Pan Tealight i Kloszard Sztuki…

„Ale serio, wcale po nim nie było widać, słychać, czy…

Nawet czuć!!!

Oj, wiadomo jaka jest kloszardzka teologia, zarys stroju, wszelaka, wiecie, rytualność czynów, ruchów, ale też pewnego rodzaju pewność różnorodności, więc… tego akurat mogli się spodziewać, czyż nie? Wiecie, ona wszelaka: life stajl i wielkie savoir vivre było opisane, ale jednak…

Z nim to nie było takie proste.

On kochał sztukę, ale głównie taką, wiecie, sztukę mięsa i tak dalej. No smakoszem był wielkim, a sztuka kulinarna… problem miał tak naprawdę, w wyrażaniu onej swej milości do sztuki, taki…

… iż po prostu miał na łbie wielki klosz.

No wiecie, klosz – kloszard, logiczne, czyż nie?

A że inni tak też uważali, bo wolność i tak dalej… to wciąż był Kloszardem Sztuki, ale jak ktoś go spotkał i nosił w sobie jakieś oczekiwania, to raczej mógł się zaskoczyć. Znaczy mógł też zostać zaskoczony i przerażony, bo Kloszard uwielbiał tak jakoś, wiecie, prankować ludzi… znaczy, to ona nowoczesna nazewniczość tego doprowadzania innych na skraj śmierci ogrodu, tudzież serca zawału, brak oddechu, telekotanie, przygryzienie języka, język plask…

Kloszard Sztuki… wszelakiej czasem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie wiem…

Tak szczerze, nie mam pojęcia co jeszcze można zrobić z tym światem.

Chyba nic.

On już się rozpada, więc co, tylko się cieszyć, że jeszcze człek się rusza, że mu części jako tako działają i oczywiście, że ma co jeść. Bo przecież one członki trzeba jakoś tak, wiecie, dokarmiać nie tylko wiedzą i książkami, ale też i jakimś pożywieniem. No dobra, nie do końca jakimś, bo nagle człek tak wiele zjeść nie może…

Tak wiele.

I to wszystko, co się dzieje na świecie, choć człek na Wyspie, w onym odosobnieniu, to jednak, jakoś takoś, nie rozumie. Nie wie dlaczego i po co, na co i z czym to wszystko i w ogóle, jak to będzie i kiedy będzie jak było wcześniej? I czy w ogóle tak będzie, a może nigdy już nie będzie, a może… nie wiem, może tylko tu, w lesie…

Na skałach, na wybrzeżu, w odosobnieniu?

Może?

Nie wiem…

… poza jednym czy dwoma problemami, to jakoś takoś, wiecie, uwielbiam ten dystans, problem w tym, że przyjezdni mają go w dupie. Jakby nagle tutaj wszystko było inaczej, a nie jest. Tak, i u nas podają pewne liczby…

Czy w nie wierzyć?

Czy nie?

Może lepiej nie wiedzieć, bo przecież co mi to da? Co mi to da, że będę znała statystyki? Po kiego grzyba mi ta wiedza? Lepiej zagłębić się w one szarości, w ten zmrok, który cudownie opada na Wyspę w okolicach 18tej…

Tak miękki.

I nagle wiatr ucichł i jakoś tak powinnam się czuć spokojniej, ale się nie czuję. Może już tego w sobie nie mam?

Wiecie, spokoju?

Może nigdy go nie miałam.

Wiem jedno, kalendarze adwentowe są i jakoś to mnie pociesza, że chociaż te najważniejsze dla mnie miesiące, czyli wiecie, lekko licząc od września, jakoś tak, choć nerwowe, to jednak, są wszelako jak powinny być. Naprawdę. Mój własny kalendarz grudniowy, domowy, złożony z naszych wspomnień z całego roku, pakowany już przez 10 miesięcy, jest chyba gotowy?

Nie wiem, czy jeszcze coś do niego dołożymy… się zobaczy.

Się zobaczy.

Czy raczej poczuje.

Na razie wiadomo jedno, maseczki wchodzą na scenę. W publicznych miejscach na maksa. Nie ma co tamto, każdy ma nosić.

No zobaczymy.

Zobaczymy…

Zaplanowali nam życie do stycznia na pewno. Lepiej się nie ruszać w ogóle. Ale wiecie, to tylko takie powiedzenie… że nie, iż ci zabraniają, ale jakoś takoś, no raczej odradzają. Bo w końcu tutaj nikt nie zabrania.

Kompletnie nikt niczego.

I tak, ludzie planują wakacje…

Nawet się nie śmieję.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.