Pan Tealight i Niewiele…

„Niewiele potrzeba tak, czasem niewiele wystarczy by czuć chociaż ułudę jakiejś tam… szczęśliwiości. Wiecie, niewiele.

Bardzo niewiele.

Ociupinka, odrobinka, niewielinka, wszelaka kruszynka, pyłek, schyłek, wiecie, wszelaki tak niewielki… właśnie, Niewiele… miało problem. Bo było zakupoholicznych maniakiem i kolekcjonerem właściwie wszystkiego. Miało wielkie skrzydła, wprost anielską posturę łącznie z blond włoskami i jeszcze…

I jeszczetrendy wdzianko.

Może i było Niewiele, innym ono niewiele wmawiało, wszelako niewiele wszystko, ale do roboty to zapierdzielać, ale chcieć i mieć niewiele, ale i udawać wiele z niewiele i jeszcze… takie było Niewiele. Ono stworzenie ze wszelakich, wysokich lotów posiadłości, ale niemuszące wykupywać pierwszej klasy, wiecie, miało swoje skrzydła, bardzo robotne i w ogóle…

Ale tylko Niewiele… niewiele.

Wiecie jak to jest, jesteście tym, czym jesteście, ale jednak, przecież nie do końca tak było. Przecież jednak nie musiało być tym, co znaczyło, czemu przewodziło, co na innych wymuszało bezczelnie, często siłą i wszelaką groźbą, a co więcej onymi wszelakimi torturami, w których się specjalizowało… wiecie, niby nic, niby niewiele, woda kapiąca, a jednak…

Niewiele dawało radę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mostek zaskakuje, bo zarośnięty.

Jakoś tak mocno wtopiony we wszelaką zieloność i mokrość, że aż człekowi się wydaje, iż stąpa po wodzie. Może i lekko dziwnie gęstej, zarośniętej, ale co tam, przed nami tak wysokie sosny, że aż… nie chce się tego sprawdzać. Człek olewa zdoności budowlańcze ludzizny i idzie w drzewa, oną dość szeroką drogą prowadzącą ku niezłej wycince, niestety u nas ostatnio mase wycinają, choć obiecali… tak, wiem, obiecali nie wycinać ino w Almindingen, ale z tego, co widziałam, to raczej kłamią jak zwykle… powinni ciągnąć z wydechowej!!!

Pod wielkimi drzewami, gdzie ona mszystość wszelaka się pleni, jakoś tak wszystko jest normalne i zwyczajne. Nagle znowu rozumiesz świat i nic nie zalatuje łaszem chociaż przecież wiesz, że natura to okrutna siła…

Hmmm… tylko, czy serio okrutna?

Może raczej ekonomicznie wydajna?

Zagryzanie najsłabszych zaraz po urodzeniu… nie mamłanie się z najsłabszymi. Ino silni przeżyją? Nie wiem, może człowieczeństwo przestało być naturalne? Może coś się zrąbało? Albo też zapomnieliśmy jak balansować i jedno i drugie?

Nie wiem…

Ale te drzewa, one na pewno wiedzą.

Wielkie, pożądne pnie, a w górze całe niebiosa iglastej zieleni. Jakby niebo nie miało tutaj dostępu… jakby to był świat pomiędzy ziemią i niebem. Ona głęboka ściółka przecież nie ma nic wspólnego z ziemią, która jest na drodze. Z której wystaje nic. Może tylko trochę małych skalnych odłamków, może…

Ale…

Ścieżka.

Idziemy w górę, bo tak, bo się nam zachciało i już.

Ale potem bierzemy zakręt, przeskakujemy ze sporej skały w kształcie głowy kichającego trolla i wpadamy na grzyby. Ale po prostu niesamowitą rodzinę borowików. Może nie eksonujących wrostem, ale wiecie, mnogość ich i te maciupkie glówki, kapelusze się znaczy, one nóżki krępe, ten zapach… i ta wilgotność mchu…

Niesamowita.

A pośrodku onej wilgotności rośnie coś z brzozowatych, co lekko już żółknie. Iglaki zrobiły jej taki jakiś przesmyk, otaczają ją, ale też i jakby wielbią jej odmienność… jej? Nie wiem dlaczego, ale spoglądając na ono drzewko myślę o baletnicy obskoczonej przez całą gromadę ludzi, którzy na widok baletnicy nie wiedzieli co zrobić. Mają pytania, ale wiecie, na razie po prostu patrzą, tak zwyczajnie, podziwiają.

Ale już idziemy ścieżką przy wodzie.

I nie możemy się na to wszystko napatrzeć. Na one kształty i wszelakie cienie, na pląsającą światłość, na mchy, porosty, wszelaką roślinność zagadkową, tą znaną mniej lub bardziej… i dobra, rzeczywiście minęły nas dwie rodzinne grupy, jedni z wielkim wiadrem na grzyby… he he he, nie ma to jak mieć nadzieję. LOL

Bo grzyby to raczej chyba aż w takiej ilości nie obrodziły.

A może jednak…

Hmmm… c.d.n.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.