Pan Tealight i Podrażnione Ryzyko…

„No bo zeżarło coś…

Problem był w tym, że nie miało pojęcia co, a co do historii uczuleń, to wiecie, niby nigdy jej nie miało. Całkowicie. Zawsze zdrowe, żarło co chciało, ale może i doszło już do tego wieku, kiedy to po prostu nie da się inaczej, zwyczajnie już powinno się zaciskać pasa, niczego nie luzować i wszelako, wszelako i mocno, wytrwale wszelako… patrzeć i liczyć co się w siebie wsadza.

Nie tylko żarcie.

No wiecie, z czasem ciało się zmienia, czy też cokolwiek, w czym toto chodziło i się innym pokazywało. Wiecie…

Tak właściwie, to niby wyglądał jak człowiek. Mężczyzna w średnim wieku, lekko łysiejący, ale wiecie, niemiejący z tym problemu, a może jeszcze nie? Lekko blady, ale wiadomo, źle się czuło… no i eeee, hm, jakoś takoś dziwnie ubrany mężczyzna, ale czy w dzisiejszych czasach istnieje jeszcze dziwność…

I zamiast brody miał gałązki wierzbowe…

Kwitnące baziami.

Podobno to wcale nie było obrazem jego chorobowości… podobno, no wiecie, przecież dopiero się poznali?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Minas Warsaw” – … eee.

Nie.

Z każdej strony nie.

I tak, znam twórczość autorki i wiem w czym się specjalizuje. Spodziewałam się ustawień zbrojnych opisów wszelakich, ale… w końcu miał być mag w PKiNie… no tego nie można było zepsuć. A jednak… się myliłam.

Hmmm…

Początek jest straszny… po prostu. To taki, wiecie, niewypełniony, niezauważony potencjał, światy połączone, problem w tym, że ani ten ani tamten nie jest spójny, logiczny, jakiś wciągający. Bohaterowie, oj tacy męscy, i te heroiny, takie kokieteryjne… i jeszcze… no właśnie Mag… tia, nie oczekujcie go. Znaczy podobno tam jest i robi zabawne rzeczy, dziwnie, że na jakiś taki renesansowy szyk… kurde, czemu nie średniowiecze albo epoka kamienia, come on!!!

Potem człek czeka aż się coś rozwinie, ale nic z tego…

Niby gdzieś tak pod koniec coś się porusza i już masz nadzieję, rozumiesz, już wiesz, ale jednak… nic z tego. To tylko kilka stron…

Naprawdę nie warto.

Jestem na siebie wściekła, że dałam się podpuścić opisowi, który nie odpowiada zawartości. Naprawdę wkurwiona, bo nie stać mnie na zabawy z finansami. A to… nie, nevermore!!!

Podobno, że mimo wszelakich obostrzeń, Kopenhaga wykupiła wszelkie mieszkania, apartamenty, pokoje i chcą się tutaj zwalić. Bo wiecie, mniej zachorowań. Jakoś nikt nie myśli, że oni opaleni, prosto z jakiś Malediwów czy innych Ibiz, przyniosą tutaj to gówno i to pewno w keszcze większej ilości, możliwe, że inne…

… więc…

Nie wiem.

Wiem jedno, nadal pochmurnie.

I nie było dotąd ani jednego dnia by zrobić fajne, liściaste zdjęcia… no wiecie, ni słońca ni liści. Tego pierwszego, to wiadomo, za chmurami, a to drugie, sztormy z września i października zrobiły robotę i nic nie dynda. No dobra, przesadzam, znajdzie się kilka, ale tak niewiele, że właściwie, jakoś takoś to przygnębia…

Bo w końcu one spacery liściowe są tak ważne.

Istotne dla duszy i ciała.

Wiecie, one szelesty, te kolory i kształty, one wszelakie ciapki, plamki i inne tam.. te układy, zawiewania wiatru, one deszczowe opady… jak idziecie wąską, leśną ścieżką, a tam deszcz liści. A raczej coś na kształt baletu, bo przecież one… tańczą. Tańczą w powietrzu nie bacząc na powiewy wiatru, zdaje się, jakby w tym ostatnim spacerze wybierały same kroki. Jakby były tak bardzo świadome tego, co się dzieje, że wiedziały obok kogo i czego chcą leżeć.

W jakim układzie…

W jakim miejscu.

Jakby w tych liściach, które skończyły odgórną robotę na ten rok było tak wiele więcej. Tak bardzo wiele więcej!!!

Liście…

Nie ma ich.

Ten potwór, który pojawia się prawie co roku na Wyspie, w tym roku serio zeżarł je, wciągnął niczym najlepszy zasysacz, i zostawił nam ino kilka, troszeczkę. Odrobinkę i ociupinkę. Szczerze… tak naprawdę jesieni nie mieliśmy. Wiecie, onej jarzębinowo-kasztanowej. I jeszcze żołędziowej. Ciagłe wilgotności, ciemność dziwna, tóra nagle spadła na Wyspę

I jeszcze ten wiatr.

Okay, nie wieje jak rok temu, gdy zaczęło we wrześniu i napierdzielało do późnej wiosny, ale wystarczyło, że zawiało z końcem września i po liściach na drzewach. Nie zdążyły się wybarwić tak jak potrafią.

A teraz…

Zniknęły.

Szukałam ich, ale ich już nie ma.

W końcu na jednej ścieżce znalazłam jakby zagubione, szukające swojego miejsca, ale nagle, jakby za jednym podmuchem, połowa z nich wzleciała do góry, spojrzałam w dół… nie spadły. Pewno rozeszły się gdzieś w trawie, może i zagłebiły się w ciemność iglastego lasu, a może…

Nie wiem.

Serio.

Ale co do jesieni, widać jak wiele spraw, w tym roku też odwołano oną słoneczną, zdjęciową… chociaż, z drugiej strony, ona mgiełka nad wszelkimi wodnistościami, one pojedyncze liście…

Coś w tym jest magicznego.

Oj jest.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.