Czy to przez Izydę, czy tak jakoś zwyczajnie, z gentycznego przymusu… a może tylko przez ten śnieg i święta? Nie wiem, ale ubóstwiam zimę.
Śnieg i mróz, malowane cuda na szybach, skostniałe krople wody w powietrzu i twory potwory, których istnienia nikt nie podejrzewa?
Dla mnie zima jest najcudowniejsza. No i choinka… wiecie jak to jest… Ta chwila, moment, a potem ciągła smuga żywicznego aromatu 🙂
Mój przepis na choinkę?
Viola:
„Bierzesz choinkę, koniecznie w doniczce, zgodnie z rozmiarem dostępnego areału ziemskiego na „poświętach” i ją głaszczesz. Jak kłuje, znaczy dobra 🙂 Rozmawiając z drzewkiem wieszasz na nim bombki, duże na dole, małe na górze, tudzież wbrew… wszelkim normom, potem uświadamiajac sobie, że zapomniałaś o światełkach zdejmujesz wszystko i nakładasz lamki…
Po kolejnych przebierankach dorzucasz garść łańcuchów i kilka cukierków, albo papierków udających cukierki, które zeżarłaś w napadzie wilczego głodu…
W końcu, gdy wszelkie anielskie włosy są zaczesane, właczasz – i jeśli nie wywaliłaś korków masz choinkę, która na wiosnę stanie się Twoim drzewkiem w ogródku 🙂 Alleluja :)” – czyli konkurs Gandalfa!
A pod choinką plany na najbliższe godziny, czytelnicze oczywiście 🙂
Chociaż tak bardzo nęci mnie tarzanie się w śniegowym puchu, więc… no nie wiem 🙂
Czy literatura pokona miłość do zimy? Hmmm…





