazonu – szklanka lub kubek, co było bliżej – zwyczajnie oddać ducha… oddać go innym.

… i zdechnąć marnie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Jak nie zabiłam męża, czyli babski punkt widzenia” – to podobno miała być komedia – zabawna opowieść. Taka tam lekka historia o tych podstawowych konfliktach: Wenus – Mars i tak dalej. Wyszła powieść smutna. Ta z cyklu: on mnie nie kocha, no na pewno nie kocha, więc jak być razem… a potem jednak może kocha, a może jednak to ja go kocham?

Ot małżeństwo upływ czasu, dzieci i kupy…

Co najgorsze, to nie to, że sztampowa, że nic specjalnego, ta książka jest dla mnie odrażająca miejscami. A bohaterka zwyczajnie głupia. Ani małżeństwo ani dzieci nie są obowiązkowe!!! Nikt nikogo nie zmusza, no poza wyjątkami… Ta historia sprowadza po raz kolejny kobietę do poziomu durnej baby, przepracowanej, nie wiedzacej czego chce tak naprawdę. Dziwną niewolnicę stereotypów…

Napisałam wczoraj wierszyka widząc zdjęcie pewnego dębu i brzózek:

„… był raz sobie pan,
którego kochało wiele dam,
ale że nie umiał wybrać tej jednej sobie,
to ku wiedźmiej się zwrócił osobie…
A ona mu uczyniła tak,
że kochać go mogło wiele bab…
i w dąb go zmieniła,
brzozami otoczyła…
i smutny był pan
umęczony tańcem wirujących, białych dam.”

Akurat na Walentynki!

A na Wyspie Wiosna chyba zaczęła już władać… śnieg spada z dachu. Stara się przy tym narobić jak najwięcej hałasu i jeżeli się tylko uda, jak się da, trafić kogoś. Ma konkurs na najbardziej grudowate, zmrożone kształty i huczność uderzeniową… A tak naprawdę, to nie mam pojęcia skąd go tyle, bo na dachach już pustki prawie, a on jednak wciąż spada. Lęgnie się, czy co?

… przez pączkowanie, czy przekrój poprzeczny?

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Dzień, w którym wszystko się skończyło…

„Dzień, w którym wszystko się skończyło zrozumiał, że się narodził, gdy Zła Królowa przestała odzywać się do Małej Wiedźmy. A raczej Wiedźmy Wrony Pożartej… bo wtedy ona sama przekształciła się w coś więcej. Coś innego, coś bardziej nieokreślonego, ale dla niej samej zrozumiałego.

W tą, która miała odwagę zadać pytanie…

… tą, której nie udzielono odpowiedzi. Która odbiła się od ściany ciszy, która zrozumiała, że przeszłość należy zapomnieć, złożyć do grobu, zalać betonem, wapnem zasypać, kwasem ozdobić… nie tykać już tego, nie myśleć, nie składać kwiatów i nie prosić o kondolencje. Nie wywieszać klapsydry, nie zrzucać się na wypominki. Pozwolić grobom opaść we wnętrzności ziemi, by je pożarła. Na zawsze zlikwidowała. Na zawsze zabrała z namacalnej powierzchni.

Na zawsze sama zapomniała…

… Pani Wyspy tylko na to czekała. Czekała wiedząc, że cokolwiek się stanie, jakkolwiek się spotkają ona i jej wiedźma, ta druga zawsze będzie naznaczona tym, co ją ukształtowała. Zawsze będzie kopać, choć podświadomie, by odzyskać to, co nie zostało nigdy opowiedziane.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zmorojewo” – po prostu czuję się powalona! Naprawdę. Nie chodzi o sposób pisania, o całą narrację i bohaterów, nawet nie chodzi o wykorzystanie słowiańskich mitów… chodzi o to, w jaki sposób autorowi udało się wszystko połączyć i na dodatek napisać naprawdę niesamowitą historię.

„Kto zabił Inmaculadę de Silva?” – piękna, pasjonująca, wciągająca… i tylko żal, że tak krótka. Perełka literatury! Ale morderstwo, to nie to. Nie, to nawet nie historia śledztwa, raczej opowieść o przemianach społecznych, historii widzianej oczami dziecka i jej własnej, słodkiej, niewinnej, naturalnej narracji. I o miłości, bo przecież bez miłości niczego by nie było i tajemnicach, i trupach w szafach…

Warto!

„Swięta Stronico, patronko zboczonych w okładkach,
ulituj się nad duszą swej opętanej wyznawczyni
i z czeluści jakichkolwiek racz dokarmić uzależnioną.
Ześlij jej książki, ześlij pachnące historie
ześlij pokarm fantastyczny, ześlij nawet potwornie!
Pozwól pławić się w literkach, pozwól pożreć
historie, w których przejrzeć się może niepokornie.”

Czytanie… uzależnienie jak każde inne. Boli, rozrywa od środka, męczy. Właściwie, gdy odbiera mi się nowe książki, nowe słowa, coś tam łka za nowymi historiami i przygodami. Męczy i jątrzy. Nie pozwala myśleć, żyć normalnie. Tylko, że w tym uzależnieniu akurat nie ma okresów względnego wyleczenia. Nie ma 24 godzin najgorszych męk, nie ma przejścia do jakiejś możliwej normalności… Te pierwsze, najbardziej rwące 24 godziny ciągną się, dopóki nie otrzymam pożywienia…

… więc boli…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Prysznicowa Dola…

„Prysznicowa Dola i Niebożę Odpływowe, zwane potocznie Bulgotem, miały pewien, dość niezwykły problem. Ot jakąś taką ułomność. Coś, co nie powinno się zdarzyć, no nie im! Coś, co niszczyło ich codzienność, psuło wzajemne stosunki… właściwie wzajemne i ze wszystkim innym, no i wkurzało w ogóle.

Otóż obydwoje… bali się golasów!!! Ot tej skóry z włoskami, lub nie, tych fałdek i kości, pryszczy i zgrubień, uszek i paszcz, nosów i ocznych gałek opornych w pianowaniu. Owych dziwnych macek i trzęsących się galaretek. Tych mięśni i innych dziwactw. Tych dupeczek i cycków, a już łokci to najbardziej i kolan, bo się składały… tego nikt nie mógł z nich zrozumieć, ot po co?

Dziwaczne to było wrażenie i uczucie dla tych, co mieli obmywać i zmywać, biczami wodnymi skórkę przetrzepać, tu zajrzeć, tam poczochrać, no wymyć, wyszorować, doczyścić, a potem odpuścić. Ale nie. Gdy jeszcze Dola spoglądała na wszystko głównie od góry, od łba strony, który nawet jeżeli pozbawiony włosów, jednakowoż nie emanował takim seksualnym złem, tak już Bulgot miał kompletnie przekitrane. Wszystko co mógł, to w dół patrzeć a tam, jak na złość woda niczym wszeteczne, brzydackie, pełne okropnych przenośni i niedopowiedzeń lustro, pokazywała nie tylko to, co mogła, ale i co chciała. Na całego. Na szczęście, co sobie Bulgot powtarzał często gęsto, Prysznicowa Dola w momencie płukania brutalnie była rwana z wysokości swej władczości i wciskana to tu to tam, a pod paszki cię małpo jedna, a między nóżki i pod kolanka, a traz i dupsko! Bulgotał wtedy Bulgot radośnie, aż się dławił, aż zwyczajnie nadymał się i puchł z tej całej radości karmicznej stylizacji pierścienia… Aż satysfakcję miał, ale cóż, do czasu. Bo jak już się tak nachichrał, jak nałykał powietrza i pierun wie czego tam jeszcze, o z myjących się zpływało, to tył. w otworze swym Niebożę Odpływowe już się nie mieściło. Woda z protestem wzbraniała się włazić w ciasną rurę, protestowała, grzmiała, że nie oczyści, że myć nie będzie, że z mydła piany nie ubije. I śwat karmicznej sprawiedliwości lał w Bulgota. Lał w niego odchudzjące płyny…

… i ponownie w Chatce Wiedźmy znowu świat zaczynał się od nowa…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Władca Ocean Park” -ogromna powieść, rozsmakowana w słowa, dokładna, dopracowana. Życie rodziny, jej dorosłych dzieci, konflikty, podejrzenia, do tego zarysowana ostro nuta „czarny” w Ameryce. Naprawdę fascynujący kryminał, sensacja, opowieć polityczna, ale jeszcze lepsza powieść o kulturze… o postrzeganiu świata. O życiu, które zawsze skrywa tajemnice.

„Dom zagubionych dusz” – jest prosty w swym obrazowaniu strachu. Ot zwyczajny. Znany znajomy, a jednak… coś się czai potem za plecami. Nic specjalnego, ale już do przeszłości trudniej zaglądać.

Historia niewielka, niepozorna, a potrafi zazębić się o przeszłość sprzed II wojny światowej, hitlerowski mistycym i bardziej współczesne poszukiwania pewnej kobiety… a dom, cóż, domy już tak mają.

Mimo śniegu i wszędzie wrzeszczących ludzi: czy to już wiosna?! ja jeszcze cieszę się zimą. A co! Mam prawo do zimy, jak inni do lata. Nawet jak dość rozmokła powłoka podśniegowa wdziera mi się pod portki… i tak jest fajnie!

Poczochrać się sopelami jest fajnie i zeżreć sopela też fajnie jest. Stać z otwartą paszczą, gdy z nieba spływają płatki tańcząc i zabawiając się, jakże dziwnie roznegliżowane w swej pięknej rozpuście. A potem głaskać śnieg i tulić, przewalać przez nie czujące już niczego innego dłonie… Znajdować pojedyncze liście, które – cóż za duma i prowokacja – postanowiły nie spaść z drzewa i umierają tam powoli…

I śpiewać im, melodyjnie szeptać historie do wiecznego snu…

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wielki Smutek…

„Zła Królowa nigdy nie stworzyła Małej Wiedźmie nie tylko rodziny, ale nawet nie ofiarowała kołyski. Poddani spoglądając na niewiele, a może zbyt wiele, rozumiejącego, różowego, śliniącego się i dziwnie spoglądającego berbecia, znosili pod drzwi zamku co się dało. Mleko i jajka, a nawet małe, dziwnie przerażające dziewczynkę gołębie, pojawiały się na progu każdego ranka.

W końcu jednak, z mijającymi dniami, kolejnymi butelkami i pieluchami, poruszona szeptami tych, którzy pragnęli zagarnąć Królestwo dla siebie – nawet jeżeli oznaczałoby to opiekę nad smrodliwym, wrzeszczącym ładunkiem – Zła Królowa położyła córkę w wielkim, wiklinowym koszu. Poznaczonym dłońmi – i nie tylko – tych narodzonych na długo przed nią, sprawiał, że od pierwszych swych dni, daleko od miłości i matczynego ciepła, nie wiedząca nawet czym może być to zwane MATKĄ, Mała Wiedźma wtulała się w Wielki Pierwszy Smutek…

… ten pełen samotności i łez zaschniętych na wiklinie. Ten znaczony nocnym moczeniem i krzykiem, który zamierał, nie wybrzmiewał, bo przecież i tak nie było komu go usłyszeć. Tym, który nie dotykał, nie tulił, nie tłumaczył, nie odganiał demonów spod łóżka. Niechęcią i zrezygnowaniem. Przymusem rodzenia i wydawania na świat pokoleń… Ale też i pierwszego uśmiechu dziecka, a potem owej dziwnej powszedności i brzydoty dorastania. Bolesnego, przerażającego wybijania się pierwszych zębów i tracenia dziecięcych, bobasowych uroczych krągłości i skrzydełek. Braku zrozumeinia dla piękna każdego czasu. Niezależnie od przemiejania…

Wielki Pierwszy Smutek.

A on się cieszył, tak zwyczajnie, dziwnie po ludzku, że w końcu ma kogoś, komu może pokazać swój świat. Rodzinę, do której nigdy nikt nie chciał go zaprosić. I pokochał Małą Wiedźmę tak, jak potrafił. Otulał ją swoimi, koronkowymi w strukturze, cieniami: Pierwszym Wiekuistym Strachem, Słodkim naOdwalsię Kłamstwem, Niezwykłą Niepojętą Obawą i Pomieszanym Wyolbrzymieniem, a ona dorastała nie znając niczego innego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Halloween” – antologia opowiadań grozy. Nie przestraszyłam się. Właściwie, to poza kilkoma opowiadaniami wartymi naprawdę przeczytania, nic specjalnego. Czytałam lepsze.

„Historia czarów i czarownic” – nic nowego, choć przystępnie opisane. I ten język tak specyficzny, lekki. Dla początkujących, a nie tych poszukujących specjalistycznej wiedzy może być.

„Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze” – naprawdę powalające wydanie. Ryciny Clarke’a cudownie czytelnika dokopują ciemną nocą, mieszając zmysły. A autora… cóż, chyba przedstawiać nie trzeba. Do tego posłowie redaktora zbioru Macieja Płaza dla tych, pragnących więcej.

Na Wyspie raz wiosna, cholernie o biel śniegu zazdrosna, wpycha się z tą swoją zielenią wszędzie, a ja jeszcze nie chcę. Więc z tego niechcenia rodzi się śnieżna zadymka, ale trwa tylko chwilkę, bo przecież natura to natura.

… z nią się nie walczy. Nawet własną naturę trudno okiełznać, a co dopiero naturę owej… no wiecie, Natury?

Topnieje wszystko, ociepla się wrednie, zieleni… chyba uczulenie mam na Wiosnę. Nie, żeby pierwszy raz, raczej co roku tak mam… Bo ja kocham Zimę. Wszystko, co z nią związane, zwyczajnie tak jakoś.

No taka jestem! I odmierzam czas na przed i poZimowy. Tym razem nie będzie inaczej. Bo pewne rzeczy pozostają niezmienne.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i SHOW…

„Duchy wspinają się na dachy i na ściany.

Jest tam też jeden demon z różą, zakochany.

Trzeszczy cała scena i chwieje się dekoracja,

ot obserwacja Wiedźmy, a potem kolacja!

Trzaska popcorn w mackach, rechoczą usteczka,

komuś tam ze śmiechu wypadła prostateczka.

Obserwują dokładnie, komentują szeptem,

jest nawet jeden co nucił przedtem…

Zaglądają przez okna, spoglądają przez szpary,

wpatrują się skąd idzie, wierzą w niedowiary.

Ciekawsko się ślinią, ektoplazma plaska,

Przez to całe widowisko migocze w odblaskach.

Podpatrują Wiedźmę, podszczypują Wronę,

dla nich to widowisko, magią nasycone.

Choć aktorzy nieświadomi swej popularności,

zdaje się, że w każdym z nich geniusz sztuki gości.

I śmieją się widzowie, czasem ronią i łzy.

Oto SHOW jest niezwykłe, oto jest tylko dla nich film.

Oto sztuka w aktach, oto i golizna,

gdzieniegdzie przemyka Chowańca siwizna.

Oto i gaciochy, w których Chochel śmiga,

oto Ojeblika główka pobudliwa!

Oto i Pan Tealight, spogląda, jakby świadomy,

że ta cała Chatka, Wyspa to tylko pozory…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Terror” – powieść ogromna. Historia na poły prawdziwa, na poły oniryczna. Pełna symboli i przenośni… miejscami ciężka, przerażająca swoim ogromem… potem jakże dziwnie ludzka. Naturalna, prawdziwa.

Warto. Nawet jeżeli czytać będziecie długo i w kawałkach… warto, bo poznać można dziw wielki zwany człowiekiem.

„Opowieść żony” – z jednej strony piękna i bolesna historia, z drugiej… mam dość. Mam dość dzielenia ludzi na grubych i chudych. Mam w sobie takie coś, co wrzeszczy: NIEEE!!! za każdym razem, gdy sprowadza się człowieczeństwo do jego zachowań żywieniowych! Dlatego nie znalazłam w tej historii, naprawdę dobrze napisanej, niczego ponad to, co już wiem.

Wyspa się zaśnieżyła. Milo z jej strony, choć nazbyt ciepło, ale wciąż i tak miło. Tym bardziej, że dzień dziwnie paskudny, jakiś taki bleh! Same potknięcia i odrzucenia. Zawodzi duch zawodu wielkiego… I na głodzie jestem gigantycznym. Książek mi trzeba, czytać się chce!!! To tak bardzo boli, gdy nie ma co czytać… fizycznie dziwnie. Okrutnie, jak tortury na niewinnych istotach, tych pokrzywdzonych już u zarania ich historii.

Ale cóż, trzeba wciąż oddychać, czyż nie? Jak nic więcej nie można zrobić, to trzeba oddychać. Mówią, że trzeba czekać, że będzie lepiej, przykro mi, że Wam nie wierzę, i nie będę już udawać, że jest inaczej. I nie jest mi przykro… to jeszcze odpady z tego, kim byłam, uprzejmą istotą…

Tak naprawdę wielu chciałabym powiedzieć: walcie się. Przestańcie wykorzystywać mnie, żeby poczuć się lepiej!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Drzewo Księżniczek

„Drzewko było właściwie odpychające i niewielkie.

Niezgrabne, w formie psychicznie niepewnej jabłonki, o dziwnie poskręcanych, niemożliwych utrzymać cokolwiek poza łzą, gałązkach, pozbawionych liści. Zawsze nagie i zawsze wstydliwe, choć ustrojone wstążeczkami. Dziwnie zagubione, rzadkie, jedyne w swoim rodzaju właściwie… a jednak, przecież nie mogło istnieć tylko ono. A może jednak… Bynajmniej stało sobie z tymi kształtnymi owockami na Wyspie, tuż nad Rzeczką o Zmiennych Humorach, pochylając się ciekawsko ku Wypasowi Pegazów Zbyt Brązowych, z drugiej strony jednocząc ze Żłobem Nader Niedopieszczonych Jednorożców. Miało gruby, pozbawiony dziupli, gładki, choć silnie poznaczony pazurami pień, w którym zdawały się odbijać wszystkie przepływające myśli. Porośnięty porostami i mchem, oraz niewielkimi, błękitnymi grzybkami o nader powalających właściwościach – świetne w porannej herbatce – oraz różnokolorowymi tipsami. Tak, jeżeli chodzi o te ostatnie, jakoś nikt nie chciał się wypowiedzieć.

Sklepik z Niepotrzebnymi przyjmował zamówienia na owoce z Drzewa Księżniczek pierwszego dnia lutego… zbiory możliwe były co prawda przez cały rok, ale jednak należało trzymać fason. I nie paplać o tajemnicach na prawo lewo i dookoła ogólnie. I dorzucić zdesperowanym nabywcom odrobinę dreszczyku emocji. I kilka smoków oraz zameczek z lawą w fosie. No i wiecie, w zależności od pory zbioru, Księżniczki były specyficzne, różnorakie i możliwe dopasowania.

Wiosna na przykład oferowała naiwność i świeżość, Lato – rozpustność i barwność, Jesień słodycz dojrzałości, a Zima… cóż, zimą Księżniczki spadały najbardziej intrygujące. Specyficzne i długotrwałe, aczkolwiek najlepiej prezentowały się w klimatach o niskich temperaturach… Były też takie, zbierane w księżycowe noce, które uwielbiały piwnice i pejcze oraz te spadające z Drzewa w noce ciemne jak najgłębsze lochy, najbardziej zapuszczonych zamczysk, po których można się było spodziewać wszystkiego… na przykład Wiedźmy Wrony Pożartej?

Zwykle jednak pytanie nabywcy można było uprzedzić jednym, jakże podstawowym w swej niewinności zdaniem:

– Życzy Pan sobie bardziej rumianą, czy całkiem zieloną? Oferujemy tez zgnilki dla fetyszystow.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Drużyna. Najeźdzcy” – Flanagan zdobył serca młodych czytelników przede wszystkim prostotą. Subtelnym połączeniem powieści przygodowej, z nutami historycznymi, fantastycznymi, naturalnością.

Jego bohaterowie są odważni i stawiają czoła wszelkim przeciwnościom. Prawie dorośli, wierzą, że są niezniszczalni, ale tez naznaczeni demonami przeszłości, wierzą i ufają, że przyjaciele zawsze będą obok…

„Zło budzi się wiosną” – Monsa nie lubią wszyscy. Jego sposób narracji dla wielu jest nazbyt irytujący. To, że pozwala przemawiać i zmarłym i żyjącym, nie uznaje właściwie nadrzędności głównej bohaterki, sprawia, iż jego historie przerażają. Są bardziej prawdziwe, a ból i niesprawiedliwość wprost namacalne. Zbrodnia, o której opowiada, naprawdę boli! Jest fizyczna, a nie tylko… opisowa.

Wyspa ponownie przemaka. Najgorsze, gdy sobie pomyślę jak fajnie by było, gdyby temperatura umościła się poniżej zera. Jak śnieżnie by było, intrygująco biało i zaspowo! Gwiazdkami miotało w powietrzu, a ich ostre krawędzie i spiczaste końcówki dźgały cię w twarz, albo bardziej intymne elementy garderoby urodzinowej… Zimno przenikało i na skrzydłach wiatru wciskało je, gdzie by się tylko dało. A jakby się nie dało, to przecież i tak by się udało.

Może i Wyspa zmierza ku wiośnie, ale wciąż większość jest śpiąca i taka pozostanie do drugiej połowy marca. I dobrze mi z tym! Nawet wczorajsze słońce zdało się być dość wkurzające, choć pięknie malowało Wyspę. Jak to jest, że ona potrafi być tak powalająco powalająca, nawet gdy się w ogóle nie stara?

Mistrzyni!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Gwiazdy…

„Właściwie, to Wiedźma Wrona Pożarta była tak bardzo bliska ziemi, znaczy się Wyspy, jak tylko się dało. Nawet gdy latała. Nawet, gdy bawiły ją Wiatry – najlepsze niańki, tudzież bujały obłoki i trzepały miotły. Zresztą, nawet gdy sama, jakoś tak przypadkowo, spoglądała w górę, zawsze obydwie nogi się jej plątały, a nos stykał się boleśnie ze skałami, więc lepiej dla niej NIE patrzeć!!!

Nauczyła się w końcu, jak ten bidula, no ten męczący czworonóg zwodzonego naukowca, Pawłowa.

No i wiecie, i tak mało widziała. Jakaś ciemność, jakieś tam plamy. Nie przepadała za wozami, a już smród rozlanego, zastałego kożuchowo mleka powodował u niej mdłości i wsypkę na sutkach… No dobrze czuła pociąg w kierunku kształtnej, pięcioramiennej gwiazdy, dziwnie nęciła ją niedźwiedzica, ale już te psie gwiazdki? Serio? Jak dziwne muszą być drzewa, które one obsikiwały?

No i co do grzyba z tymi zmiennymi podobno obecnie zodiakami? Czy ona Wiedźma jest wciąż Baranem, czy jednak nim nie jest? I co z 33? Czy numerologia i ułożenie owych plam, które oficjalnie w ogóle mogą nie istnieć od milionów lat, ma w życiu Pożartej Przez Książki jakieś znaczenie?

Nawet gdyby spadająca gwiazda trzepnęła ją ostrym końcem w tyłek – bez uprzedniego kranioniowego znieczulenia lepą, nie byłoby to znaczące wydarzenie w samym Całkowitym, Małospójnym Kosmosie Wiedźmy. Na pewno nie wymarłyby żadne dinozaury, choć możliwe byłyby jakieś zmartwychwstania, Wiedźma od zawsze była przecież tylko i wyłącznie tchórzliwą Staruchą i Dziwaczką, bez odnośników w kierunku Ekscentryczki… ale te też wykazywały stany skupienia i powstania, raczej bez opadających im meteorów (aczkolwiek reszta leciała im przyciągająco-grawitacyjnie, czerwieniąc się wstydliwie, w odpowiednim kierunku, niestety). Właściwie nie żeby tego nie zdiagnozowali. Mieli naprawdę mocne, bolesne nawet, dowody na jej dziwnie nie niebiański i niechętnie migoczący stan.

Komisja na czele z Panem Tealightem i Chochelem, Ojeblik odmówił w imię babskiej względnej solidarności i miski lodów poziomkowych z polewka i posypką, podsunęła, pewnego nader niechętnego wizjom przed nim przestrzegającym, Wiedźmie Wronie czarne i zielone, dziwnie chropawe kraterami, szkiełko. Skończyło się to dla niej ostrą migreną, drgawkami, narastającymi lękami przed kruchymi przedmiotami, a w końcu i dziwnym skrzywieniem w kierunku kolorowej biżuterii z surowców wtórnych. Nic dobrego z tego nie wynikło, ale wiecie jak to jest z empirystami! Ale jednak kształtny krater w ogródku był obiecujący! Okazuje się, iż podróże do wnętrza Wyspy mogą być w dniach najbliższych przeprowadzone. I choć wyraziście Niedziewica, Nierodzica Wrona Niedźwiedzica, Zawszestarucha, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, może zostać złożona w ofierze Zapomnianym, Pogubionym Bogom. Dość mroczne typki, lepiej mieć ich po swojej stronie, wszyscy to wiedzieli.

Jakoś dziwnie, prowizorycznie podejrzanie ich kręci…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Posiadłość w Portovenere” – jedna z tych książek, które gdybym kupiła, w ciemno spowodowałyby u mnie spazmy… musiałabym je ugotować i zeżreć, by w jakiś sposób spożytkować wydaną kasę!!! No nic tutaj nie ma sensu. Sam pomysł wydaje się być intrygujący, ale sposób pisania, braki w osobowości bohaterów, owa dziwna oschłość… nie warto. I ta dziwna, źle odmalowana okolica, która powinna aż tętnić od smaków i aromatów, nawet jeżeli było to zamierzone, powinno być ukazane!

„Co zdarzyło się w Lake Falls?” – Serio? Ktoś to czytał nim wydał? Bo nadal nie wiem, co się wydarzyło w Lake Falls!!! Wampir? Kobieta z przeszłością? Świat, który ma zniknąć pod odmętami? Nie za wiele tego? Mogłoby z tego coś być, gdyby ktoś przeczytał i zmienił sposób narracji!!!

Może?

Recenzje: „Kobiety Kaddafiego” i „Rok, który wszystko zmienił”.

Mój ukochany, ten naprawdę jedyny, ku któremu dałam się przekonać, Anorektyk, znaczy się laptop, jak to mawiają inni… jest w agonii. Zła dłoń poruszyła Kosmosem, a co za tym idzie i Ziemią i jakoś, w tym moim świecie totalnej, destrukcyjnej, trzęsącej się nad wszystkim Wiedźmy doprawdy uważnej… pewna woda znalazła się zbyt blisko klawiatury i teraz, cóż, klawiatura choć wymyta, nie działa!!! A brak finansów sprawia, iż innego, nowego być nie może – psychiczność tyż zmian nie lubi, więc… cóż, ja wciąż piszę. Unplugged tylko dla siebie. W końcu nie oszukujmy się, nawet ja mam problemy z odczytaniem mnie samej!!!

Wyspa chyba zrzuca na mnie jakieś ostatnie śnieżne zapasy… Byłoby nawet miło, gdyby nie to, że ciepło jest, robale się budzą!!! W tym swoim amoku budzenia, dziwnie zamroczone wyłażą i mnie straszą. Wiecie co, dochodzę do wniosku, że ślepota się przydaje w takich momentach. Nie widzę tych ruszających się nóżek, czarnych ślepi i nader włochatych, skrzydlatych…

Nie widzę!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz