To chyba największy problem, gdy nagle źródło, z którego człowiek otrzymywał pokarm wysycha… Tak po prostu, nagle. Odwyk od książek jest czymś niemożliwym, a głód narasta z każdą chwilą. Wszędzie krzyczą reklamy – przeczytaj mnie – i zaczynam nabierać ochoty nawet na powieści, których zwyczajowo już nie próbuję. Bo z biegiem czasu człowiek uświadamia sobie, że nie przeczyta wszystkiego i zaczyna cenić czas. Cieszyć się mocniej każdym słowem, dowcipnym doborem zdań, które splatają się w opowieść. Wąchać zawsze dłużej, tulić nowe tomy… brać z nich bliskość tak specyficzną, której nie jestem w stanie otrzymać od żadnego z ludzi…
Bo w moim istnieniu książki stoją gdzieś tak na poziomie równym bogom.
No przecież nie napisałam, że owym nader znanym, tudzież mniej rogatym 🙂 Jako animistka i istota naturalnie pogańska kieruję się w życiu tyloma znakami, symbolami, przeczuciami, że nie sposób nie zwariować.
Książki chyba – wbrew temu co wielu mysli – trzymają mnie bliżej ziemi. I choć czytam zwykle te odrywające większość od rzeczywistości, czytając jestem bardziej ludzka… Choć czy to z nami w ogóle możliwe. Zamykam oczy i widzę jaskinię, i widzę je trzy… nie, nie zgadzają się. Oznajmiamy My Trzy, że w naszym przypadku nie jest możliwe, by zwyczajnie i normalnie było możliwe 😉 To komunikat oficjalny, innych nie będzie… Teraz zaś miejsce na żart…
Dziś poczty nie było, strasznie smutny dzień, ale wczoraj przyszła paczka:
Trzeba oddać jej – paczka nader dziwaczka, wielkie pudło. Nie żeby niespodziewana, oj wcale, ale zaskakujaca na całej linii. Otóż wielka paka, która zdawała się wytwarzać włąsne pole grawitacyjne i miejscami zakrzywiać czasoprzestrzeń, w środku była wypełniona woreczkami z powietrzem (Nie myślałam, że zawartość musi oddychać?). Gdy odegnałam wolno kołujące dookoła niej księżyce odnalazłam kolejną paczkę… Świat w świecie…
jądro ciemności…
A w nim, spokojnie otulony kolejnymi woreczkami widać zbawczego tlenu, jeszcze pieszczotliwie przykryty kołderką z bąbelków był on…
Nie ma to jak dbanie o rozumne kubki 🙂
Poza tym, wciąż nadchodzą Christmasy… Moja dynia upadła do końca, ślimak, który się nią pożywiał, chyba odleciał, przemieniony jej mocą. Dziękując jej za wkład w NIEODPĘDZENIE dzieci, które zeżarły mi ostatnią – no i jedyną – paczuszkę cukierków, kamuflowanych jako wystrój zewnętrzny, a w rzeczywistości z myślą o zimie… nu to Merry Christmas.






