Pan Tealight i Karczma w Lesie…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane wybrała się na spacer, co ostatnio nie wydarzało się często, ale jednak tym razem… polazła ciągnąc za sobą swego Chowańca i Chochela – chochlika pisarskiego i jeszcze tabun misiów i wszelakich bytów, które czuły się na siłach i wszelako były do niej aż nazbyt przywiązane… do dolinki. Do tej co plumkała zawsze i kumkała…

… i jeszcze…

Mokro tam było.

No wiecie, dołem rzeczka, bokami skały, drzewa nie zgadzające się z grą papier kamień i tak dalej… wszelakie miejsce niebezpiecznych zaprzeczeń, skąmlących marzeń odrzuconych oraz zapomnianych zakochań.

I szyld był…

„Karczma w lesie” wszelie kobiałki mile widziane. Drinki na koszt lasu! Zabawa nie tylko całą dobę… napis może i był, ale wiecie, głos żaden z onej karczmy nie dochodził, był ino szyld i żadnego budynku, czy dziury w skale, zresztą skały niewielkie, więc raczej gdzie by one kobiałki miały się mieścić… wiadomo, że zwyczajowa kobiałka, to raczej mocniej kobiałkowa i miejsca potrzebuje by czar swój roztaczać. A co… kobiałki miały to do siebie, że uwielbiały to robić. Nawet bez żadnego powodu. Nawet tylko dla siebie damych, by poczuć się lepiej…

Zwyczajnie.

Ale jednak…

Wiedźma Wrona nagle została zaintrygowana. Nagle poczuła, że jest coś na jej wyspie, co jednak… ale czy sama Wyspa wiedziała? Czy ona wiedziała, a może wiedziała, ale postanowiła to ukryć, a może… może znalazła sobie już nową wiedźmę? Może w końcu, może to coś, o czym myślała już tyle razy miało się wydarzyć? Ale co wtedy? Jakby to miało być i czemu nie dostała powiadomienia o zwolenieniu z roboty? A tak w ogóle, to co się tutaj odpierdzielało?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Do spożycia… jedne stare, inne nowe.

No po prostu… magia!

I krew i mord jeszcze i może trochę ziół, wiadomo, lepiej sobie wiedzę odświeżać wszelako często i tak dalej…

No dobra, to chyba wiosna.

Albo chłodniejsze wczesne lato.

Susza, ciepło, ale zimny wiatr wieje, ptaki obsrywają co się da, mewa puka w okna domagając się wszelakiej uwagi, ale przede wszystkim jedzenia. A co. Uważa, że jej wolno, zresztą, kto jej zabroni. Jak te człowieki nie biją ino czsem starają się machać łapami… i śmieszne to dla mewy, więc mewa się bardzo śmieje. Bardzo oj bardzo i krzyczy jeszcze, jakby zwoływała inne, by przyszły i zobaczyły jak sobie ludzi wytrenowała. No jakie toto skoczne, choć nogi ma dziwne…

Płetw nie ma.

Dziwne te człowieki…

Mewa unosi się nad domem, potem kolejnym, wzbija się wyżej, nad dachami, kominami, morzem, drzewami, polami… kolorami, które z onej bieli kwitnienia dziwnie szybko, czasem w jedną cieplejszą noc zmieniają się w zieleń. Oto czas zieleni. Wrony wrzeszczą, mewy też, ciągłe przekrzykiwanie się wszelakich gatunków zdaje się być oną niesamowitą muzyką, którą, niszczą dzwony kościoła…

Dziwne.

Sztuczne.

Boleśnie sztuczne dla ucha… jakby już nawet ona wiara nie posiadała nikogo, kto chciałby sobie podzwonić. Znaczy podzwonić dla onego boga, jakimkolwiek osobnikiem on jest… bo przecież to zwykle on.

Zwykle…

W lesie cisza…

Znaczy wiecie, leśna cisza.

Ptaszki szaleją, trochę wiatru, tu i tam czasem coś trzaśnie, coś poskacze, coś poszaleje w krzakach. Coś… wszystko się ciągle zmienia. Kwiaty znikają, czosnek się wzbija jeszcze bardziej w górę, Chowaniec zestresowany… tak naprawdę, tak naprawdę to wszystko stoi na rzęsach, plaska uszami i rozumie, że wcale nie jest do góry nogami, w ogóle, to ona obecna poprawność…

YAY!

Czasem sobie myślę, jak to miło żyć bez ludzi.

Egoizm?

Nie, strach… ucieczka od stresu, od bólu, który potrafią nieść słowa nieznajomych i znajomych… od niezrozumienia. To jest Wyspa. Miejsce ucieczki, dla wielu. Ale dla wielu też zwykła „destynacja”, kurna, kto wymyśla te słowa. No po prostu nie mogę, ale macie, jestem na czasie choć raz.

A nie, że wciąż to koło i koło…

Tak w ogóle, to poza oną wszelaką codziennością, która jest wszędzie, to nic się nie dzieje. Na szczęście, przyznam się. Co prawda samolotów wojskowych lata więcej i człowiek naprawdę ma tego dość, ale co zrobić? Nic nie możesz. Musisz się kulić, krzyczeć, płakać… w końcu i tak nie słuchają.

A co jest prawdą?

Nie ma prawdy.

Za to na pewno jest zieleń i wiosna… wiatr torchę napierdziela, w ogrodzie zmiany, wszelakość natury wkrada się do domu, olejek miętowy na straży, trzeba będzie dokupić, bo na samym soku z mięty daleko nie pociągnę. A może w końcu zrobić samemu? Ino z czego oleum wyciągnąć?

Hmmm… wiem, są sklepy, ale wiecie, jak na wyspę, to wsio wysyłkowo, a już na tę Wyspę w szczególności!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.