Pan Tealight i Życie Podpiaskowe…

„No bo…

… wiecie jak to jest.

Zaśniesz sobie na piasku, fala za falą i już cię nie ma. Glony dokopią, dokryją, a nad tym wszystkim ona… Wiedźma Wrona zaś niska i moknąca się nader łatwo! Serio. Bo toto niczym jakiś lekko opóźniony w ruchach osobnik po odpowiedniej dawce wspomożenia medycznego… nie do końca myśli, gdy robi zdjęcia. I w ten sposób ci co pod piachem żyją, też mogą sobie coś przegryźć. No przecież nie od razu jedzą wszystko!!! Oni są maleńcy, ale mają niesamowitą kulturę i należy jakoś ich wzmacniać. Co tam zbędny naskórek, czy też kawałek paznokcia, co nie?

A tak, nie dość głęboko, w ciemnej, ale lekko jarzącej się wszelaką ciepłością gnijących wodorostów piaskowej mglistości, żyją sobie Podpiaskowi.

Maleńki ludek.

Maciupki właściwie.

Wiecie, mini mini, mikro mikro. Dla nich muszeleczka, to daszek chatki, a muszelki u nas cudowne, lecz maleńkie. Wodorostowe ściany i podłogi, do tego kamienne wstawki i rzeźby z piaskowych kamyczków. Cudowne… bo to wiecie lud bardzo mądry, spokojny i wszelako spolegliwy. Zainteresowany tym, by żyć, przeżyć i oczywiście innych nie doprowadzić do płaczu, bo z płaczu robią się perły, które ich zabijają… Tak, niczego nie nienawidzą tak, jak pereł! A fe!!! Mordercze potwory, stwory i wszelkie pławy! A perły to zło, najźlejsze i najgorszo koszmarne.

Wiedźma Wrona Pożarta kochała Podpiaskowych. Po prostu. Jakoś tak rozumiała i ich chowanie się i ich cichość, oraz podgryzania. Nawet te zimowe, gdy wnikały w buty i czepiały się szala… miała z nimi tak wiele wspólnego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3146

Z cyklu przeczytane: „Enklawa” – … Polak? Czy Owczarz? A tak, bo widzicie, właściwie to Owczarz, co nie? A jednak książkę zdecydował się napisać po polsku i wydać w Polsce, co mnie zastanawiało… do czasu.

Do czasu, gdy przeczytałam całość i zrozumiałam, że w nacjonalistycznej Danii no cóż, byłby lekki skandal.

Oto jest opowieść z Wysp Owczych. Podobno Danii, a jednak gadają prawie jak na Islandii. Podobno wyspa, a jednak tak naprawdę całkiem odmienny kontynent z cudowną przyrodą, dachami otrawionymi i oczywiście… specyficznymi ludźmi. Nie oszukujmy się. Mieszkanie w takim miejscu naraża, zresztą podobnie jak na mojej Wyspie, na alkoholizm, depresję i uzależnienie od Turyścizny. No taki klimat. Sporo ciemności, potem narzucona jasność… ale do rzeczy. W miejscu, gdzie poza bijatykami zbrodnia nie istnieje, ginie dziewczyna. Nasz główny bohater widział ją ostatni. Facet po przejściach, samotny ojciec dorastającej córki, niczego nie pamięta z tamtego wieczora poza jej twarzą. Oczywiście zaczyna się śledztwo i…

I właściwie nie ono jest ważne, a Owczarze. Oni. Dziwni ludzie z mnogością tajemnic, zagubieni, silnie związani ze swoją krainą i nienawidzący Danii. A tak, konflikt duńsko-farerski jest tutaj większym wątkiem, niż same poszukiwania dziewczyny. Oczywiście sekrety wyłażą na światło dzienne, a z męskimi Wyspami Owczymi zmierzyć musi się duńska pani detektyw.

Masa wątków, cudownie opisany całkiem inny świat. Kryminał? Ech, nie wiem. Nadmierne dorzucenie wątków powojennych i nacjonalistycznych sprawiło, że w pewnym momencie zapominacie o zbrodni. Jesteście tylko na dziwnej, zielonej wyspie. I wciąż jecie baraninę. I chcecie odłączyć się od Danii. I… dobra, przeczytałam nie z powodu kryminalności, ale etnograficznego spojrzenia na całkiem inny świat. Całkiem odmienny. Świat pomiędzy dwoma krajami, który jak moją Wyspę Dania zwyczajnie doi i to dostałam. Ale, poza tym, ech, nie to, co w opisie. Książka jest przydługa. Ale tego oczekiwałam. Zgrzytały we mnie nazwy: Faroje i Farerowie, ale… może u nas mawia się inaczej? Wkurzyły mnie wątki nie dokończone. Czy on ją zabił, wiecie oną drugą ją i czy rzeczywiście ma problemy powojenne? I dlaczego dożywocie dla sprawcy?

Dlaczego?

img_3078

Wiatr nadchodzi…

A gdy wiatr nadchodzi, cóż, powiedzmy sobie szczerze, najpierw jest cisza. Dziwna cisza. Ciemna cisza i gęsta, niczym ten cholerny sos, co o nim zapomniałaś, a teraz jest z niego ino masa, w której łyżka siedzi. Oto co mamy teraz. Przed wiatrem. I trochę deszczu też mamy, ale nie oszukujmy się, tyle słonecznych dni, jakie doświadczyliśmy ostatnio, te wypady na wschody słońca i moczenie się w falach… ech, cudownie było. A teraz niech będzie ciemno, to sobie odeśpię…

Jeżeli chodzi o wiatr, to tym razem ostrzeżenie otrzymała cała Dania, więc jak nic ino Poul Anker nas uratuje. Sorry Leonora, ale sama wiesz, ty wolisz morza płaskie i najlepiej ciepłe. Tak, szybka jesteś i w ogóle smukle wiotka, ale Szwedom robisz fale zbyt wielkie, a na sztormy uciekasz i chowasz się gdzie popadnie. Oczywiście, że mówię o promach. No sorry, ale darzę je specjalnym sentymentnem. W końcu gdyby nie one, to człek by tu nie dotarł, ale też i nie mógł od czasu do czasu obejrzeć, czy świat na zewnątrz też istnieje. No wiecie…

… święta idą, a to oznacza zakupy.

I to sorry, ale raczej dostanie czegoś tutaj, to problem, więc wiecie, ludzie wypływają. Czasem ino na zakupy na promie, czasem tylko na sekund pięć w innym kraju, czasem… po prostu. Zwykli ludzie też chcą mieć jakieś takie słodkie te święta. Albo napitkowe. Dlatego wyruszają. Niektórzy tak z miejsca, jak ich stać, cała reszta raczej planuje dość ostro, bo wiecie, koszty. Niby po wielkich zmianach ferrowych, niby miało być taniej – i jest, niby… to jednak wiecie, oczywiście są inne problemy. Dlatego lepiej bilety zaklepać sobie miesiąc wcześniej, albo i dwa. Pewno, że wtedy nie wiesz, czy będzie mocno bujało czy nie, nie masz pojęcia, czy jednak się uda w ogóle wypłynąć, czy nie… nie wiesz nic, zwyczajnie masz nadzieję, że nie będzie problemów. Po prostu rzucacie się w wir natury jakoś tak naturalnie. Nie masz innej opcji…

… się rzucasz.

img_5073

Gdy tak zmrok zapada, w okolicach 16tej to już noc właściwie o tej porze roku, wiecie, trza się doświetlać. Nie, nie jesteśmy północną Szwecją, czy wieczną zmarzlizną coby nas stać było na te bajeranckie lampki, więc mamy świeczki. I lampki. I w wielu oknach już wiszą jakieś takie lampkowe ustrojstwa. I wiecie co, fajnie to wygląda, ale też uświadamia nam jak nas niewiele… i że ten świnia złodziej, który obrobił jeden z sommerhusów i dodatkowo – co jest mega skurwysyństwem – opluł wszystko pianką z gasnicy, miał łatwo. Przeraża to. Coraz bardziej…

Ekhm, z kolejnych nowości drogowych, to w Listed chcieli zrobić to samo co zrobili w Bølshavn. Czyli, nie wiem, czy kojarzycie, taki wąski pas ruchu środkiem i kosmicznie szerokie, czerwonawe pobocza. Czyli właściwie, jak ktoś się nie zna, jak nie wie cóż to z austrojstwo, a sorry, ale nikt normalny nie łapie onej nowoczesności, to… wiecie wali ino pasem środkowym nie zjeżdżając na pobocza. I… no właśnie. Stworzenie takiej strefy w Bølshavn, gdzie nie ma chodnika, miało oczywiście na celu wymuszenie onego wlniejszego jeżdżenia, oraz nie rozpłaszczanie rowerzystów i przechodniów. Czy się opłaciło? Hmmm, nie wiem. Statystyki na razie milczą, albo nie doczytałam jeszcze do końca. Tam może i ma to jakiś sens, ale w Listed… ekhm, tam ulica ma silnie zróżnicowaną szerokość szosy otoczoną… tratatatatadaaaaam domami!!! Czyli totalnym murem. Tam z ledwością się auta wymijają, więc jazda środkiem, na dodatek przy tak ostrych zakrętach to oczywiście TOTALNY IDIOTYZM. Nie lepiej wydelegować chłopców radarowców i kosić kasę? No sorry! Wiecie ile walą za zwykły mandat tutaj?

Wiecie?

Wiele koszmarnie!!!

Co gorsza, rowerzystom się zdaje, że one czerwone przestrzenie to ino dla nich i wiecie, w przypadku dwóch aut jadących na przeciwko sobie, niczym oni rycerze z kopia, oraz pobocznych jednośladów… ech, marny nasz los i tyle wam powiem. Bo przecież znaków to nikt nie czyta, a już na pewno nie rowerzyści, którzy jawnie twierdzą, że ich toto wszystko nie dotyczy, bo oni tacy ekologiczni… Tia, serio! Cytacik wam tutaj podrzucam. Może swoimi słowami, ale mocny!

Noc… może tak hibernacja?

img_0359

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.