Pan Tealight i Postęp bez pięty…

„No jejku no…

Widzicie, bo jak matka napatrzyła się na matkę Achillesa, gdy ta go tam tonkała w tym całym bajorku, garnuszku, a potem na koniec jeszcze ogniu, to postanowiła, że też tak zrobi, bo czemu nie…

No i się zepsuł.

A, że ona matka, więc mało się zmartwiła, w końcu to jej dziecko, a imię mu dała, Postęp. Bez podtekstów i następstw, ponieważ w języku, w którym rozmawiali nie znaczyło to nic. Było ot li zwyczajnie zlepkiem dźwięków.

Kichnięciem, pierdnięciem, niczym…

… więc czemu nie.

Podobało się jej ono swoiste brzmienie, ono dźwięczenie, miękkość, ale i szelest dziwny, ale i jakaś tajemniczość taka, ale i wiecie, też i to, iż zapewne nikt nie będzie wiedział o co jej chodziło i dlaczego to zrobiła, a i może zwyczajnie syna nienawidziła, chociaż, czy by go wtedy tonkała w onych syropkach mocy wszelakiej, tych naparach na mądrość, źródłach wszelakiego niezwątpienia w siebie i jeszcze, podobno było tam coś o zapominaniu, ale zapomniała o tym…

Zapomniała.

Może i zapomniałaby jak mu nadała na imię, ale wypalili mu to na miękkiej, niemowlęcej skórce, na pięcie oczywiście, więc… ale się nie bójcie, na tej drugiej, nie na tej, którą właśnie wtedy utracił…

Właśnie, gdy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Milcząca żona” – … niektóre tak mają. Milczą. Po prostu. Bo wiedzą, albo nie chcą wiedzieć, tudzież… no właśnie, tak naprawdę czego się spodziewacie po takim tytule?

Jak wiele?

No ale… oto kolejna opowieść o Willu Trencie, jego dziewczynie, byłym mężu, a, no i zbrodni. Bez urazy, zbrodnia jak zawsze u Slaughter jest najważniejsza. Opisana dokładnie. Z każdym szczegółem. Oj, ta jej dbałość o wszystko, no paranoiczka, ale za to ją lubię i czytam od dawna, a jednak w tym tomie wcale, ale to wcale, ona mi się nie podoba. Znaczy zbrodnia jest przerażająca. Całe haczenie o przeszłość, one wszelakie sprawy z dni, któe winny być już zapomniane…

Tak, to wszystko jakoś takoś… sprawia, że nagle książka staje się zwyczajnie powtarzalna i nudna. Z jednej strony człek ją połyka, z drugiej, coraz bardiej pragnie by się skończyła, a przecież… ta cała historia to koszmar. Właśnie taki, jaki człowiekowi może zgotować tylko drugi człowiek. I takiego należy złapać i…

Tia…

Może chodzi właśnie o głównego bohatera, że w jakiś dziwny sposób odpycha? A może o oną lekarkę? Czy jej męża? Czy w ogóle, po co to wszystko wyciagać ciągle i ciągle? Po co? Przecież tam giną kobiety!!!

Nie najlepsza powieść tej autorki. Ale autorka sama w sobie naprawdę jest niesamowita… może to taka wiecie, obsuwa… a może zwyczajnie ja tego Willa mam już dość. Czasem bym go rąbnęła… ale jak tak głównego ohatera. Kurde glinę, ale wiecie, z przeszłością i tak dalej, bo oni wszyscy tacy…

Ech!

Nie polecam do końca, aczkolwiek jak lubicie autorkę, to pewno połkniecie i ten tom jak ja…

Robi się cieplej.

Ludzi po prostu masa. Nie mam pojęcia skąd się biorą, bo przecież dopiero zaczął się czerwiec, więc skąd, jak, czy wszyscy mają wolne? No i co z tymi testami? Jedni muszą drudzy nie?

Jak to jest?

Tak naprawdę trudno się odnależć w tym wszystkim, na szczęście do lasu czy na plażę można bez tego. Po prostu można pójść, za darmo… w pewnym sensie. I tak, testy, znaczy w ogóle one testowe miejsca są u nas darmowe. Szczególnie na Wyspie, bo wciąż na nas eksperymentują… nie wiem, ale szczury czy myszy laboratoryjne dostają różne rzeczy za te eksperymenta…

A co z moimi orzeszkami?

Hmmm?

No nic. Chodzi o to, że nagle, czyli pewno jak zawsze z zadka strony, pojawił się jakiś nieznany szczep wirusa. I to tylko tutaj? Złapali ludzi, kwarantanna, oczywiście nie wiadomo nic więcej, bo jakoś takoś, wiecie, tak łatwiej. Nic nie mówić. Podobno to mniej nerwowe dla mieszkańców, podobno stresu nie będzie… ale suma summarum każdy ma pójść się przetestować.

Erm… i to nie tym zwykłym testem, ale wiecie, widły w gardło.

I teraz… dlaczego?

Bo politycy chcą swego zgrupowania. Bo może inne gadające głowy dostaną za to kasę, a ktoś popełni kolejny doktorat?

Serio, myszy i szczury dostają żarcie… wikt i opierunek, a my mamy jeszcze do tego dopłacać, o śmieciach już nawet nie wspominam, więc… przecież nawet nie wiadomo, czy to wszystko to prawda? A może zaczną i u nas robić loterię jak w USA. Podobno zaszczepienie mogą dostać fajne nagrody, nie tylko wjazd do każdej knajpy, czy coś w ten deseń, no i brak maseczek…

Nie wiem.

Całe to szaleństwo sprawia, że człek, znaczy ja i tak, ale też i reszta, nie tylko wkurwia się jeszcze bardziej, ale i dodatkowo przestaje w ogóle zwracać na to wsio uwagę. Zaczynają się buntować.

I są nieszczęśliwi.

Tak właściwie, to sąsiad ostatnio coraz częściej tę trawę kosi… nie wiem, czy go zwolnili z roboty, czy co, ale z kosiarką chyba mu kiepsko idzie, albo i kosiarka ma focha na tyle roboty niepotrzebnej, nie wiem… bynajmniej trawa wygląda jak wyżarta przez zdeterminowanego tyranozaura z krzywym zgryzem. No szczerze, szczególnie tutaj na boczkach…

Do tego oczywiście znowu zapowiadają tydzień słońca, więc…

Gdzie się schować?

Może jednak potrzebuję jakiegoś nie domu, a raczej urny, grobu, a może jednak, wiecie, takiego mauzoleum od razu, co się będę ograniczać. Przecież jakoś żyć… chyba się na razie chce, w końcu nikt nikogo nie zmusza, co nie? Życie nie jest przymusowe, zobaczymy, czy będą nas ganiać z testami.

A i nie, szczepionki nie chronią, nie zwalniają… blah blah bla…

Chyba serio przestanę wyłazić z domu.

Bo i po co?

Czy ktoś mógłby dostarczyć jakieś roślinki do ogródka? Krzaki lubiące wrzątek, słońce i kiepską, gliniastą ziemię? Hryzantenum, intrygujący krzaczek, no po prostu masakra jak pachnie, a te kwiatuszki… wydaje się ją kochać i wszelakie zioła, jak szałwia i tymianek i mój kochany rozmaryn. Choć nie wie, kocham bardziej tymianek czy rozmaryn, czy szałwię…

Lawenda też działa!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.