Pan Tealight i Bajka na Niedobranoc…

Bajka miała ostatnio tyle do roboty, no jakoś ludzie nie spali. Nie chcieli, tudzież ten dziwny, Mocno Nowy Rok o pokrętnym mianie i obciążeniu, który szczerze nie chciał wychodzić z ziemianki, którą sobie wykopał, no i gdzie wpierdalał tylko i wyłącznie lekko już cuchnące ziemniaki…

… i żeby nie było…

… frytki z nich pędził…

A one mu potem uciekały.

No serio. Wiecie jak wygląda taka uciekająca frytka ciągnąca za sobą smugę tłuszczu i keczupu? Wiecie? No pewno nie wiecie, no ale… prawda jest taka, że wyglądało to dość tak artystycznie, a przynajmniej Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane uważała. Zawsze ją inspirowały do tego, żeby robić zdjęcia i nie malować już nigdy więcej, co znowu denerwowało Pana Tealighta, bo mu się marzył nowy obraz na którejś ze ścian Niewidocznego Pokoju.

Wiecie…

Niewidoczny mu kazał, a ostatnio Pan Tealight łatwo dawał się namówić na wiele rzeczy. Świat jakoś tak go ostatnio nudził i był tak pokrętnie przewidywalny, że nawet nie pytał Dziwnych Sióstr, czy mają jakieś plany na polepszenie jego stanu. Wysyłał im tylko do Strzechy w Lesie ciastka z wróżbami i serniczki… koniecznie z białą czekoladą i srebrnymi kuleczkami.

A teraz te frytki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Miasteczko Rotherweird” – … awwwwwwww.

Naprawdę, przyznaję…

… okay, na pierwszy rzut oka książka wyglądała na jakieś dziwactwo zawieszone pomiędzy tym wiekiem, gdy już coś się kuma, a tym, w którym człek jakoś tak się nie mieści. No wiecie, książka dla nieokreślonego czytelnika. Tak było i miałam opory, ale jakoś tak, tak jakoś mi naprawdę wisiała ciągle za uszami, że…

Że się skusiłam.

I dawno się tak sobrze nie bawiłam.

Choć trudno to nazwać zabawą.

Oto jest opowieść o dziwnym miejscu i dziwnych ludziach. Osobowościach, postaciach, tworach, o wyobraźni, która olewa ramy i zwyczajnie płynie… o miejscu, które oczywiście ma swoje problemy, ale jednak też jakoś działa. Może i pewne rzeczy/sprawy pozbawione są tutaj konsekwencji, ale dzięki temu wszystko jest zwyczajnie…

… szalone.

„Wolność rządzi”!!!

Ta powieść jednocześnie jest podobna do tych, które już czytałam i nie jest. Ma w sobie coś nowego, nie trzyma się zbytnio utartych szlaków, ale też… poprzez nie do końca wyjaśnianie wszystkiego, no wymaga bardo badawczego się wczytania.

I warto jej poświęcić czas…

I zwrócić też uwagę na przepiękne wydanie.

A i ma być ciąg dalszy. Nomnomnom!!! Boję się jednak, iż z powodu kiepskich ocen może nie zostać wydane, ale, kurde no, opowieść o miejscu zamkniętym, w którym historia i jakby popełnione, opisane błędy nie jest dozwolona, jego zakamarki, osobowości, twory… wszystko jest tak bardzo niesamowite. Wszystko pozostaje w głowie i człowiek… chce tam wrócić.

Pogodzie odbiło.

Świeci słońce, pada grad, mokry śnieg, paciaja wszelaka, temperatura ponad zerem, troszkę poniżej zera, no i tak wkoło Macieja czy kogo tam. Afery z Dubajem nadal, przeciągnięty lockdown, choć i tak każdy ma to w dupie, coraz bardziej i jeszcze bardziej i bardziej…

Wiecie, jednak ludzie chcą żyć.

Nie tylko wegetować w oparach strachu.

Szwecja ma się jednak otworzyć dla Bornhomu, bo tak… nie wiem dlaczego i na jakich warunkach dokładnie to sobie umyślili, ale jak kilka dni temu znajomi pojechali, to one opowieści wszelakie o kontrolach okazały się być…

No się im nie trafiły.

I tyle.

Oczywiście, zaczynają się ferie, więc wiecie, nie wiadomo też co zrobić z onymi dzieciakami, bo kurna, już od roku jakoś tak latają do szkoły by potem z nich wylecieć. Chodzące wylęgarnie zaraz wszelakich. Szczerze, dzieci przerażają.

Ale…

Poza tym luty.

Już.

Oszałamiająca wiadomość, szczerze, styczeń był dobijająco ciężki mimo podłapanej roboty. Fajnie było, ale wiecie, już po.

Co będzie w lutym, nie wiem.

Zresztą, kto wie?

Nie oszukujmy się, ale to przedłużenie lockdownu, którego właściwie nie ma, bo przecież każdy kto ma kasę może sobie latać gdzie chce, a ty biedny żryj trawę, bo na to cię stać. Szczerze!!! Stokrotki czasem się trafią. A może coś z karmnika dla ptaków. Oczywiście onych sąsiadowych.

Wiecie… nie oszukujmy się.

Nawet nie wiem, czy wystawiają.

Ale, ten cały lockdown, to pic na wodę i fotomontaż.

Duńczycy jeżdżą jak im się podoba i gdzie ich wpuszczą i nie wykopią. I tak inni będą ich strofować, ale wiecie, co im tam. Nikt nie chce po prostu ino siedzieć w domu kolejny rok. Bez urazy, wszędzie to robią. Protesty i tak dalej, ale… i ja to rozumiem. Szczerze. Mam dość, choć tak naprawdę przecież nie chcę na jakąś Dominikanę czy gdzieś. Nie chcę w jebane tropiki, choć Meksyk i piramidki bym sobie zobaczyła. No wiecie, ino nie tak jak w horrorach.

Ale za ciepło jak na moje lubienie.

Kiruna bardziej mnie korci.

Ale…

… dobra, to najpierw ferie, czyli ruchy ludności duńskiej gdzie się da. Jak to przetrwamy nie wie nikt, ale na razie jeszcze nie biją za głupotę. Brak kwarantanny i takie tam. Oj nie, w końcu tutaj wolność rządzi… jak mawiał Osioł.

Sklepy na Wyspie znalazły w końcu myk by się opróżnić i przez Facebooka pokazują co mają i tworzą takie paczki, które opłacacie, a potem wiecie, odbieracie w onym… rechot mnie bierze: socjalnoodstępowym manieryźmie. Może sprzedawca zwyczajnie pakuje w folię, odstawia, wy odczekujecie ileś godzin na dworze, no bo wiru na opakowaniu i tak dalej, no i po upłynięciu czasu, wszelakich dzwonach, kurantach i tym podobnych, to wiecie…

Możecie to sobie zabrać.

W końcu wasze.

Ale umyjcie rączki.

PS. No to tak. Mam dość polskich firm piejących od ponad roku jak to pięknie i zielono na Wyspie. Mam dość zakłamania sprzedawców i sorry, ale ostatnio będę bezczelnie przypominać i sprawę z odpadami raidoaktynymi, czy walkę o lipę. Nie kłamcie. To nie jest raj. To zwykły świat, zwykli ludzie, ino piękniejszy miejscami…

Ale nie raj.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.