Pan Tealight i Kosztowny skarb…

„Możliwe, że o nim marzyli, no przecież kto by nie marzył, ale problemem zawsze było to, że dla każdego był czymś innym.

Odmiennym.

I wiecie co, nie czuł się z tym dobrze.

Naprawdę…

…wolałbym jakoś tak mieć ustalone zasady, formy i wszelakie wyceny. Wolałby wiedzieć na czym stoi, leży, czy też się unosi i ile spala na sto kilometrów. To tak bardzo ułatwia życia. Naprawdę… wolałby wiedzieć. Mieć granice, mieć wymiary i jeszcze może jakieś mapy, czy coś w ten deseń?

GPS własnego świata…

Ale przynależał do wszystkich światów.

On był jeden ich niezliczone ilości, bo przecież ludzie rośli, zmieniali się, wszelako mocno współzależeli od siebie lub nie, uczyli się lub nie, albo, co gorsza, nagle po prostu zdanie im się odmieniało, a ty się tyle narobiłeś… i nikogo nie obchodzi to, że znowu będziesz musiał wszystko sprzątać…

Nie dbali o to.

Po prostu twierdzili, że to ich skarb największy, najkosztowniejszy, może i nawet niemożliwa jest jego wycena, a potem, a potem… zmieniali zdanie. A potem wszelako, jakoś tak… zapominali.

Zapominanie było najgorsze.

Najpierw był czymś na piedestale. Najpierw był wszystkim, zawsze odkurzanym, pieszczonym, tulonym, a potem…

Niczym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Spacer…

Bo przecież już nie można jakoś tak… nawet jeśli nie masz telefonu czy radia, telewizji czy newsów załączonych, to jakoś to wszystko w ciebie uderza, więc starasz się uciec od tego, modląc się do tego, w co nie wierzysz, by spotkać nikogo.

Nikogo.

Tylko drzewa, może jakieś mrowiska, głazy i może woda…

… może tym razem znowu woda, może i ciurkająca, co jednakowoż będzie miało kiepski wpływ na moją pęcherzową psychikę, ale co tam, walić to wszystko, jedźmy, idźmy, ruszajmy się, jakoś tak żyjmy mocniej i bardziej, bo choć pogoda z gatunku tych mianowanych niegdy aurami spod psa, to jednak te liście, te ścieżki, zresztą, może się przetrze, słońce wyłoni się choć na chwilę…

I wiecie co?

Wyłania się.

Może nie na całego, ale nie pada, więc jest super, a my jedziemy sobie w końcu… do Rø Plantage, gdzie jest i woda i drzewa, i wiecie, no cały ten jazz. Gdzie nie byliśmy przez lat kilka, więc jest intrygujaco. Prawie nowo. Prawie jakby nas tutaj nigdy nie było. Jakbyśmy odkrywali kompletne nieznane, wiecie, do którego się podchodzi z głupią nazwą i chorągiewką.

I jakoś nikt nie myśli, iż może ona chorągiewka to zbyt wiele?

Że może dźga kogos w zadet naostrzonym patyczkiem?

Jedziemy… i mijamy najpierw zmiany. Ale nim do nich dotrzemy najpierw krótka opowieść o dębie czerwonym, który na Wyspie nie występuje wszędzie, ale azaliż wżdy ino w kilku miejscach i jednym z nich jest droga do Rø.

Jeśli ją znacie, no i przede wszystkim przy obecnej dziwności dojazdów wszelakich, z tym mostu remontem i tak dalej, to wiecie, może więcej ludzi tędy przejedzie? Bo choć jedna strona całkowicie zeewastowana, dopiero wzrasta w coś na kształt przyszłego lasu i tajemnic wszelakich kompana, to po drugiej stronie…

Po drugiej stronie czerwień.

Ale nie, że jakaś taka byle jaka, oj nie, w ogóle i wcale.

To czerwień tak różnorodna, tak majestatyczna, że nie można obok niej przejść obojętnie jakoś. Ona przyzywa człowieka, zmusza go do działania, do jakiegoś się tam na niej skupienia, a może i w pełni oddania. do pokłonów, gdy wpada w oną burgundowatość i najcięższą purpur, do danin, gdy jest krwawa, wciąż zmieszana z oną zielenią jakby skapującą z liści przy każdym powiewie i wszelakim deszczu zamyśleniu… jakby tworzyła wzory, ale tylko na chwilę…

Jakby była tutaj tak bardzo przez cały czas, że nie rozumiała zieleni.

Może i jej nie zauważała?

Liście prężą się na starszych i młodszych drewkach.

Widać, że niestety nie rozsiewają się daleko i mocno, trudno znaleźć oznaki nowych sadzonek, ale są, pośród mchów one burgundowe maluszki. Trzy listki na czubku, ale jakie dzielne. Świadome tego, że świat pędzi do przodu tak szybko, że mogą nie zdążyć się zaaklimatyzować…

Wyuczyć.

Dorosnąć…

Ale próbują.

A za nimi majestatyczna ciemność iglastego zagajnika. A może i już lasu? Nie wiem, człek w niego wkracza, potem się odwraca i stojąc w onej ciemności go otulającej spogląda na one liści klejnoty, na one perełki żywic czeeśniowych… i tak jakoś nie chce się ruszyć. Jakby mógł już tutaj zostać, jakby mógł naprawdę nic więcej poza podziwianiem opadających liści, brzózek spoglądających na niego z drugiej strony drogi… showany w onej ciemności iglastych, żywicznych pni, mógłby już…

… po prostu być tylko tym i tutaj.

Niczym…

Mógłby… c.d.n.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.