Nieludzie i człowieczki…

Oj jakoś po prostu no nie mogę… oderwać się nie mogę od tej książki. Tu mnie korci, tu mnie nęci, tu mnie wkurza, że nie wiem jak to się wszystko skończy, korci przeczytać ostatnią stronę, ale z drugiej znowu całe te definicje nieludzi i ludzi tak pokrętnie, powoli dozowane, że zwyczajnie… NO UTONĘŁAM!!!

„Z miłości do prawdy” Kariny Pjankowej to fantastyczna kryminalna fantasy z nutką politycznych tajemnic, oraz intrygującą, poprawą i zgodną z wszelkimi normami prawa tamtego świata, bohaterką. Bohaterką młodą, której wielu niedocenia, ale wyposażoną w dobre geny, fantastyczne rodzinne naleciałości oraz własną, wściekle ostro doprawioną osobowość.

Początkowo prosta sprawa intrygującego nieludzia, staje się dla naszej bohaterki nie tylko niebezpiecznym spacerem po linie, ale też wystawieniem się na totalny ostrzał i to z najwyższych pozycji. Czy dziewczyna sobie poradzi? Czy będzie w stanie walczyć nie tylko z tym, którego niewinność udowodniła, a który z checią ukręci jej łeb, ale także właściwie z całym światem. Bo i przyjaciele odchodzą…

Karina Pjankowa oferuje dobre fantasy. Czyste kryminaltango, które jednak nie podaje wszystkiego na tacy. To powieść, do której trzeba się przekonać, polubić i wleźć do środka z buciorami. Choć mieć jakąś broń na podorędziu, ale i dobre zaklęcie! Postacie ostro zarysowane wcale nie domagają się uwagi, wprost przeciwnie, pragną anonimowości, przez co każdy z czytelników staje się detektywem. Holmes’em, który sam musi dotrzeć do wiadomości dotyczących opisywanego przez autorkę świata, różnic społecznych i zawiłości politycznych.

Mnie wciągnęła, ale to całkiem inna powieść niż poprzednia tej autorki, czyli: „Prawa i powinności”. Nie pozbawiona nutki humorystycznej, ale nadzwyczaj twardsza, pełniejsza i dla wielu może nazbyt niepełna. Jednakowoż mój umysł bawił się doskonale, a na każdą kolejną historię… czekam.

A teraz z innej beczki 🙂 Wygrałam kartkę!!! Cudną, sama sobie wybrałam, ale raczej chciałam podkreślić jej wykonanie… i zareklamować stronę Poczty Kartkowej!!! I nie tylko dlatego, że urodziny już za dni 11 😉 ale dlatego, że na stronie jest świetna akcja siepomaga.pl!!!

Wyślijcie kartkę do Mateusza!!! za darmo!!!

PS. WYGRAŁAM!!! Takie nagrody za pisanie cenię sobie najbardziej.

„Wstając rano wiem, że są rzeczy, o których nie tylko filozofom, ale nawet mi się nie śniło. Fascynujące twory przyrody, wizje i tzw. zbiegi okoliczności, paranormalne przygody i to wszystko co oznaczamy jako: los, przeczucie, przeznaczenie czy też instynkt. Kobiecość wyrywa się do wizji świata innego niż ten, który podają media. Wierzy, może nazbyt łapczywie i ckliwie, że zwyczajnie musi być inaczej. Nie moze być tylko owo tu i teraz, ale też to co nieuchwytne, niedefiniowalne…

Są takie rzeczy.

I w ten sam sposób można kochać za bardzo. Kochać tak by zagubić samego siebie, oddać się miłości, drugiemu człowiekowi… choć to wcale nie musi być człowiek. Ja za mocno pokochałam Wyspę. Ot zbiór kamyków na morzu, a czuję się jakbym bez niej nie oddychała, nie istniała, nie była… Czy kocham za mocno? Na pewno. Oddałam jej wszystko, zapomniałam o sobie… ale Ona wie o tym i powoli, z punktu widzenia większej mądrości, składa mnie na nowo. Bo czasem miłość to dziwny proces leczenia.
Kochać człowieka za mocno? Tak, ale lepiej nie tracić siebie. Choc co ja mówię: „Kochać za mocno” nie można kontrolować, to się po prostu dzieje. Wali człowiek piorunem, nagle nic nie jest ważne, tylko ten KTOŚ. Jeżeli i ta osoba kocha, wtedy mamy opowieśc o dwóch połówkach jabłka, jezeli nie… życie przestaje być ważne.

Można kochać za mocno… ale przetrwać takie kochanie jest trudno.”

Nagrodą jest książka Magdaleny Zimniak „Willa” 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

SEN PIERWSZY…

„Przez senną otoczkę słyszę szum strumienia. Jest gdzieś niedaleko. Jego srebrzysta pieśń jest niezmienna, wtacza się we mnie, zastępuje złe myśli. Niesie ze sobą czystą niewinność i stałość.

Pomaga mi.

Otoczyła mnie przezroczysta ściana, która uformowała wokół mnie kulę, jednocześnie nie odcinając dopływu powietrza. Zamknęła mnie, nie dopuszcza zła i grzechu, brudu i wszechobecnego cierpienia.

Jestem w niej doskonale wolna i zależna tylko od siebie. Sama kieruję jej torem, a ona unosi się nad wilgotnymi, zielonymi liśćmi drzew, z których powoli skapuje słodka soczystość karmiąc to, co pod nimi.

Kula wiruje, kierowana moimi niewypowiedzianymi pragnieniami opada niżej … i niżej.

Lawiruje pomiędzy pniami i chwytliwymi ramionami poszycia, by w końcu lekko opaść obok strumyka, tego samego, którego głos odebrał mnie rzeczywistości.

Mimo ścian kuli czuję miękkość trawy i miły mrok cienia. Czerpię swobodnie wodę ze strumyka, a ona orzeźwia moją duszę. Jej idealny smak i chłód uzdrawia moje członki. Bicie serca, napełnione migotliwą czystością roznosi się po całym ciele, docierając do najbardziej ukrytych zakątków. Cieniutkie pasemka żyłek pulsują życiem, a zmysły nabierają dziwnych mocy.

Oczy widzą już nie tylko to, co inni chcą pokazać, uszy słyszą nie tylko to, co inni chcą powiedzieć… stopy wiedza, że dotrą w miejsca nieznane nikomu, ręce muskają trawę i wiedzą, że jest ona niepodobna do innych.

Zasypiam we śnie… Moje ciało układa się wzdłuż strumienia, ale czy śpię cała ?

Jakaś cząstka mnie samej wybija się z ciała i wędruje do góry. Jest jak migotliwa iskierka, która jak anioł pilnuje snu i rośnie… Najpierw powoli, niezauważalnie, potem już szybciej i szybciej… Gdy jest już tak duża, że przykrywa niebo… pęka, a z jej milionów cząstek powstaje płaszcz, który kopułą zapewnia mi bezpieczny sen.

Nie widzę tego, ale wiem, że tak właśnie jest.”

„SEN PIERWSZY”  z tomiku „SENNNNE MARY”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pożarta Przez Książki i wrony…

„Pan Tealight dobrze wiedział dlaczego przez cała zimę, a i cząstkę jesieni, zbierał pieczołowicie małe kawałki gałązek, piórka, puch i lekkie szmatki. Nawet teraz idąc do swojego „Sklepiku z Niepotrzebnymi”, gdy potknął się o spory konar, pomyślał o nich.

WRONY.

Ech, były tak samo jego, jak Sklepik, który, nie oszukujmy się, był właściwie nader komplikowanym, aczkolwiek rozbrykanym i rozpieszczonym, w pełni samowystarczalnym organizmem. Bytem, który czasem pozwalał mu myśleć, że mają coś wspólnego i są sobie nawzajem potrzebni.

Zamyślony kopnął konar i podniósł odłamaną gałązkę. Nawet nie doniósł jej do składziku. Wrony już tam były. Zatrzymała go przed Sklepikiem rozszalała, ruchoma chmura szarości, czerni i kobaltów. Jakieś skrzydła wyrwały mu drewienko z ręki i oddaliły się niosąc ze sobą tylko szum, niepewność i wielki pośpiech.

Pan Tealight obrócił się i zmrużył oczy, które nie istniały. Odbudowa zniszczonych przez zimowe wiatry gniazd, miała się dobrze. Wrony pracowały cierpliwie, czasem tylko przysiadając w głównym, wielkim gnieździe spotkań, które na szczęście ocalało. Ocalało wraz z najważniejszymi pamiątkami i Najstarszą z Wron. Pomachał, choć jej nie widział. Musiała tam być.

To jedno się nie zmieniało nigdy…

Dobrze, że Pożarta Przez Książki dostała jakąś przesyłkę, pomyślał. Wiedział o tym, gdyż było wystarczająco cicho i mniej niż zwykle depresyjnie, a to oznaczało o wiele mniej znerwicowane eksponaty w „Sklepiku z Nieporzebnymi”. Pan Tealight wciąż nie rozumiał, dlaczego całe jego życie zmieniło się przez jedną, wronią wiedźmę… I jakoś nie spiedzył się do owej wiedzy. Choć zdawało się, iż ona puka i wszelkimi dostępnymi jej metodami stara się zwrócić na siebie uwagę, uprzejmie negował jej istnienie. Tak było lepiej. I to z tego powodu odwrócił się dyskretnie, gdy zza węgła Sklepiku wychylił się Chochel – chochlik pisarski wroniej wiedźmy. Jak zwykle ubrany w za duże majtki, zapewne należące do wiedźy Chowańca Wątpiącego, chochlik niósł coś opiekuńczo w ramionach. Pan Tealight odetchnął głęboko i grzecznie, choć stanowczo, odsunął od siebie pragnienie wiedzy i z ulgą przyjął świadomość pełnego niezrozumienia otoczenia, w którym ostatnio przebywał.

Mała, odcięta główka, zwykle tocząca się wokół jego stóp zgadzała się z nim w pełni. Tej większej pełni.”

PS. Niespodziankę dnia dzisiejszego funduje nakanapie.pl.

PS2. Wygrałam… 🙂 dziękuję Wydawnictwu MG.

„Mój ogród…

On nie jest do końca mój, ale gdy go mijam, a staram sie robić to jak najczęściej myślę o tym moim. I domu, który będzie chronił. Bo tak będzie. Każdy musi mieć dom, każdy zasługuje na tę oazę bezpieczeństwa… a ogród, jakikolwiek, może taki właśnie, pełen niepewności, piękna odchodzących róż… będzie stał na straży potrzebnej czasem samotności. Będzie ową ostrożnością, ochroną, barierą, przez którą przejdą tylko ci chciany, potrzebni i pożądani.

Sitem, może łapaczem snów?

Tym co pozwoli ludziom cieszyć się nim, ale przede wszystkim chronić.

…i miejscem by czytać… przeżywać przygody mimo upływu lat, choć wielu uważa, iż to „nie przystoi w tym wieku”… i by zawsze był tam ktoś kto kocha, ramię by się oprzeć i dłoń by ją pogłaskać… i pies…

Chepcher Jones”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Ptaki…

Jakoś tak mam. Zresztą kto tak naprawdę jest w stanie pojąć owe wszelkie koleje, koleiny i zwyczajowo niezwyczjne zakręty losu? Bynajmniej fakt jest taki, iż owa kolistość życia i przeznaczenia, istnieje. Częścią niej są (akurat w mej skomplikowanej miejscami płaczliwie i nader splątanej rzeczywistości) ptaki… tudzież obiekty ożywione, nader latające. W moim życiu chodzą trójkami, jak wiele rzeczy. No taki wiecie mam widać metabolizm, który w dzioba na tłuszcz nie działa…

W skład bynajmniej owej magii wchodzą: WRONY – jakżeby mogło być inaczej, NIETOPERZE – okej nie ptaki, no wiem, oraz… SOWA.

Wydaje się to być dziwne, bo zamieszkując większe skupiska ludzi, bloków, hałasu i smrodu – czyli miasta, nie powinnam widzieć akurat tych osobników razem, a jednak. Aczkolwiek sowę pierwszą na Bornholmie, choć on niby naturze bardziej przyjazny, zobaczyłam w całej okazałości wczoraj w nocy. Zapukała… patrzyła się, siadła na samochodzie, a potem poleciała. Ile w tym było mistyki i tajemniczości? Magii, animizmu czy też zwyczajowej siły natury.

Oj no moc wielka.

Sowy nigdy nie były dla mnie zwyczajowymi mieszkańcami przestworzy i lasów, potrafiącymi kręcić głową i patrzeć tak, że korzonki łaskotały.

Co zwiastowała ta sowa?

Czyją duszę niosła?

Dlaczego tak mnie telepie? Boję się znaleźć odpowiedź na te pytania, może wolę nie wiedzieć, ale przecież i tak w końcu będę wiedziała, więc…

Niespodziankę dnia wczorajszego sponsoruje, nie po raz pierwszy, Księgarnia Internetowa GANDALF 🙂 Oj pewnie, że to konkurs był, na którym to udzieliłam dosyć żałosnej wypowiedzi, ale za to mam książkę 🙂 A dla książek zrobię… no nie oszukujmy się, zrobię wszystko. Czas zacząć żyć z ową świadomością.

Wynik mojej żałosnej żałościwej i nader smętnej wypowiedzi, to tomiszcze spore: „Srebro” Steven Savile.

Na pocieszenie KRÓWKI!!! Polskie i z Irlandii, ale Wam mówię ten świat jest kurcze dziwny, co nie? Idę poczytać „Z miłości do prawdy” 😉 A Wam polecam konkursy z okazji urodzin DUŻEGO KA, czyli POTENTEGUJCIE REDnacza, poczytajcie mądre rzeczy, pośmiejcie się z tych głupawych, pozdrówcie Docenta, Ryśka, Off-siki i Mistrza 😉 nie zapomnijcie o Dziadku Jacku toż to postać lepsza od Wędrowycza!!! Ale nie duście Baloona, co będzie jak pęknie? 😉

PS. Ku pamięci popełniony wczoraj wierszyk:

„Jesteś dla mnie wszystkim
nad wszystko Cię kocham
chociaż trzeba przyznać często strzelam focha.
Ciągle Cię doceniam,
skrycie należycie
…bo ta moja kobiecość jawna nieprzyzwoicie.
I chociaż czasem płaczę
czasem stroszę piórka
To pamietaj, że jesteś dla mnie niczym owa chmurka.
Ta, która ochrania przed zbyt wielkim słońca promieniem
która sprawi, że światło ładnie okala mnie spojrzenie.
Jesteś moim słońce, a może i niebem
chociaż do aniołków daleko mi bez Ciebie.
Kocham Cię na tyle by dobrze wiedzieć,
by zawstydzona szybko to powiedzieć…
No że zamiast kwiatka, wolisz Mój Miły
soczystego kotleta, więc go masz w tej chwili :)” – konkurs Poczta Kartkowa
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Mumie mumie mumie…

Pamiętam je.

Mumie.

Zamknięte w szklanych gablotach, odarte z amuletów, zaklęć i bogactwa grobowców. Pozbawione godności, ale jednak przesycone spełnionym pragnieniem wiecznej nieśmiertelności. Magia imienia w wielu z nich wygasła, ale wpatrujące się w przestrzeń, zwykle puste oczodoły, niosą w sobie jakąś tajemnicę. Wyglądają jakby czekały i obserwowały czas.

Wszyscy pobiegli z wywieszonymi jęzorami pomnacać choć aparatem złoto faraonów, a ja siedziałam otoczona mumiami. Słuchałam jak szepczą między sobą w języku, którego brzmienia tak naprawdę nikt nie zna. Były dla mnie największym skarbem.

Tess Gerritsen tak naprawdę nie pisze o mumiach, ale o umiłowaniu śmierci. O jej pragnieniu i czci, jakiej wielu jej oddaje. O dumie z tego, że ręce plami krew, a szczęście buduje się na bólu innych. „Mumia” wciąga, jak zwykle autorka przerzuca nas pomiędzy kilkoma głównymi bohaterkami, zmuszając, byśmy odgadli jakie zło czai się w ich cieniach. Jakie demony przeszłości mają wspólne?

Kto sprawił, że ścieżki ich żyć musiały się skrzyzować właśnie teraz…

Co tak naprawdę skrywa cień, kto pragnie śmierci kobiet? Jak wiele tajemnic kryje każda z nich?

Świetna jak zwykle! W końcu coś z jajami!!! a nie kurna ino te aniołki, fyrt fyrt fyrt 😉

Za to niespodziankę dnia dzisiejszego sponsoruje Prószyński i Ska 🙂 Bardzo dziękuję za piękną nagrodę. Parasolka po prostu sprawiła, że z wiosenną radością, filuternym uśmiechem i niezwyczajnym dla mnie podskokiem, pofrunę, jak tylko słońce pozwoli, nad morze i zwyczajnie wykorzystam jej fascynującą barwę. A książką… cóż na „Prawo matki” Diane Chamberlain zwróciłam uwagę poprzez porównanie do powieści Jodi Picoult, którą bardzo sobie cenię.

PS. A to z wczoraj 🙂

Kobietą być fajnie jest,
bo choć się złoszczę pachnę jak bez.
Moje szaleństwo jest wiedźmowate
i myśli mogę mieć kosmate.
Wolno mi też zwalić wszystko na hormony,
……a wiecie, czasem dzień umie być szalony.
Nieważne czy piękna bardziej czy mniej,
kobiecość zawsze jest w cenie wysokiej!
Mogę być zmienna i mogę stała
i wcale nie muszę być doskonała.
Bo jestem babą i wolno mi wszystko!
Choćbym chciała zostać… brydżystką!

no i recenzja „Wybranka Kusziela” – staruszka 😉

A! ODLICZAJĄC DO URODZIN… ZOSTAŁO NIECO PONAD 2 TYGODNIE 🙂 I ZNALAZŁAM TO I TO 😉 CUDNE 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 3 komentarze

Znikam i pojawiam się…

Znikam, a potem nagle się pojawiam. Sama ze sobą do ładu nie dochodzę. Miotam się między opowiadniem dla PROJEKTU ZWIERZAK, a recenzjami i kupą innego pisania, które muszę wypatroszyć z głowy – no i są jeszcze obrazy, a dokładnie jeden.

To czyste szaleństwo. Nie wiem czy zostawić drobinkę grozy, gotyku i plastyczności, czy pójść w humor?

Nie wiem…

Wiem, że wychodzi mi coś nader osobistego, symbolicznego… może tak to zostawić?

Mamy zdecydować same. My Trzy. Widzieliście kiedyś trzy baby dochodzące do wspólnego wniosku – jezeli nie chodzi o mszczenie się przewrotne i metody tortur? Bo ja jakoś mam wątpliwości 🙂

No nic, trzeba pisać. Usunąć z głowy te postacie, wydarzenia i wrażenia… jakoś zmyć z siebie to co już wymyślone, udostępnić miejsca temu, co się kształtuje. Takie wiosenne porzadki, jak nie patrzeć czas na nie!

Wczoraj za to dostałam nagrodę z Portal Kryminalny. I cieszę się niezmiernie 🙂

Tym bardziej, że był to full suprajs, bo nawet nie wiedziałam, że wygrałam. Chyba muszę sobie zapisywać konkursy, w których biorę udział. Książka to: „Mężczyzna o twarzy mordercy” Matti Ronka.

A dziś jeszcze nakanapie.pl z samego rańca miało dla mnie dobrą wiadomość, więc bierzcie udział w konkursie, to może wygracie 🙂

CO DO KSIĄŻEK… Skończyłam „Objęcia nocy”… chyba czas na „Mumię” Tess Gerritsen 🙂 Jakoś mam dość tego, że ciągle ktoś staje się wilgotny i rozpalony namiętnością… nie myślałam, że tak można, ale serio, DOŚĆ TYCH OBCYCH PENISÓW!!! Chcę umarłych i dobrze wysuszonych!!!

Powszechny Spis Książkowej Ludności dobrnął do pozycji 1509.

WSZYSTKIM KOBIETOM ZNANYM I MNIEJ ZNANYM MI…

ABY WSZELKIE KREMY, MASECZKI I INNE SPECYFIKI DOBRZE DZIAŁAŁY

BY ZAKLĘCIA SIĘ NIE PLĄTAŁY I ODPOWIEDNIO CELOWAŁY,

BY KĄŚLIWE UWAGI OMIJAŁY NAS SZEROKIM ŁUKIEM,

A RĘKA SPRAWIEDLIWOŚĆI SPADAŁA NA INNYCH Z HUKIEM.

BY NAS CZYCONO CZY TO NOC CZY DZIEŃ… A SEN KAŻDY CUDOWNY SPEŁNIAŁ SIĘ W SŁOŃCA CIENIU…

BO JAKO KOBIETY CHOĆ CKLIWE, CHOĆ SILNE, CZASEM JESTEŚMY KOMPLETNIE NIEMOBILNE, WIĘC NIECH NAS CZASEM PONOSZĄ NA RĘKACH, BO SERIO… BYCIE BABĄ TO CZASEM UDRĘKA!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Jestem wiedźmą…

W 1652 roku na Bornholmie zapłonęły stosy… Spoglądając na ten tekst z dzisiejszego punktu widzenia – nic dziwnego. Co roku na Sct. Hans Dag płoną stosy w każdej większej, lub prozaicznie większej osadzie – wiecie taki wyspowy punkt widzenia, tutaj rozmiar to rzecz doprawdy patriotycznie względna.

Jednak wtedy spalono Anne Boel. Dokopię się do tych wiadomości, oj muszę! Choćbym się miała zadławić duńskimi gardłowymi – a w temacie to kartkę dostałam… dziwny ten świat, dziwny.

TROLDDOM – JEG ER TROLDKVINDE!!!

I jako wiedźma prawdziwa miałam tej nocy odpowiednią lekturę… bardzo erotycznie nastawioną, oj bardzo 😉 Ale przyznam, że pomysł niezły, może już pod koniec te penisy mnie zaczęły nudzić, ale pomysł kapitalny.

Kocham walkirie!!!

A teraz „Supełek – co? audycja dla młodszych słuchaczy” 🙂 oj wspomnienie z dzieciństwa i nie tylko 😉 Wiecie czasów radia i kaset magnetofonowych!!! Taka tam starożytność. Bynajmniej teraz czytam… no cóż zostaję w temacie 🙂

Nadchodzą „Objęcia nocy” Sherrilyn Kenyon.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pisanie Pożartej Przez Książki…

Dlaczego?

Zastanawiacie się czasem dlaczego i po co? No po kiego grzyba to całe pisanie, wyrzucanie z głowy przeróżnych historii… w moim przypadku raczej wstydliwe, no i uparcie niechętne, dzielenie się tzw. przejawami własnej twórczości…

Czy w pisaniu ważne jest tylko opróżnienie głowy, i to po to, żeby zapełniły ją kolene postacie i wydarzenia, szalone historie oraz twory, których sama nie ogarniam… Albo te recenzje, na co to komu?

Przecież i tak nikt tego nie czyta.

Dlaczego się tak nad sobą użalam i samobiczuję? No dobrze lubię blizny i jakieś ślady masochizmu w sobie mam, ale… wszystko przez „Julie & Julia”. Czytał ktoś książkę? A znacie te przepisy? Bo doła łapię na filmie, gotować nie lubię, ale tej lasce tak fajno idzie pisanie bloga. Z drugiej strony pisanie go w 2002 roku raczej było czymś intrygującym i nowatorskim, dziś każdy ma bloga…

A może ja czegoś nie rozumiem, często tak jest, widać dziwna budowa genetyczna nie absorbująca tzw. nowoczesności poza urządzeniami w łazience, to ja 😉 Może w tym całym „blogowaniu” jest coś jeszcze, jak ZARABIANIE?

Ale ja nie jestem dobra.

Za to z fajnych wieści, po nocy spędzonej z książką: „Żona Mormona” Irene Spencer, kapitalną, pełną, prawdziwą, wstrząsającą, choć nie dla każdego… rankiem powitały mnie krasnale prosto z Wrocławia 🙂 wygrane i cudownie fascynujące w swym wielowymiarowym świecie. Teraz tylko dogadam się z Nissenami, czyli krasnalami z Bornholmu i na pewno coś zamotamy 😉 Książkę o ponadczasowej miłości, którą rozdzieliło morze?

A na razie do roboty. Recenzje trzeba napisać z 3 tomów „Błękitnokrwistych” i „Żona Mormona”, a do czytanie na noc biorę sobie JEGO…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

Pan Tealight na wiosnę, czyli zwierzak…

„Pan Tealight wyczuwał nadchodzącą Wiosnę. Pora już była odpowiednia, ale jak zwykle trudno mu było żegnać się z Zimą. Miłość nie wybiera… więc i Pan Tealight postanowił, że nawet jej nie będzie pomagał. Jak się ma miłość zdecydować, to niech sama sobie z tym radzi, a co…

Należy być twardym, chociaż… tutaj ze smutkiem rozejrzał się po zawartości „Sklepiku z Niepotrzebnymi„, Wiosna wymagała poświęceń. I więcej starając się nie myśleć o miłości, wziął się za wiosenne porządki. Owe postanowiły nie być dłużne i wzięły się za niego. Nie chciałty byc tak brutalnie brane tylko z tej okazji, że wiecznie zielona Wiosna postanowiła wrócić z wakacji.

Przetrwanie ponad wszystko.

A takie ładne kotki z kurzu się wylęgły i z pajęczyn po prostu koronki udziergano. Trolle ofuknęły Pana Tealighta, gdy ten zbliżył się do ich szafki i tylko odwróciły się na drugi bok, krasnale czmychnęły pod piecyk, główka, zwykle kręcąca się dookoła jego stóp umknęła przed polerującą szmatką… a w całym „Sklepiku z Niepotrzebnymi” zabrzmiał wspólny i obopólnie wzmacniający cierpienie wszystkich mieszkańców, tudzież lekko głaszczący ich plecki – jeśli takowe z definicji posiadali… JĘK.”

Ach, współczujemy, umykając przed porządkami… i myslimy o PROJEKCIE ZWIERZAK. Może tak sówka? Ta powyżej jest cudna i przybyła dziś. Po prostu miodzio super i hiper, bardzo polecam zakupy w ROSEMARY’S MANUFACTURE. Świetna obsługa, wszystko jasne, klarowne, bez ściemniania. Towar klasa cudowna dociera migusiem nawet na Wyspę. Zapakowany i cały.

Listonosz dziś przybył w kurzawie drobniutkiego śniegu… Wspaniałe uczucie. Nawet go zrozumiałam, a to już wiecie, wyższy stoopień wtajemniczenia duńskiego języka 🙂 Ale nie przyniósł tylko sówki, przyniósł jeszcze coś 🙂 I od razu wsiąknęłam w kieszonkową: „Żonę Mormona”. Żeby nie było, to mój urodzinowy prezent… ale urodzinki za 21 dni… czyli wciąż o rok młodsza – takietam – powoli się starzeję do 25 marca 😉

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pożartej Przez Książki horror vacui…

Tak już mam.

Jakaś fobia czy tam nerwica natręctw? Z jednej strony kocham pisać tak najbardziej, tylko w cudownych notesikach, ale mimo wszystko łapczywie i nadmiernie natrętnie, zapełniam wszystkie puste strony. Kawałki wolne od druku brudzę hieroglifami, pismem niezbyt linearnym, glifami, bazgrołami, szlaczkami… których i tak potem nie czytam. Najczęściej nawet Champollion by ich nie ruszył. Ale to nie jest ważne. Ważne by zapełnić biel, wolne miejsca, by wykorzystać każdą szansę, nie odpuszczać, ciagle walczyć…

Nie…

Jednak w dziwny sposób nie to jest ważne. Po prostu trzeba opróżniać głowę, inaczej sie przeleje… I tak na kartki dostają się dziwne historie, umykają spod długopisu czy ołówka postacie, które niekoniecznie powinny mieć ofiarowaną wolność i swobodę wszelkich występków.

Czy to moja wina?

Czy to nasza wina?

Zastanowimy się nad tym, gdy moje twory nabroją. Jak na razie Chochel – mój chochlik pisarski – stara się je wyłapywać. Także te, które omsknęły mi się, naprawdę zupełnie przypadkowo, na marginesy „Rycerz zakonu. Spadkobierca zakonu” Siergieja Sadowa.

Wspaniała historia. Po prostu świetna, nie rozumiem dlaczego tak niewiele się o niej mówi. Tyle w niej tego dawnego dobrego pisania, a jednocześnie nowatorskich pomysłów. Swobodny język, ale wcale nie bagatelizujący historii. Z jednej strony to baśń o wyprawie w świat magii, z drugiej opowieść o specyficznych przyjaźniach, wyborach, przeznaczeniu i losie…

Teraz czas na „Błękitnokrwistych”. Trochę czekałam na ciąg dalszy wampiro-aniołów, ale za to teraz od razu trzy tomy 😉

PS. Recenzje z bardzo cudownych, ale bolesnych historii, co to tak zmieniają człowieka, że potem musi zmienić definicję bycia nim: „Kochający na marginesie” i „Sztuka bycia Elą”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz