Pan Tealight i Bogini Niekorzystności…

„Niepocieszona filtrami była… ona bogini…

… taka całkiem niemiła.

Całkiem też na żywo… opryszczona.

Właściwie, to przyznać należało, że szpetna, może nie tłusta, ale jakaś taka opuchnięta, wielce mocno nabita taka, ale nierówno jakoś, jakby tu jej się odłożyło więcej, tam znowu mniej, za mało, za dużo, wszelako jakoś tu za miękko, tam za twardo i jeszcze… no ta skóra, dziwna taka, purchawkowata…

Jakoś tak.

A przecież w internetach to piękność nad pięknościami, no zabijali się o nią, niektórzy nie tylko listy słali i kwiaty i jeszcze wszelkie pamiątki, ale i wiecie, no kasę… więc co jak co, ale mogła sobie na wiele, jeśli nie na wszystko pozwolić. Może i operacje jakieś takie, może i chociaż tynk na ryj?

Może?

Ale przecież ona była, jest no wciąż, Boginią Niekorzystności.

… więc nie mogła się upiększyć. Przecież by ją z roboty wypierdolili, podobno bogów też można usunąć ze stołków czy tych Olimpów czy innych niebiesiech… wiecie, chmurki, górki, wszelakie dołki, niedostępności mocne… no wiadomo. Byle i ino te człowieki tam nie dotarły do nich, byle by tylko mogli być sami ze sobą, nie dzielić się czasem, ni mirrą, kadzidłem, złotem czy innymi tam małmazjami… znaczy no tą no, kurde, na Scylle i Charybdy, no kielich ten święty i ambrozje i nektary, a wsio w nieskończonej liczbie smaków, no przecież…

Każdy ma swój smak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Październik.

W lesie grzyby.

Wszelakie… korcą mnie.

Wiecie, coby nie tylko pikle, jajecznice, sosiki, grzybowa, suszone… ale przede wszystkim coby odlecieć w końcu, bo życie, wiadomo, jest jak jest, co nie? Nie wiem w jaki sposób wciąż jeszcze się oddycha, ale się to robi… może to odruch, a może jakiś wewnętrzny przymus… kompletnie nie ma pomysłu na odpowiedź.

W lesie grzyby i wilgotność, bo popadało.

Rzeki się wypełniły, woda stoi na polach, dni coraz częściej szarawe, ale tutaj, tak naprawdę bardzo rzadko jest ciemno. Tak w pełni ciemno, znaczy… wróć, dla tych, co im na drodze światła nie wyłączają, co do ciemności morza nieprzyzwyczajeni? Dla tych, to może być szokujące, że nie ma wciąż światła, ciągle, na okrągło, ale… żeby nie było młyn w Gudhjem już podświetlony…

Ludzie tak męczyli, że wymęczyli u właściciela.

Pleśń ładnie widać…

… ale wracamy do onej ciemności, więc mimo iż ona jest ciągle, to jednak nie jest tak aż ciemna nawet zimą, nawet teraz gdy ciemnieje już o siódmej wieczorem… a o szóstej rano jasno. Nawet wtedy jakoś…

Nieciemno.

Dziwne to wszystko.

W mieście już pierwsze wyprzedaże świątecznego tego, co się w grudniu nie sprzedało. Czy pewne miejscówki się otworzą, wciąż nie wiadomo. Sporo ludzi splajtowało, niektórzy zwyczajnie już nie mieli siły, inni się pochorowali i takie cudowne miejsca zniknęły. Szkoda i smutne to strasznie, że pasja tak człowieka wyniszcza. A przecież nie powinno tak być. I jeszcze jak dotyka to milych ludzi…

Nie wiem…

Ostatnimi czasy, oczywiście, one czasy jakie są każdy widzi, ale jednak jakoś Wyspa opływała w Turyściznę, problem w tym, że jednak ci najmniejsi z tego nie skorzystali. Ci, dla których wielu przyjeżdża. Artyści tracą wenę, nie chcą już stykać się z zewnętrzem i jakoś, aż za bardzo to rozumiem.

Za bardzo.

Wiem dlaczego tak się dzieje. Widzę zwątpienie i zmienność, która się nasila, i kolejną zmianę, która nadchodzi… ci co się wprowadzili kilka lat temu, a nawet rok czy dwa lata temu, wiecie, z epidemią kupując tutaj dom, podbijając ceny tak, że kurde, po prostu szaleństwo no!!! Zwykły człek nie mógł sobie na dom pozwolić… i jakoś tak, teraz, powoli, a może też i będzie z tego jakaś fala…

Fala odpływowa.

Jakoś nagle ludzie nie boją się mówić, że im tutaj źle, że brakuje tego i innego i na dodatek, jeszcze wszelako, no po prostu boli ich…

Życie.

Bo miała być natura, a jest… destrukcja.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.