Dlaczego?
Zastanawiacie się czasem dlaczego i po co? No po kiego grzyba to całe pisanie, wyrzucanie z głowy przeróżnych historii… w moim przypadku raczej wstydliwe, no i uparcie niechętne, dzielenie się tzw. przejawami własnej twórczości…
Czy w pisaniu ważne jest tylko opróżnienie głowy, i to po to, żeby zapełniły ją kolene postacie i wydarzenia, szalone historie oraz twory, których sama nie ogarniam… Albo te recenzje, na co to komu?
Przecież i tak nikt tego nie czyta.
Dlaczego się tak nad sobą użalam i samobiczuję? No dobrze lubię blizny i jakieś ślady masochizmu w sobie mam, ale… wszystko przez „Julie & Julia”. Czytał ktoś książkę? A znacie te przepisy? Bo doła łapię na filmie, gotować nie lubię, ale tej lasce tak fajno idzie pisanie bloga. Z drugiej strony pisanie go w 2002 roku raczej było czymś intrygującym i nowatorskim, dziś każdy ma bloga…
A może ja czegoś nie rozumiem, często tak jest, widać dziwna budowa genetyczna nie absorbująca tzw. nowoczesności poza urządzeniami w łazience, to ja 😉 Może w tym całym „blogowaniu” jest coś jeszcze, jak ZARABIANIE?
Ale ja nie jestem dobra.
Za to z fajnych wieści, po nocy spędzonej z książką: „Żona Mormona” Irene Spencer, kapitalną, pełną, prawdziwą, wstrząsającą, choć nie dla każdego… rankiem powitały mnie krasnale prosto z Wrocławia 🙂 wygrane i cudownie fascynujące w swym wielowymiarowym świecie. Teraz tylko dogadam się z Nissenami, czyli krasnalami z Bornholmu i na pewno coś zamotamy 😉 Książkę o ponadczasowej miłości, którą rozdzieliło morze?
A na razie do roboty. Recenzje trzeba napisać z 3 tomów „Błękitnokrwistych” i „Żona Mormona”, a do czytanie na noc biorę sobie JEGO…





Ale jak „nikt tego nie czyta”, jak czyta.
Uch, jak ja lubię ludziom w okna zaglądać. A tu tylko lufcik uchylony.
Ale dobre i to.
Jaki lufcik? Znaczy w szwach przepuszczam 😉