Pan Tealight i Piąta żona…

„Wieści o niej plątały się po Wyspie od dawna.

Tutaj zahaczyły o gałąź, tam o komin. Tu się trochę naddarły, nadpruły, zostawiły kilka liter, słów, zdań… jakieś obrazy w powietrzu, jakieś postacie zamglone, jakieś dziwne sny, myśli, marzenia i pragnienia. Bo przecież wieści też często są aż nazbyt ludzkie. Aż nazbyt namacalne i tworzące własne rzeczywistości. A te akurat były w tym naprawdę wybitnymi mistrzyniami.

Gdyby tylko nie to, że chodziło o Piątą żonę, to wiecie, pewno każdy puszczałby je mimo uszu, między gałami, gdzieś tam po przedziałku, lub pod ramieniem nawet. Ale jednak sam temat zdawał się być intrygujący. Bo czy chodzi o harem, czy jednak dziwaczne pragnienie? Bo jeśli ludzie mogą poślubiać przedmioty mimo ich woli, to czyż nie będą też mieli baczenia na całą resztę? No wiecie, jakoś tak dziwne to wszystko. Jakoś tak się miesza, kręci i nagle nie ma już cudownej, wyjątkowej nienormalności. Nagle każdy w swej szufladce i tak dalej…

Te wieści jednak były na tyle upierdliwe, że w końcu Pan Tealight założył na nie pułapkę i złapał je na lukrecję i kawałek węgielka, wciąż się żarzącego. Miał już dość. Nie żeby miał jakieś pragnienia dotyczące ich poznania, ale to już było rąbane nękanie, a przecież sezon na Turyściznę się zaczął!!!

Nie mogli się AŻ TAK błaźnić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „W obcej skórze” – … nieswojej. Dziwnej. Innej. Ale serio… co to ma do fabuły powieści? Znaczy wiecie, ten szumny tytuł, ona krzycząca z okładki sława powieści, najlepszy kryminał sprzed kilku lat, ble ble ble… Nie wierzcie pochlebnym opiniom.

Serio.

Książka jest bolesna.

I to we wszystkich wymiarach. To, że jest przewidywalna to pikuś, to że bohaterowie, policjanci, są tak koszmarni, niewykształceni, zmanierowani i nie dają się polubić, no wiecie, można uznać, że różne są fiksacje, ale… ta powieść najzwyczajniej w świecie nie ma sensu. Tutaj nic się nie klei. Czytelnik od razu wie co będzie, gdzie, z kim i dlaczego, a przyszykowany na „studium przemocy domowej” oczywiście wybrał akurat tę powieść z pewnych powodów, więc… zawód tym większy.

Już nie wiem czego się czepić najpierw, bo wszystko tutaj leży, powiewa i tak dalej. Nie wiem też kto bardziej jest upokarzany, czy nasza pani policjantka, czy te kobiety… a już faceci w tej książce. Nie. Po prostu nie polecam.

Naprawdę.

I nie chodzi tylko o oną fabułę i bohaterów drętwych i głupich, ale przede wszystkim o język, który odpycha. Te dialogi jak z tyłka wyjęte, te opisy pokręcone, zbytni natłok słów, potem ich brak… nie, nie wiem czy to wina autorki czy tłumaczenia, ale kiepskiej książki i najlepszy tłumacz nie uratuje!

I tak, wiem że debiut, no ale błagam!

Nie.

Hammerhavn jest piękny.

Nawet z tymi nieuporządkowanie dziwacznymi czarniawymi domkami… taki unowocześniony smutnie, a nawet… No dobra, to coś dziwnego. Nie rozumiem. Biały metalowy barak, na którym pisze: tylko dla facetów, a dokładnie: „Galleri. Only for gentlemen. female no access unless you pay 20DKK”. WTF? No tak naprawdę? O co chodzi? Czy to coś, czego serio nawet myślą lepiej nie ruszać, czy durny żart? Jak się okazuje, zwyczajnie brzydka, świńska galeria. Ale jak nic dyskryminuje kobiety, które lubią cycki.

No mniejsza.

W porcie oczywiście fale. Te tutaj bywają często, więc człek się może nimi nacieszyć. Ale też i mała piaszczysta plaża i oczywiście łódki i pomost, i ścieżka do ruin i jeszcze ta woda, tak spokojna za betonową osłonką. Można popływać, można uciec od zgiełku, można po prostu się schować i w kiosku zjeść kanapkę, lody czy co tam kto chce. No i oczywiście wiecie: siku, kupa czy prysznic też dostępne. Do tego ta sala, w której jeśli jest sztorm, możecie sobie urządzić party sztormowe. Bo jak pogoda jest taka jaką mamy teraz, to po co siedzieć pod dachem? No naprawdę? Po co?

Cień pewno, ale zamknięte pomieszczenie…

Eeee, nie.

Ale koniec z rozważaniami portowymi.

Ostatnie opryskanie słonawą wodą, świeżość na maksa, i dalej w drogę. Przecież mamy wrócić do latarni, a ścieżka kręta, piaszczysta, sucha i ogólnie mówiąc osamotniona. No i pod górkę oczywiście no i jeszcze te skały i zarośla i jaszczurki czyhające na człowieka. Czyli wiecie, cudownie jest!!! Naprawdę. Takie umęczenie ciała, ale jednocześnie ta przyroda, krzaki tworzące zielone wciąż tunele, te rdzawości zdychających wrzosów i jagodników, i skromne zielonkawości oraz jeszcze te skały i niskie trawy umęczone. I wciąż palące słońce jeszcze. Na skałach mewy. Oczywiście są rodzinnie. Skończyło się w tym miejscu już wysiadywanie jajek, mewy mniej natarczywe i broniące swego terytorium… teraz można się poglapić. Na te białe mewy i jeszcze na one maleństwa. W różnej wielkości, ale wszystkie szarawe. No po prostu cudowne.

Niektóre kłębuszki jeszcze, inne już całkiem dość wyrośnięte…

Jak to jest, że te białe w swej dorosłości zwierzaki często rodzą się takie szarawe czy czarniawe, jak węgielki spalone? Logiczne, że z powodów biologicznych i ochronnych, ale jednak… taka w tym dziwaczna metafora.

Człowiek idzie tym wysokim klifem, piaszczystą ścieżką, podziwiając mikruskie, pokręcone, karłowate drzewka, niektóre wciąż żywe. Słońce pali, woda cała z człowieka ucieka i nagle wcale nie chce mu się pić, ale właśnie się ususzyć. Na amen. Może tak czuły się mumie? Nie no, wiem że one raczej nic nie czuły, chociaż… a te, które na żywca mumifikowali?

Hę? LOL

No ale… idziemy dalej.

Po prawej skały i trawy, wszelakie załamania trenu i wzrosty, skały pojedyncze i grupowe, wszelkie krzaczki i pustka. W oddali na górce jakaś lesistość, do tego wąziutkie, odzwierzęce ścieżynki. Takie to wszystko fascynujące. Takie wciąż dzikie i oderwane od tej ciężkiej, internetowej codzienności. I wystarczy łypnąć przez ramię, albo nawet przycupnąć na chwilę na skale, by oszaleć z tej całej wodnistości. Bo przecież jak się człek obróci, to morze. Pełne morze. Dużo morza. Tylko i wyłącznie ono, lekko pofalowane, przy brzegu już mocniej, krzyczące, uderzające o skały, rozbryzgujące się wysoko białą pianą w górę. A nad tym wszystkim mewy, które też to lubią.

Ta cała moc wody, ta potęga, ten ogrom, choć przecież Szwecję widać na horyzoncie, wcale nie tak daleko… ale ta woda. Tyle jej. I tak wiele musi się w niej kryć. Tajemnice, mity, oczekiwania, marzenia, nadzieje, zatopione wioski, przeszłości wszelakich rozwiązanie, mroczność, ale i światłość. I jeszcze coś takie nieokreślone, co sprawia, że gdy się człek od tej wody odwraca i wspina pod górę, znowu, powoli, po skałach, przytrzymując się umęczonych krzewinek i mikrych drzewek… to wody brakuje. Onego błękitu, niebieskości, wilgoci. Po prostu jakoś tak jest dziwnie, gdy tego nie widać. Ale droga do latarni jedna z tej strony. Inaczej się nie da.

Zresztą, przecież zaraz znowu zobaczę morze!

Może?

I jeszcze zakręt i kolejny i już jest.

Człek spocony, ale dziwacznie radosny może zasiąść w te swoje cztery kółka i dokulać się z powrotem do domu. Bo wiecie, w domu najlepiej. W domu może i nagrzanym, ale z wielkim wiatrakiem w ogródku… no dobra, prawie w ogródku, no i ziołami, drzewkami i sąsiadem psychopatą.

PS. Jakby co, to uważajcie na zwierzątka. Serio. Jazda może i wolniejsza, co przy tej pogodzie serio jest zalecane, ale takie przypadki jak rodzina łabędzi na ulicy, to nic dziwnego. Wszystkim doskwiera ten upał. Przyroda się męczy. Ale policja jakby co jest na miejscu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piąta żona… została wyłączona

Pan Tealight i Pomost…

„Czarowny.

Albo i mocno dziwny.

Ulepiony z pajęczyn zmieszanych z księżycowym blaskiem, poświatą onych nocy, gdy nikt nie patrzy i można robić wszystko… z wszelkiego wybaczenia, z prostej wolności swobodnych chwil, gdy nie myślicie, że ktoś coś, że może nie powinno się, gdy podążacie za swoimi uczuciami… Niby beton i kamienie, niby morskość wszelaka, granatowa, szmaragdowa, turkusowa i wszelako niebieska. Niby zarośla, szemrzące, szepczące, dziwnie nieznajome, trzymające w swych ostro zakończonych liściach tak wiele tajemnic, drżąca by opowiedzieć historie, ale nie zdradzić sekretów.

Pomost, a przy nim biała łódka.

Niby przyczepiona do niego, lekko hacząca o czysto kamienne zakończenie konstrukcji, i metalową barierkę, ale bardziej jakby skryta, podpatrująca co tam się w oddali dzieje. Gdzie domki na horyzoncie łukującym się w stronę nieba, gdzie one barwy, skały z pomarańczowymi narostami, gdzie kormorany…

I pies.

Całkiem tym wszystkim nie zainteresowany.

Całkiem w sobie i piłce rozbawiony. Mocno wyluzowany we wszystkich częściach, kąpiący się, mający gdzieś beach body i kompleksy. Oraz człowiek. Wielki Strażnik Tajemnego Pomostu, który jako jedyny wie, że to miejsce to nie tylko strzała nurkująca w morskie otchłanie, ale przede wszystkim miejsce, które dokądś prowadzi. Że skok z niego, tam gdzie ogon psa młóci wodę, pozwala na przekroczenie tej właśnie granicy, o której tak wielu marzy, ale jednak nie do końca jest pewnym, czy to marzenie, ono nieustające pragnienie, jest tym prawdziwym…

I stopa Wiedźmy Wrony Pożartej znikająca w onym niebycie… bo przecież jak nie spróbuje, to nie będzie wiedziała, a tego uczucia nienawidzi najbardziej ze wszystkich w sobie. Najbardziej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Znowu spacer…

Bo wiecie, jak nie można sobie poradzić ze światem, jak w mieście wszędzie moc Turyścizny głośnej, palącej pety, kompletnie ignorującej suszę i to, że jebnięty przez okno pet, żarzący się wciąż, a one tak mają, że robią to nawet jak ugaszone, może nas sfajczyć. I to na amen, bo przy tak zapchanych drogach, przy tylu remontach…. straż pożarna ma gigantyczne opóźnienia. Ludzie! Myślcie!!!

To nie boli.

Zapewniam.

A dziś chcę do Hammeren.

Bo tak. Bo coś mnie ciągnie na te skały mimo palącego słońca, do latarni, na którą nie wejdę, bo jakoś tak wolę pod, jakoś tak… zresztą, przecież raz się przełamałam i wczołgałam się tam. Piękne to było i koszmarne. No i wciąż jeszcze tam dokoła niej nie wszystko przez mnie schodzone, dotknięte, popodziwiane, zrozumiane. Wiecie, to jak stanie na szczycie świata, gdzie dookoła tylko woda. Ale tym razem nie pójdę wybrzeżem, może nim wrócę, może… na razie pójdę oną dziwną ścieżką pełną kamiennych ogródków, miniaturowych drzewek, oczek wodnych, wciąż jeszcze z wodą, traw wysuszonych, kamiennych ostańców. Ale przede wszystkim… tej dziury, nagłej dziury w ziemi i pól w oddali i domów.

A dokładniej wielkiego spadku, który pokazuje piękno dwóch jezior.

I morza w oddali skąpanego w słońcu.

Boleśnie parzącego oczy.

Ale nie muszę się patrzeć w morze, bo chcę powoli zejść tą inną, dziwniejszą, bardziej stromą ścieżką obok jezior. Wiecie, tych dwóch gdzie tam w jednym można się kąpać i pozjeżdżać na lince, a w drugim nie, ale piękne jest (Opalsøen i Hammersø, jedno dziura po człowieku, a dokładniej po kamieniach, a drugie naturalne, górskie jezioro… ekhm, górale pewno się uśmialiby). Najpierw patrzy się na nie z góry i zachwyca się człek tymi kolorami. Bo wyglądają jak lekko mleczne szmaragdy. Albo fluoryty. A może jednak zielone oczy potwora, który nie dba o te ludzinki, a który czeka na coś większego i kiedyś się przebudzi?

Wrzaski ludzi są fascynujące?

Nie no, wiem że to w miarę bezpieczna rozrywka, ale jakoś mi nie pasuje do spokojności i naturalności Wyspy. Ale przecież to jest turyzm. Spokój i cisza nie sprzedają się dobrze, czyż nie? Dlatego trzeba to znieść. I papierki i w ogóle wszystko. Po drodze spotykam takich jak ja, co to chcą chodzić, pomacać, popatrzeć, doznać… dziwaków pewnie, ale przesympatycznych. Rozumiejących i pot i sapanie. Oni wchodzą do góry, ja po raz pierwszy tą stroną w dół. Nie zwyczajną po lewej, a ta po prawej, ścieżką, która nagle znika obok kamiennego ostańca na którym gniazdują mewy.

Na szczęście już nie tak agresywne…

Ścieżka jest piaszczysta.

Pewno, że łatwiej byłoby ją tak na tyłku zjechać, ale i portków szkoda i skałki wystają. Nie mogę się oprzeć myśleniu, że te kamienie to jakoś tu stoją bardziej uporządkowanie, jakoś tak nie mogę, ale przecież to byłoby logiczne. Umieszczenie tutaj wioski, czy też osiedla. Lekko schowane za skałami, woda jest… zbadam bardziej następnym razem. No po prostu muszę. Bo nawet naruszone wybieraniem kamienia, muszą tutaj być pozostałości po nich, nich tak nie do końca zaprzeszłych…

Ale teraz dalej w dół, jedno rozwidlenie, drugie i kolejne. Wysokie zarośla, dziwne ale znajome, pokrzywione drzewa. Niektóre wyglądają jak kości pradawnych stworzeń. Takie biało-szarawe, jakby wyczyszczone przez zwierzęta, robaki i oczywiście słońce i wiatr. Jakby… czekały by powstać. Niczym mityczne zombie. Niczym one książkowe kościane smoki. Albo i coś więcej, coś bardziej strasznego. Nic to… słońce przygrzewa, w cieniu chłodek, poza nim parzy wszystko. Własny oddech też nie pomaga. Nawet już nie chcesz pić, choć mózg podpowiada, że powinieneś…

Kolejne kroki, znowu zakręt, w prawo czy w lewo i nagle…

Paprocie.

Wysokie strasznie, wyglądające bardziej jak rąbana dżungla amazońska niż zwyczajowa, znana mi już przecież, roślinność Wyspy. Skądś tutaj mają wilgoć. Ale to coś wielkie, gigantyczne wprost jak na to miejsce nagle umyka nam spod stóp i wpada w krzaki. Wąż? Padalec tylko czy zaskroniec? A może jednak kurcze coś więcej? Nie chcę się przekonać i nagle zaczynam odczuwać strach, bo to wszystko zdaje się być tak nieznajome. Tak bardzo. I może to jest ona cudowna część sławetnej Stenhuggerstien, ale jednak dla mnie to czysta egzotyka.

Zbyt mocna…

Wyjście, a raczej już zauważenie ruin Hammershusa w oddali, przynosi dziwną ulgę. Potem morze, port, plaża pełna ludzi, otwarty sklepik z przekąskami, ludzie… Człowiek nagle czuje się znajomo w znajomym miejscu. Z większymi falami, biegnie teraz dziwnie wysuszony jak najbliżej, ale wiecie też zachowując ostrożność, onej wilgotnej słoności. Tego zapachu, którego nic nie przebije. Który wrósł już we mnie i jakoś nie chce opuścić. Po prostu jakoś tak… no jakoś tak nie mogę bez niego żyć.

Tutaj można odpocząć ze słońcem walącym prosto w twarz. Z falami tańczącymi, miejscami srebrzystymi, dziwnie ciężkimi, potem znowu błękitnymi, niebieskimi, szmaragdowymi. Po prostu jest niesamowite. Morze jest skomplikowane. Jest zawsze sobą. Czy chłosta skały w oddali, czy rozbryzguje się na kamieniach pod moimi nogami. Ono zawsze jest sobą. Zawsze. Nie udaje, bo jego potęga podporządkowuje sobie wszystko i wszystkich…

… i uzależnia.

A teraz czas na powrót, ale na to poczekacie chwilę. LOL

PS. Susza obecnie oficjalnie w całej Danii i ban na ogień wszędzie… zaczynam się bać, jak to wszystko się skończy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomost… została wyłączona

Pan Tealight i Łeb w trawie…

„W niezbyt wysokiej, strzeżona przez Plaskaczy i Jaszczurzą Armię, trawie tak sobie leżała…

Głowa odrzucona przez Wyspę Wielkanocną, niewielka z za dużym nosem na ich standardy i bez kapelutka. Wiecie, taka lubiąca wiatr w swych nagłownych i nanosowych porostach i tak dalej. Pełna wewnętrznej wolności, choć chyba raczej fizycznie, to taka no… mało ruchawa. Nie jak Ojeblik – mała, ucięta główka, nie jak jej pełna żywiołości dusza mózgowa, raczej jak… Jak coś monumentalnego, lecz nie do końca powalającego w rozmiarach.

Wiecie, wielkość tkwi w głowie w końcu.

Gdy spotkali się: ona głowa i Wiedźma Wrona Pożarta, od razu zaskoczyło. I nie dlatego, że on, bo to jednak męska głowa wyraziście, wyposażony był w wielki ten nos. Oj nie, wcale nie dlatego. Żadnych durnych świńskich żartów. I nie dlatego, że bez korpusika, i że stara taka, i że, wiecie, inna… Nie, wcale nie o to chodziło. Po prostu głowa chciała gadać, a Wiedźma zawsze wolała słuchać. Jakoś tak jej łatwiej słuchać, uśmiechać się i z dokładnością szwajcarskiego zegarka kiwać głową własną w odpowiednich momentach, niż gadać o sobie… w końcu po co?

A on chciał, żeby ktoś słuchał.

Nie stawiał go na piedestałach, nie dopasowywał mu kamiennego korpusika, czynił elementem kurhanów, czy też innych tam pogrobowców. Nie, nie chciał miejsca w jakichś mitologiach, chciał tylko tego… siebie brzmiącego i kogoś, kto po prostu słucha. Ale czy odważy się podtoczyć do Sklepiku z Niepotrzebnymi? A może tak naprawdę tego nie potrzebuje?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wampir z KC” – … kolejna część. Oj tak, ten cykl trzeba czytać od początku. Serio. Nie polecam zaczynania od tej części, bo stracicie „fun”.

Oto znowu nasze znajome wampiry ze stolycy, które przechodzą przez kolejne polityczne i społeczne przemiany w Polsce. Wiecie, te dziwne przemiany, które rozumieją ci co je przeżyli… taka tam zabawna lekcja hisotorii, chociaż oczywiście nasi bohaterowie znow balansują na granicy śmierci i… no śmierci. W końcu to wampiry, czyż nie? Ale też to zakończenie serii, więc jak najbadziej spodziewajcie się tego, że niektórzy oberwią po tyłku inni w odmienne części ciała i tak dalej.

Będzie się działo.

Oczywiście to Pilipiuk.

Osobnik, który posiada swoich za i przeciw, a którego osobiście uważam nie tylko za inteligentnego gościa, ale też cudownie odrywającego od codzienności, kąpiącego w przeszłości, może i zdolnego zaintrygować swoim spojrzeniem na przeszłość innych, może tylko takim zbyt jarmarcznym… każdy ma prawo do wyboru własnych ulubionych książek. Dla mnie cykl wampiryczny, wróć, ten cykl wampiryczny nie jest najlepszym tego autora, ale i tak dobrze się bawiłam.

Jak zwykle z Pilipiukiem! LOL

Gdzie tym razem?

A może tak po prostu, przed siebie.

Wiecie, w miejsce znane, ale przecież teraz znowu inne. Dziwnie spalone. Prawie martwe, ale tylko prawie. Bo wciąż w tych lesistych miejscach są lekkie wilgotności. Bo wciąż natura udowadnia, że odlesianie terenów to czysta durnota, gdy robi się to dla lepszego widoku. Wiecie i idiotycznych trawniczków.

No więc idziemy… poza Gudhjem, gdzie autokary pocą się na parkingu z widokiem, ale bidoki zawsze ustawione są dupą do morza, więc wiecie, z drugiej strony, jednak mają widok. W końcu u nas te domeczki takie urocze. Ogrody podlewane, więc jednak coś tam rośnie. Ludzie się starają, ale przyroda jakoś tak, wątpi w to wszystko. Jakoś tak nie chce, albo robi wszystko w ciągu tygodnia i zasypia. Jakby straciły wiarę w jakikolwiek deszcz. No i spoglądając w mapkę pogodową, to raczej im się nie dziwię. Oj nie. Bo tam tylko słońce. Tylko i wyłącznie.

I to jeszcze coraz gorętsze, parzące, męczące.

Ale ja dziś nie będę patrzeć na barwne autokary, ni nawet siedzieć w porcie i wglapiać się w morze. Pójdę sobie wzdłuż wybrzeża, tam, gdzie można tylko na nogach. Tam, gdzie trzeba trzymać się ścieżki, bo łatwo można spaść… w dół. Na skały. A potem wiecie, przy tych falach, koniec szybki. Bardziej szybki. Mijam Końskie Kamienie, kłaniam się przeszłości, wcześniej mijam Ogród Księżniczki, Wielką Brzozę, Samotny Kamień, Zmęczone jabłonki, dziwnie rześkie śliwki, zmaltretowane czereśnie. Liście na ścieżce szeleszczą, a to przecież początek lipca. Co się dzieje? Co? Nie mam pojęcia, ale idę dalej, bo chcę sprawdzić co z tymi falami i znowu wpadam w zielony tunel jak ostatnio. Bo ścieżka do Salene jest zielona, wąska, wymagająca wiecznej uwagi i sucha. Miejscami kompletnie spalona, ale i miejscami wciąż lekko wilgotna.

Bo tutaj jeszcze nie dotarli dziwacy wycinający drzewa.

Jeszcze nie?

Tunele zielone, boki mają zielone, przez które prześwituje morze dość niespokojne. Z jednej strony spadek w dół, z drugiej ściana głazów, ziemi i korzeni, traw i drzewek. Zmaltretowanego, ale wciąż wyczuwalnego niedźwiedziego czosnku… który wciąż czuć. Dziwne to wszystko, jakby proces gnicia nie zaistniał? A może jednak i on zasycha? Może po prostu zostanie tutaj na zawsze?

Może?

Ścieżka nie jest daleka, właściwie jeśli nie zagapicie się na one mistyczne prawie cienie na ścieżce, jeśli nie omamią was one zielenie, prześwity, przebłyski, promienie tańczące na kamieniach i korzeniach, liście trzepoczące i huk fal dobiegający z jednej strony, odbijający się i wracający. Jakby otaczał was z każdej strony, tańczył dookoła was… jakbyście mieli w nim zatonąć.

Na zawsze.

Takie zatonięcie w tej zieleni zdaje się tak łatwe jak one umazanie się niebieskością morskości. Jak te kwietne, łąkowe fioletowości, w które nagle wpadacie, a które wyższe już od człowieka. Tu na polu po prawej, gdzie dojść można do dzikiej plaży pełnej grobów pradawnych, gdy las nagle się kończy by zrobić miejsce garstce domów rozłożonych przy rzeczce. Niektórym tak zamaskowanym, że wprost nieistniejącym dla innych… będącym tylko dla siebie samych może? Może to tutaj na wakacje wybierają się domy? Do takiego gaardu z pięknym ogródkiem, z drzewami wciąż sięgającymi wilgoci i maciupkiej chatynki przy morskim brzegu, który może niedługo zniknąć.

Oto Salene Bugten.

Dziwne miejsce, które na zdjęciach z przeszłości pokazuje piaszczystą, romantyczną, cudowną plażę z widokiem na stojące w oddali kamienie. Plażę w zakolu, w zatoczce, sklepik z lodami, tudzież kiosk nawet, oraz damy w sukniach i kapeluszach, a teraz… a teraz kamienie i morze zbliżające się coraz bardziej.

I bardziej i bardziej…

Może niedługo to miejsce zniknie. Rzeki właściwie już nie ma. Suche kamienie tworzą niesamowite kształty, gdzieś w oddali zieloność podchodzi już do morza. Malownicze drzewo już kąpie swoje gałęzie w falach i pojedynczych zielonych trawkach morskich. I te fale, ta samotność, dziwna głośność i jeszcze jakaś taka tęsknota. Za przeszłością sezonową. Jakby całe to miejsce naprawdę chciało w letnie miesiące mieć tych ludzi, lekki zgiełk, malowniczość. Ale przecież to już nie wróci. Możliwy jest tylko spokój i cudowne odosobnienie. I ta jakaś ona cudowna romantyczność w powietrzu dziwnie tutaj mocniej wyczuwana.

Tak, to miejsce jest inne.

Bardzo inne.

Uwielbiam tutaj przychodzić, chociaż ścieżka wciąż się zwęża, chociaż wszystko staje się niebezpieczne. Może rzeczywiście ta budowana ścieżka rowerowa tam na górze, wzdłuż drogi, to dobry pomysł? Bo jeśli tej nie będzie… to zostanie chociaż coś. A może jednak powinno się dosadzić drzew na polach.

Ukraść im trochę ziemi?

Ja bym to wybrała, ale teraz czas na powrót do domu. Przez chłodną, a nawet zimną cienistą zieleń i parzące miejsca odsłonięte. Przez lesistość, przez kamienie, ścieżkę, las, drogę i mostek i wiadukt i jeszcze kawałek i znowu w domu. I gdzie następnym razem? No gdzie? Tu byłam, tam też, więc może tam…

Może? Morze?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łeb w trawie… została wyłączona

Pan Tealight i Cztery Damy…

„Południca, Północnica, Wieczornica i Porannica…

Cztery gracje, wszelakie czarownice, mocne babuszki! W rzeczywistości podobno od pewnego czasu siedziały w okolicach Sklepiku z Niepotrzebnymi, ale jakoś nie miały śmiałości. Potem raz zobaczyły Wiedźmę Wronę Pożartą i jakoś tak pomyślały, że będzie do nich pasować, albo one do niej, czy jakoś tak. Po prostu wiecie, wyczuł swój swego i tyle.

Może i bardzo mocno.

Albo i nawet mocniej i bardziej…

Zapukały, poprosiły o azyl. Niepolityczny, ale całkowicie przemyślany, areligijny i dziwnie ryzykowny, ale jednak… poprosiły. Nie kazały. Nie domagały się, ale jednak bardziej potulnie, po prostu spojrzały do wnętrza Białego Domostwa i poprosiły o ochronę, zamknięcie i wszelakie bezpieczeństwo. Bo ich legendy powróciły poprzez wszelakie uwielbienie dla fantastyki, legend i mitów. Nie żeby ludzie jakoś w nie wierzyły i tak dalej, ale jednak… zaczynały się bać. Szczególnie Południca i Północnica. One dwie były znane najlepiej… przez zbyt wielu.

Przez zbyt wielu wciąż pamiętane.

Przez zbyt wielu wciąż jeszcze znane…

Przez zbyt wielu… a miały już tak dość tej popularności. Bo naprawdę, co to znaczy jedno dziecię między przyjaciółmi. Opętanie czy koszmar? Nawiedzenie, czy też wszelakie niepowodzenie albo i opryszczka? No naprawdę, czy to od razu trzeba się tak rzucać z widłami, gnojem i tak dalej? Przecież w końcu były KOBIETAMI. Damami nawet, jak im się chciało. Władczyniami swych dzielnic!!!

Sława nie pomagała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czy wspominałam, że ciepło?

Może komuś umknęło? Nie wiem, ale jak tak, to oczywiście nadmienię, że susza trwa i wszystko wygląda brunatnie, beżowo, złoto przedwcześnie i w ogóle… Nawet czereśnie, dzikuski wyspowe, zwykle takie odporne, tym razem przegrały. Co prawda owocki są, ale maciupeńkie i liście już opadają. Pierwsze czerwone na ziemi. Zwiędnięte powiewają w rytm wiatru, który przybył i pomarszczył morze.

Ale może spacer?

Tym razem dookoła Svaneke.

A dokładniej dookoła połowy miasta. Tak wiecie od portowego, dużego parkingu, wzdłuż morza. Bo szumi tak pięknie, fale spore, więc w niektórych miejscach człowieka pomoczy milusio… no i domki tutaj takie przesłodkie. Co prawda RundBornholm nam towarzyszy, no ale… oni też tylko idą. Za to ci głośni wariaci na tych skuterko/motorko/cośtam głośnych i smrodliwych, w żółtych wdziankach, to całkiem niefajnie. Rund idzie tak przez 3 dni, więc pewno wczoraj się zakończyło, no ale… a pewno gdzieś doszli, a my… my pójdziemy wolniej, bo nigdzie nam się nie spieszy i tyle cudowności po drodze. I roślinki i domki i kominy. I ozdoby, łódeczki i wszelakie cudowności.

I takie tam.

Człek najpierw wydostaje się z portu, znowu nęcony sklepową witrynką, a potem obok kolorowych skrzynek, przy barierce i już jest na drodze do latarni. Do tej wiecie, co teraz jest sommerhusem. Jakby ktoś był zainteresowany, to do wynajęcia, chociaż… to kompletny brak prywatności i takie tam. Widok piękny, ale ilość ludzi, nibyplaża w pobliżu, ścieżka zaraz obok ściany i jeszcze ten hot tub… chociaż, no jak toś lubi, to czemu nie. Na YT można obejrzeć całą renowację, ale wiecie, z powodu tych linkowych pogróżek, to sami sobie musicie znaleźć…

No więc popatrzmy na latarnię i skały dookoła niej. Na źródełko niedaleko, na domki przy latarni i pomyślmy jak tutaj musi być, gdy naprawdę wieje. Gdy trzęsie ścianami, gdy fale są tak bardzo wysokie. Gdy głosy są tak dziwne…

No bajka!!!

A teraz tuptamy dalej.

Mijamy oną plażę, potem camping, wchodzimy w tunel zieloności. W cudowną ocienioną przestrzeń, która zdaje się za nas oddychać i odpychać prażące słońce. Ale wiecie, człowiek dziwadło, człowiek ciekawski, człowiek wciąż szuka przeszłości, więc… wyłazi co rusz z onego tunelu i rozgląda się i widzi one pozostałości po mniej lub bardziej w czasie, oddalonej pradawności. Po przeszłości wiary, rybactwa, ochrony własnej ziemi. Po wojnach, nadziei, strachu…

W tych skałach jest to wszystko.

Wyryte jakoś tak, a może wsiąknięte? Nie wiem, ale czujesz to. Mimo suszy, słońca, prażenia, palenia, mimo tych niziutkich, smerających traw i gigantycznego kaktusowego oseta, który wyrósł przy drodze. No wyższy niż mój kochany, dzielny Chowaniec, widać taka już u nas aura. Bliższa Meksykowi niż północy Europy. No i są jeszcze historyczne tabliczki informacyjne. I… samotność cudowna i widok. W prawo zakręcające wybrzeże, w lewo wciąż oddalająca się latarnia. W oddali lekkie chmurki, pociemniałe, pobrużdżone falami morze w cudownym odcieniu granatu, szmaragdowości i turkusu… i oczywiście te ostańce kamienne.

I te groby.

I dziwności.

Wraca człowiek co rusz w ten tunel zieleni, a potem nagle ścieżka wyłazi na skały prażone. Po prawej chatka… intrygujące miejsce do życia, po lewej cudowny pomost i zatoczka. Lekko zmodyfikowana przez człowieka, okolona sitowiem. No po prostu bajka, aż chce się wskoczyć, ale to już kawałek od miasta, więc… wiecie, tak wracać w mokrych ciuchach, no niezbyt jakoś. Trzeba się powstrzymać i nieść dalej w sobie ów obraz znalezionej głowy między kamieniami. Również kamiennej, ale tak genialnie wykonanej. Jakby odrzuconej z Wyspy Wielkanocnej za zły wymiar nosa.

Duży był.

Ale ta zatoczka. Przy pomoście kamienno-betonowym biała łódka i piesek spragniony kąpieli. Przerażony, a raczej zawstydzony onymi ludźmi łażącymi, trochę się pietra, ale jak widzi swojego człowieka, to od razu odważniejszy. I biegnie do końca pomostu i tylko czeka na krążek rzucany w dal i siup… i już jest w wodzie, a my idziemy dalej. Wiecie, to jednak nie tak krótka droga, choć taką się wydaje. Mocno pokręcona, miejscami trudniej skalista, wcale nie taka krótka. Ale idziemy, dalej. Znowu jakiś domek z fascynującym ogrodem, potem coś mniejszego… i już ścieżka do drogi.

Tylko gdzie wyjdziemy?

No, dość daleko.

Właściwie można było dojść już do Aarsdale. Ale czas wracać. Po chodniku tym razem. Pomiędzy domkami i drogą i domkami. Śliczne ogródki, cudowna architektura, niewiele ludzi. Trochę pól i drzew. Ciepło i gorąco nawet. Stojące kamienie, brak w tym roku kwiatów na sławetnym polu szczypioru lub barwnych, powalających łubinów i już jesteśmy w mieście… a tutaj też bajer kolorów. No sorry, ale domki u nas, szczególnie po tej stronie Wyspy, szaleją barwami. Jest nawet wiecie, taki mój, mocno niebieski!!! Dziś loppemarked przy głównej ulicy, jakby ktoś był zainteresowany. Niezłe rzeczy, jak ktoś lubi. Ja już chyba chcę do domu, więc znowu parking, no i ta cudowna droga do Gudhjem…

Widok tego miasta zawsze mnie rozwala emocjonalnie. A przecież to już tyle lat. Czy człek nigdy nie zacznie być… przyzwyczajonym?

Może nie?

No i dlaczego ma być?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cztery Damy… została wyłączona

Pan Tealight i Yeti z Hameryki…

„Spojawił się…

… właściwie nie wiadomo dokładnie kiedy, bo jakoś tak te zawirowania mocy następowały po sobie i już nawet Pan Tealight nie wyłapywał specyficznych bardziej i mniej. Po prostu zaczął je przyjmować na swą miękką, wychudłą mocno, ale wciąż twardą mentalnie i pewną siebie klatę i olewać to. Dlatego, gdy Yeti stanął na progu… a dokładniej gdy najpierw napłynął ten dziwny zapach, bardzo duszący, mocny i męski, przepocony, nieuczesany, silnie żywiczny… Dopiero wtedy jakoś tak wszystko zaskoczyło, a Wiedźma Wrona Pożarta, w pełni swej średniowiecznej kobiecości, podskoczyła niczym rąbana podlotka na wspomagaczach.

A co… uwielbiała takie klimaty!!!

Wiecie, wielcy, włochaci faceci, lekko niepewni siebie, mocno zaskoczeni życiem, twardzi, ale tylko w wymiarach wiecie, onej codzienności. Tak temu przywalić, temu łopatą, temu kwiatkiem, a tego od razu tak z siedem stóp pod trawkę lekko przepoconą, ale równo przyciętą… Wiedźma Wrona lubiła wielkich facetów. Po prostu. Nie żeby jakoś w celach, wiecie niegodnych, ale tak dla przyjaźni i może cienia?

No pierun wie co takiej po łbie rozczochranej chodzi. A Yeti… co jak co, ale z zapisków wynika, że był pierwszym takowym na Wyspie.

I Wyspa likes this!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Surogatka” – … nic. Przygotujcie się naprawdę na to, że w tej powieści nic nie jest takie jak się zdaje. Naprawdę nic.

Nie oszukujmy się.

Farmy w Indiach produkują dzieci, jak KFC te swoje skrzydełka, więc surogacja to doprawdy doskonały i wciąż chwytliwy pomysł na książkę. Kobieta uciekająca z twoim dzieckiem, paranoje, choroby psychiczne, podmianki, kłamstwa, manipulacje… tak, to wszystko już było, więc cóż nowego może nam zafundować autorka „Prezentu” i „Siostry”? A cóż, coś może, bo ona nie daje nam czegoś oczywistego, choć na początku takim wszystko się zdaje. Oj nie… dla Louise Jensen ta historia ma tak wiele połączeń, taką moc i mnogość den, że…

Zaskakuje czytelnika.

Naprawdę.

Warto ją przeczytać by pamiętać, że wszystko co robimy nie tylko do nas wraca, ale przede wszystkim na nas wpływa. Że dobro wciąż istnieje, ale jaką za to ponosi cenę? Czasem to po prostu zbyt wiele. No i rodzina… czy warto ją zakładać za wszelką cenę? Nie, tym razem to nie rozprawa z surogacją jako taką, ale raczej z człowieczeństwem. Z kobiecością. Z wolą, by zmienić przeszłość, lub choć ją jakoś ułagodzić.

Warto.

Sucho…

Zaczęły się żniwa.

Tak, wszyscy sobie zdają sprawę z tego, że to dopiero czerwiec, ale jednak… nasienne rośliny trzeba ściąć. Podejrzewam, że one niskie, spalone zboża też szybko się zetnie. Jaki będzie z nich chleb? Nie wiem czy to jeszcze kogoś obchodzi. Mikra kukurydza sobie wschodzi, ma nawet już z kilkadziesiąt centymetrów miejscami, ale wygląda dziwnie… sztucznie.

Mrocznie.

No nic, z tym naprawdę niczego się nie da zrobić. Nie żeby ludzie nie próbowali. Ogródki podlewane, walka z wiatrakami, ale przecież nie można się poddać. Nie w takim miejscu. nie tutaj, gdzie po wykonanej pracy można pójść czy podjechać na plażę i przez godzinę czy dwie pobyć obok fal, drzew, na miękkim piasku. Wykąpać się, choć to dla wielu eksperyment zbyt bolesny, bo woda wiecie, chłodnawa. Ale jednak można. Można tej pójść przez las tak gorący, tak wyschnięty, tak bardzo szyszkowy i żywiczny, pachnący, normalny. Tak, natura to ona normalność, która uzdrawia umysł… wypędza z niego durnoty internetowe, które jakoś nawet na mnie wpadają, choć uciekam, wyłączam, ale nie da się, zawsze cię dorwą…

… i zdołują.

Ale można.

Wkurwia mnie wtedy, gdy tłumaczę temu czy owemu że na to i na to mnie nie stać, jak mi tłumaczą jak to bogata jestem, bo przecież mieszkam tutaj i mogę tyle. Mam morze i przyrodę. No mam. Mam też psychicznego sąsiada wycinającego oną przyrodę, ludzi niszczących lasy na potęgę, ostatnio to tak boli… bardziej boli. Widzicie, nie pierdolcie takich głupot, bo kuszać szyszek się nie da. A trawy już nie ma. Z morza też człek się nie napije, a ryby… ech, ryby maltretują foki, więc też sobie darujcie. Szczególnie jak teraz ona Cracowia będzie pływać i pojawi się ona przemądra Turyścizna z Polska. Podobno – jak głosi jakiś tam ktoś od czegoś – Polacy bardzo chcą pływać na Wyspę.

Tia…

Jak oni uchodźcy.

Naczytali się o wszelakim dobrobycie i będą marzyć o przeprowadzeniu się, a potem nadejdzie jesień i zima i wczesna wiosna i uciekną. Jak wielu przed nimi. Tak… nie lubię polskich turystów. Niektórzy naprawdę potrafią człowiekowi dopiec, bo jak słyszysz, że jacy to dziwni są ludzie tutaj mieszkający, że nie tak ubrani czy coś… to cholera cię bierze. Wyraziście. Ale przecież nie jebniesz z plaskacza.

Może powinnaś…

I jeszcze ta susza.

Na horyzoncie nie widać żadnych deszczowych dni, temperatura wzrasta, wszystko płonie, wiem przed czym ostrzegały róże. Kwitnij teraz, bo koniec bliski. Kwitnij póki możesz, bo inaczej kiła i mogiła!!!

U nas ogólnie mówiąc, też wakacje.

Jak się kończy, to wiecie i czapeczka i ogólne tradycje i wszelakie zabawy. No wiadomo, kto tego nie robił. No dobra, ja. Ale tym razem z powodu zamknięcia 230letniego gimnazjum. A dokładniej to pięćsetletniego, ale wiecie, nie czepiajmy się. Teraz mamy wszystkie szkoły cuzammen do kupy i już. Niby fajnie, ale z drugiej strony nie wiem. Nie jestem pewna, czy to dobre rozwiązanie. Widzicie, wydają miliony, miliardy na te wszelkie budowy i przebudowy, a drogi się sypią, luzie biednieją, smutek jest namacalny…

Czy to w końcu się załamie? Wybuchnie? Jak te strajki autobusów?

Pewno niewielu wie, bo kogo to tam obchodzi, ale strajkują. I nie ma się co im dziwić. Warunki pracy trudne, ogólne szaleństwo, kasa marna, więc strajkują. Ale czy może być lepiej?

Okay… w onym minorowym nastroju postarajmy się znaleźć coś lepszego, ekscytującego i wszelako podbudowującego… ino co? Widzicie, to, że kocha się jakieś miejsce jak wariat, nie oznacza, że nie widzi się tego, jak władze je niszczą. Że się człek nie wkurza, nie buntuje. Nie krzyczy. Nie rozumiem tylko dlaczego ludzie nazywają to narzekaniem. Zamiast zwykłą troską. Zamiast… walką. No ale, przecież nie ma was tutaj, więc co wiecie? Wiecie tylko to, co pokażą wam na reklamach. Tylko ten genialny pijar duński. Najlepszy na świecie.

Naprawdę wszystkie kraje powinny się na nim wzorować.

Petarda!!!

Od dziś wiatr i kilkustopniowe ochłodzenie. No zobaczymy jak to będzie. Nie mam nic przeciwko wiatrom. Przynajmniej nas przechłodzą, ale też i szybciej wysuszą to, co jeszcze niewysuszonym pozostało.

Pranie to po prostu odwadnia się w minuty!

PS. Wiecie czego możecie być pewnym, jeśli jesteście z Polski… nie ważne jak długo tu mieszkacie i pracujecie, to i tak pierwszym, co usłyszycie będzie, że ten czy tamten też zna jakiegoś Polaka. Gorzej, jak to w robocie, to ci go przyniosą i pokażą, jakby posiadanie Polaka było czymś na miarę pupila, którym ktoś chce się pochwalić. I nikt nigdy nie rozumie, że można nienawidzić kraju, w którym się urodziło. Serio… naprawdę? Dlaczego od razu z narodzeniem narzuca się komuś miłość?

Nie rozumiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Yeti z Hameryki… została wyłączona

Pan Tealight i Jedna Skała…

„Na Wyspie skał jest wiele.

Z jednymi można pogadać bardziej, z innymi znowu lepiej pomilczeć, poprzytulać się i dać im cukierka, ale wiecie, wsio w milczeniu. Wsio w jakiejś takiej zadumie. Może i nawet wiecie, jogińskiej medytacji… Tak tylko byt przy bycie, wszelaka niewiadoma i ruchomość tylko własnej jednostki. Tak, przede wszystkim w przyjaźni ze skałami najważniejsze było odrzucenie ruchomości. Albo też i zaakceptowanie własnej nazbytniej ruchliwości, nauka tego, że przyjaciel może być zawsze w tym samym miejscu, tak jak zwykle zwrócony w stronę morza…

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta miała kilka swoich, przyjaznych najbardziej, skał. Takich, z którymi wchodziła w pewne związki bliższe, w one milczące, ale czasem i dziwnie szepczące, głaszczące… masujące się na wzajem. Wiecie, takie inne. Takie całkiem zaskakujące. Takie nieznajome, tajemne dla prawie wszystkich, bo przecież… to tylko skały. Tylko głazy. Wielkie kamiennie. Odłupańce, tudzież lekko obrobione cuda przywleczone tutaj przez może podobnych do niej osobników?

Czyżby przed nią było ich więcej?

Może tak naprawdę Wiedźma Wrona była przede wszystkim ostatnią z Najbardziej Zapomnianego Plemienia? A przynajmniej tak uważał Duch. Niewiele od niej niższy, dziwnie człowieczo wysklepiony, wygładzony głaz pomiędzy drzewami, strażnik… a może tylko wspomnienie przeszłości. Spoglądał na nią, gdy składała mu, jak co roku w Przesilenie, na obłej, ciemnej głowie wieniec z ziół i kwiatów. Gdy dzieliła się smakołykami, gdy głaskała, gdy zdawała się rozumieć… tak, mógłby jej powiedzieć wszystko, ale czy była na to gotowa?

Czy on był?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Po skałach łażę…

Suche, dziwnie niskie trawki na nich, mocno słomkowate, z mechatymi pędzelkami. Niesamowite, milusie… do tego czerwone, rdzawo-rubinowe porosty, skalniaki czy coś w ten deseń. I wycięte drzewa, bo znowu zrobili pogrom krzaków i drzewek. Naprawdę nie rozumiem logiczności tych działań, ale przecież… głupia pewno jestem. No nic. Pozostanę idiotką, którą spaliło słonko na skałach ponad Gudhjem. Oj no dobra, prawie ponad, tudzież obok, tudzież bardziej na wybrzeżu.

Idźmy po skałach do Gudhjem.

Mijając pojedyncze samochody, pojedyncze namioty, no wiecie, dopiero co się wakacje zaczęły. Na campingu jeszcze pustawo, ale pierwsi wizytatorzy już są. Rowery czarne się błyszczą, ale co mi tam ulica. Wybrzeże to jest to, więc na skały. Wygolone może i suche strasznie, ale piękne. Takie dopasowane barwami do tej suszy. Takie niesamowite. Takie prawdziwe, choć to durnie na pewno brzmi, ale naprawdę. Takie ukazane światu. Nagle dziwnie nagie. Prezentując całe plątaniny wtrąceń, minerałów, cudowności. Najwięcej oczywiście kryształu/kwarcu, lekko mlecznego, lekko zaparowanego miejscami, ale przepięknego, dzikiego i naturalnego. Do tego rubiny i ametysty. Pewno, że maleńkie, ale jednak są i zachwycają szalenie.

Zaskakując za każdym razem.

Po skałach idzie się ostrożnie, tym bardziej, że za campingiem ścieżka wąska i oczywiście mocno deszczami i śniegami zmaltretowana. Ale są nowe ławeczki. Jeśli nie boicie się tego odcinka, który tyka prawie morza burzącego się gdzieś tam w dole, przerażającego i lekko smrodliwego też. No przecież wciąż susza. Ale… jakoś te skały zdają się być znowu inne, jak to możliwe? No jak? Piękne są, marmurowe dziwnie, choć nie marmurowe, w odcieniach tych traw i zbóż i jeszcze z tymi mazami różu. Po prostu kapitalne, ale… ile można się gapić na skały? Albo usiąść na jednej nich i gapić się w dal. W dal gdzie statki na morzu, albo gdzie zakręca Wyspa?

Bardzo daleko.

Oj tak…

Ale idźmy dalej.

Teraz spacerek przez cudowny szpaler krzaków, niczym kolumnada stojących paziów salutujących królowej, chroniących ją przed piekącym słońcem i dziwnie zimnym wiatrem. Genialne miejsce. Po prostu magiczne. A za nim cudowne kształty skał, w doli zagadkowe kąpielisko, wąska ścieżynka i skały pod stopami.

Po prostu bajka.

A potem w oddali majaczy człowiekowi port.

Nie no, pewno że po drodze w górze po lewej majaczyły sommerhusy w cudownych kształtach i cenach zwalających z nóg, ale… i tak o takim marzę. Bo co za widoki. Złudna może, ale jednak spokojność. Krok za krokiem, bacząc na śliskie skały, na nierówny beton, czy co tam tutaj kombinowali, potem znowu krzaki i jesteśmy coraz bliżej tych innych skał, innych miejsc i tak ogólnie zwanej cywilizacji.

A port w Gudhjem bajkowy jak się tak na niego patrzy w oddali. Właśnie wypływa statek na Christiansø i jakoś tak człowiekowi zachciało się tej podróży. By wrócić tam, choć był już kilka razy. Ale wiecie, warto wracać w takie miejsca. Tyle tam jeszcze do obejrzenia i tyle do wytuptania. Może znowu jakaś żaba? Może znowu trafiłoby się coś zaskakującego. Coś, co dałoby początek nowej bajce? Chociaż tak opuszczać Wyspę? No nie wiem, zawsze mi tak dziwnie nieswojo.

Pewno to ta pępowina i tyle.

No ale już prawie jesteśmy.

Można zejść niżej i popatrzeć na port od strony wody. Od tej całkiem innej strony, która dziwnie zbliża do poziomu, który lekko przeraża. To jednak skały a nie miękka plaża w końcu. A te zawirowania, nagłe fale i dziwnie zimny wiatr przy tak wrzącym słońcu… jednak po schodkach wespnę się w górę. I mam ten widok. Widok na sporą część miasta, kolorowe łódki w porcie, niewielkie fale, w oddali kominy, po boku kominy, tam gdzieś wieża kościoła po lewej, ale nie, idźmy w dół. Tam, gdzie ludzie jedzący lody – jeszcze ich nie tak wiele, ale jednak sporawo. I fajno. Niech się bawią. Jedni po raz pierwszy, inni pewno stali bywalcy, ale najbardziej fajowi są miejscowi, co se na rybkę przyjechali w niedzielę.

A co!

Wolno nam!!!

Wiecie, wolno nam pobawić się w Turyściznę na swojej własnej dzielni. A czemu nie. Przecież to fajna zabawa. Sklepy pootwierane, niektóre dopiero za kilka dni, ale już gotowe. Obrazy wróciły na swoje miejsce, sztuka zerka z każdego kąta, łódek wycieczkowych kilka, tyle możliwości zobaczenia Wyspy. Może i wolę na nogach, ale wiecie, korci mnie taka łódkowa wycieczka, ino że mnie nie stać. Ból… ale jakoś to przetrwam. Wiecie, może kiedyś, zawsze jest nadzieja, choć osobiście nienawidzę suki!!! Ale nic to, bo w Porcie Północnym pięknie jest. Poziom wody się podniósł, niebieskie kwiatki i fioletowe się pojawiły, lekka trawka, jakby wciąż coś mogło się odrodzić. Może i wciąż wodorostowe śmieci zbyt się gromadzą, ale nie jest źle. Woda szkliście czysta. I to takim umytym oknem!!!

Tutaj sobie posiedzę przed wspięciem się z powrotem do domu.

Na oną naszą, wiecie, no na górkę. Posiedzę i pomyślę czy zrobienie miliona zdjęć tego miejsca serio jest okay. Chociaż nie, nie będę myśleć. Zdjęcia zrobię, oleję myślenie. Bo taka piękna srebrzysto-biała gałąź tutaj leży. Niesamowita. Nawet nie tyle gałąź, co kawałek obrzeźbionego, obrobionego drzewa na skałach bujanych wodą. Na całej tej barwności.

Cudowność.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jedna Skała… została wyłączona

Pan Tealight i Lateńka…

„No przywlokła swe dupsko.

Wiecie, taki model wszelakiej wkurwiającej pogodności, ale ogólnego braku zrozumienia, o tuszy sporawej, ale nadmiernie szczęśliwa i ogólnie czirful. Wielbiąca wszelaki majndfulnes, wielkie kiecki w kwiaty, malutkie torebeczki w kolorach ogólnie niepasujących i mocno rytmicznie trzęsąca podbródkami, które chyba kumulowała w różnych miejscach ciała. Nawet pod kolanami. A tak, do tego ta kiecka, niebieściuchna w wielkie, różowawo-burgundowe kwiaty, nie zakrywała jej kolanek, więc niestety człek…

… widział.

Nie nie podobało mu się to.

Bo co to miało znaczyć?

Że niby jakie miało być lato? Takie zdrabniające wszystko? Bo tak, ona reagowała wyłącznie na słowa takie jak: portfelik, pieniążki i kawusia. W pewnym momencie Pan Tealight pobladł, prawie zbielał i udał się za Wiedźmą Wroną Pożartą, która obiecała sobie zwiększyć ilość ćwiczeń, a potem zrzygała się obok schodków. Na szczęście Przedwieczny nie trafił w nią.

Zatrzęsło nim i posiał wiązkę dalej…

… do rzeczki.

Nie, co jak co, ale z tym Latem, oną Lateńką się nie dogadają. Nie, nic z tego nie będzie, oj nie. Kompletnie. I nie chodzi o to, że Wiedźma Wrona ogólnie raczej z latami sobie nie radziła. I tymi gorącymi i tymi upływającymi, więc wiecie, w jej wieku to już raczej nie ma co czekać na TAKIE zmiany.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sol over Gudhjem…

Kobieta wygrała!!!

Wciąż mi się ta reklama włącza, więc wkurzona olałam w tym roku. Zresztą ciepło, sobotę można inaczej spędzić niż w tłumie… A tutaj baba wygrała. No nie wiem jak to się stało i tak po prawdzie kij mnie to obchodzi, ale zobaczę raz jeszcze tego gościa, a moja pięść dokona spustoszenia w monitorze laptopa. To dziwne, że zwykła reklama może tak bardzo wkurwić człowieka. Już przypominam sobie dlaczego – poza wiadomościami i durnotą – nie oglądam telewizji. To jeden z tych kucharzy wielce tam wypromowanych przez oną kulinarną imprezę u nas.

Bo podobno ona taka wielka.

Ja tam do końca z rozmiarami ślubów nie wiązałam, wiecie, nie znam się, ale jakoś mi się nie zdaje. Spoglądając na to śliczne Gudhjem dziś, w piękny słońcu, wiaterek chłodny, morze w końcu trochę przybrało, jakoś tak pozostały po onej imprezie tylko jakieś przyczepy i kabelki. Pewno ściągną to po weekendzie. Śmieci na szczęście nie widać, co cieszy, no i zwyczajowy market w porcie też się dziś odbył. Ten market akurat uwielbiam, bo można kupić i roślinki i kryształy i minerały, skamieliny i biżuterię, cuda rąk własnych oraz oczywiście sztukę wszelaką. Naprawdę niesamowite zgromadzenie ludzi jeżeli o mnie chodzi. Gdyby tylko człek miał coś w portfelu, to i ten labradoryt był mój i to drzewko i oczywiście ten płaskacz z lapis lazuli. Ale dostałam trolla i kawałek labradorytu, więc zacieszam troszkę.

Jeżeli chodzi o market, to dziś – niedziela – odbył się też ten „Pa toppen”, czyli obok wiatraka. Wiecie, ono wielkie białe, lekko górą pleśniejące, co przez dwa sezony było takie modne, ale jak zwykle z tego zrezygnowano Bo tutaj jakoś tak łatwo wszyscy rezygnują, jeśli Królowa nie klepie po główkach, milionów i orderów nie ma… po prostu, idą gdzieś indziej, co innego robią. Market za okazał się zwykłym loppemarketem, czyli zbieraniną tego co wielu może zainteresować: stare, niepotrzebne ale intrygujące, ale co mnie osobiście przeraża. No i te wszechobecne papierochy…

Niemiła atmosferka.

Lepiej posiedzieć nad wodą. Bo Port Północny nagle przestał smrodzić!!! Hurrra!!! Przeczyściło się, na brzegu zielenina i piękne, malutkie jasnofioletowe kwiatuszki. No raj po prostu. Czysta woda i te kolory skał!!!

Cudowności.

Problem promowy mamy.

Znowu.

Widzicie na Wyspę, nie oszukujmy się, najłatwiej dotrzeć promem. Samolot może i lata, ale co prom to prom. I wziąć można więcej i samochód nawet… i jakoś tak pogodowo, no po prostu lepiej. Dlaczego jest problem? A bo chcą by ostatnie promy wypływały spoza w okolicach 18tej. A nie tak jak jest teraz ponad 2 godziny później. Oczywiście to dla dobra Turyścizny. Podobno, bo jej przedstawiciele twierdzą, że im tam okay, a jeszcze ci z dala co tutaj mają sommerhusy, t już w ogóle są z tych późnych promów szczęśliwi. Oczywiście szczęśliwi są też ciężarówkarze, bo wiadomo… no i ci, którzy pracują poza Wyspą i chcą wrócić do domu na weekend. Ale przecież Destination wie lepiej. Wiecie to, to jest ta najbardziej WKURWIAJĄCA sprawa, że ktoś, kto tutaj nie mieszka rządzi tymi, którzy tutaj żyją. Muszą ścierać się z pogodą, brakami w sklepach, suszą, marudzeniami pogodowymi…

Wszystkim.

Bo to, że kocha się Wyspę, nie znaczy, że miłość ona często nie boli. Bo boli i to nawet bardzo często. Szczególnie przy tym, jak chcą całkiem zniszczyć pocztę. Kurna, wyobrażacie sobie świat bez listonosza? Bo ja nie.

To będzie mnie dobijało. Bo przecież nie dość, że ludzie stracą pracę, a z tą krucho tutaj, to na dodatek… no co z przesyłkami? Ludzie kupują wszystko przez internet, więc kto to dostarczy? Mamy odbierać w sklepie? A co z tymi, którzy są starsi i zwyczajnie nie mogą, albo nie mają czasu? No ludzie!!!

Na stresy wszelakie najlepszy jest mały port.

Pełno ich na Wyspie.

A większości pewno nawet nie widzieliście, nawet jeżeli ktoś wam wmówił, że już pokazane wszystko. Nie wierzcie, bo większość perełek odkrywa się samemu. Na nogach, plącząc się w zaroślach – tu pamiętajcie o kleszczach, czyli długie portki, oraz o żmijach, które przez oną suszę, która wciąż trwa, choć chyba za oknem słyszę jakieś krople strasznie są agresywne, zresztą i jaszczureczki dziwnie wkurzone – łażąc po prawdziwym, pełnym nabrzeżu. Odważając się zejść ze szlaku i wpadając na stare chatki, na malutkie wycięcia w skałach, pogłębienia, betonowe, malutkie wsparcia i te kolorowe łódeczki. Czerwone, niebieskie, zielone i białe i różowe, i pomarańczowe… jak kto lubi. I jeszcze te różne, dziwne rybackie sprawy. Jakie to wszystko tajemnicze. A jakie barwne i zawsze pokryte łuską – na szczęście. Po prostu bajka. Stara bajka.

Z dawnych czasów.

Jak listonosze…

No ale.

Mały port, przycupnięcie w nim wieczorem, w zachodzącym słońcu, lekko chmurzącym się nieboskłonie. Jakbyście mogli zawsze wypłynąć. Jakby wszystko było możliwe, bo morze wciąż zdaje się być taką wolną strefą. Pozbawioną dziwacznych praw… zaleceń i całkowicie nieoceniające. Chociaż jeśli popełnicie błąd, to was ukarze. Dlatego zawsze uważajcie. Ale samo siedzenie i ta możliwość i te drzewa mewy, które wciąż drą się, jeśli jesteś na skałach, bo niektóre chyba późno zaczęły wysiadywanie… agresywne małpiszony. Niby rozumiem i staram się w pewnym okresie unikać tych miejsc, ale żeby tak długo siedzieć na jajach. No ludzie!!! Znaczy no ptaki!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lateńka… została wyłączona

Pan Tealight i Królewna z drzazgi…

„Ale ze świętego drzewka!

Żeby nie było, że plebs jakiś, czy coś. Nie no, pewno że z niej rąbana Calineczka, ale nikt nie wypomina, bo temperamentna co najmniej nieświętnie. Na dodatek te falbany, one dziwne klosze pod kieckami, wiecie i koronki i wstążeczki, tasiemki, błyszczące kamyczki, drogie kamyczki, wszelakie zdobienia, hafty, malunki… nosz patrzeć na nią bez zadymionego szkiełka nie można

Tak migoce.

Niby niewielka, bo drzazga to drzazga, niby z Yetiego ta drzazga była, więc większa, niż ze zwykłego człowieka, ale… hmmm, może właśnie dlatego, że z Yetiego wyciągnięta i to jeszcze takiego, który niedawno się rozmroził i przyjechał na Wyspę, wściekły był, ale jak tylko zlokalizowali problem, to wiecie, jak z onym potworem, co mu coś do nosa wpadło… poszło szybko. Okazał się przemiłym gościem, chociaż bardzo mocno potliwym, no ale to wytłumaczalne, a ona…

Ech!

Niby idealna taka, ale przecież drewniak. Niby strojna, nazbyt wygadana, humorzasta, często marudna – a  od tego mieli już Wiedźmę Wronę Pożartą – to na dodatek jeszcze jakaś taka nieprzystępna. Nie żeby im się spieszyło do nadmiernego poznania, bo jak ktoś cię leje końcem zdobionej w dzwoneczki laseczki domagając się konika, a jeszcze lepiej miniaturowego jednorożca, tylko dla siebie, i to w odblaskowych kolorach i pazia, albo trzech lepiej, to trudno tak jakoś… być miłym. Wiecie, jakoś wyciągać łapę, pazur, czy co się tam ma, gdy ona najpierw sprawdza czystość, potem twój rodowód, a potem wyciąga bucik na obcasiku kryształowym, że niby tam masz ją chyba cmoknąć czy coś. Może wyczyścić…

No trudno.

A trudno w tym miejscu słabo się trzyma. I może ban jest na ogień wszelaki, ale jednak, przecież magicznego chyba nie zoczą?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziecko” – … jeden szkielet. Zdawałoby się jedna opowieść, ale nie dajcie się zwieść. Co najmniej trzy kobiety poderwą się słysząc wieś o znalezionych szczątkach…

A może więcej?

Oto kolejna opowieść o matkach.

O tajemnicach z przeszłości, tajemnicach obecnych. I dziennikarce, która postanowiła nie popuścić. Której zawziętość, ale i jednocześnie współczucie, nakazuje wyjaśnić sprawę. I chociaż ci, którzy znają tajemnice kryminalnego DNA zajarzą pewno wszystko szybciej, to jednak warto. Warto dla obrazu, który składa się z kilku kobiet, kilku historii zazębiających się właśnie w tym jednym mianowniku: matka. Ale też i rodzicielstwo, miłość, odpowiedzialność, życie po stracie…

Codzienność kobieca.

To jedna z lepszych książek, którą połknęłam w jeden dzień olewając życie. A może po prostu ubogacając je o kolejne pytania, czasy rozmyślań i wszelakie tematy do rozmów? Chociaż, akurat TE sprawy wciąż pozostają tabu, czyż nie? Właściwie wszystko związane z kobietami, poza ich dążeniem do pięknej figury i idealnie napompowanej twarzy, jakoś jest dziwnie… nieczyste.

Tak, to brzmi średniowiecznie, ale… ta książka wiele tłumaczy.

Gorąc…

Dobra, żeby nie kłamać, trochę popadało.

Oczywiście z wiatrem i słonkiem tego samego dnia, więc… tak serio guzik to dało. Oj dobra, nie trzeba było podlewać ogródka tego dnia, ale nadal Sct. Hansowych ognisk nie będzie. Ludzie jęczą, jakby im odebrali diety poselskie, czy inne tam dodatki do papieru toaletowego, no ale. Jakoś nikt nie rozumie, że jest źle. Z pogodą, morzem się cofającym i ogólnym plastikowym szaleństwem.

A tak, jak już o tym pisałam i tutaj znaleźli się ci, którzy uważają, że plastik to cud wszelaki i lepszy niż szkło. Ciekawe… czy nikt już nie czuje jaką różnicą jest picie czy jedzenie z opakowań, które są właściwie naturalne jak szkło, kamionka, drewno, bambus, metale, a jebany plastik. Naprawdę? A wiecie, że jeżeli plastik czuć, oznacza to, że już was truje? A gdzie tam. Wiecie, to mit jak z tym, że komórki powodują raka mózgu. Są badania, ale nauka to rzecz, z której się korzysta jak ze stołu szwedzkiego. Jak pasuje to bierzemy, a jak nie, to pewnie zmyślili.

Nie żebyśmy w nauce nie zmyślali, no ale.

Ogólnie mówiąc, z Danią problem jest taki, że przez całość świata uznawana jest za przejaw ekologii największych i wzorów postępowania, a prawda jest taka, że Monsanto bawi się z nią jak kot z uległą myszką. Ludzie nie myślą, a wycinki drzew i krzewów postępują. Jeżeli masz kasę, wolno ci wszystko, od noszenia noża, po budowę na terenie zalewowym. Tia, rowery… są. A widzieliście samochody elektryczne? Niewiele, co nie? Choć w takim miejscu jak Wyspa, gdzie odległości są mniejsze, wydawałyby się idealne. Ale nie. Po pierwsze podatek samochodowy, czyli płacimy dwa razy cenę za auto, po drugie brak stacji ładowania.

I tyle…

Ale oczywiście, że są ludzie, którzy się starają. Razem z sąsiadem odplewiamy podjazdy ręcznie. Ale na całą ulicę tylko my. Sąsiedzi podleli paskudztwem swoje rośliny, bo chyba chcą minimalizmu i betonu dookoła. A czemu nie. I tyle z tej ekologicznej bajki. A plastik? Oczywiście, że kaucja za butelkę sprawia, że ludzie oddają je do maszynki, ale chyba tylko to. I tutaj stoją znaki „nie wyrzucać śmieci do lasu”. I tutaj ludzie pakują psie kupy w woreczki i wieszają je jak ozdoby choinkowe na gałęziach. Bo przecież im wolno jeśli zaraz obok żaden kosz nie stoi. A tak serio, myśleliście kiedyś co się dzieje z takim gównem zamkniętym w plastiku. Niezła bombka pewno.

Ale, kto by się martwił.

Masz rower i psa, znaczy dobry z ciebie człowiek. Hmmm, Hitler kochał swoje pieski też. Tak tylko mówię.

No ale… znowu wiatr i świeci słonko.

Znowu suszy, ale dziwny chłód w powietrzu, a to już przecież lato. Nie wiem dlaczego, ale wszystkie, zwykle kwitnące mi w sierpniu roślinki już przekwitają. Nawet róże, które przecież mają wiele miesięcy na wypuszczanie pąków, zrobiły to w ciągu kilku tygodni. I teraz cierpią. Wsio im się obwisa i nie wyrabiają. Ale dziwnie, gdzieś w środku czuję, że one wiedzą coś, czego nie przeczuwają ludzie… że może to nie koniec? Że może ni będzie lata, ale za to będzie od razu zima?

W końcu dostaniemy „Pojutrze”?

Lawenda wygląda przepięknie jak tak się kołysze w wietrzny dzień. W pełni rozkwitnięta stoi sobie między szałwią, rozmarynem, tymiankiem a oregano… mięta lekko oddalona też już dawno obudziła się do życia, więc jak tak pocierają o siebie liśćmi, to serio uczta dla zmysłów. Ta różnorodność liści, zieleni, struktur i kolorów.

Bajka.

Za płotem, a dokładniej żywopłotem domagającym się przycięcia, krzyczą wnuki sąsiadów. Nie żeby ktoś się nimi zajmował, po prostu tak se wrzeszczą. Często też śpiewają, więc człek w swej starości może się dowiedzieć co teraz jest modne w muzycznym świecie najmłodszych koneserów. Zawsze to wartość edukacyjna, co nie? Znowu jaskółki szaleją, mewa mi tupie nad głową. Czasem jak przelatują, takie wielkie i wypasione, to człek myśli, że Casper, przyjazny duszek go właśnie nawiedza. Wiecie, złapanie czegoś takiego kątem oka serio przynosi mi właśnie to na myśl. No serio! Nie żebym była zwolenniczką filmu, fajny, ale wolę horror w swej prawdziwej krwistości. Po prostu tak mi się kojarzy ona duchowość odziana w stare, ale nie do końca splamione prześcieradło.

Żadnego udowadniania dziewiczości.

Przynajmniej dla nich.

No i się znowu zachmurza. Dziwna ta pogoda, właściwie niczego nie można zaplanować. A może jednak się uda? Może? Nie, nie udało się. Ani zachodu słońca ani deszczu, a pogodynka obiecała, ale jak to kobieta, zmieniła zdanie.

Ech!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Królewna z drzazgi… została wyłączona

Pan Tealight i Wrona z Maku…

„Na wielkim polu, gdzie najpierw żółcił się rzepak nastąpiła dziwna zmiana… Początkowo były to dwa, trzy, no wiecie, kilka dziwnych skrzydeł czerwieni. Krwistej, miejscami lekko burgundowej, miejscami znowu lekko różowawej. Jakby nie do końca zdecydowanej. Jakby wciąż wybierającej…

A potem, gdy Wiedźma Wrona znalazła się tam po kilku dniach, było już inaczej. Czerwień, krwista, ale nie taka świeżutka ino ciemniejsza, rozłożyła się po przekwitniętych rzepakowatych gałązkach i powiewała. Niczym zrzucone skrzydła motyli… a może, tak, po tym dźwięku i wraz z tą wiedźmą, to raczej wron. Wron Makowych, a może Wron z Maku? Skrzeczących, gładzących łysawe łebki młodych, budujących niewielkie gniazda, tudzież tylko poprawiających architekturę…

To było coś, co Wiedźma widziała po raz pierwszy.

Coś zaskakującego, nie do końca wytłumaczalnego i coś… co po tygodniu zniknęło. Wpadła wtedy bardzo zasmucona i roztrzęsiona na pole szukając truchełek, ale nie znalazła ich. Tylko kilka piór czerwonych, płatków wygryzionych. Nic więcej. Nawet gniazd już nie było. Jakby tego wszystkiego… nie było.

Jakby był to sen, ale przecież miała zdjęcia, miała przecież i wspomnienia i Chowańca, który też je widział, więc… co się wydarzyło?

I gdzie?

Tutaj, czy w snach?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sarna, mała wrona.

A potem jaskółka, co człowiekowi pod strzechę wlatuje i radź sobie z taką biegając za nią z krzesełkiem. No wiecie, jak ktoś nisoki, to radzić sobie musi. Nie ma innego wyjścia, więc targa to krzesło, a wystraszony ptak miota się na niewielkim metrażu. A człowiek się boi. Nie, nie ptaka, nawet nie tego, że obsra czy coś… ale tego, że po prostu ptaszka uszkodzi. Na szczęście w moim przypadku skończyło się dobrze. Jaskółka Chatki nie osrała, w końcu usiadła za kwiatkiem na parapecie w kuchni i zaczęła na mnie zerkać. Bo ja z łapką na muchy musiałam najpierw, by dostać się do okna, wdrapać się na cholernie wysoki blat. A tak, mim tego, że moja Chatka raczej niziutka, jak większość domów na Wyspie, to blaty i szafki oczywiście totalnie pełnowymiarowe. Ja serio czasem nie rozumiem jak oni, w większości dość wysocy Tubylcy mieszczą się w onych chatkach rybackich? W niskich domkach o nader małych okienkach, bo wiadomo, co najważniejsze, to nie tracić ciepła, nie dać się wywiać, przewiać i tak dalej. W końcu i tak większość czasu spędza się na zewnątrz…

Wracamy do jaskółki, dobra.

No więc patrzy się toto zza czerwonej doniczki na mnie dziwnie, gdy ją lekko odgradzam od świata wygiętą łapką na muchy, może i się podśmiechuje, może po prostu już zrezygnowała… a może podskubuje jakieś zagubione musze odnóża z łapki, gdy ja włażę na blat, przeciągam się, szarpię za nieotwierane zwyczajowo okno i czekam aż se ona wielce teraz niezainteresowana zewnętrzem menda… wyleci. W końcu wyleciała i siedzi mi na środku drogi, gapi się na mnie, gdy zdrapuję samą siebie, zestresowaną i prawie utopioną w pustym zlewie, z blatu… a ja znowu panikuję, że ją coś przejedzie.

No ale przecież skurczysyńca ma skrzydła co nie.

Przysięgam, że potem parsknęła, serio. Przed odlotem parsknęła i mrugnęła do mnie. Ech, czas ptaków uczących się latać. Może sarny to nie dotyczyło, ta tylko spała w naszym gródku… Serio, budzi się człowiek, zaspany i ogólnie nie w sosie wygląda przez okno na brunatności, bo susza nadal, do tego zimno-wrzący wiatr, jeszcze bardziej suszący ten cały świat i… widzi pełnowymiarową, czytaj wielką, sarnę. Zwiniętą, z kopytkami, czy co tam one mają, pod brodą i brzuchem, z tym sporym brzuszkiem wystawionym do wschodzącego słońca, z pięknym pyskiem, ale po prostu niesamowitym. Wiecie, te brązy, podpalenia, jasności, szarości, czerń nosa i wielkie, ogromne oczy.

Nosz kurcze, co to ja Śnieżka?

Serio tak pomyślałam, gdy po kilku godzinach i już wyprowadzce Pani Sarny – żeby nie było, tak nie otworzyliśmy drzwi czy okna, by jej nie obudzić, nie wystraszyć, ogólnie łaziliśmy po domu jak najciszej… a i tak wiem, że się na nas gapiła. Za to mała wrona była najzwyczajniej wrzaskliwa. Nosz kurde no. Myślę, że może woda, może jedzenie, więc wynoszę jej i to i to, daję jej też przestrzeń, a ta do mnie przychodzi, przez drzwi tarasu… myślę sobie, może ranna, więc sprawdzam niemacając, a ona nic. A poem nagle wzlatuje, więc o co chodzi? Leci, wraca i znowu wrzeszczy, płacze i łka. Nosz nie wiem co zrobić, piersią nie będę karmić… W końcu chyba matka przyszła ją opieprzyć i nakazała lecieć za nią na pole. Serio tak to wyglądało. Omal nie trzepnęła jej w ten lekko opierzony, świeżutki łepek.

Poleciały… a ja chyba przemyślę kieckę i czarne włosy z wstążeczką.

A co…

Kamienie na Wyspie…

Wyspa jest wciąż jeszcze największym skupiskiem stojących kamieni, czyli menhirów i im podobnych, w Danii. Oczywiście, że kiedyś było ich więcej, ale posłużyły do budowy zagród, domów i kościołów. Kilka spokojnie można wymacać w murach, jeśli nie zaczynacie dymić jak ja na poświęconej ziemi. Kilka z nich, jak Hellig Kvinde wyglądają jak prototyp Piety. Dla mnie ona zawsze będzie Pietą. Świętą kobietą, ale taką, która właśnie straciła dziecię. Która może wyciągnęła go z morza, a może przywieźli go na łodzi dla niej, by mgła na zawsze go pochować, w końcu grób obok, krąg kamienny lekko łódkowaty w zarysie, wysuszone, niskie trawki, piękny widok na może, zatoczkę kamienistą…

… wycięte drzewa.

To akurat wkurza.

Ta eliminacja drzew w okolicach Listed i Bølshavn mnie dobija. Ale nie ona. Nie ten kamień. Niesamowity, strzelisty, spiczasto zakończony. Nawet stojąc zaraz przy drodze, po drugiej stronie mając wielki dom zwyczajowo rodzinny, jeżeli położycie się pod nią, obok niego, usłyszycie wiele historii. Bo to symbol. Symbol kobiet, które tracą. Kobiet, które wciąż muszą żyć, trzymać głowy wysoko, ale też które są w żałobie. Żałobie, o której nazbytnią łkliwość i ckliwość się je tak często oskarża.

Uznaje za słabość.

Kocham ten kamień. Nie no, kocham je wszystkie, ale kilka z nich ma dla mnie większe trochę znaczenie. Duch Louisendlund, Kamień Chlebowy, Ten z Nexø… jest ich kilka. Zostawianie ofiary, zwyczajne pogańskie zachowania, ale jak postępować inaczej. One są częścią tej Wyspy, a może i nawet nią samą?

W sprawie czerwonych dróg.

Dlaczego o tym piszę?

Bo niewiele osób wie w ogóle o co chodzi, a w Listed i Bølshavn je znajdziecie. Te dziwne ograniczenia czerwone na obrzeżach drogi dwukierunkowej. Jak jechać? Środkiem, a jeśli nadjeżdża ktoś z naprzeciwka, wtedy zjeżdżacie na czerwone. Nie bójcie się czerwonego. Nie, to nie jest miejsce tylko dla rowerów, jak głosi jakaś dziwna, wytłuszczona przez dziwych blogerów wieść. Na górze kliknijcie w artykuł. Tłumacz pomoże, choć pewno się uśmiejecie, ale… warto wiedzieć.

Pogoda update… jest ogólnie mówiąc… dziwna.

Przede wszystkim jasno pieruńsko.

To akurat normalne w okolicach czerwca i lipca, ale męczy. Do tego bardzo dużo słońca ale i dziwne zachmurzenia, z których nie pada. Plus ten szczypiący, zimno-wrzący wiatr, który ma się na dniach wzmocnić. Akurat na czas rozpoczęcia lata. Jest trochę strasznie z tym brakiem wody, cofającym się morzem i zmęczonymi zwierzątkami. Z już brązowym zbożem i ogólnie wszelakim smutkiem.

Jest źle…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wrona z Maku… została wyłączona

Pan Tealight i Lawendowa Babka…

„Mimo suszy i całej onej słoneczności nadmiernej, no jakoś wyrosła. Wiecie, tak od butów, nogów, kiecki, korpusika, łapek, a potem PLUM i wyszła z ziemi i główka. Ona główka przynależąca do Lawendowej Babki, co doprawdy zaskoczyło wszystkich. Nie no, oczywiście, że Chowaniec podlewał lawendy, a Wiedźma Wrona Pożarta jak zwykle z nimi gadała, ale Babka?

Bo widzicie, według wszelkich legend, zapisków oraz wspomnień Pana Tealighta, Lawenowa Babka pojawiała się nieczęsto, ale też nie miała jakiegoś brutalnie i odgórnie narzuconego grafiku. Żadna z niej kometa, czy coś. Zresztą, kto by tam narzucał bóstwu jakieś ograniczenia. W końcu to żywioł, dodatkowo babski, więc wiecie, lepiej z nią nie zadzierać. A to, że jest niewielka, starowinkowa i przesłodka w swoim kapelusiku lawendowym, dobranej sukieneczce i kaloszkach, że ma w rękach i koszyk i niewielką parasolkę w kropelki, to niczego nie tłumaczy. I co więcej, niczego nie mówi o niej. Nie widać pamiętniczka, który ma w koszyku i małej szubienicy, kosy ze srebrną rękojeścią i obsydianowym grotem oraz…

Miętówek.

Oraz dużej paczki lateksowych ochraniaczy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Co nowego w Svaneke…

Hmmm, chyba nic?

Nie wiem właściwie.

Dla mnie to zawsze taka dziwna inność, spacer po Svaneke. Wiecie, przejście się nad morzem, ten oszałamiający parking i latarnia w oddali. Pewno, że sprzedana i zmieniona na sommerhus. Ale wciąż bajka. Przespacerowanie się wzdłuż wybrzeża, przez port, przez tę przybrzeżną uliczkę, podziwiając kolorowe domki, wędzarnie, a potem ona… latarnia i plaża, która niegdyś była wszystkim a teraz jest lekko zapomniana. Nowy, zainstalowany w porcie ustrojstwo do skakania i drabinki wystarczą. No i w porcie od razu macie najlepszy sklepik z pamiątkami. I są w nim nowe magnesy… ból dupy, bo bida w portfelu. Co ja gadam, przecież ja nawet portfela nie noszę, bo nic tam nie ma.

Tak, jestem człowiekiem bez karty kredytowej, przyszłości i ogólnie śmieciem. Jak się okazuje dla wielu.

No ale, idźmy dalej.

Najpierw te uliczki wylotowe w kierunku na Nexø. Śliczniutkie z ogródkami, z kwiatami, kolorowymi domkami, ale już bez piekarni, która zostanie gdzieś przeniesiona… gdzie, się zobaczy. A teraz, zaskakując się dziwnie tymi wyciętymi drzewami wracamy na górkę svanecką. I tam znowu szał kolorów. Naprawdę warto. Pewno, że tą drogą dojdziecie do pomarańczowego kościoła, ale przecież to nie jedyny cud, w oddali niewielkiej majaczy też młyn, oraz cudowne miejsce/kiermasz z produktami… a teraz znowu w dół. Bo na głównym targu wciąż trwa targ. A tak, trafiło się nam w sobotę, więc mogliśmy się przekonać, że właściwie tutaj nic się nie zmieniło. Dziwne… kilka cudów ubyło, ale tłok autobusów, ludzi pijących, kupujących, oglądających, się miota. Ale przecież… jest szkło, więc teraz wróćmy głównym deptakiem do portu. I popodziwiajmy. Ten nowy zabawny markecik lekko ukryty, szkiełka nie do końca jeszcze otwarte oraz…

… kurnikowe bingo.

A niżej woda, kilka sklepików i może teraz zrobimy takie niewielkie kółeczko, uważając na samochody bo jak wariaty jeżdżą, a droga bardzo wąska, no i lody?

No co?

Posiedzenie w głównej lodziarni, tej najsłynniejszej to bajka.

Ich ogródek jest cudowny i chyba nieźle ostatnio odnowiony. A wróble to seryjnie skubańce tresowane mają!!! Oczywiście, że przechodząc obok pibermakera, gdzie po zmarłym artyście zostały ino cienie liter na ścianie smutno się robi, no ale… na czerwonym domku obok nie ma też wisterii… dziwne. W moim ulubionym sklepiku jak zawsze kwiaty, przyprawy, dobre ceny, ekologia i przekwitnięty niestety jaśmin. Ale idźmy dalej, najpierw do góry, jakiś cud architektury, pomniczek, galerie, a potem w prawo i w dół, tam gdzie czarna ławka przy brązowo-pomarańczowej ścianie, gdzie dzicz i nabrzeże, droga do Listed, gzie znowu ogródki, maciupkie domki, większe domki, wędzarnia, kolejna knajpka, armaty… niby można by już wrócić na parking, ale po co. Chodźmy nabrzeżem do małego portu. Popodziwiajmy niesamowite róże i sztukę w oknach.

I…

I naprawdę niech powali nas smrodek małego portu.

Żesz ja nie wiem co się tutaj stało. Coś jak płyn na niestrawność, ale w miętowym, mętnym, a nawet pudrowym kolorze. Kompletnie nieprześwitywalny. Na nim kołyszą się łódki dziwnie zaskoczone tym co się dzieje. Brakiem wiatru, brakiem wody z nieba i z morza. Tutaj uświadamiacie sobie, że Bałtyk to morze wewnętrzne. Kapryśne i poddane lądom. Zniszczone, ale walczące. Ale ten port? Serio… jakby ktoś wrzucił tabletki jakieś, czy coś, wsio mleczno-miętowe. Wsio dziwne.

Wsio nienaturalne.

Uciekam stamtąd.

Chyba mam już dość.

Właśnie dowiedziałam się, że na słynną wieżę, wiecie tego, co zaprojektował nie tylko oną Operę w Australijskich światach, nie można wejść. No serio? Można tylko raz na ruski rok. I to właściwie jak się załapiesz, a i wtedy kolejki straszne. Nie wiem czy kiedykolwiek się Chowańcowi uda tam wleźć, ale pewno będzie wciąż próbował. No bo czemu nie, co nie? No ale czas wrócić do auta. Jak myślicie, skusić się na fish and chips? Nie no, te kolejki z trzech wielkich autokarów pełnych polskich turystów mnie odstraszają. Człowiek jednak nienawykły do kolejek. Nie, chyba sobie daruję. W końcu były lody, co nie? I to czereśniowe… choć smakowały bardziej jak wiśniowe.

A w domu czekają młode ziemniaczki. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lawendowa Babka… została wyłączona