Pan Tealight i Trylogia Łóżkowa…

„Oto się narodziła, w bólach i wszelakim strapieniu, ona piękna, cudowna, wszelako nieskompliwkowana Trylogia Łóżkowa.

Ona…

Opowieść na trzy tomy, no bo trylogia, co nie… jakoś nie dało się na dwa, no ludzie dwutomowców nie rozumieją tak jak trylogii. Jednak 3 sprawia, że coś w nich klika, coś się zmienia, coś w końcu magicznego z onej numerologii całej wypełza i wkracza w umysły onych niewiernych, nie wiedzących nawet, że cokolwiek, a może i ktokolwiek, nimi kieruje, że to nie ich spokojny wybór…

Wiecie, jak okładka, zapach świeżej, nowej książki, ona przygoda, która się zaraz zacznie, ale na razie, to tylko ten ciężar w dłoni, kartki, szelesty, jakiś szept może spoza nich, okładki twarde, mocne…

Lakierowane litery…

Ale tak naprawdę ona opowieść nie do końca sama była pewna, czy chce być na trzy książki. Wiecie, to jednak dzielenie. To jednak coś, co sprawia, że nie czujecie się jednością, że jednak, jakoś takoś, ktoś może pomiędzy was wejść i po prostu wsio spieprzyć i jeszcze… naprawdę…

Może lepiej nie?

Może jednak po prostu Opowieść Łóżkowa… ale jakże nazbytnio ubogo to już brzmi? No weźcie no, idźmy na całość!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No a tak w ogóle, to wiecie… prawie lato.

Czyli słonko i tak dalej.

Co nie znaczy, że ciepło, czy coś. Tak naprawdę w końcu zakwitły i bzy i czosnek niedźwiedzi, więc zawsze możecie sobie wybrać zapach, który wolicie. Obydwa bardzo obrodziły, chociaż, wydaje się, iż czosnku jest trochę mniej, ale może to moja wina i nie oblazłam wszystkich miejsc…

Dlaczego?

Bo ludzi tyle, że mnie to przeraża.

Wieść gminna zaś niesie, iż prom do Sassnitz już pływa? Czy też Niemcy przez Szwecję, która dla krajów północnych zniosły obowiązek testowania, więc radocha jest… co do Niemiec, to nie mam pojęcia, ale na pewno można spokojnie lecieć do Polski czy na Baleary… jak kto chce…

Dziwne.

Tak nagle, od razu.

Bez ostrzeżenia?

Tak, zgadliście poprawnie, nigdzie nie wyjeżdżamy. Żadnych wakacji, czy jak to się tam zwie. Żadnego opierdalania, plaży czy czegoś tam. Zresztą, po co nam Ibiza, jak u nas takie plaże… a tak, jeśli o to chodzi, to chwilowo nie polecamy tej w Melsted, czyli tej nas najbliższej, bo budują tam pomost i jest straszna rozpierducha. Po prostu masakra… nie mogę na to patrzeć…

… więc znowu chowam się w domu…

Bo ludzie, bo drzewa znikają, bo…

Ale oczywiście trza czasem wyjść, na przykład raz w miesiącu… i kupić te kilka sadzonek, czy jeść coś, czy jakoś tak… i co? Jajco. Niby słońce świeci, ale wiatr zimny wieje. Niby jasno, ale jakoś tak…

I ci ludzie, wszędzie.

I te dziwactwa drogowe, które wymyślają i wszyscy, co mają je głęboko w zadkach, o poważaniu już nie powiem. Nawet maseczek nie noszą? Serio? Z tego co pamiętam, to maseczki mają znieść jako ostatnie obostrzenie, ale co ja tam wiem, wieśniak z Wyspy, co nie… oni z Wielkiego Miasta, więc…

Mogę sobie gdakać.

Są i pierwiosnki, są i cudowne dzikie kwiaty, zwyczajne, znajome z przeszłości, nawet kaczeńce się pojawiły, nawet trawki wszelakie, może i coś pyli, kurde, może i coś szaleje w powietrzu, ale… co mi tam. Najważniejsze, by jakoś się wyspać w końcu, bo ostatnio coś z tym nie tak. Też tak macie?

Serio…

To nie tylko księżyc.

A… co do jabłonek, to chyba jakoś tak będzie kiepsko z wieloma. Nawet te dzikuski jakoś cienko przędą. Wciąż ta cała natura jakaś taka niepewna całkowicie. Jakby wciąż czekała na zimne powiewy z północy…

… jakby przeczuwała coś…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.