Pan Tealight i Okruszka…

Okruszka Drobinka naprawdę była przemiłą i upierdliwą osobowością.

Naprawdę.

A przynajmniej nikt nie chciał powiedzieć przy niej czegokolwiek innego. Wiecie, głupio tak przy takie blondyneczce malutkiej, wdzięcznej, z tymi loczkami, usteczkami wydętymi, ale jakby zaraz miały się spodkówić i zacząć trząść, więc nic nie mówisz, tylko potakujesz, wolisz by nie zaczęła…

… no ta woda by nie płynęła z migdałowych w kształcie, onych oczętów błękitnych, otulonych tymi długimi, zakręconymi, czarnymi rzęskami, tak dziwnymi pod łagodnie wygiętymi, lekko jaśniejszymi brwiami… no i ten malutki, lekko zagięty ku górze nosek, no i jeszcze wiecie, te policzki, dołeczki… tak bardzo niczego nie chcesz w niej zakrzywić, zasmuciś, jakoś tak…

Po prostu.

Nie.

… więc siedzisz, gdy ona podchodzi coraz bliżej z tym koszyczkiem zdobionym haftowaną serwetką, w onej kloszowanej dołem sukieneczce w błękitno-różową krateczkę, tak po prostu, nie boisz się, bo przecież jest tak idealna, tak cudowna i nieba chcesz jej przychylić, lub i piekła, zależy, co bardziej jej odpowiada i obsypać ją puchowymi zabawkami, puchatymi króliczkami…

I jeszcze słodycze, musowo.

A wiatr rozwiewa jej one loczki, te kokardki maluśkie na jej głowie się telepią, jakby żyły, jakby chciały coś ci powiedzieć…

Nagle się potyka, oj kamień w onym białym buciku, skarpeteczka z rąbkiem rzeźbionym w stokrotki, malowanym ręcznie… i pochylasz się by jej pomóc, by tylko się nie zraniła, może i nawet nie potłukła, bo taka cera, porcelanowa, zdaje się oną najcenniejszą bombką na choince, której nie wieszasz nigdy, nie, przechowujesz ją w pudełeczku, bo za piękna i tylko patrzysz czasami…

Czasami…

A ona w tym czasie, gdy ty jak idiota nie robisz nic poza potakiwaniem niczym one pieski, co to je wożą w autach, zwyczajnie kosę ci zapodaje w nerkę. Bardzo sprawnie, wyuczonym, wyćwiczonym, właściwie leniwym ruchem… jakby to nie był jej pierwszy raz, jakby znudzona już była swoją perfekcyjnością nabytą. Oną swobodą, że myśleć nie musi, że wie, ma pewność…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Kryzys futerkowy nadal trwa.

I to z dnia na dzień zmieniają się wiadomości, podobno jedno jest pewne, minister nie poda się do dymisji, ale do szczegółów. Najpierw wszystkie zwierzaki miały być wybite, bo wirus zmutował, północ Danii zamknięta, dzieci ino do roboty, znaczy szkoły, wiecie, muszą jednak rozwalać system i coś robić, jak na przykład oną wielką, już legendarną zarazę roznosić…

No tak, ale co do onej zarazy, to widzicie…

Coś źle wyliczyli.

Albo raczej teraz wyliczyli dobrze, że te wszelakie odszkodowania pierdykną w skarbiec, więc zrezygnowali? Nie wiem, ale kolejne wiadomości są takie, że ci co już zabili, grzecznie się poddali rządowym rozkazom, to wiecie…

… mają przegibane, bo przecież nagle się okazuje, że może jednak nie trzeba wszystkich wybić, a może i nawet nikogo, a może…

No i w ten sposób wkurw w narodzie wzrósł.

Podobnie jak liczba zachorowań na Wyspie.

Było 6, teraz jest 9 i nie wiem. Seryjnie nie mam pojęcia, czy to jest 6 plus 3 czy jednak teraz sumujemy i mamy 15? Jak to jest? I oczywiście, jak najbardziej maseczki są, ale to tylko zwiększy wszelakie choroby skóry i tak dalej. Sorry, ale to nie są maseczki przeciwwirusowe, to raz, a po drugie, wiecie, nikt nie przestrzega tego, co napisane, jak napisane, jak to robić, kiedy i dlaczego dostaję napadu wszelakiego strachu, gdy mam ją na sobie?

I duszę się…

Umieram po kawałku…

Tak wiem, dziwne to dla wszystkich.

Ale nasz rząd też zmienia często zdanie. I często też mamy jakieś wpadki i tak dalej, ale wiecie, pijar skandynawski działa.

Hola!

No mniejsza, poza tym… przyznaję, że spoglądanie na to wszystko, na ten cały świat, wiecie, nawet poprzez one skromne wiadomości, które do mnie docierają… jakoś spoglądanie na to wszystko z poziomu Wyspy, z miejsca odosobnionego… jest inne. Nam wolno iść do lasu, ale maseczki dobiły ludzi. Coś się robi wkurwionego w powietrzu, coś się tworzy dziwnego…

Nieznajomego.

Strach?

A może tylko wkurw?

Nie wiem… ale się boję. Przyznaję się, że się boję, bo jeśli ludzie się wkurwią, to wiecie, nie ma ucieczki. Prom do Niemiec nie pływa, bo wiadomo, jesteśmy skażeni i wszelako persona non grata. Niby do Szwecji wciąż można, ale wiecie, jak inaczej mamy dotrzeć do Danii? No jak?

Ale ta pogoda…

Kocham szarość i ciemność, rozluźnia mnie i naprawdę inspiruje, ale wiem, że większość ludzi dobija. I to mocno.

Bardzo mocno.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.