Pan Tealight i Wizja…

„Pojawiła się ona Wizja i nie chciała odejść…

Wizja inności, skoku z przepaści, hipotetycznej, metaforycznej… i jeszcze czegoś nowego, zmiennego i innego. Czegoś, co sprawi, że nagle nie będzie powietrza, nie będzie światła, nie będzia snu i wybudzenia, nie będzie… będzie nicość wszelaka, będzie… po prostu i wszelako i jeszcze…

To, co się znało wywracało się na nice, to, czego się nie znało nagle stawało się znajomym, dziwnie miłym w dotyku, naprawdę nazbyt aż miłym, zwodniczo, ale jednak też… gdyby tylko było tak, zawsze, przecież nie byłoby źle, ale też… te wizje, wszelakie, które się im przytrafiały, tej nie dorastały…

… do porwanej Wizji kiecki.

Z pajęczyn gęstych, onych Tłustych Pająków, które to żyły pod okiem Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane, która to udawała, że ich tu wcale nie ma, ale stukanie krosna, wiecie…

Słychać było.

Ale nie rozrywały Wizji, która rosła, pęczniała, dmuchała się, wchłaniała w siebie wszystko to, co otaczało Wiedźmę Wronę, wszystko to, co jej zawadzało, o czym marzyła, o czym śniła i czego pragnęła… wszystko to, ale jednak, też i co odrzucała, czego nie chciała już więcej widzieć.

Nigdy…

Nigdy…

I robiła się szczelna.

Niczym kula śnieżna, havgus w szkiełku, oplatała ją, może chroniła i, na swój, sobie ino zrozumiały sposób, może…

Nigdy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gudhjem…

Tak naprawdę dawno tam nie byłam, to chodźmy… jeśli jedziecie od strony Svaneke, to warto zatrzymać się w Melsted i pójść z buta, szczerze, ładnie, malowniczo i tak dalej, ścieżka piękna klifem, ale jednak… wiecie, może niektórzy wolą tylko Guhjem, to mamy po prawej nowy parking, w polu, ale z widokiem.

Na morze.

Ha!!!

A dalej z buta. Nie ma zjeżdżania w dół, nie polecam, ale możecie spróbować, w końcu już po sezonie, ale idą ferie kartoflane, więc pewno ludzizny znowu najedzie Wyspę masa. A trza przyznać, że nawet teraz wciąż trudno od nich uciec. Jakoś tak sprawić, by zniknęli, jakoś tak…

Ale chodźmy…

… po prawej domki, po lewej domki, a tak, to wcześniej to był cmentarz, droga w dół, jak ktoś chce na camping, ale idziemy już ulicą, patrzcie, sławetne skrzyżowanie, stacja paliw, nowa knajpa, nowy skle i Mamma Zitta, która po 14 latach się zamyka. Kompletnie. Kolejne miejsce właściwie kultowe, moc pasji, no i wiecie, smutek jakiś dziwny… dobijający. Wyprzedaż mają mieć, może w końcu na coś mnie będzie stać, tak wiecie, sentymentalnie… ale chodźmy dalej. Powoli, noga za nogą, ale gdzie iść, czy pod kościół, czy pooglądać domki, a może jednak olać architekturę i od razu w dół? A może jednak górą iść trzeba było…

Gramyr obejrzeć?

Może jednak ona zwodnicza dzicz lepsza?

Może…

Chodźmy do portu prosto.

Nie interesują mnie lodu, kolejka po cukierki, dziwne zbiory dzieci i młodych nazbytnio, którzy powinni być w szkole, ale nie są, widać takie to szkoły teraz… jakoś niewielu starszych Niemców, którzy byli dotąd stałym elementem jesieni… ciekawe czy prom do Sassnitz będzie pływał cały rok…

Ciekawe jaka ta normalność będzie…

Ale mnie ciągnie coś innego.

Niesamowite, ostre światło wydobywa niebieskości zewsząd, ale horyzoncie jakby się paliło… dziwna chmura kłąbi się i przesuwa… czyżby paliło się coś na morzu? Może jednak one wysepki, o których tak wielu zapomina nagle pokrły ogień… a może to jednak coś innego? Deszcz, kłębioące się wszelakie humory pogodowe, fronty burzowe, może zaraz zacznie padać…

A może…

To havgus?

Nie wiem, ale chcę się dowiedzieć i od razu wam powiem, że gonienie chmury po skałach, to niełatwa sprawa, uważać trzeba, kostkę skręcić łatwo, na tyłku trza zjeżdżać i tak dalej. Wiecie, trudna sprawa.

Ale warto…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.