Pan Tealight i Komik…

„Zdarzył się też i Komik.

Bo w świecie musi być wielka równowaga. Nawet jeśli jest pyskata i wszelako szczerabata i wkurzająca… musi jakoś się umościć na świecie, musi się w nim zadomowić i jeszcze na dodatek wypełniać swoją ważoną powinność. Nie może powiedzieć nie, nie może też wyjechać na wakacje.

Wciąż ino ono mierzenie i ważenie.

Wciąż tylko to pilnowanie czy tamten lub inny się nie wychyla. A już Komik, kurde, ten to dopiero dawał jej do wiwatu. Niby wiecie, jak coś palnął na pogrzebie, czy w innej, kirowej scenerii, to wiecie, była przyzwyczajona, ale te ciągłe żarty, jego skarpety w dziwne kolory, z dziurami na piętach zdobionymi koronką…

Nosz ile można znieść?

Ona już miała dość. Chciała coś z nim zrobić, więc wiecie, starała się jakoś lawirować i smutkiem i tragedią, wszelką szarością i może jeszcze normalnością nudną, oną słotką nijakością, wiecie, czymś całkowicie ni takim ni innym ni nijakim, ale jednak, nie dawała rady. Chciała się poddać…

Tak bardzo.

Szczególnie po tych żabach w łóżku.

Pieczonych!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Plaża…

Skarpą paraduje, czy raczej tylko idzie, facet z gaciami w garści, goluśki.

Normalność.

Tak wiem, nie dla wszystkich. I nie, raczej nie jest to plaża, na której jest masa ludzi, lepiej, często jest to plaża… chociaż nie, zacznijmy od początku. Po pierwsze na prawo od stolicy i na lewo ciągną się piaszczyste, niesamowite, mięciutkie, czadowe plaże. I jest ich tak wiele, w znaczeniu i są szerokie dość i długie przecież, więc nagromadzenia człowieka na cżłowieku nie ma w ogóle. Kompletnie. Pewno, że możecie się dokoptować tam do ludzi, gdzieś blizej parkingu, czy coś, ale też…

Jeśli przejdziecie przez las, to wtedy możecie zwyczajnie połazić sobie po plaży samotnie. Być tam samotnie. Niespotkać nikogo. I kąpać się bez odzienia. I tak, bez odzienia można. Serio, całkowicie. I nie, nikt nie robi parawanów. I tak, ludzie przebierają się normalnie, bo jakoś nikogo nie interesuje cudza dupa, więc po co się gapić? A może chodzi właśnie o to, że pół kilometra w prawo i pół w lewo nie ma człowieka?

Nie wiem.

Wiem jednak, że to się smutnie zmienia.

Młodsi nie chcą już być tak wyzwoleni… ekhm, że użyję takiego słowa, bo… no właśnie nie wiem. Nie mają problemu z dziadkami robiącymi to, ale już oni sami, nie. Czy to coś oznacza? A może jednak chodzi tylko o nastoletniość i media społecznościowe? Nie wiem, ale przyznaję, iż ów skrawek plaży, gdzie golasowatość jest okay, ale nikt nie przymusza nikogo kompletnie.

Jak nie chcesz to nie… jest jakąś oazą.

Bo pływanie bez ciuchów jest inne.

I ten brak dbałości o dziwacznie wymuszone, drogie kostiumy. Nobody cares! Przychodzisz, kąpilujesz się i tyle.

Bez filozofii.

Dobra, tak, woda wciąż raczej chłodnawa.

Zresztą nie wiem, czy 14 stopni to zimna woda, czy nie. No dobra, czasem i nawet niżej niż te 14 stopni. Tylko prom przepłynie, a już fale i znowu zimiej jakoś, jakby z glębin wielkich coś przybyło i piernęło w innej temperaturze. No wiadomo, to w końcu morze, żywy mocno byt. Bardzo żywy!!! Ekhm. Nadmiernie czasem, szczególnie teraz na piasku, który w temperaturze w okolicach 30 stopni parzy.

Rany Julek, ale parzy!!!

No ale nic, widać onym wrednym muszkom w to mi graj.

Mi mniej, bo skurczysyńce gryzą boleśnie. Ale nic to, nic kompletnie, bo człek siada po onym spacerze przez las na białym piasku i widzi oną cudowną, fascynującą toń. One kamienie miejscami lekko neonowo poznaczone wodorostami, onymi chłodnolubnymi. I te błękity i ona czerń rozwalonych muszelek małży i perłowość piasku i jeszcze żółcienie i światło odbijające się z góry…

I połyskujące…

I te fale, dźwięk, zapach…

To wszystko jest po prostu cudowne. Jakoś takie czarowne. Pewne, że człek tutaj mieszka, ale wciąż mnie to jakoś zachwyca. Dobra. Pewno. Mogę i mam to codziennie, ale jednak… to nie znaczy, że moje życie jest łatwiejsze. Ceny kosmiczne, zarobki żadne, choroby obecne, szaleństwo jest, podatki cholernie wysokie, więc…

Dlaczego tak często słyszę: ale ty mieszkasz w takim miejscu, nie masz na co narzekać. A na przykład zły stan dróg? A atypowość dna morskiego, która może w końcu wybuchnąć, rąbnąć i będzie kiepsko, no Rosjanie i Niemcy poszaleli? I wywalili wszystko w Bałtyk? Nie no, pewno, nie musisz się tym martwić ciągle. Ale odpadami radioaktywnymi… dobra, odwołali, ale na jak długo?

A ta wycinka drzew, dzika róża?

Te wszelkie zieloności niszczenie…

Tutaj wcale nie żyje się łatwiej, widoki są po prostu piękne.

Czasem. Niekoniecznie wtedy, jak nagle z krzaków golas ci na drogę wyłazi. LOL No co, wolność to wolność, ale wiecie, czasem i ona zaskakuje. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Komik… została wyłączona

Pan Tealight i Tragik…

„… bo wcale nie chodziło o zabawę.

Bo przecież ona zabawa naprawdę nie była dla każdego, choć wciąż jeszcze nie zdawali sobie z tego sprawy. A może jednak zdawali? Może jednak, ona wiedziała na pewno? Zawsze przecież wiedziała. Wszystko. Upierdliwie, nawet dla niej samej, zwyczajnie wiedziała i tyle. Ale… gdy pojawił się Tragik, jakoś tak, zrozumiała to bardziej? Do końca, na amen i tak dalej?

Chodziło o to, że on jako jedyny nie mówił jej, że powinna się uśmiechać, nawet dla zdjęć, finansowych korzyści i tym podobnych. Wprost przeciwnie, jako jedyny oznajmiał, że czarne wdzianka, choć trudno je rozróżnić w szafie, są super. Są idealne. Są zwyczajnie dla niej. No i wiecie, ta wyszczuplająca linia!!!

Ha!

Tylko, czy ona słuchała?

Może w końcu, po raz pierwszy słuchała? Tak naprawdę? Do głębi i do końca? I jeszcze wraz z didaskaliami? A nawet i z tymi małymi rysuneczkami, które naprawdę potrafiły dopasować się do brzmiącej treści?

Dziwnie jak na nią…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Trupia farma” – … długo. Serio długo czekałam by przeczytać tę książkę. A może nadszedł odpowiedni czas? No i wiecie, była przecena w sklepie no to, ekhm, łatwiej było…

… w końcu teraz tylko to mnie oddziela od książek.

Ale…

Oto tak naprawdę zbiór opowieści z trupem w tle. Ale opowieści z ust osoby, która stworzyła Trupią farmę i przyczyniła się do rozwoju wiedzy wszelakiej na temat… eee, rozkładu zwłok. No tak naprawdę o to właśnie chodzi. O to w jaki sposób zwłoki się zachowują w różnych sytuacjach chemicznych, fizycznych, w momencie rozczłonkowania, wtedy, gdy wiszą, czy leżą… gdy się mumifikują i jak można naturalnie je takimi stworzyć, tudzież gdy najpierw je zamrozić…

Ale oczywiście wszystko po to, by pomóc policji.

By odnależć zabójców!

Wyjaśnić śmierci.

Książka oczywiście wyłącznie dla wielbicieli tematu. Jeśli oczekujecie jakichś pikantnych szczegółów, to będą, ale będzie też polityka, zwykłe życie antropologa sądowego, badania, polityczne utarczki i tym podobne. Będzie on, Bill Bass, jego rodzina, ale i przyjaciele oraz uczniowie i ich dokonania i… tak naprawdę, ta książka jest za mała. Za krótka, za bardzo zbita. Jakoś informacje o trzech małżeństwach autora nie są w niej istotne, gdy spora część odcinków to ukłon w stronę tych, których wykształcił….

Tak, chciałabym więcej.

Takie zboczone ze mnie coś.

Na spacer?

Chodźcie!

Nad wodę… bo gorąco.

Bo wiatry znad Sahary poszalały! No i politycy nie dość, że nie wiedzą gdzie Wyspa leży, to chcą kryminalistów tu zsyłać… Serio. Ale z drugiej strony podobnyśmy przykład dla młodzieży, więc nigdy nie wiadomo. Lepiej iść w las, albo i nad wodę, bo nagle, ni stąd ni z owąd gorąco się zrobiło jak kurde nie wiem co!!!

Podobno wszystko przez oną Saharę…

… Afryka bliżej człowieka niż kiedykolwiek, więc, wrze powietrze. Człeki się pocą, lepiej w cień. Lepiej w las, choć lepiej mieć długie portki… jak wiecie, chce się wam w gąszcze jakieś. Ale u nas ścieżki takie fajne, że może nas te cholerne kleszcze nie zeżrą? Z drugiej strony taki kleszcz jeść coś też musi, ino że chamsko i chorobuje człowieka, dżumuje, więc… ech, no z tą ekologią to cholery można dostać. Dobrze, że mam za sobą pierwsze kontakty z chorobą, co prawda w przetrwalnikach, no ale…

Chyba się liczy?

Mniejsza.

Spacer miał być, więc idziemy.

Ale najpierw jeśli chodzi o kogoś mieszkającego po drugiej stronie Wyspy okolice Hasle, to raczej lepiej kawałek podjechać. Inaczej nici ze spaceru. Znaczy może z samego spaceru nie, ale powrót do domu to raczej czarno widzę. Nawet z onymi jasnymi nocami, to wiecie, kawałek! Nie polecam szlajania się po ćmoku po Wyspie, bo u nas i asfalt zwijają i światła zabierają po północy.

Serio!

Dzięki temu gwiazdy lepiej widzieć.

I to niekoniecznie te, które ujrzeć może każdy, kto wrąbie się w pieniek, lub ten słupek kilometrowy… choć to zawsze ból w innym miejscu, więc jakby, naukowo całkowicie, możnaby spróbować. Ekhm.

No co, naukowość jest super!!!

… więc spacer?

We wrzącym powietrzu może i jeszcze szyszki nie strzelają, w końcu to wciąż początek czerwca, ale jednak wszystko się żywicy. Wszystko pachnie. Gdzieś w górze jakieś powiewy, ale już od wejścia w las, mieszany, miejscami tylko liściasty, miejscami jak toaleta tylko dla bogatych: wysokie iglaki i cieniutkie, wąziutkie ścieżynki między nimi… nosz jak z bajki no!!! Ino krasnoludków szukać. Choć podobno w pięty gryzą, więc może lepiej nie? Ja tam nie wiem, te krasnale to serio czasem zdają się być mocno natarczywe. Aż nadmiernie domagają się atencji.

Jak trawa, ktorą nagle spotykasz starając się kulturalnie wysikać za drzewkiem. No co? Czasem trzeba. Nie wiem dlaczego ludzi tak gorszy sik w lesie? No serio? Tak weźcie pomyślcie no… co w tym złego?

Poza oną smyrającą intymne miejsca trawką…

YYYYYY…

No ale, ona piaszczysta ścieżka, lekko wilgotna jeszcze, jeszcze nieprzesuszona. Jeszcze jakaś taka pustawa, ale już trzeba uważać. Rowery na skrzyżowaniu, rower przed, rower za… tak, trzeba uważać. Powiewy w górze, trele ptasie. Kurde, że im się chce tak śpiewać? A może trelą tak, coby ino te młode jak najszyciej z gniazd wyleciały? Wiecie, nie chcą wychowywać trzydziestolatków.

LOL Oj nie chcą!!!

Po prawej las zmienia się w wielkie cmentarzysko. Lekko zaznaczone w annałach, wciąż jeszcze nie do końca zbadane, a od czasu, gdy takie miejsca wolę badać, ale nie do końca, jakoś etycznie, nienaruszając pewnych spokojów, mi to pasuje. Nie wiem dlaczego. Jakoś tak. Zwyczajnie.

Przecież to jednak wszystko przodki, czyż nie?

A potem… tak, już je słychać, jeszcze jedno skrzyowanie, jeszcze zejście, które bardziej jest piaszczystym ślizgiem i trzeba seryjnie uważać na końskie kupy… i to nie byle jakie boby, nie, wielkie kupkas wielobobowe! Seryjnie!!! Ja nie wiem jak one to robią, ale chyba wielkie końskie dinozaury to były. Albo Mighty Kraken wylazł sobie na brzeg na chwilę? Wiecie, co będzie srał w swoim świecie…

… szaleńcem nie jest.

A nóż widelec w pobliż jakaś dziewoja, białogłowa cudowność, brykała na końskim grzbiecie… ech, jakiś to idylliczny i może smaczny obrazek mu się ukazał. No nie można go winić, tosz to także boże zwierzątko. Może i od innego boga, ale czy w dzisiejszych czasach możecie go osądzać.

Wolność przecież mamy?

Czy nie mamy?

A na plażę dojdziem następnym razem. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tragik… została wyłączona

Pan Tealight i Tajemniczy Szczur…

„W odróżnieniu od onych oczywistych i pozbawionych wszelakich oznak sekretności… ten był inny. Nie że dżuma, czy coś, nie, on zwyczajnie… no jak Kot w butach, jak Blaszany Drwal czy coś w ten deseń… jak Niebuty Dorotki.

Był tajemniczy.

Niby na pierwszy rzut oka zwyczajny. Może i wielki, ale przecież jedzenie było, ludzie wywalali tyle, że nic ino jeść, więc… po prostu żreć. I może to robił, a może jednak nie? Może taki był i takiego siebie kochał? Na razie nikt nie pytał. W końcu się spojawił w gabarytach małego kota i miał, wiecie, ten długi, goły ogon… tylko, kurde, że on go miał ubrany w taką wąską rękawiczkę… Ale serio rękawiczkę, bo długą, ale zakończoną pięciopalczastą łapką. Coś w rodzaju onych mitenek za łokcia do kiecek z tafty, co to wygrywają swoje szeleszczące melodie, gdy się baby w nich próbują jakoś poruszać. A najgorsze jak się im chce siku…

Tragedia!!!

Ale szczur… no wiecie, jak szczur. Owłosiony, małe łapki, nosek i te wąsiki… ale też monokl i laseczka i chodzenie na dwóch łapach. I jeszcze, widzicie, miał mały notesik z obgryzionym ołówkiem, w którym wciąż notował zerkając dookoła tymi swoimi małymi, czarnymi oczkami…

Coś było na szczurzej rzeczy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Robi się cieplej.

Więcej, z powodów powietrza znad Sahary, która kurde nagle znowu się widać do nas przybliżyła… czy coś… jest duszno jakoś tak i dziwnie potliwie. Kwiatki znowu trzeba podlewać, bo zwisają im łebki i pierun wie co tam im jeszcze zwisa… no wiecie, kto to tam wie, jak to serio jest z tymi kwiatkami.

I innymi roślinkami…

Bardziej ciepło…

Oj wiem. No w końcu ono lato musi nadejść. Przecież się przed nim nie ukryję, nie skopię mu tyłka i nie odepchnę… niby obiecali, że tutaj słonecznie, ale nie wrząco, ale ostatnimi czasy jakoś…. okay, tak, ten rok jak na razie jest bardziej chłodny niż poprzednie dwa, ale już czuję w powietrzu ono wrzenie i cieplenie. Ono pocenie i wszelkie oddychania nieumożliwanie. No i jeszcze to, że kocykiem się nie mogę zakryć.

Każdy ma swoje dziwactwa.

Ciepło oznacza oczywiście i pola już zielone. Te żółte powracają do swego zielonkawego stanu, one zbożowe lekko się poruszają w wietrznych podmuchach, jeśli takowe się nam zdarzają, włochate takie są, milusie się zdają. Piękne, gdy tylko chmury jakieś nadejdą nad horyzont, coś zaiwśnie, deszczem zapachni… ech!

Nosz pięknie jest.

Zielono.

No przecież lato właściwie już tu. Dzieciaki znowu będą miały wolne, tłumy będą, ale co tam, dzięki temu i nas uraczą otwarte sklepy. Szkoda tylko, że one ceny podskakują i wiecie co, nie spadają na okres posezonowy. Kiedyś były jeszcze one czadowe obniżki, w typie weź 3, płać za jedną, ale teraz… rzadko.

Ech…

Ale zieleń, morza szum, ptaków napierdalanie o piątej czy też czwartej rano, bo przecież jasne noce… nosz kurna no!

Spać!!!

Lato.

Dobra, tak, nie lubię lata. nigdy go nie rozumiałam, anwet jako dzieciak, bo jakoś wolałam chodzić do szkoły. Ale to ja. Bez urazy, ale siedzenie w domu to nie moja bajka. Zabawy z dzieciakami też nie, a czytać jakoś pozwalali i tak jakoś nie do końca. No i nie da się wymówić odrabianiem lekcji z towarzystwa dorosłych…

Choć w dzisiejszych czasach to jakoś dzieciaki dorosłych lubią, a przynajmniej tutaj. Wiecie, że nawet dwudziestolatki i trzydziestolatki to wciąż dzieci i dorośli wożą je na koncerty! Kurde no! Nie do pomyślenia dwadzieścia lat temu. Ciekawe czy to tylko tutaj, czy to jakaś kolejna przypadłość dziwnie ewoluującej skandyawskości, czy jednak jest tak wszędzie? Nie wiem.

Nie znam odpowiedzi na to pytanie…

… i nie wiem, czy chcę ją poznać.

Lato…

Oczywiście świat ponownie wyrusza, niczym w czas onegdziejszych Wędrówek Ludów, na jakieś tam plaże, na jakieś kurorcie ziemie, hotele i takie tam. O wiele więcej ludzi wybiera leżenie na plaży niż coś zwanego w miarę aktywnym wypoczynkiem, abo od razu leci na akord. Wiecie, dwa tygodnie na rowerze. Bez urazy, jak najbardziej rozumiem, ale spróbujcie być kobietą na takim ustrojstwie i jeszcze mieć okres. Oj tak, poznałam raz taką bidulkę, której ukochany zafudnował taką przeprawę… szybko wylądowali na campingu i chyba były i ciche bardzo dni.

Oj panowie, serio, nie, nie jesteśmy tacy sami.

I wiecie co…

… można mocno i na zawsze znienawidzić szybko miejsce, które wcale na to nie zasługuje ino przez taki szczegół. A i po co tak wiecie robić? Co wy chcecie Endomondo dać zarobić? No serio, czy to dla postów na Fejsie?

Czasem dobrze zwolnić, a Wyspa jest idealna dla wolniejszych zadań. Co nie znaczy, że niefajnie po niej pobiegać, ale po co od razu tak pędzić i tylko pędzić i dalej pędzić? Serio. Po co tak? Nawet się nie zatrzymałeś ni tu ni tam, tylko od spania do spania i już, byłem na Wyspie, byłem w tym miejscu… rower poznałem.

Drogi mają.

Nic więcej nie wiem.

Zwolnijcie!

Dla siebie samych! Serio. Polecam i zalecam. Nawet jeśli się wam wydaje, że przecież pracę macie siedzącą, to przecież można trochę zwolnić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tajemniczy Szczur… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Sezon…

„Pan Sezon, to wiecie… jak Pan Pogoda, był zawsze.

Ciepły czy zimny, leniwy czy pracowity. Sezon na ogórka, truskawkę, sezon na jesień życia, wiosnę, tudzież piekielne pomieszanie… zwyczajnie, naprawdę go to nie obchodziło. Naprawdę. Czy to były warzywa, czy owoce, czy też, wiecie, jakieś zachowania, czas w roku i tym podobne… dawał radę.

Nie wybierał.

Nie pytał o powinności religijne, nie pytał o zmienność humorów i zażywane pastylki, ale, żeby nie było, swój rozum miał. To, że był aż tak bardzo elastyczny, nie znaczyło, że wszystko mu się podobało. Wiecie, no wszelakie wszystko. Chciał, marzył o tym, by naprawdę mieć coś… coś tylko dla siebie.

Ale… nie było mu pisane.

Miał zaspokajać innych. I ich potrzeby. I ich zachcianki. I ich one zboczenia, odrzuty i wszelakie niedomagania. A wiecie, że jest też sezon na alergie, pylenia i tym podobne? Błotne burze, nawałnice… chociaż akurat wiatr lubił, bez urazy. Jakoś tak kochał nawet, jeśli mu podwiewało, jeśli go czyściło… Jakoś było mu z tym lepiej, ale już sezon burzowy czy taka Santa Ana… o nie.

Nie do końca.

Nie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najpierw, to chyba samochody.

Serio, to one są największym zwiastunem sezonu. Potem dopiero ludzie. Ludzie stojący, udzie siedzący, ludzie się ruszający, gapiący się w ustrojstwa albo i nawet, choć sporadycznie, w papierowe mapy. Ludzie pędzący na rowerach, a i na tych takich tam deskach świecących, co wciąż mnie rozbawiają. Naprawdę, chyba nawet bardziej niże te wycieczki na segwayach. No bo serio… tak stoisz jak jakiś przypał i trzymasz kijek? Ekhm, serio… czyż to nie za bardzo porąbane?

Seksualnie dziwne?

Ale ci bez patyczków.

Na onych, co to miały być codziennością od czasu „Powrotu do przyszłości”, ale wiecie, się nie stały podobnie jak Jetsonowie… kurde, no serio jeszcze dwadzieścia lat temu człek myślał, iż ona techniczna MYŚL jakoś sprawi, że auta będą składane do walizeczki, a człowiek, no wiecie, będzie jakiś taki wciąż chudy, ale jednak i mało się ruszający i bardziej się leniący… a jednak niebiedny?

Ech…

No ale, zaczęłam od tego, że samochody są zwiastunem sezonu. Nagłym dość. Naprawdę. Jakoś mocno człeka wybudzają z onego samotnego jesienno-zimowego i wczesnowiosennego czasu. Nagle jest ich cała masa. Trzeba czekać, znowu trzeba bardziej uważać, włączyć tryb cywilizowanego sobnika, który to wie, że świat ma wiele ludzi, i że miejsce, które zamieszkuje powiększa się wielokrotnie o liczbę ludzi.

Naprawdę o kilka zer!!!

Tysiące…

Niby ziemia zostaje taka sama, ale jednak… jest ciaśniej. Głośniej i jakoś tak bardziej niebezpiecznie. Nagle w porcie pojawia się jacht pełen burżujowato wyglądających, głośnych i podchmielonych osobników i już wiesz, że w jakiś spsób tracisz Wyspę na lato… jakoś tak. Jakby jej część się chowała, by tylko dopasować się do oczekiwań innych. Jakby naprawdę to na chwilę nie było prawdziwe to, czym ono TO jest.

Tak się wydaje…

A może naprawdę my, ci którzy wybierają Wyspę na swgo boga, matkę i wszelaki dopust zapachów polnych w okresie siań i orań… jesteśmy lekko skrzywieni? Inni? Dłużej gapimy się na ptaki, stoimi na skałach, zbieramy kamienie i patyki i jakoś tak dla nas jest to ona normalność? Nie wiem… ale mam teorie.

Wiele ich mam.

Nie, tutaj nie chodzi o to, że wakacje i Turyścizna to zło. Też czasem jestem Turyyścizną. Może i rzadko, może i mnie nie stać? Ale czasem jestem i sterczę gdzieś i podziwiam coś niczym rozdziw nadzwyczajny. I na pewno popełniam błędy… ale jakoś, ja zachowuję się inaczej. Bez urazy, ale obrzucanie błotem mieszkańców? Serio… ludzie, wiecie chyba, że inni też uczą się języków.

Oni was mogą rozumieć.

I tak, ma prawo im się coś niepodobać!

I jakoś tak mam wrażenie, iż onego głośnego chamstwa jest jakoś więcej. Niezależnie, czy rowerzysta niedoinformowany przejedzie was na drodze, którą winniście wykorzystywać obydwoje, czy też koleś z Kopenhagi w wypasionym aucie. I tak, podług moich badań one auta są zawsze wypasione aż nazbyt. Przecież sami nie chcielibyście by wam do ogródka ktoś właził, rzucał butelką i srał na progu.

A tutaj, dla nas cała Wyspa to taki ogródek.

Na szczęście wciąż jeszcze spotyka się onych ludzi, którzy zwyczajnie wiedzą jak się zachować na drodze, tudzież respektują prawa wszelako zwanego i spisanego ruchu drogowego. Na szczęście. Ale wiecie co? Rozumiem oną południową Europę, która ma dość Turyścizny.

Naprawdę.

Rozumiem, że się wkurzają na zjazdy ludzi, ale przecież to jak z kibicami. Oberwie się i tym niewinnym. Jak to rozwiązać? Może szacunek? A może zwyczajnie już się nie da i wszyscy będziemy się przerzucać swoimi własnymi frustracjami?

Smutkami?

Nie wiem…

Ja będę się starać jak zawsze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Sezon… została wyłączona

Pan Tealight i Żołnierz Nieznany…

„Pukał.

Pan Tealight nawet miał teorię, iż w połowie mógł być dzięciołem… wiecie, różne rzeczy przytrafiają się ludziom w lasach, bardzo różne. A on jak pukał, to nie dość, że wkurzająco, rytmicznie, no i nie tylko w drzwi, to jeszcze na dodatek nie przestawał. Czy pił herbatę, czy jadł ciastka, rzadko, to jednak wciąż mu te palce latały po blatach, nogach, po łyżkach, kieliszkach, no po czym się dało.

Co wydawało dźwięk.

Nosz ile można.

Wiedźma Wrona Pożarta postanowiła ich w ogóle nie odwiedzać przez tego osobnika, który kilka nocy temu zapuka – no ba, jak inaczej – w okno kuchenne i oczywiście został wpuszczony. Bo przecież. To jego stukanie odkryli dopiero po nocy. Jak nikt się nie wyspał winiąc tego z boku, a potem, przy śnaidaniu znowu to usłyszeli… i już nie wiedzili, czy go związać, czy ino zabić.

Ale na dobre.

No i wtedy Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej – podsunął im dobry pomysł. Ten sam, który pozwalał mu wytrwać przy w miarę zdrowych, a może i li ino niepogarszających się, zmysłach… i dał im takie wtyczki do uszu, które uformowane mogły stworzył pewnego rodzaju tłuminiki. Może i by nie przestawał ruszać paluchami, ale wiecie, nie słyszeliby tego…

Spaliby.

Tylko jak mu to założyć… w końcu żołnierz. Wciąż czujny. Wciąż jeszcze gotowy, uzbrojony i tak dalej. No i wtedy Ojeblik – mała, ucięta główka, zrzuciła z Szafy Niepamięci ten wielki wazon, co go nikt nie lubił, a Dżin Pokręcony nie chciał… i życie znowu stało się lżejsze… mocno.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jestem niska.

Nie żeby to było coś nowego, czy w ogóle intrygującego. Nie jest to na pewno dla mnie problemem, wprost obsesyjnie uwielbiam być mała, ale… już jakiś czas temu zauważyłam, że widzę świat inaczej, niż większość ludzi. Że jakoś bardziej zwykle dążę ku ziemi, ku kamieniom, trawom i zaroślom. Jakoś tak spoglądam też w górę częściej, bo ci zwyczjaowo wysocy ludzie zwykle patrzą tylko przed siebie!

Zaskakujące jak to, w jaki sposób stworzyła cię natura, wpływa na twoje postrzeganie świata. I to nie w miejscu oczu, na przykład dając ci nierozróżnialność kolorów, ale właśnie wzrostu. Czyniąc cię lekko krasnalem pośród może nie gignatów.. chociaż czasem, jest taki jeden listonosz, no po prostu, mówię wam, czadowo wygląda, choć zwykle widzę wyłącznie sprzączkę jego paska.

No tak, nie wyżej, nie niżej!!! LOL

… może dlatego tak te kamienie?

… może dlatego tak te roślinki?

Może dlatego moje zdjęcia są inne? No bo są, nie oszukujmy się. Zawsze to inny kąt, zawsze niżej, choć czasem zdarza mi się wspinać i dziwnie balansować na płotach, tudzież głazach, czy innych osobnikach. Za zgodą obopólną.

Bez obawy!

Ale, no jestem niska.

To też oznacza, że dla mnie Wyspa wcale nie jest taka mała. Ale akurat to, jak się przekonałam, w rzeczywistości jest myśleniem wielu mieszkających tutaj. Już po roku czy dwóch nagle zmieniają ci się postrzegania odległości. Kiedyś spędzałaś w tramwaju godzinę by przejechać z jednego końca miasta na drugi, nawet i więcej czasem, i jakoś nie było to wielkie DALEKO… a teraz… teraz daleko oznacza kilka kilometrów.

Nie, nie oznacza to, że ich nie przejdziesz, ale…

Jak idziesz, zbyt natura cię napada i rozprasza.

Wyspa jest piękna.

Tego akurat powtarzać nie trzeba niby, ale jednak wciąż to robię, gdy ludzie pytają sie mnie gdzie mieszkam. W zależności od tego gdzie oni żyją i co widzą dookoła siebie codziennie, wiem co odpowiedzieć. Ale jak wytlumaczyć Wyspę komuś z Singapuru. Po tym jak już człek nawet obejrzy kilka dokumentów poczyta informacje, to wciąż…

Jak wytłumaczyć sprawę rybną?

Sprawę foczą?

Problemy z promami? No dobra, wiem, że milkinguję ten temat w te i wewte, ale wiem, że ci, co byli tutaj jeszcze za czasów Leonory, poczują się przynajmniej zaskoczeni. Mogą też poczuć się zmiażdżeni.

I to dosłownie.

Nawet moja nisokość jakoś czuje się na nowych promach zagrożona. Bardziej przerażona. kompletnie rozbita i dziwnie niezabezpieczona. Ciekawe, kiedy sobie skołuję dmuchaną łódkę, wiecie, tak na wszelki wypadek? Jak najbardziej byłoby to w moim stylu. Nic na to nie poradzę, wolę się zabezpieczyć z wielu stron.

Najlepiej wszystkich.

No dobra, dość tej nisokości, promów…

… zagłębmy się w ciszę, mrok, który w końcu nadszedł po 23ciej. A już niedługo nawet o tej porze będzie wciąż jasno… zapalmy świeczkę, bo tak, bo to hygge i pachnie ładnie… a potem chodźmy spać. Zdmuchując najpierw świeczkę. I może jeszcze plując na knota, znaczy palce, potem knota, no wiecie jak to działa z tym ogniem, zapałkami i całą oną starą szkołą palenia.

Czy teraz ludzie nawet to mają w internecie?

Jest apka na świeczkę wieczorną, jeśli ktoś nie może zasnąć bez migoczącego ogienka?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żołnierz Nieznany… została wyłączona

Pan Tealight i Baśń o Wyspie…

„Dawno, dawno temu…

Bo tak się przecież zaczynają takie historie, czyż nie?

No więc ono dawno, wiele powtórzeń słowa, temu, zaczęło się coś pod morską tonią dziać. COś pod głębiną, coś pod powierzchniami niewysławionymi… coś… i ono wielkie i nie do końca wyjaśnione wciąż, tudziez niewymagające wyjaśnienia ono coś, czy też wiecie, coś boskie idealnie, więc kompletnie utyskujące na każdą definiowalność i takie tam, więc… się zaczęło. Zaczęło na całego.

Bo jeżeli już o to chodziło, to nie mogło być inaczej.

Nie mogło być przerw, nie mogły zaistnieć zastanowienia się, zwolnienia, wszelakie planowania, szaleństwa niepewności. Zwyczajnie nie mogły. Nie było na nie miejsca, nie były w planie, po prostu od początku było wiadomo. Bez żadnego przelatujacego Diobła, co to mu się kamyczki znad Norwegii omsknęły, żadnych magiczności poza naturalnymi, wyłącznie z jednym zaklęciem, ale no po prostu ono musiało być, bez niego kompletnie i całkiem nie dało by się…

No nie…

I tak powoli, choć wielu chciałoby powiedzieć, iz w ciągu jednej nocy… jednej z tych tak bardzo jasnych, kiedy to ciemność właściwie nie nastaje, no może na sekund kilka, może na mgnienie oka, może…

Narodziła się.

Całe popierniczeństwo dolepiło się do niej później.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zły las” – … cztery? Ale jak to tylko cztery opowieści? No weźcie no. Oczywiście, że okładka, w ogóle cała stylistyka, rysunek, kreska, środek… spójne, czadowe i magiczne, ale tylko cztery opowieści?

Ale jak to?

No jak to?

Tak wiem, tylko cztery historie, ale jak zwykle świetne. Znajomi bohaterowie, ale jednak trochę inne opowieści, chociaż… chociaż i pierwsza zdaje się być znajomą, kolejna znowu to inna stona tej znanej, następna też, a ostatnia… no nie wiem. Nie żeby to nie było intrygujące, bo książkę się zwyczajnie polyka na jedno posiedzenie, ale…

… ale wydaje się, że autor się nie wysilił.

Smuteczek.

Bo przecież to, czego człek chce, to nie koniec, a ku temu widać seria zmierza, ale coś więcej, więcej początków jakichś. Może nowi bohaterowie? Może znowu więcej Północy, w końcu Autor zdaje się darzyć ją estymą? No nie wiem…

W ogóle będzie więcej?

Obciach za każdy razem.

No wiecie, jednak brudna plaża,czy raczej wątpliwa czystość wody, to mocna sprawa. Tym razem niesamowita Antoinette Strand w Ronne. Nie ukrywam, jedna z moich ulubionych miejscówek niezależnie od pogody. I do kąpania i do spacerowania… oczywiście najlepiej poza sezonem, ale… Ecoli jakoś człowieka zniechęca. I wiecie, wiecie jest w tym wszystkim jedna sprawa. Jedna bardzo ważna sprawa, iż te wszystkie bakcyle oni odkrywają po jakimś czasie. Badań nie robią raczej codziennie, zresztą nawet jeśli, to zawsze jest ta chwila, że mogłeś być w tej wodzie…

Mogłeś!!!

Ostatnie problemy z wodą w Hasle, teraz to, wszelakie i cykliczne szaleństwa jeśli chodzi o wodę na Balce czy Dueodde… kurcze.

Kiła!

No ale… otrząśnijmy się.

Lato za pasem. Turyścizna już nadchodzi. Oczywiście najpierw Niemcy. Ale w końcu, nie ukrywajmy, im to jakoś najłatwiej, najlepiej, najszyciej dotrzeć. I to pożądnym promem, a reszta, reszta to ma problemy. Zresztą i Molslinjen wciąż ma problemy. Wciąż pakują za wiele, wciąż nie udaje im się pływać, wciąż opóźnienia i overbooking, wciąż coś, gdzieś i jakoś… ale przepraszam nigdy.

Raczej: całujcie nas w kadłub.

To co na pewno już jest, to one jasne noce. Oczywiście, że nie jest to tak jak na Północy wielkiej i głębokiej, ale jednak, jest to dziwne. Człowieka rozwala strasznie. Kompletnie nie można się jakoś umieścić w czasie, ale przesrzeń się zgadza, więc wiecie… dzieje się, co nie? Ale do wody wciąż nic z tego. Zimno. Brrr… a jak ja mówię, że zimno, to znacyz, że coś jest na rzeczy. Widzicie, niby czasem słonko świeci i zdaje się być bardo wrząco, ale jak człek wylezie, to nagle kaptur na głowę i zakutanie…

Co to takiego?

Nie wiem.

Może tylko wiatr?

Bo wciąż wieje.

Wieje mocniej, wieje słabiej, a już wiecozrami zimno, brrr. Nie narzekam, te ostatnie lata dość mnie nagrzały, styknie na kilka lat, bez urazy! Ale wiecie, jakoś to dla nas dziwnie. A może człek zwyczajnie zbyt mocno przywykł do bolesności onej wrzącej wiosny i lata? I jesieni nawet?

No nie wiem.

Prawda jest taka, że wiosna wkroczyła już w ten przedletni czas. Zawilce dały ciała, wygryzione z lasow przez czosnek niedźwiedzi, ale za to sam czosnek rozpełzł się po Wyspie mocno i szeroko, silnie i głęboko pewno też. Już kwitnie!!! Ciekawe to wszystko. Woda w morzy kobaltowa z onymi zielonkawymi falami, które robią się od onych chłodnolubnych porostów czy wodorostów, które zdają się neonować spod powierzchni poruszanej, mizianej wiatrem. Na skałach oczywiście wciąż szaleństwa ptasie, więc warto uważać.

Ale tak w ogóle…

… wiecie, pięknie jest.

Drzewa się zazieleniły. niektóe straciły już oną wczesnowiosenną puchowatość. Wszystko jest takie pełne, w końcu horror vacui się człowiekowi jakoś tak uspokaja. Zieleń szaleje, pochyla się ku nam w powiewach wiatru, rytmicznie strzelają czasem gałęzie. Czasem coś człowiekowi smyknie spod nóg i wiemy, że one już tu są. I należy uważać, bo jedne gryzą i są jak najbardziej niebezpiecznie.

Naprawdę uważać.

Co do reszty, to trawy bujne się robią, kleszcze jak najbardziej też są obecne, więc uważajcie i na nie i zakładajcie długie gacie. A co. Lepsze one gacie, niż, wiecie, to, co może się wydarzyć potem, więc…

No ale… sezon nadchodzi!

Właściwie… już tu jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Baśń o Wyspie… została wyłączona

Pan Tealight i Tulipanówka…

„Nalewka.

Serio idealna.

Po prostu na wszystko!!! Na ból serca, na jego złamanie… na lekkie potrącenie, na wszelkie obtłuczenia, obłupania, a nawet, wiecie, na operacje plastyczne. Bierzesz kieliszeczek i ci rośnie, bierzesz dwa i się prościeje!!! Tu sobie podpuchnie, tam znowu schudnie, po prostu jak chcesz, tak się zadzieje…

Tylko dzięki niej.

Tulipanówce!

Nalewce na wyłącznie żółtych i krwistoczerwonych płatkach tulipanów zrywanych lewą ręką, koniecznie kradziejsko, z nieswojego ogródka, z pozostawioną oczywiście opłatą, niewielką, ale wystarczającą, specyficzną, ale i piękną, dostojną miejscami… wymaganą, ale nieoczekiwaną. Bo przecież… to magia.

Tylko ona.

A!

No i jeszcze ważne jest to, by tulipany, z których w końcu zostają ino płatki i kilka onych czarnych spiczastych środków, wrzucone były razem do szklanego baniaczka kąpanego w księżycowym świetle i słonej, morskiej wodzie, znaczonej zielonymi wodorostami… a potem zalane słodem z miodu, który zniosły czarne, leśne pszczoły i oczywiście alkoholem, na który przepis zna nazbyt niewielu, by go tutaj przytaczać. Wiecie, pewne sprawy muszą być sekretne… no i potem, zalane, zaklęte, zapieczętowane należy wsadzić w ocieniony pęd rzeki, która jest blisko morza, ale nie nazbyt blisko…

… tak blisko, by kąpały się w niej wróble, ale nie ludzie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na Wyspie mieszkają dziwni ludzie.

Specjalni ludzie.

Ci z pasją i wszelaką szaleńczością w niej. Niestety, jeden z nich odszedł. Ktoś by powiedział, że ojtam tylko takie tam autografy. No tak, ale ile! I z jakim poświęceniem. W końcu jak mieszka się na środku morza, to wiecie, wszędzie raczej daleko i skomplikowanie…

I tak ostatnio jakoś chodzi mi po głowie…

… że jeśli mieszkają tutaj, tudzież odnajdują prawdziwy dom wyłącznie wariaci mniejsi lub więksi, ludzie opętani pasjami, to tak naprwdę jaka bajka by się na Wyspie stworzyła? No wiecie, czy taka Syrenka Mała, czy jednak coś w wersji łabędziej? Babcia z Wilkiem raczej nie mieliby się gdzie schować, a Calineczka, no cóż, czasem mamy suszę, więc może być ciężko.

No i trzymanie w domu ludzi to podatki!

… więc jaka bajka?

Może o skale, która rosła i rosła i rosła, by w końcu stać się wyspą, Wyspą. Miejscem, które postanowiło zrodzić Bramę, której przekroczenie przenosiło każdego, kto zapłacił odpowiednio, niekoniecznie kasą czy złotem, ale może marzeniami i zmyśleniami, w miejsce ze snu? Ale można było wybrać wyłącznie jedno? I tylko raz zadecydować, po pięciu dniach, by zostać tam, lub wrócić do tego, co zwało się domem… tego ukochanego, najważniejszego.

Albo może chodziło o garniec skarbów największych, o których ludzie zapomnieli zagubieni pośród plastikowej bezduszności, który obrósł kamieniami i drzewami by w końcu pęknąć, gdzieś pod Wyspą… która nagle pojawiła się z mitycznego Nikąd i jakoś tak w niego uderzyła sprawiając, że one skarby oplotły ją, obciążyły i przytrzymały, i uwięziły właśnie tutaj, na morzu, pośrodku świata i światów?

Nie wiem.

A może wiem, tylko odpowiedź trochę mnie przeraża?

Bo może tak naprawdę to tutaj rodzą się bajki i baśnie?

Wiecie, wyłażą z fal, z jajek na najwyższych z drzew wyskakują… może i zrzucają je mowe, może i nawet czasem wyrastają ze śladów na piasku. Nawet tych ludzkich bardzo… ale wiecie, tylko z szalonych ludzi, pozytywnie szalonych.

Albo jest tutaj jakaś fabryka, czy coś i pracują w niej małe rączki i małe mózgi i jedzą wyłącznie czekoladę i żelki? I oczywiście mają one swoje małe rączki i nóżki i główki i ogólnie mówiąc… no dobra, może to trochę creepy, ale jednak, nie czepiajcie się tych, co tworzą bajki. Bo kiepsko będzie! LOL

Albo nikt nie ma wpływu na one bajki?

Po prostu wiedzą, że chcą być tutaj, tutaj dobre mają miejsce na mnożenie się i takie tam. I w rzeczywistości nikt z nas nie ma na to wpływu. Żadnego. Ale to nic a nic. Nie możemy wymyśleć zakończenia, nie dowiemy się co potem, ogólnie mówiąc to wszystko unosi się w powietrzu, kąpie, wszelako się zachowuje i tyle… czasem coś nas muśnie, czasem nawet może spojrzycie na opowieść i jakoś tak się w niej bardziej odnajdziecie i jeszcze może bohaterka będzie miała wasze oczy i jeszcze może włosy, albo twarz…

Bo baśnie, bajki i wszelkie opowieści tak mogą.

Bez pytania!!!

Kurcze… i nawet nam nie płacą.

No nie. Jak to nam nie płacą? Przecież nimi żyjemy, a może naprawdę żyjemy w nich? Chociaż prawą nogą? Albo nawet kawałkem półdupka? Kostką? Uchem może? Lub kciukiem?

Może tak naprawdę nasze kciuki mają lepsze życie niż my cali?

Z kciukami!? LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tulipanówka… została wyłączona

Pan Tealight i IamFejmous…

„No i tak jakoś…

Jakoś ostatnio porobiło się tych dziwnych, nowych bogów. Większość z nich może i znikała razem z mijającym trendem czy innym modem, ale niektórzy, niektórzy zostawali. I kurde, ale się puszyli!!!

Tych znikających, to nawet nikt nie żegnał, no może poza Wiedźmą Wroną Pożartą, która choć serca do onych obecnych czasów nie miała, to jednak wiecie, Bogowie Zapomniani, Porzuceni… zawsze jakoś miała serce dla onych bytów przez ludzi porzuconych, więc wiecie, no garnęły się do niej. Na przykład Bóg Dyskietek… serio, ten FloppyDisk. Ten, co go teraz dziwnie kojarzą ino z penwą niedoczynnością męskiego organu. No tego tam, wiecie, co winien stać, ale mu się może zdarzyć, albo zdarza, przytrafia, czy jakoś tak. Bóg od Kaset… o rany, ten to nawet był staruszkiem, razem z Boskim VHSem zawsze chodzili pod rękę i zrzędzili na to wszystko, o czym tak naprawdę Wiedźma pojęcia nie miała.

I mieć nie chciała.

Ale oczywiście dla niej wciąż oni bardzo Zapomnieni Bogowie byli najważniejsi. To im nosiła ofiary, to do nich się zwracała i powoli, dziwnie, jakoś tak, zaskakująco nawet dla nich samych, nie dość, że ich wybudzała to jeszcze była dla nich… jakoś tak, pokręcenie bardzo, no jest sławna.

Very Fejmous!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem…

Czasem, się zastanawiam jak to wszystko wyszło, tym bardziej, że to już ponad 10 lat. Kurde no!!! Jak to się dzieje z człowiekiem, że jak patrzy na siebie, na swoje przeżyte życie, to jakoś wszystko prowadziło go do tego miejsca. Nie było w tym żadnego przypadku. Zawsze żyło się na jakiejś wyspie, zawsze pragnęło odosobnienia pomijając bardzo dziwne i pokręcone eksperymenty dojrzewania

… i podojrzewania…

A;e jednak, czy człek myślał, że wyąduje tutaj… cóż, jakby to powiedzieć, jak najbardziej myślał, że coś go wykopie na Północ. Jakoś tak. Zwyczajnie. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale po prostu tak było…

No więc jest człek tutaj, w miejscu niesamowitym i tak dalej, pięknym, wzruszającym, magicznym, no i jest tutaj już sporą część swego życia. Tak sporą, że prawnik się nie czepi, że tu i tam go znają, a tam znowu w ogóle… ale jednak, wciąż jakoś człek ma dziwne sny na temat tego, że nie może dotrzeć na oną swoją wyspę jakąś… i w tych snach ta wyspa wcale nie jest Wyspą.

Wcale a wcale.

I wciąż go tak bardzo dziwi, że tak kocha i żyć nie może bez szumu morza, dziwnych wichur, rozbujanych fal i… no tak, to pewnie dość kontrowersyjne COŚ, ale jednak, taka prawda, że żyć nie może bez wrzaskunowania onych wielkich, utuczonych, białych, gigantycznych, sprytnych, szalonych mew!!! No tak, nie może. Bez wrzaskunowania ich i wron, bez tupania na dachu, bez bujania się nad żywopłotem, bez…

… onego dziwnego cienia nagle wyrastającego gdzieś nade mną, obok mnie, tudzież, ekhm, gdzieś w granicach wzroku…

Spooky, ale nie mogę!!!

Człowiek wie już czego chce… chyba?

A może w końcu?

Jednak?

No kurde, przecież w końcu chyba jakoś powinien, może nie tyle dojrzeć, czy coś w ten deseń, ale jednak jakoś już wiedzieć, czy chce się z prawej, czy z lewej strony? A może zwyczajnie wiedzieć czego się nie chce?

Bo jakoś to wydaje mi się najważniejsze.

Wiem, że ludzie mew nie trawią. Podobno bo srają, chciałabym zauważyć, że to taki mechanizm i raczej nie ich wina i człowieki palą i cuchną, no ale… tak, ptaki srają. Szczególnie jak podrywają się do lotu, więc szczególnie teraz, jak co roku nie poleca się odwiedzin zbliż blizkiego wybrzeża. Onego skalistego, gdzie mewy gniazdują, bo jak się poderwie taki strażnik, to nie tylko was obsra, ale i zaatakuje. Podobnie z wysokimi drzewami, których niewiele, gdzie gniazda mają wrony.

No bo coś skapnąć może…

Za to polecam jak najbardziej podglądanie ich, gdy przyłażą wam do gródka, szczególnie jak akurat zrobiliście oną rąbaną ziołową rabatkę i wysypaliście ją korą, bo przecież chwasty… no i przyłażą te małe kosy i wróble, i wszystko ino piz… ino lata wysoko, nisoko, ogólnie mówiąc dookoła bardzo.

No co… po oglądaniu trzeba posprzątać.

I tyle.

Ale spacery wybrzeżem totalnym na razie trzeba odłożyć na później. W końcu oczy podobno smaczne, czy jakoś tak…

No i ta kupa?

Ale wiecie co… nawet to mnie fascynuje. Wciąż od nowa. Że jakoś tak ona zmienność sezonów i Turyścizna, jakoś człowiekowi nie przeszkada. Znaczy pewno, co roku przeżywa szok, z samotności w tłum, ale jednak… to go jakoś tam odmładza i odświeża. Zadziwia. I choć już dawno nie rozumie reszty świata, to przynajmniej widzi, iż ona reszta świata istnieje. I tyle.

Ale sama Wyspa…

Codziennie mnie zadziwia.

Nawet jak się na nią wkurzam. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i IamFejmous… została wyłączona

Pan Tealight i Fluenserka bez In…

„Widzicie…

Wszystkim chodziło o ten jebany Pijar, a dokładnie o tego tłustego bożka oblepionego opakowaniami po pizzy, KFC i innych sieciówkach, ometkowanego, dziwnie ulizanego, ale też i w odblaskowych okularkach… koszulce z wielkim napisem, o którego genezie Wiedźma Wrona pojęcia nie miała, ale ona rozpoznawała wyłącznie Adidasa, więc co się jej dziwić. A wszystko oczywiście przez jej eksperyment, który sprawił, iż kompletnie się wyczłowieczyła z onego nie do końca już sapiensowego tłumu, i wiecie co, dobrze jej z tym było, ale ni ona nie rozumiała tego… nowego bożka, ni on jej nie kumał, więc dziwnie było. Bardzo dziwnie, tym bardziej, iż skurczybyk postanowił się zadekować w jej szopie pełnej wypoczywających obrazów.

I nie chciał płacić żadnego czynszu.

Uważał skurkowaniec, że zwyczajnie się mu to należy, bo ją gdzieś podlinkuje, gdzieś ją tam umieści, gdzieś jej rating zmieni i takie tam, co seryjnie Wiedźma w dupie miała. I to nader głęboko. W okolicach śledziony, czy wyżej nawet może… może i wykichała to, wypawiła… może…

A może jednak, jakoś to w niej zostało?

Może dlatego tyle tych zdjęć z niej wychodziło?

Może…

Może sama miała się stać Influenserką? Tylko niby czym miałaby ludzi fluensować. I to tak od razu downętrznie.

Czy można bez takich chirurgucznych bajerów?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Istnienie lisów na Wyspie od zawsze było podobno wielką tajemniczością. No wiecie, niby, że są, niby ich nie ma… Problem? No cóż, pojawiające się w sieci filmiki z lisem koło Olsker i kroczącą za nią sarenką są przecudne, sa zwalające z nóg, ale… wybite jakieś 30 lat prawie do ostatniego, wracające, moze przez czyjeś wypuszczenie, może nie… od razu zwołały rąbanych łowców. Wiecie, gości z psami, które to jaja mają większe niż ci co trzymają smycz.

I tak, wiem, że w takim miejscu zachowanie populacji wszelakich w pewnych ryzach jest ważne. Z ludźmi na razie się udaje, poza sezonem… ale lasy tną na potęgę, więc… widok liska, który kica sobie, no dobra biega, między zwalonymi pniami jest jak ten koala co to patrzy na ostatniego eukaliptusowego liścia w łapie, a dookoła niego same pieńki. Tak, to tyle jeśli chodzi o ekologię jaką was media karmią.

No i jeszcze Folkemodet.

Już się boję…

Ale nic to, bo przecież jest dzicz, tylko że ona znika, zanika, potrafią nocą zwyczajnie zniknąć drzewa i już. I jeszcze ta mgła przez tydzień… co jest nie tak? Co się zmieniło? A może to Rosjanie jednak odwierty walą, bo mgła zwykle tylko po naszej stronie Wyspy, więc teoria może być trafiona?

Rany Julek!!!

No ale… po tygodniu mgła zniknęła.

I przybył wiatr.

Nagle zrobiło się gorąco, potem zimno – w ciągu dnia – a potem, no wiecie, świat dalej się kręcił. Bo przecież on to robi. Tak zwyczajnie, nie bącząc na nas chyba kompletnie, chociaż, kto to może wiedzieć?

Ja nie.

No ale…

Z innych wieści, wykopki wszelako archeologiczne rozpoczęte.

Od czasu jak przeszłam z kopania w macanie, jakoś wiecie, z czasem człowiek zwyczajnie w końcu znajduje swojego konika i szaleje. No przecież każdy z nas tak ma. Nie kocha wszystkiego nawet w ukochanej cukierni. Proste. A to, co wyciągają z ziemi, to złoto, więc serio nie moja sprawa, chociaż… w odróżnieniu od ostatnich postanowień Izraela, który odmawia upubliczniania odkryć archeologicznych z pewnych terenów oraz, co dziwne, nazwisk archeologów… i nikt nie widzi w tym nic dziwnego i jakoś nikt kompletnie nie protestuje, bo jakoś Izrael jest święty i tak dalej, no wiecie, wybrany naród czy co tam… No mniejsza, u nas oczywiście z odkryć guldgruberów robi się sensację ogromną i całkiem publiczną.

Było nawet oficjalne otwarcie wykopu!!!

He he he!!!

Oczywiście wykop mieście się w onym najbogatszym, najbardziej soczystym, czarnym paśmie z widokiem na kurchany, więc znajdziecie bez innych wskazówek. Szczerze powiem, że mówienie tego wszystkiego w kraju, gdzie wolno latać z wykrywaczem mnie silnie wkurwia, bo ludzie są okropni, wszędzie niestety… nie jest odpowiedzialne. Z drugiej strony, ci co wiedzą gdzie kraść i tak wiedzieć będą, więc dlaczego niekradzący mają być odarci z onej mistycznej, archeologicznej otoczki?

A niech se idą i powyrównują wykop.

LOL

A tak w ogóle nasze muzuem narodowe miało urodziny!!! 212 lat. Trochę tych lat mają, nie ma co ukrywać. Tylko, czy w dzisiejszych czasach ma to znaczenie?

Naprawdę?

Już dawno zwątpiłam w homo sapiens sapiens, ogólnie ostatnio prorokuję odebranie nam onego drugie sapiens i wymianę go na sale albo black friday jakiś, no ale to wredna ja, co nie ma telefonu, więc się nagle okazuje, iż w Danii mam problem z podpisem! A tak, bez telefonu musisz mieć taką karteczkę z numerkami i tak dalej… i dziwne to, jak wszyscy wyciągają swoje pudełeczka z internetem w środku i kamerką, a ja… no ale to tylko sprawa bankowa podpisu elektronicznego i tak dalej, więc…

Czy ważna?

Nie, ale dziwnie się na mnie patrzą nawet jak robią to ino eletronicznie!!!

Czuję wasze spojrzenia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fluenserka bez In… została wyłączona

Pan Tealight i Faszjonistka Wiedźma…

„No serio, kto by pomyślał, ale przecież moda kołem się toczy, bo przywiązana na zawsze do szczebelków, osiek historii…

… więc no nagle ciemna, czarna, wroniasta wiedźmowatość okazała się być na czasie. Modna. Into fashion!!! A co za tym idzie, dziwnie zwyczajna i opatrzona. I wiecie co, wcale a wcale jej to nie przypadło do gustu. Na szczęście nie miała zboczenia torebkowego, czy coś w ten deseń, bo już by kompletnie przepadła, ale ona czerń. No dobra, nie łączyła jej z neonami czy skórką z leoparda, ale przecież ktoś mógł pomyśleć, że miała pod spodem… z drugiej strony, po kiego ma myśleć o tym, co inny sobie myśli… no naprawdę, należy zachować one czarne i krwawe spojrzenie na codzienność.

I przestać zwracać uwagę na innych.

Chyba, że gryzą, wtedy trzeba reagować.

Moda, co jak co, ale nigdy w rzeczywistości jej nie obchodziła. Dla niej okrywa ciała miała być czarna i bawełniana. I tyle. Czy jej było za dużo widać, czy za mało, miała gdzieś. Może i często na nią spoglądali dziwnie, bo czerń była na niej i zimą i latem, ale co tam, była jak zbroja. Była jak ów magiczny pas, jak odpychająca pociski tarcza, jak znak… nie podchodź. Jak grzechotka u węża…

Nie działała tak jednak.

Może to przez oną właśnie modę?

Wiedźma Wrona mody serio nienawidziła. Ciuchy w końcu już od dawna przestały być miarą stosunku kasy do osobowości, poprzez inteligencję i robotność, podniesioną do potęgi niewidocznej. A ona sama, zwyczajnie, miała być tylko i wyłącznie sobą. Nawet w mokrej koszulce i gaciach.

A nie modą…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Magia niszczy” – … no dobra. Przewidywalna, ale jednak znajoma, zabawna, a tatuś jak dla mnie mega!!!

Będzie się działo na pewno!!!

No dobra, to nie jest powieść wybitna. To seria czysto rozrywkowa, z całą gamą sierściuchów i magii w tle. Czasem wydaje się człowiekowi, że ów sławetny duet autorski, bo tak para to pisze, wyczerpała pomysły, ale tu się kogoś zabije, tu kogoś zmieni, tam znowu wprowadzi i wiecie co… i znowu człek jest zaintrygowany.

Znowu to go kręci.

Bardziej, bo tak naprawdę, to kręcą mnie pisania tego duetu zawsze. Jakoś tak. Nie nudzą. Chłopy są tu chłopami, baby babami i to niezależnie od preferencji seksualnych, wyboru uzbrojenia i tym podobnych. Ich bohaterowie zwyczajnie są namacalni, dziwnie prawdziwi i każdy znajdzie kogoś dla siebie, a może i lekko przerażająco odbicie sąsiada zza płota… wiecie, to może przerazić. LOL

Tym razem Tatuś w końcu się pojawia.

I gra zarazem sie rozpoczyna na dobre, ale też i w pewnym sensie kończy, bo wiecie… teraz już wszyscy wiedzą.

Warto jak zawsze.

Warto od pierwszego tomu.

Nadal mgła.

Serio.

Tego jeszcze nie było, żeby mgła, havgus i pierun wie co jeszcze zalegały przez kilka dni na Wyspie. I to nie tak, że wiecie, się przesuwa, nie, zalega ścianą. Dziwnie wrzącą i lepką, ale i zimną przerażająco w tym samym momencie. Temperatura skacze, mgła nagle przesuwa się znad pola i zaczyna nas podgryzać…

A przynajmniej tak się wydaje.

Mury zdają się nią nasiąkać, ale każde otwarte okno, szpara nawet, wpuszcza ją i pozwala jej rosnąć. Czym jednak się ona karmi?

Myślami?

Marzeniami?

A może jednak to one mityczne duchy niespokojne, które kolejną w tym sezonie pełnię otrzymują? Może coś więcej się dzieje, może ona niepewność w powietrzu i dziwny smutek z czegoś się biorą? A może… dziwnie się patrzy na lampy świecące i tak naprawdę nie dające światła. Na tę dziwną, zadumaną, może i zagubioną, poświatę unoszącą się ponad trawą i drzewami…

Dziwną?

A może zwyczajną?

Może tak naprawdę już tak zostanie? Może nie będziemy widzieli dalej niż te 10 metrów. Może jednak naprawdę to tak zostanie? Może…

Czemu nie?

Świat jest taki miękciejszy… jakiś taki bardziej, nie, wcale nie samotny, bo choć dźwieki nagle wszelkie zniknęły, nawet morze milczy, nawet deszcz jeśli się pojawi nie tłucze o oknai dachy… nawet sąsiad, ni auta ni roweru, ni nawet, jakoś tak, zbędnych myśli i pragnień, ni niechęci, ni czegoś niewytłumaczalnego.

Mgła.

Tak właściwie, to dziwne zjawisko, ale to tutaj jest jakby istotą rozumną. Czymś, co wykracza poza wszelką myśl i badanie. Kimś.

Nawet może i więcej.

Nawet…

Bo przecież ten kłąb wyciąga dłonie, członki swoje i chce naprawdę cię objąć. Chce ci uświadomić, że przecież jest częścią tej ziemi, tej Wyspy. Jedną z najstarszych. Bytem, bóstwem, siłą.

Oczywiście, że problemem jest to, że trzeba skołować chleb, a on daleko, więc… więc jak dotrzeć do chleba, gdy wszyscy jeżdżą jak wariaci? Nawet w takich warunkach? No nie oszukujmy się!!! Lekko strach, ale na piechtę, to zajmie cały dzień, rowerem też strach, zostawisz go gdzieś, mgła okryje i nie znajdziesz…

… a co, jeśli sam się zgubisz?

Gdy nie ma dźwięku wołającego cię ku brzegowi, masz przegibane.

Ale może i warto, wiecie, dać się porwa mglistości? Bo ten świat jest bolesny i straszny, a mgła, wydaje się być, a może i jest, przyjaznym tworem. A jakby co, to przynajmniej zgon będzie szybki. I miękki zapewne. Co w tym złego? I może jeszcze, może jeszcze będą sny już po, świat inny po tym świecie?

Może?

Zbyt wiele dzieje się z człowiekiem, gdy havgus tłoczy się i buzuje, ale taki, ścienny, nie, to coś całkiem nowego.

Może to kolejna zmiana klimatyczna?

Ale kurna, jak mi pranie wyschnie? No w tej mgle skwaśnieje od razu! Potrzebne mi czyste gacie!!!

Naturo!!!

Pranie!!!

Chociaż z drugiej strony ona wilgoć tak zbawienna, dziwna żółtość totalna unosząca się nad polami rzepakowymi, te krople wszędzie, one tropiki przemieszane w północnymi aromatami… no czyste szaleństwo. Nie wiem o co chodzi, ale tego tutaj jeszcze nie grali. A nawet jeśli, to nie aż tak długo…

… przez tyle dni!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Faszjonistka Wiedźma… została wyłączona