Pan Tealight i Pudding…

„Pojawił się jakby nigdy nic, jakby przez miesiąc nie było ni jego kubka ni kapci ni tego dziwnego zapachu, ni to fiołki ni jaśminy, ni stary wycieruch do fajki, taki po pradziadku, pogryziony przez psy… jakby nikt nie milczał wciąż na swoim fotelu, jakby… ten kurz, który teraz się unosił dookoła jego miejsc, które odkrywał niczym od nowa, nie istniał. Tak to było. Tak się stało…

A to był dopiero początek.

Bo ci, co oczekiwali jakiejś zmiany, nie obaczyli nic nowego poza sznurkiem dzinwych, niby to koralików, niby jakichś tam grudek, na jego niby szyi. Nie zmienił nawyków, od razu sięgnął po ulubiony kubek, pogłaskał Smoka z Komina, przetarł Kotarkę, która obecnie była w zielonkawe stokrotki, choć już zmieniała się w piwoniowe bukieciki… i jakoś tak zapatrzył się w okno, z którego było widać Dom Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane i…

… nie…

Coś się zmieniło.

Już nie wzdychał.

Jakby… albo wygrał albo się poddał, albo podjął decyzję, albo… no właściwie różnie można to było interpretować. Wszycy jakoś tak na niego spoglądali, jakby widzieli go po raz pierwszy, albo i ostatni, albo ten dziwny, środkowy, czyli ni przypiął ni przyłatał i tak dalej. Jakoś tak…

Był tu.

Ale…

Nie, najaważniejsze, że był… znowu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Karmazynowy brzeg” – … ech… gdyby tylko, no nie wiem, coś było inaczej. Może on nie był aż tak główną postacią, a może oni? Gdyby to było rowiązane inaczej… no nie wiem. Wiem jedno, zakończenie nie jest dla mnie zakończeniem już. Wiadomo, jak ktoś czytał kolejne częsci…

Ekhm, spojler?

Niezbyt.

Ale od początku.

Nasz bohater – i tak, trzeba jednak tę serię czytać jakoś od początku, bo szczerze, no można się pogubić. Można… więc nasz bohater Pendergast jak najbardziej podejmuje się kolejnedo zadania, ale tym razem ma u boku swoją piękną przyjaiółkę/znajomą/podającą się za rodzinę… no wiecie, ma kogoś. Ale też i nie ma. Odnalezienie skradzionego wina to oczywiście tylko początek całej sprawy, która przybiera dość zaskakujący obrót i kompletnie miesza… właściwie wszystko.

Jej zakończenie to tylko cała masa pytań.

I wiadomo już jaki będzie początek kolejne powieści, na szczęście została już wydana, więc wśściekłość was nie zeżre, wkurw nie zaleje… można będzie od razu pociągnąć temat… i tak, to kolejna część o naszym geniuszu i, dla wielu, bogatym dziwaku z FBI, i… jest słaba. Na pewno najsłabsza z tych wszystkich…

Szkoda.

Pogodowo?

Otóż gorąc… pełnia, Merkury i tak dalej, wiecie, wiedźmie sprawy…

Ale ten gorąc. Widzicie, właściwie jest zimno i jest susza, w znaczeniu jest zimno jak na maj, a nie, że kurna minus siedemset, ale jednak… te noce są cudowne, około 7 stopni, jeszcze da się żyć, zimny wiatr… a tak, teraz już nie zimny, bo ten cholerny gorąc… znowu kogoś tam złapali na mieliźnie, czy ludzie już nie potrafią wpływać do portu? No tak, wy wy… wy żeglare wy, to się od razu wzywa pomoc, jak się nie zawezmie, wezwie!, jej, to wtedy mandato i już.

Pieruńsko duże.

Nie polecam, ale…

… morskie życie to chyba raczej nie dla mnie. Nadmirskie i czasem lekko podwodne okay, ale jednak mocniejsze, nie. Te wyprawy czymś się łoblącym, brak onej ziemi, drzew, nie no, ja tak nie mogę. Ja muszę mieć wszystko. Muszę mieć drzewa i skały i ziemię, chociaż chyba właśnie zabiłam kalafiory…

Znaczy wiatr je zabił.

Ten wrzący.

Aż mnie twarz boli, bo jak durna poleciałam po bez na herbatę, wiecie, dłubanie i suszenie, a potem zapominanie, że się ją ma. H ah aha haaha oto ja! No cóż, ale i tak u mnie suszone sprawy to częściej wyglądają jak jakieś zamknięte światy w onych szklanych flaszkach niż coś, co użyję… oj cóż…

Różni są ludzie.

Wszystko napierdnicza ptaszkamia…

Wiecie, do tego stopnia, że macie już szczerze dość tego napierniczania… naprawdę dość. Naprawdę. Budzą was o 4 rano, gdy macie jeszcze 2 godziny spania, a właśnie dopiero co się położyliście, bo co to jest 4 godziny snu, więc… napierniczające ćwierkacze, oj tak, słodkie ptaszek, cudny ptaszek, jeb cegłą i na rożen… i jeszcze może wszelako najpierw obrać z piórek, można wieniec zrobić?

Można?

Można!!!

Ale… nie no, oczywiście, że nie wyłażę z domu i nie eliminuję onych braci mniejszych, chociaż te mewy, kurna, też mi mniejsze, w powietrzu jak tak wysra swój napęd, to oko można stracić, więc… ćwierka wszystko. Kwitnie wciąż wiele. Bez na przykład, który w tym roku dość słabo jedna, słabo, aż jestem zdziwiona. Aż mnie zaskoczył, pewno ona konkubina sąsiada zapeszyła mi syreny…

Ech!

Ubiję małpę.

Znaczy nie, to nie są groźby karalne, we śnie ino, w marzeniu sennym czy czymś tam… no co? To już nie można i tak? To co w ogóle można? Mój sen i spokój wszelaki, drzewa dookoła i tak dalej nagle są złem innym?

A tlenu chcecie?

Bo ja się nie dzielę!!!

Ale!

Rowan Atkinson zaczął kwitnąć… tak, naszą jarzębinę, która przez tych, co zbudowali nam dom była zawsze obcinana na łyso, po roku spokojności, gdy myśmy jej niczego nie robili, spokojnie wypuszcza całą masę kwiatków. W zeszłym roku ino dwa były!!! Kurde no… szalenie wygląda takie drzewo składające się z wielu żywych i kilku srebrnych, już nie wypuszczających liście pni… takie zbiorowisko-przytulisko… kochanie moje. Jeszcze by wyhakał całą resztę tego żywopłotu i zastąpił go czymś innym i byłby odlot. I jeszcze więcej krzaków, więcej roślin, więcej drzew!!!

Aaaaa!!!

No co?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.