Pan Tealight i Zawsze Zaskoczony…

„Tu właściwie nie chodziło o nagłość, czy jakieś takie z nagła się spojawianie, wiecie, czy wyskakiwanie z  pudełka, worka się odblaskowe prawie że wyłanianie, wszelkie koty i myszki i zaczarowane monety, które zawsze znikały.

No co?

Niektórzy mieli wciąż z tym problem.

Wielki.

… że on tak jakoś wolał zawsze ino tych zapowiedzianych. Ino tych, co wcześniej powiedzieli, że będą tam, gdzie być mieli, gdzie on mógl ich wyczekiwać i jeszcze, chciał ich tam zobaczyć i jeszcze…

No wiecie, oczekiwał ich naprawdę, tak nieprzymuszony, wszelako zluzowany i jeszcze zaintrygowany tym, co miało nadejść, co miało się spojawić i jeszcze jakoś tak, po prostu, zwyczajnie, no wiecie… spokojnie wiedział, miał to zapisane od co najmniej pół roku w kalendarzyku… po prostu lubił mieć życie zaplanowane. Po prostu tak jakoś, nie chciał być wszelako… nie, nie chciał być zaskakiwany.

Nie dla niego przyjęcia niespodzianki.

Nawet prezenty wolał spakować dla siebie alboi przepakować, a potem otworzyć znowu, w końcu wiedział, że i tak zawsze… zapomni co tam było… znaczy, może nie do końca, ale jednak, nie przerazi go niepewność… albo… nagła dziwna kolorystyka, albo jeszcze, wiecie, zdąży wymienić to w sklepie za rogiem.

Albo wyrzucić…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Co mówią zwłoki” – … jestem naukowcem. Jestem naukowcem i zawsze mnie oszałamia jak można nim być i… nie zostawiać sobie pewnego marginesu na przyszłość, na to, co będzie odkryte…

Na zwątpienie.

Tegp mi właśnie brakuje w tej powieści antropologa sądowego… bardzo. Ale nie tylko tego… bo oczekiwałam więcej, czegoś bardziej niż w pozycjach, które już przeczytałam. Spodziewałam się może i innego ujęcia… może, a co dostałam? Okay, poprawną powieść z gatunku, w którym została opisana. Poprawną, ale…

Ech…

Co chcę wytknąć? Na pewno konserwatyzm. Oną angielszczyznę, co chwilę czekałam na info o pogodzie i herbatkę. To, iż to bardziej opowieść o tożsamości osobowej. O tym, jak jest ona ważna, imię, nazwisko… tylko czy ważna dla zwłok, czy rodziny? Czy naprawdę przywraca się imię…

Dla kogo.

Oczywiście, że nie odmawiam naukowego nurtu, poruszenia podstawowych tematów, ale ona inność, ta dziwna niekościstość… jakoś mnie zraziła. Po przeczytaniu opowieści o trupich farmach, po onym hołdzie złożonym dawcom zwłok, pięknym hołdzie. podziękowaniu. Sue Black tak naprawdę pisze o sobie i jej stosunku do antropologii. Nie potrafi rozszczepić swego życia i nauki. Fazy rozkładu mieszają się tutaj z opowieściami o człowieczeństwie…

Ale nie antropologii sądowej.

Czy to dlatego, iż autorem jest kobieta? Nie wiem. Na pewno dlatego, iż jest to osoba posiadająca pewne ramy, z których nie wyjdzie nigdy. Poza które nawet się nie wychyla. Zbyt wiele tutaj autobiografii. Zbyt wiele autorki. Zbyt mało nauki, ale właśnie to może niektórych urzec. Może kogoś, kto dopiero zaczyna swą przygodę z antropologią sądową? Może? Może i na pewno…

Czy polecam?

Tak, wciąż. Bo one inne podejście do tematu jest intrygujące.

Jesień… deszczowo.

Po prawdzie, po tej całej suchości ona wilgotność się jakoś dziwną zdaje. Naprawdę. Ten szelest kropel, taki obfity, te kałuże, one rośliny płaczące już nie rosą, ale wciąż deszczem i dziwne ptaki, które dobierają się tylko i wyłącznie do jednej z doniczek, no weźcie się, co z wami jest nie tak?

Kurde no!!!

I tyle…

Jesień niestety nie jest już tym czym bywała kiedyś. Onym prostym odpoczynkiem po szaleństwach lata, chociaż… jakoś nigdy nie lubiłam lata, więc co ja tam wiem o takich sprawach? Ale tutaj, gdzie ludzie pracują przez pół roku, a potem wylatuja na urlop, jakoś to wciąż istnieje.

Wciąż…

I nikt tego nie rozumie, znaczy, nikt kto tutaj nie mieszka.

Po prawdzie jakoś wciąż ludziom się zdaje, iż jedyną słuszną pracą jest taka, wiecie, 8 godzin, pięć dni w tygodniu i koszmar weekendu, ogarniania siebie, własnej osobowości. I jak najbardziej… tęsknoty za czymś, czego nie ma. Co nawet nie zostało wyobrażone. Co nie zostało wyśnione…

Zwyczajnie.

A przecież… ten świat nie musi taki być. Nie żeby dało się uniknąć każdego bólu, ale jednak, weźcie no…

A co, jeśli żyje się ino raz?

Ale tam… życie, ktoś by powiedział, no życie.

Czasem może boleć mniej.

Czasem…

Ale… jesień, kasztany, żołędzie, może i wszelako pierwsze czerwone liście winorośli, żółknące figi… tak, jak nic, jabłka spadły, powiało przecież. No i co teraz? Jak to przetrwać, czy raczej, jak sprawić, że życie jednak będzie fajniejsze, że będzie jakieś takie bardziej moje niż innych?

Czasem, a już szczególnie jesienią, a może to ten rąbany Merkury, kto to wie, jak ktoś ekscytuje się planetami i astrologią, to szaleje nieźle… wszystko w dzisiejszych czasach da się wytłumaczyć planetami, gwiazdami, a nie durnością ludzi i niedoróbstwem wszelakim. I wszelakim wdupietomaniem. No wiecie… przecież komu tam się coś chce w dzisiejszych czasach, tak naprawdę…

Choć nie, mi się chce.

Serio.

Ale jak słyszałam, nie tylko ja tak mam. Sporo znajomych nie rozumie dlaczego zwyczajowy pęd ku działaniu, czy zwykłe zapracowanie jest jakieś takie kisielowe, wiecie, że jakby człek się poruszał w zgęstwieniu jakimś. Wolniej i dziwniej. Jakoś tak, niesamowicie z jednej strony, człek winien pozwolić sobie ino na lenistwo, spanie, czy coś tam, ale… jak to tak?

Mnie źle chyba wychowali, zwalmy to na Merkurego!!!

A co!

Ale choć mi się nie chce, robota ma byc zrobiona. Choćbym na rzęsach i tyle… damy radę, a co!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.