Pan Tealight i Smażone Marzenia…

„Smażone marzenia były specyficznym smakołykiem.

Niektóre dziwnie cierpkie, inne znowu bardziej słodkawe… jedne w occie wyłącznie, inne tylko z miodem, ale i były takie lekkie, jakby dmuchane powietrzem, unoszone myślami… zagubione, ale pod deklem słoika, wiecie…

Zjadane…

Bo na wakacjach ludzie często tworzą marzenia i tracą te, których dotąd się trzymali… a potem, żałują… i wracają, a tutaj, już nie ma tego, co było znajome i bezpieczne, jakoś tak… zwyczajne życie. Bardzo zwyczajne. Pozbywa się marzeń zapomnianych, odechcianych, wszelako może i już zetlałych, może takich, co chciały się połatać, żyć, które już zaczynały się spełniać, ale pojawiło się nowe…

Coś.

I zepsuło je…

I właśnie takie marzenia z piasku i skał, z przywianych tam wiatrem drzew i gałęzi, z kory i liści, z kwiatów i dróg, wyrzucone przez okna, upuszczone może w leśnych ostępach, wymyte wraz z okruszkami w rzecznej wodzie, spłukane w morskich falach, zawsze zbyt chłodnych, może skradzionych przez bryzę morską, może wyczesanymi z włosów przez mech na skałach…

Właśnie je.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jesień i marken…

Jesień nadeszła właściwie z sierpniem. Tak naprawdę chłodniejszy sierpień sprawił, że jakoś tak wszystko zwolniło, wciąż jednak byli ludzie, zbyt wiele ludzi, potem nadszedł wrzesień i… kurna zrobiło się gorąco!!! No ja pierdziu, serio? Kto to wymyślił? Naprawdę… Ile można?

No ale… nic się na to nie poradzi.

Liście zaczęły zmieniać kolory, winne zaczęły czerwienieć, pojawiły się dynie wszelakie, naprawdę wszelakie, bo przecież… bo przecież czemu nie? Można zjeść, można sobie zrobić bardziej kolorowo, bo to przecież kolorowy czas…

A już szczególnie jak pojedziecie na #markenbornholm.

Polecam.

Ze wszystkich miejsc, które próbowały produkować warzywa… tym chyba się udziało. Wiecie, od kilku lat produkują nie tylko buraki i kapustę z ziemniakami, ale też i jarmuż, cebulki wszelakie, marchewki, oczywiście… to nie fabryka w Chinach, więc pewne rzeczy są, innych nie ma, ale jeśli wejdziecie na mój Instagram, to spokojnie znajdziecie i ich i warzywka…

A warzywka mają czadowe…

I co najlepsze, rozpoznają Misia!!! LOL To już jest ubaw… bo facet wciąż nie wie jakim językiem do nas zagadać, a mi głupio jej tłumaczyć, że duński może być… więc ostatnio było Bear Power! W znaczeniu jak w Star Warsach, wiecie, Bear Power with you… LOL przemiły facet, widać, że z ziemią i naturą robi. Jakiś taki spokój z niego bije… a zupki i potrawki vege jak ktoś lubi, robić można genialne. Albo dorzucić bekon, no wiecie, misie wolą jednak mięsko.

Foczki? LOL

No ale, wyjazd na ono zadupie, bo znalezienie ich produktów w sklepach jest trudne. W ogóle te nasze produktu, w znaczeniu robione tutaj, kupić czasem trudno. Czasem człek czegoś szuka i… oj pewno, ma miejsca, w których wie, że przecież na pewno tam będą, a jednak… ech…

Jedzie się jak, jak już wspominałam, przez miejsce, gdzie kręcili Teksańską masakrę… ale są koniki i dzicz i widoczek, którego możecie nie znać, no i jeszcze, ta sama posiadłość… znaczy nie tyle domy, co pola… tak mądrze urządzone. Wiecie, tam wsio raczej ręcznie się odbywa, na Insta spokojnie obejrzycie filmiki. Mają ule, mają kwiaty i to normalne, dzikie, kwitnące krzewy…

Niesamowite.

Ale… co do jesieni, to do połowy sierpień grzał jak dziki. Znowu nie ma meduz, dopiero dwa dni temu znalazłam trochę małych, dziwnych i tak dalej… rachitycznych… nie żebym marudziła, ale mam ochotę na kąpiel… dziwne to, bo przecież, ale nie, koniec sierpnia też znowu ciepło, temperatura skacze od 10 do 20C… i męczy bardzo. Pełnia człowieka zrąbała, następna nadchodzi…

Czy mnie Halloween obchodzi?

Nie.

I tyle… dynie dla mnie to opcja fotograficzna i tyle. Bawią mnie, a co! Nie jem ich, ale to już moje gusta i tyle. A czemu nie? Wolę buraki i marchewki i jakieś może, te no, groszki, czemu nie… Groszek jest super!!!

Mniam!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.