Pan Tealight i Mała Wyjaśniona…

Mała Wyjaśniona wszelako nie chciała być na językach.

Ostatecznie nie ciekawiło jej bycie ni na językach, ni na wszelakich innych częściach ciał wszelakich osobowości, ale jakoś tak się stało, że nagle stała się nazbytnio obecna… i jakoś takoś, nagle sama, w całości swej, stała na przeciwko ich wszystkich, nie miała w rękach kubka z mleczkiem i mleczami, oraz kroplą miodu wielkości piętnastu wielkich łyżeczek… tak lekko, wiecie, no dobra siedemnastu, ale ino takiego twardego miodu, żaden się lejący, bo to jednak nie to samo.

Co jak co, ale tego była pewna.

Wiedziała po prostu.

Serio!!!

Nie chciała już być mała ni wyjaśniona, pragnęła być tajemnicza i ogromna, z wielkimi pośladkami i gignatycznymi cycami, które przysłaniałyby jej dodatkowo wszystko, zapewniając kompletną i cudowną prywatność. Bo czemu nie… w końcu czasem można mieć dość. A czasem i na zawsze nawet…

Bo przecież można decydować o samym sobie.

Bo chyba nawet należy…

I miód zawsze miał być twardy, a nie jakieś dziwadła płynne, co to jak sraczki pszczele wyglądały… czy też raczej nawet o pszczołach pojęcia nie miały… A kubeczek zawsze ogromny, choć, jeśli miała być wielka…

To może wiadro?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W mieście…

No dobra, nie do końca, ale to wciąż Gudhjem…

Nie każdy wie, nie każdy dociera tutaj, wszelako nie każdy ogólnie nawet zdaje sobie sprawę z tego, iż istnieje coś takiego jak Dolne Gudhjem i Górne Gudhjem. Wiecie, one obydwa, ale te wszelkie linie, które wyznaczają granice są tak płynne i mocno ruchome, że naprawdę, naprawdę szczerze wszystko nie jest w stanie do końca stwierdzić gdzie one przypadają. Co należy do góry, a co do dołu i jeszcze, czy w ogóle jest jakiś mityczny, sprawiedliwy środek?

A może to właśnie o to chodzi, że go nie ma?

Nie wiem, tego jeszcze nie rozwiązałam, ale…

… ale wiadomo, że Gudhjem dzieli się na górne i dolne i ci z górnego to ludzie całkiem inni, niż ci co to zamieszkują dół. Wiecie… każdy ma jakieś problemy, może tamci bardziej słoni, a tamci liściaści, no nie wiem… nie wiem.

Czasem lubię, po prostu nie schodzić w dół.

Zwyczajnie.

Bo góra jest intrygująca, naprawdę.

I ma zamek…

No dobra, może i pałacyk, czy coś, wielokrotnie zaprawdę powiadam wam, iż sprzedany i tak dalej, posiadający ogród, czy raczej połać zieleni, na której czasem coś rośnie, no i kilka drzewek, ale dziwne uczucie jest, gdy się dookoła niego chodzi. Jakoś tak dołująco, wszelako depresyjnie i mocno łajająco i jeszcze…

… no nie wiem…

Po prostu nie.

Jakoś ta część Gudhjem straszy.

Jakoś ta część Gudhjem po prostu zastraszająco zaskakująco… straszy.

Nawet mnie!!!

I nie do końca rozumiem dlaczego…

… bo przecież… tutaj jest tak ślicznie. Może to poprzez one idiotyzmy, które wyprawiają z Gråmyrem? Może coś w tym wąwozie pięknym teraz straszy, bo przecież ciągle coś wąwozowi robią, no i sypie się wszystko, więc wiecie… może to to? Może te duchy jakoś tak niespokojne tutaj?

Może?

Nie wiem, ale spacer był lekkim koszmarem.

I nie tylko dlatego, że moje kolano wciąż nie doszło do siebie…

No ale… domy wciąż stoją, pojawiły się nowe ogródki, na dodatek oczywiście wszystie drzewka gołe i jeszcze niektórzy postanowili swoje posesje oczyścić, więc drzew ubyło mocno. Zastraszająco mocno. Boleśnie mocno!!! No ale… tupu tupu, co nie? W końcu jakieś pseudo słońce wylazło, więc trza się dotlenić, czy coś… pierniczą wszyscy o tej witaminie D, więc spacer jakiś kilka razy w tygodniu winien być, ale kiedy, no weźcie, no jak?

Serio?

No wiem… wiem, gdzie mieszkam, ale nie mam czasu.

Ech…

Mniejsza, idziem. I się bojem. Bardzo. Nie wiem dlaczego malowniczy wąwozik, bo to mikro wielce, to wiecie, no sypie się. Ino czekać, aż komuś coś się stanie. I jeszcze na dodatek ten czerowny dom, to aż po prostu stoisz i widzisz jak on tak, milimetr po milimetrze leci w dół…

Ale dołem Gråmyra czerwień liści się łyska…

I nikogo tutaj.

Cudo!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.