Pan Tealight i Plaża Nowych Myśli…

Plaża Nowych Myśli dopiero odkryła przed nią swe imię.

Jakby wcześniej nie była jej pewną, jakby… wiecie, jednak imię to ważna rzecz.

Magia.

… więc dopiero teraz, wraz z kończącym się latem i wkraczającą kesienią, która ttaj żółciła i czerwieniła jednocześnie licie brzóz, która obrodziła jarzębinami tak mocno, że ten specyficzny, jedyny w swoim rodzaju odcień nie tyle znaczył delikatnie, ale i wyraziście, zapachowo prawie, niektóre miejsca, co raczej stanowił dość wielkie plamy na skałach i w leśnych ostępach, bo przecież w końcu tutaj drzewa rosły na skałach i miały się z tym bardzo dobrze. I widoki miały cudowne też, i jeszcze… oczywiście… była ona solność w powietrzu…

Niesamowita.

I podmokłości wszelakie…

Ale plaża… tak, itworzona sztucznie, bardziej pomost przytroczony do skał w płytszych miejscach niż ino jedna, niewielka łacha jasnego piasku, usłana oczekiwaniem, potem, wspomnieniami, marzeniami i dziwnymi prośbami, uczuciami, spojrzeniami oraz… złamanymi sercami…

… tak…

Tym razem Wiedźma Wrona Pożarta Przez Ksiażki Pomordowane zanurzyła się, potem uciekła, rozmasowała obolałe kostki, potupała w piachu i znowu wskoczyła i zasosliła się. Była niczym pikiel gotowy by wsadzić go do słoika. ociekająca, z oczami dziwnie nazbyt załzawionymi, jakby…

Kąpała się w najprawdziwszych łzach.

Onych wynikających z największych cierpień… czystych i szczerych.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dowody winy” – … ósmy tom przygód… no wiem, ostatnimi czasy dziwnie je czytam. Ale jakoś mnie niektóre wciągają bardziej, inne trochę jakoś wiecie mniej, a potem znowu chcę sobie przypomnieć je wszystkie, czasem pojedynczo, czasem hurtem, a ten tom…

…ten tom to kurcze sprawa Białej Rady i na dodatek zazębia się ona z człowiekiem, którego nazywa swoim przyjacielem…

Chociaż tak patrząc, to wiecie, jakoś tak po dwóch stronach stoją.

Choć czy na pewno.

Ale… mamy jakby powtórkę z życia Dresdena. A może raczej w końcu pełną opowieść o tym jak to było? Jak się zaczęło? Jak i dlaczego to on nazywany jest tym złym. Czarnym magiem? Chociaż, gdyby wiedzieli o pewnej czaszce imieniem Bob…

Hmmm?

Kolejna zarąbista i niesamowita zabawa. Po pierwszych trzech chyba tomach książki nabrały masy, więc cieszy mnie to mega. Maga nawet. LOL

Do domu.

Szkoda trochę.

Ostatniego dnia poszliśmy jeszcze na spacer do miasteczka, bo czemu nie. Na moje nieszczęście nie wyrobiliśmy się w czasie i pozamykali nam kilka sklepów przed nosem… na szczęście fish and chips w Bryggan były i były zajebiste. Choć jak dla mnie za mało sałaty. Ale wiecie, ja najchętniej to bym ino te sałatki ich żarła. Ja pierdut, nawet rąbana rukola u nich mnie nie razi.

Ech!

Wiecie, nienawidzę rukoli, oto wyznanie roku, ale gdy to piszę za oknem hula po raz pieerwszy od ponad roku huraganowy sztorm i tak dalej i jeszcze leje i w ogóle kosmos uderzeń i wszelkich skrzypnięć.

Kazali jabłka pozrywać i inne, wiadomo…

LOL

Dodatkowo oczywiście wszelaka migrena, bo jak tak wieje, to niestety ale właśnie tak mnie rąbie. I jeszcze te pozostałości po pełni, nie no, kiepski to tydzień był. Chociaż, czy może na pewno? Nie wiem… zawsze przecież może być gorzej, co nie?

Zawsze.

Ale… to wtedy, dokładnie 3go września Fjällbacka była piękna. Wciąż ciepła, ale z chmurą nad skałą za kościołem. Jakby wataha wilków miała pożreć słońce. Spojler, pożre go, ale wtedy, wyjadając frytki z tytki z gazetki, nie myślałam o tym. Patrzyłam na skałę, której brzozy były takie kolorowe, bo tutaj jakoś brzozy nie robią się tylko żółte, ale i czerwonawe, na dodatek, w tym roku jarzębiny wszędzie gdzie byliśmy obrodziły mega. Wyglądało to przepięknie…

A potem, z pełnym brzuchem i pęcherzem, jakoś tak siedziałam na pomoście i patrzyłam w niebo… na chmurę… na zmieniające się światło, na ludzi dziwnie nagle dziwnie poruszonych… w godzinę później zaczęło padać, więc tak jak rok temu miasteczko żegnało nas deszczem.

Chcę tak bardzo wrócić za rok, albo i wcześniej.

Nie wiem, czy nie chcę na dłużej… chcę na dłużej.

Pada…

O poranku dnia wyjazdu oczywiście padało. Ona pochmurność jakoś tak cudownie na pakowanie auta przeszła, więc nie było boja, ale oczywiście najpierw sprzątanie… wiecie, trza po sobie posprzątać, nie żeby człowiek jakoś nabrudził. Miał swoją pościel i inne sprawy, więc… kibelek, wanna i odkurzanie i zaskoczenie, jak to kurna brudno no… no niestety, ale wiecie…

Widać nie każdy sprząta.

I nikt nie sprawdza.

Wyjazd jak zawsze był trochę traumatyczny, bo niby człek chce do domu, bo przecież kocha swój domek, jest cudowny, wszelako wodę z kranu dudlić można i tak dalej… po drodze kima w aucie. No wiecie, budzenie na siku, stan wszelkiej nieważkości i zadziwienie, że kurna na tych stacjach beznynowych żadnych suwenirów. No weźcie no, jak tak można… na szczęście w jedny miejscu był… Maluszek.

I od razu fajniej.

Autostrada to wiadomo, kilka godzin i człek w Malmo.

A tutaj trzeba załatwiź IKEAę… i mały problem, nosz kurna co za samobójca robi to w sobotę? I to jeszcze w obiadowej porze? No tak, niestety, ale nie ma innego wyjścia, czyż nie… oczywiście nic nie ma. I to szczerze nie ma. Pustki takie, ino ci ludzie, niby pisze, że 4 zegarki jeszcze są na stanie, ale żadnego dostać nie możesz, człowiek chce naprawdę jak najszybciej stąd uciec, więc…

Ucieka…

Już tylko Ystad i prom.

I tu się przyznam do swej guilty leasure, a dokładniej trzech. Albo lubię łazić po mieście jak fajne światło i robić zdjęcia, albo siedzieć w lesie czy na plaży albo… no właśnie, siedzieć pod bramką, bo tam dziwnie czas przemija. Szybciej jakoś tak, mgnienie oka i już dwie godziny minęły, prom, nie buja…

Ciemność…

Dom.

Poranek… i nie wiem gdzie jestem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.