Pan Tealight i Wybory Najpiękniejszej…

„Bo to wiosna, więc wiecie chucie rozbuchane… słońce daje z siebie wszystko, ale wciąż coś tam lekko studzi wietrznie, można więc iść na całość. Nie obawiając się spalenia w żądzach i pragnieniach, marzeniach o wielkości wszelakiej. I w końcu, w pełni bezpieczeństwa władz owych, dziwnie na piękno niezaprzeczalnie nieczułych… wybrać ową JĄ. Oną Najpiękniejszą.

Jedyną!!!

W ustawionych na szerokim, długim na dwa pokryte melczami pola, stole, błyskały szkliwością słoje. Te zielonkawe, tamte znowu kryształowo czyste, te niebieskie inne w szampańskich odcieniach, lub co gorsza moczu po antybiotykach. Wszystkie otwarte, ale niektóre zbrojne w chusteczki i pieluszki osłaniające otwory. Te szeleszczą wstążką, tamte kokardką wyciętą z papierka po czekoladce. We wszystkich jedna zawartość. Jedno zdecydowanie.

Weki.

W nich, dość desperacko sparowane, jak leciało, jak akurat wpadło pod przykrywkę, łyskały oczy. Jedne otwarte, inne zamknięte. Jedne pomalowane, wyszykowane, inne uparcie zatrzaśnięte, niezainteresowane całym tym cyrkiem, obrażone na świat, co to je z ciepłej głowy wyszarpał i na pokaz wystawił z innymi. Takie dziwnie samotne, pozbawione celu i definicji. Bez swoich głów, zdawały się tylko bombeczkami, które okrutny ktoś pozbawił choinki.

Jedne pragnęły współpracować, filuternie ruszając rzęsami, inne znowu, odarte z wszelakiego ciała, brutalnie straszyły kulistością, obślizgłą wilgocią. Jedne podkręciły sobie naczynka, by jak najbardziej żyłkowaniem swych powierzchni nurtować, inne znowu całkiem zgasiły źrenice… nieskore do łatwego odczytania. Wszystkie jednak poddano jednej ocenie. Jednemu wejrzeniu i opisaniu na zwojach starego prześcieradła w malutkie, drobne niezapominajki.

Nikt nie baczył na kolor, ani na kształt, nikogo nie interesowały malunki czy misterne zdobienia tęczówek. Bo tak naprawdę to nie o gałki oczne chodziło, nie o ten cały słoikowy cyrk…

Ot wybory Najpiękniejszej Duszy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu książka na dziś – dokładnie dwie książki. Jedna wyczekana, prezent od Wspaniałej Wróżki Zębuszki!!! a druga z autografem na kartce z Karpacza… od pewnej Autorki, co to przedstawiać nie trzeba!!! Czyli: „Całkiem nowe życie” i „Bogowie muszą być szaleni”.

Książki przeczytane: „Zazdrość” – powieść nieprzeiwdywalna. Lekko chaotyczna może, niesubordynowana, a jednak zaskakuje. Z jednej strony prosta, a z drugiej nieprzewidywalna. I te dziewczynki, bliźniaczki, czyste przerażenie, bo dziewczynki już takie są… straszą!

Temat: zbrodnia. Detektyw: bliźniaczki. Denat: młoda dziewczyna. Miejsce: miasteczko. Czyli opowieść z cyklu: w każdej szafie trup, a nadprzyrodzoność tkwi w każdym z nas. A może i więcej? Bo w tej historii jest tak wiele wątków, że zamykając książkę czuję się niedopieszczona. Chcę więcej. Chcę wiedzieć więcej o każdy, wścibić nos w każdego życie, choćby ten tylko na chwilę zbrukał biel stron! Czuję się oszukana przez autora, bo w tej powieści jest tak wiele, a on pozwala mi na obejzenie jej przez jakieś podziurkowane strony zachowując wiecej dla siebie, a z drugiej strony wściekła jestem na owo „łatwe okrucieństwo”. Jakże obrzydliwie, obleśnie bezkarne, które ostatnio zbiera takie mroczne żniwo… Chcę krwi!!!

Inny to świat, dobra książka.

Wyspa ma to do siebie, że internetu potrzebuje. Łączności ze światem zewnętrznym gdzieś tam namacalnym, bardziej toleruje niż się jej domaga. Może i mogłaby żyć bez niego? Bez tego całego innego świata? A może chce go dla porównania, kto ładniejszy, ot: lustreczko powiedz, wrzeszcz, śpiewaj mendo ty łatwo tłucząca się, jedna!!! Ale taka zwyczajowa, staromodna poczta to już przejaw awatarów, no musowo być na Wyspie musi, działać nieprzerwanie…

Mieszkańcy zdają się w owych internetowych sprawach być obeznani, ale w większości to tylko przykrywka. Może i mają telefon i chmurę, ale prędzej wysiedzą z kamienia smoka na plaży, niż sobie z tym poradzą. Ot moda by mieć, niekoniecznie jednakowoż używać, co nie? Jednak ze względu na ograniczoną powierzchnię Wyspy i małą – na szczęście, ilość rozgardiaszy, czyli tych tam sklepów, cóż… trzeba siedzieć w tej sieci, by ukochane gacie z drugiego świata skołować!

Bo jednak tutaj wciąż mieszkają dziwacy. Odrzuty z codzienności. Ci zbyt przygnębiający, co to swą obecnością już doła narzucają, albo choć wręczają młot pneuamtyczny i saperkę do kup… albo zwyczajnie nie rozumieją. Bo tutaj prosto jest. Wiatr wieje, prom nie płynie, fala myje, sól jest słona…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wybory Najpiękniejszej… została wyłączona

Pan Tealight i Autopsja Człowieka…

„Wchodzisz w człowieka i masz tam Prawdę i Kłamstwo.

Znaczy nie tyle wchodzisz łatwo, przez dostępne otwory, trochę to takie mało wyskokowe… ale raczej jak za dawnych czasów plądrujesz swoim wejściem smoka tę piramidę wody i kości, tłuszczów i tajemnic. Wdzierasz się, kiedy wszystko jeszcze istnieje, gra, bije, działa, muczy i mruczy, tętni i myśli… choć co do myślenia, to wiecie, jednakowoż myślenie nie jest dla każdego.

Wchodzisz w człowieka, a tam wszystko się porusza tym samym rytmem. Są rurki i dziwne odgałęzienia, różnokolorowe przetoki i wielkie mosty. Przeprawy przez tropikalne lasy i dziwna pustynia… jest ciepło i raczej specyficznie dziwnie. Ten zmienny stukot krwawej pompki w końcu doprowadza cię do szaleństwa, ale nie można jej wyłączyć, jeszcze nie teraz. Wkurza, ale się przydaje. I są jeszcze te rzeczy, o których zwyczajnie lepiej nie mysleć, więc na pewno pojawią się pod deklem, nie wzywane. Już tak mają, leczyć się nie da.

Są tutaj blizny. Jedni twierdzą, że ważne, chwalebne, inni uznają je za wstydliwe. Nie ważne, my tylko patrzymy. Podobno wielu uważa, że jest tu gdzieś i Dusza. I rzeczywiście. Jest. Z tą całą swoją aurelkową i skrzydełkową boskością. Z tymi włosami anielskimi i posypką się gliteruje, z falbankami, koronkami obmyta boskim światłem… siedzi tam rozparta. Rozwaliła się, jakby to był jej człowiek, tuż przy grubym jelicie, choć niepoprawnie podobno teraz mówić grubym, znaczy się obrazi, czy coś? Biedny ten Jelit. Był dumny ze swej grubości naprawdę. Puszył się przed resztą flaków, czuł się ważny i doceniony, a teraz… A teraz przez te wszelkie durnowatości utracił nawet grubość. Swoją nadzwyczajną specyfikę. No i przez Duszę, bo się rozpiera. Pochrapując przez uszy, wkurzająco chrupiąc i krusząc, żre te swoje czipsy. Utyta taka jest jakaś, miękko nieruchawa. Jakby zastała się, zachłysła okruchem, wstrzymała słońce, ruszyła ziemią, pokićkała kierunki i wysadziła wszechświat w powietrze, a teraz się dziwuje. Może i ten jej dziwny Bóg o niej zapomniał, może tak naprawdę depresję ma, zajada zmartwienia i samotność zapełnia?

Może?

Podobno ludzie mają tasiemce i motylice tu w środku, bo w końcu czemu nie, każdy chciał mieć kiedyś jakiegoś wygodnego zwierzaczka, a taki tasiemiec podobno na linię dobry. I na zakręty też! Zbrojna siła dietowa. A wiadomo, dieta dziś to wszystko. Taki człowiek na zewnątrz wyglądać musi, więc się tynkuje, ale w środku już nie. No czego nie widzisz, mówią, że nie żal. A człek nie zagląda do środka. Góra o to zadbała. Mózg nie zgodził się na to, by Oczy zdolne były spoglądać też do środka. Bo w końcu siebie się boimi tak naprawdę najmocniej, choć niewielu o tym wie. Powiadają, że prawa część głowy rusza lewą częścią reszty ciała i odwrotnie… nie rozumiem tego komplikowania pneumatyki, ale nie ja robiłem człowieka.

Właściwie, to najważniejsze są w nim nadal Prawda i Kłamstwo, ale zakamuflowane, pochowały się. Porozrzucały po krwinkach, biciach i wydzielinach. Po łzach, wosk w uszach i tłuszczu na rzęsach. Nie chcą się pokazać… a człowiek musi bić, więc chyba będzie trzeba na razie wyjść z piramidy wody i kości. Niech bije człowiek sobie, tętni, buczy i muczy, miauczy i kala dźwięki.

A Dusza? Cóż, Dusza jak Cień, jest zależna od źródła światła… które nadzwyczaj często wybiórczo traktuje świat. Czemu się tak jej czepiasz? Zająłbyś się Jelitem, ważniejszy, no serio!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Kości pająka” – lubię ją. Znaczy autorkę. Bo jest kompetentna i wody nie leje. Przypomina mi najlepsze zajęcia z antropologii. Uwielbiam ją za jej poglądy i pracowitość, ale tym, co kochają serial „Kości” odradzam. Książki Reichs mają niewiele wspólnego z serialową ekranizacją. Tutaj bohaterka jest namacalna, naukowa, dosadna, ale i ludzka zwyczajnie. Rodzinna. Antropologicznie przesadna z każdej strony, ale też przerażona przyszłością. Jej życie osobiste, a przede wszystkim związek z pewnym gliniarzem, czasem wydają mi się wrzucone na siłę, bo inaczej nic by się nie sprzedało… ale cała reszta, miodzio!

Cóż, może nie dla każdego ten oschły ton i pewna namacalność zawodu, nie dla każdego nadmiar wiedzy i odważnie głoszone poglądy. Brak tulenia czytelnika i klepania po pleckach, bo może tam czegoś nie zrozumiał. To bardziej często reportaż niż powieść… ale wiecie, ja ją zwyczajnie lubię!

Ludzi się robi więcej na Wyspie. Zastanawiam się, czy to fajnie. Widziałam faceta, który wysmarkał nos i rzucił chusteczkę na ziemię, chciałam go walnąć, ale nie wolno… nie lubię tego „nie wolno”! Chyba ludzie nie są fajni, tacy żywi i namacalni. Można udawać, że ich nie ma, że się ich nie słyszy i nie widzi, ale oni są zakaźni tacy, roznoszą te swoje humory po Wyspie…

… jakby to ona miała odwalić za nich cała robotę!

Ale… nieważne. Bo oni sobie w końcu pojadą. Wrócą do tych swoich domów, kwater i bud. Innych światów a ja zostanę.

Zostanę tutaj, bez ludzi.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Autopsja Człowieka… została wyłączona

Pan Tealight i Mleczyki…

„W świecie zieleni i wszelkiej ostrości trawników, zapanowały ponownie Stokrotki i Mleczyki.

Te, nienawidzące się od zawsze dwa kwietne plemiona, toczyły ze sobą wojnę od dnia zarania miejskich terenów zielonych. Oraz przydomowych wariacji w temacie minimalizmu i paranoicznego utrzymania sztucznej czystości rasy trawnej. Obydwa uważały, iż mają pełne prawo kalać ową nadmiernie jednolitą zieleń markowych łodyżek z labelami… a jednak przecież Kosiarkowy Wymiar Sprawiedliwości skutecznie i przewidywalnie chronologicznie, ukrócał ich zapędy. Po równo każdej ze stron. Po główce, łodyżce i listowiu. Bo co tylko zdążyły się otrząsnąć z podstrzyżyn, co tylko uniosły głowy, opłakały zmarłych, powołały do życia nowe… zatrzepotały płatkami, zapyliły, okazując swoją całkowitą wrogość i wolę chlorofilu, nadchodziła znowu ona – Mroczna Boginii Kosiarka!!!

Ale nie dbały o to. Wyznawały jej cześć i oddawały pokłon… gotowe zawsze zpałacić ofiarę w tych, którzy dosięgnęli błękitow i słońca. Co widzieli zbyt wiele, co mogli może zmienić zdanie!!!

… ale…

Ich jedyną wolą życia była walka. Płodzenie kolejnych miało sprzyjać wyłącznie stworzeniu nowych wojowników i wojowniczek. Silnych, zawsze zdolnych się uchylić, zadać cios ostrą krawędzia płatka, podciąć łodyżką inną łodyżką i zamachnąć się liściem. Miały być wielkie, miało ich być wiele.

Tak wiele, by trawa przybrała pokornie ich barwy!

Skupione wokół rodzin, pradawnych pędów niezdolnych do unicestwienia, tylko czekały na swój moment. Na kolejną bitwę, wiedząc, że nigdy nie będzie to zakończenie walki. Bo ani Mleczyki, ani Stokrotki, nie miały zamiaru się poddać. Gdy nadchodził czas ruszały. Pod osłoną ciemnego księżyca splatały korzenie i łodyżki, miażdżyły soczyste pędy i pąki, nie znały litości. Wiedziały, że nie mają czasu, że Bogini upomni się o swoją ofiarę, a ich życie ma określony czas… a jednak walczyły. Dzielnie. Zawsze do końca. Stokrotki ostrzyły jasne płatki, od owej młodziutkiej czerwoności i zaróżowień po stateczną biel. Mleczyki wzmacniały swoje pylące właściwości i nakręcały delikatne, mordercze w swej przebiegłości haczyki na główkach.

Każde plemię miało swoje sposoby, każde miało szpiegów i przebiegłe dowódzctwa. Każde chciało wygrać i wierzyło, że kiedyś się uda… każde marzyło, układało pieśni i legendy o tych, którzy zginęli…

Czy ktoś o to dbał? One na pewno nie dbały o innych… Nie obchodziły ich dłonie plecące z nich wianki, suszące i przywiązujące do nich jakieś dziwne, boskie znaczenie… Nie interesowały ich te odliczające, melodyjnie szepczące usta, kalające swym zaintersowaniem ich wojowniczy żywot. Owe wielkie stopy, depczące, oraz ta dziwaczna, dojąca Mleczyki Wiedźma Wrona Pożarta. Susząca Stokrotki w swoich pożółkłych, książkowych stronach.

Co robiła z mleczykowym sosem… lepiej nie wiedzieć! Na co jej były wszelkie kwietne zwłoki? Lepiej nie wnikać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Świat nocy” – czyli kolejna opowieść z serii jak to mnie życie na świat powołało, choć mi się nie chciało. Spłodzony, a nie kochany, zrodzony z połączenia kobiety i demona Kal dawno już stracił nadzieję, że jego życie będzie czymś więcej niż ucieczką. Na szczęście ma przyrodniego brata… więc uciekają razem. Oczywista świat roi się od boboków, grendeli i tym poodobnych, ale co tam!

Właściwie kolejna opowieść z serii: w miastach tyż magia istnieje. Problem? Nudna. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że bohater w wieku niereformowalnym, pieńkowym? A może przez to, że jednak durny jakiś taki? Nie mam pojęcia, ale przewidywalność treści mnie uśpiła. Wynurzenia młodzieńca takoż… Chyba wyłącznie dla masochostów i niewymagających wielbicieli klimatu.
I pewnego serialu, choć nie nalegam!

Ciepło… Świat Wyspy otula ciepło. Nie, no ja rozumiem, że po Zimie, to ludzie chcą owo cieło, ale ja tak bardziej niechętnie. Zresztą czyż ukrywam swoje mroźne preferencje? Chyba raczej nie! Bo i po co?

Lepkość nie jest w moim zwyczaju. Owa słodka, nadmierna potliwość tym bardziej, a już skwar niemożliwy! Do zniesienia oczywiście!

Ale humanoidy to lubią. Dziwne, że to lubią.

Pocić się.

Topić swoje tłuszczowe powłoczki wciąż uzupełniane. Wylewać na siebie wodę i wstępować w jej tonie tylko po to by z wrzaskiem wypaść, poślizgnąć się, pacnąć dupskiem na kamienie i wrzeszczeć: ale zimna ta woda!!!

No zimna… na szczęście!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mleczyki… została wyłączona

Pan Tealight i Szopa z Bejzbolami…

„Właściwie chyba nikt nie był świadom owej filuternej i trywialnej namiętności tryskającej, pod odpowiednim, skierowanym, nasilonym i malowniczym naciskiem, z Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Z owej szalonej pasji i czysto kolekcjonerskich zapędów. A może jednak ktoś był świadomy, ale też pewny, iż o niektórych tajemnicach paplać nie wolno?

Cóż, nie dowiemy się raczej, choć gdyby co… tortury mile widziane!

Bynajmniej Wiedźma Wrona miała swoją prywatną, wypielęgnowaną, umiejętnie zakamuflowaną w sobie tylko na wylot znanej okolicy, i troskliwie otaczaną atencją… Szopę z Bejzbolami!

Przybytek ów mieścił się tuż przy niewielkim stawie z Nadmiernie Chutliwymi Ropuchami. Zimą chroniły go niedostępne, niepewne, lekko mroczne Nieistniejące Moczary, latem i w inne pory o nasilonym wydzielaniu, Pastelowe Owce Nepomucena. Tajemnica jednak była tajemnicą i nie byłaby sobą, gdyby zwyczajnie nie pragnęła być wielbiona i czczona, upragniona i dopieszczona, ale przede wszystkim soczyście wykrzyczana w najbliższą studnię… ale ktoś związał ją, zakneblował, karmił dożylnie i sporadycznie podmywał, i umieścił razem z rzeczonymi Bejzbolami. Więc biedaczka musiała spoglądać na wchodzącą do Szopy Wiedźmę Wronę i tęsknić i marzyć.

Marzyć by ktoś ją tak kochał jak ona ich.

Bo Wiedźma wielbiła swoje Bejzbole!

Przychodziła zawsze z prezentami, zawsze zbrojna w czas, który pozwalał jej dotykać je i pieścić. Brać w małe dłonie owe ogromne, drewniane, różne w rozmiarze i giętkości pałki, muskać ich grzybkowo uformowane główki, chwytać za śliskie, gładzone od wielu lat trzonki i deliktnie otaczać dłońmi kulki na drugim zakończeniu. Pieścić i drapać, subtelnie pocierać i głaskać, by potem chwycić mocno, wbić w nie paznokcie i doprowadzić je do najwyższej rozkoszy. Za to były zdolne zrobić dla niej wszystko. Za ową miłość i oddanie. Za uwagę i rozmowy.

Gdy krzyczała… biegły. Tak zróżnicowane, mniejsze i większe, jaśniejsze i ciemniejsze, jedne znaczone farbą, inne znowu tylko lekko nadkruszone. Ona nie wydzielała, nie faworyzowała, nie wybierała żadnego.

PS. Wpis dedykowany pewnemu Nieświętemu Zgromadzeniu i Matce Jego Nader Przez Kolano Przełożonej!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Amore, amore!” – powieść o Włochach, włoskim, włoskiego i włosku… Czyli ja już chyba nie mogę!!! Czy naprawdę kobieca literatura musi być tak mdła, przewidywalna i nudna? Pewno, że kilka włoskich smaczków etnograficznych jest intrygujące, jakiś taki naukowy styl powieści też… ale znowu zaczynamy od singielki, co ucieka od złamanego serca?

Swojego?!!!

Ależ ile można? Kolejna, schematycna historia, którą ratują tylko pewne gazetowe, wikipediowe wieści… a może ja zwyczajnie babą nie jestem, nigdy nie byłam i nie będę? Bo bohaterkę mam ochotę zdzielić przez łeb.

Oto i nadchodzi Dzień Niebiańskiego Pierda!!! Święto wszystkich Dupomówiących, co to nie wstydzą się swego zdania. Aromatu i doprawdy kiperują swoje dźwięki!!! Oj wiem, że tłumaczenie Himmelfartsdag jest dokładnie inne… ale dla mnie zawsze będzie to Niebiański Pierd! Tak po prostu i zwyczajnie, bo mam prawo do swej wyobraźni, a ona jest nieograniczona…

Bo moim zdaniem doprawdy nie doceniamy oddychania TAMTYM otworem naszych boskich ciał!!!

Świat jest pełen owych niedocenionych i niezrozumianych. Z jakiś niewyobrażalnych powodów czyci się to, co nakazują media. Jakiś dziwacznych ludzi, co słynni są, bo są i tyle, nie dyskutuje się z tym… więc i Pierd może zostać celebrytem! I mieć swój własny dzień. Bo może i nie zarabia milionów, ale jest nader ważny, więcej, moim zdaniem ważniejszy niż wielu innych…

I choć dostępny dla każdego, jakoś tak niewykorzystywany w swym powerze!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szopa z Bejzbolami… została wyłączona

Pan Tealight i Piekielne Złudzenia…

„Ona nie stąpała dostojnie, raczej zwiewnie, leciutko, nic nie ważąc, nie ufająć siłom fizyki, unosiła się kilkanaście centymetrów nad ziemią. Ot by jej szalona w swej bieli, koronkowa sukienka z trenem, mogła delikatnie łopotać nad usianym mleczami i stokrotkami, fiołkami oraz przylaszczkami, polem. By skrzydła chłonęły cały ruch okolicy, a jej oczy głaskały wyłącznie łagodne pastele.

By ów cieniutki, pajęczy welon, mógł zwyczajnie, aczkolwiek czule, potwierdzać jej każdy gest… by była mgnieniem, szelestem kobiecości, pragnieniem i spełnieniem każdego w każdym!

Świat był ciepły i lekko wietrzny. Kwitnący, pachnący i pozbawione wszelkich mechanicznych zakłóceń. Był jej!

Każde pasmo jej długich, jasnych włosów, miejscami skręconych w misterne loczki, posiadał własny czas i miejsce. Jej idealnie ukształtowana twarz promieniała, uszy przylegały do czaszki, nos był zaledwie figlarnym mgnieniem, a oczy toniami, w których chiało się oddać życia… I usta, w owej soczystej barwie najsłodszych malin i wiśni z jagodami, wspomnień lodów jedzonych na troskliwych kolanach, które zawsze miały przy sobie chusteczkę, pierwszych pocałunków, pierwszych miłości, pierwszych zwycięstw i spełnionych marzeń.

Szła taka okolona blaskiem… a drobniutkie konwalie, upięte frywolnymi girlandami nęciły jej uszy zapachem i lekkim pobrzękiwaniem. Była zwyczajnie najpiękniejsza. Najbardziej pożądana i najwłaściwsza. Idealna, choć nie budząca lęku swoją wyniosłością. W odpowiednim kolorze, rozmiarze, w stanie umożliwiającym zadowolić wszelkie, nawet pobieżne, zmysły…

Gdzie szła, czy też raczej sunęła, jakby świat nie był pewien swego prawa do muskania owej białej boskości jej maleńkich, doskonale ukształtowanych stóp, skrytych pod spódnicą nóg, anielskiej urody, taktu, delikatności i wszelakiego dobra… nie było istotne. Ważne, że była. Że istniała. Taka smukła i sprężysta. Ni nazbyt wysoka, ni niska. Z idealnie uplasowanymi kończynami, sprawna, a jednak kobieca, giętka, ale nie pozbawiona owego wrażenia kruchości porcelany… Gdzie przemknęła rodziło się dobro, marniały sfary i durne pomyłki. Gniew i głupoty usychały, pozbawione żywiących je mocy. Kolory nabierały sił, muzyka stawała się idealnie współgrać z duszami. Smrody zmieniały się w ciepłe aromaty, a miłość dostawała kopa…

… a nad nią leciał motylek,
a przed nią drobił baranek,
wszelaki nie muskał jej badylek,
jakby to było mu zakazane…

… dookoła Wiedżmy Wrony Pożartej Uploaded bzyczały nieżądliwe pszczółki, a na niebie tańczyły dwa gołębie… Pod ziemią, skryte, by nie ranić jej nerwowości pląsały węże, jaszczurki i pająki. Robale wszelkiej maści chowały się, by niegodne nie mącić jej rozległego horyzontu. Gdzieś w oddali skowronek ze słowikiem zaczęli się sprzeczać, kto ma teraz robić za podkład muzyczny, ale jej jeden uśmiech, skinienie głowy, zmrużenie oczu wustarczyło, by zanucili razem.

Zdawało się, że tam, gdzie przeszła rozkwitały czeremchy i hiacynty, tworząc aromat zdolny odpędzić każdą niepewność. Odwaga wtłaczała się w serca skromnych, tych, którzy od dawna chcieli powiedzieć: kocham cię…

I tak naprawdę nikt tutaj nie spał.

Nikt…

NIKT!!!

– O kurwa?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu książka na dziś… niektórzy kupują buty i fajnie im, inni znowu szaleją za biżuterią znanych firm, ajfonami i innymi przeżutymi owockami, jeszcze inni chodzą na zakupy często, a jeszcze kompletnie inni są uzależnieni od zwykłych, starodawnych, ot tak prostackich, no ZUO straszne, tak zwanych, książek.

Z cyklu przeczytane: „Portret Doriana Gray’a” – klasyk fascynujący, szalony. Treści opowiadać nie trzeba, film większość oglądała… no właśnie. Film. Bo powieść nie jest jak film. Co więcej, mimo umieszczonych fotosów jest od niego nader odległa i dla wielu może się zdać nazbyt ciężka.

Starodawna!

A te problemy współczesnych książce, idiotyczne.

… więc po co czytać? Po kiego kiełba w ogóle sięgać po ową klasykę, gdy nazbyt nie przystaje do naszej codzienności? Nie wiem. Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Sama w podstawówce przeczytałam „Cichy Don” tylko dlatego, że już nic innego nie było, a tam tomów troszkę. Po co w ogóle nam owa klasyka? Bo zapominamy! Zapominamy, że świat był inny, rządził się innymi prawami, nosił inne znamiona. Że KSIĄŻKA to było coś więcej niż opowieść o pierdołach!!! To jak fantastyka, tylko z bardziej pokrętnym językiem. Czyta się ją, warto przeczytać… przez ową wstrętną ciekawość, a też żeby mieć własne zdanie. Bo moralizatorski i symboliczny wydźwięk owej powieści, pewno już niewielu zaklekocze pod deklem?

„Oskarżony pluszowy M.” – mam specyficzny stosunek do pluszaków. Misiów w szczególności. Pamiętacie scenę z A.I.? Tego misia? Tia, nie wolno mi oglądać takich filmów, ale książkę musiałam przeczytać. I mimo łez, oraz chęci wymordowania bohaterów… było warto. Choć bolało, było warto… Bo choć człek wie, że świat jest durny, to pokazanie owej głupoty ludzkiej w ten sposób… wali między oczy!

Czytać z misiem!

Wyspa stwierdziła, iż przeprowadzenie intrygującego eksperymentu polegającego na łajaniu Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki dziwacznymi snami, będzie zabawne!!!

Oczywiście dla niej…

No przecież niby gdzie się ma Wiedźma poskarżyć? Nie ma już wyższej instancji, sama sobie taki los zgotowała, jest ino Wyspa! Tylko jak długo można nie spać? A gdy już się zaśnie, jak wiele można znieść?

Wyspa kwitnie. Można uznać Wiosnę za w pełni rozpanoszoną. Turyścizna napływa na razie wąskim, aczkolwiek już upierdliwym strumieniem. Świat się wybudził, umył zęby, a nawet przystrzygł paznokcie u stóp i wygolił pachy! I tylko te Przylaszczki w lesie wciąż takie nierealne. Mogę przysiądz, że nocami nrzęczą, dzwonią, stroją te swoje płatki i przygrywają słowikom…

Nosz raj jaki, czy co?

I tylko ta Czeremcha taka zaskakująca… na tulipany uroku w roku tym nie ma, za to żonkile o tyle o ile…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piekielne Złudzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Kwiatek…

„Powiedz, czy mnie kochasz?

Nie pytaj tylko, dlaczego muszę to wiedzieć. Dlaczego drążę nasz świat pytaniami. Dlaczego wtłaczam słowa w owo lepkie, słodkie uczucie, w którym pokładam wiarę i zainteresowanie.

Czy to dla świadomości zaprzestania poszukiwań, stabilizacji, czy tylko frywolnego, głupiutkiego kaprysu? Bycia w końcu dla kogoś, ot owej intrygującej, zwyczajnej przynależności? Bycia dla kogoś. Po prostu mi powiedz. Język nie jest ważny. Wyszepcz, wykrzycz, daj mi owo brzmienie.  Dźwięk ust, mlaśnięcie potwierdzające języka, choćby przez zęby, niewyraźnie, choć potem nie potwierdzisz, zawstydzisz się, wymażesz tę chwilę. Nie każ mi wątpić, słaniać się w niepewności wszechswiatów. Zwyczajnie… nawet skłam, ale powiedz. To nie musi być przecież prawda, ale bądź przekonujący. Daj mi słowo, dźwięk, litery i głoski…

Choć, czy wystarczy? Ten raz? Czy nie będę pytał znowu i znowu? Szukał zapewnień? Liczył na więcej?

Narcyz, klęcząc nad stawe, nie bacząc na zimno i zeszłoroczne liści, na kolce budzących się jeżyn, wydawał się zatopiony, skupiony w samym sobie. Jakby w ogóle nie oddychał, nie przeprowadzał owych zwyczajnych, codziennych, zbyt naiwnie normalnych, ot dla każdego dostępnych… czynności w swoim świętym ciele? Nie mącił odbijającej go toni czymś takim jak wydech. Zbyt pospolitym. Naiwnie ludzkim. Ale zakochana w Panu Kwiatku mała, ucięta główka, Ojeblik, nie zważała na słowa.

Tuliła ciszę, którą się otaczał.

Kochała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Czerwona kraina” – Abercrombie udowodnił mi, że można jeszcze pisać. Że z prostej w założeniu historii, można stworzyć poemat. Z ludzi, bohaterów, wyciągać wszystkie sekrety, każdą czynność ukazać ciekawie, z sikania stworzyć intrygujący rytuał…

… pokazać. Rozłożyć człowieczeństwo na części, opisać, odmalować, skatalogować, a potem postawić je przed tym, co nie powinno było się zdarzyć. Co jest okrutne, okropne, bolesne i niesprawiedliwe!
Ale też przed tym, co sami na siebie sprowadzamy!

Żar i Lód zdają się przenikać tej Wiosny. Zimny wiatr kąsa skórę, którą dopiero co sparzyło słońce. Nie ma pośredniego. Dostajesz tylko skrajności. Tulipany i Żonkile nie wytrzymały tej pogody. Pierwsze odmówiły otworzenia swoich pąków, drugie wybuchły właściwym sobie smrodkiem, by potem szybko zwinąć skrzydła i odejść do Krainy Wiecznych… Nieuciętych. A cała reszta walczy. Fiołki wyległy na trawnik popędzane przez Stokrotki tylko po to, by głodne zimowym snem Kosiarki wykastrowały je, tudzież dekapitowały.

Trawa jak na razie trzyma się bujnie. Z jednej strony ukrywa w sobie pędy poszukiwanej Listem Gończym Mięty nazbyt Płożącej, coś kombinuje z wysianymi świeżo nasionkami, ale nie ma zamiaru ustąpić miejsca. Nikomu i niczemu. Masochistycznie zabawiająca się z lubiącą ugryźć i rwać Kosiarką, dobrze wie, że jej nikt nie sprosta. Że już dawno wygrała…

… chyba że jest ktoś nowy na horyzoncie? Ktoś, kogo nadejścia nie spodziewał się nikt mający mniej niż 10 cm.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Kwiatek… została wyłączona

Pan Tealight i Głodne Duchy…

„One in the oven,
one in a pot.
If you are guilty
you may burn not.

One in a fryer,
one in a pan.
whoever betrayed me
will burn burn burn!

One in a dryer,
one on a porch.
You will enlighten me
like a bright torch.

One bought me flowers,
one came with sweets.
If you let me think twice
we can maybe meet?

If you are guilty
of not mine sins,
we can see both,
what the future brings.

One in the oven
one in a pot.
If you are not guilty
you may burn hot.

If you are not guilty
work on in… if not…

Szła Wiedźma Wrona Pożarta leśną ścieżką ku granatowej wilgotności, ku czerwieniejącym się liściom zeszłorocznych lilii, ku owym pąkom, jeszcze tak nie do końca zdecydowanym, czy wyjść z kumkającej głębi, czy jednak nie? Szła powoli, czepiając się każdej przeszłości, wspomnienia rzuconego niedbale, niechcianego, bolesnego niczym długie gałązki jeżyn. Depcząc porzucone marzenia i zbyt mało lepkie myśli. Szła zbierając szalem zeszłoroczne liście, czepiając się konarów, kory i korzeni.

Po prostu szła.

Dębiejąc na widok Przylaszczkowych Rozkoszy. Pól obcujących ze sobą bezwstydnie kwiatków. Ocierajacych swoje listki i płatki, pieszczących promienie słońca i nadających wszystkiemu sens. Szła nie depcząc owych klejnotów… a przynajmniej taką miała nadzieję, ślepa w końcu komenda z niej! Szła potykając się o omszałe kamienie, torbą zahaczając o splątane chaszcze. Szła by zwyczajnie tylko tak sobie iść… a one szły za nią. Czołgały się i leciały. Podskakiwały, tańczyły, drobiły kroczkami, sadziły susy, przemykały, turlały się i wszystkie tuliły się do myśli, że mogą zwyczajnie pójść z nią. Celowały z małych kuszy, owymi duchowymi niciami i podciągały się do niej… niektóre próbowały skakać na spadochronach, nie zawsze lądując gdzie chciały, inne znowu wybrały spływajace z drzew liście. Jedne ukończyły szkoły cyrkowe, by tylko się udało, inne zamykały oczy i po prostu czekały, marzyły, życzyły sobie…

Głodne Duchy.

Zapomniane.

Niechciane.

Nieuległe nowoczesności…

Nie pasujące do tego wszystkiego co jest. Znudzone i zbolałe tym, co było. Niemożliwie niepotrzebne.

A ona szła i śpiewała. Nie była to może aria, ani coś co właściwie słucha się z jakąś masochistyczną przyjemnością, pozostawiając wszystkie plomby na miejscach i nienaruszone gałki oczne, ale śpiewała… dla nich. A może tylko dla siebie. Śpiewała niespiesznie, gubiąc wszelki rytm, z każdym krokiem stając się cięższą. Głaskała drzewa i muskała listki, piła wodę ze strumienia i ściskała kamienie. Umazała się w żywicy, by pachnieć ładniej, a potem przykleiła się do pąków brzozy…

… i się brzozie spodobało!

Tarzała się Wiedźma Wrona, turlała w owej leśności. Nie widziała ludzi, a ci nie chcieli widzieć jej… ot bo obciach. Bo przecież jak to? Czyżby miała ona pięć lat? Że zachowuje się tak… i ci dziwni ludzie, skwaszeni, szli dalej swoją drogą. Aż w końcu podchodzili do drzewa, zdenerwowani, bacząc, by nikt ich nie podejrzał… i dotykali chropowatej lub aksamitnej kory…

… i podobało im się!

A Głodne Duchy zlatywały się zewsząd. Lądowisko na plecach Wiedźmy sobie oznaczyły. Nocą plimkają światełkami, w dzień dźgają Wiedźmę, by wydała jakiś dźwięk… i mają coś, czym mogą się pożywić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Bohaterowie” – są powieści, w których właściwie nic się nie dzieje. Ot w tym przypadku będzie bitwa. Wojna dokładnie i kilka bitw… Niby niewiele, a jednak Abercrombie potrafi zajrzeć pod każdy kamień i w każdą duszę, dokładnie obejść okolice w czasie i przestrzeni, by potem wywalić na zewnątrz każdy intrygujący szczegół. Tyle historii ile ludzi i tyle opowieści ile wydarzeń. Tyle stron, że zdaje się, iż czytać będziemy tygodnie, a potem pożeramy ten język, zwykłe sytuacje urastające tutaj do legend i ową smętną codzienność wojowników… rozterki, obietnice, przeznaczenia oraz wszelkie tajemnice…

U niego wszystko jest istotne, a coś takiego jak główny bohater nie istnieje… tutaj wszyscy są ważni, łącznie z kamiennymi pamiątkami! Naprawdę warto, dla tych, któych opisuje. Bo sama historia, cóż na wojnie niewiele się dzieje…

I tak rozsiały się Przylaszczki po jeszcze, nie do końca zbutwiałej brązowej szarości. Delikatne, a jednak tak silne. Grupujące się w kohorty, plemiona, nacje, narody i drużyny. Czasem, typujące samotnego generała, wodza, szamana, który usadzony na omszonej kamienności, na owej niewidocznej dla ludzkiego oka grudce ziemi, władał całą okolicą. Trzymając się kamiennej podstawy, wiedział wszystko.

Mógł wszystko i był wszystkim. Bogiem, królem, panem i władcą.

Byli tacy, co się mu poddawali.

Przylaszczki poddane prawom, wierzące, jeszcze dziwnie ufne tym, co na górze, charyźmie i definicjom honoru… I były owe dziwne, lekko fioletowe buntowniczki. Nie wierzące już w to, że są tacy mądrzejsi, ważniejsi, zdolni wzywać lud w jedno miejsce,  by bieliło, zieleniło i kwiatowało las… To one czekały na swojego Mesjasza, który zdepcze generała i ofiaruje im lekkość buntowniczej fantazji…

„A dziś nocą,
na miotłach młocą
wiedźmy wszelakie,
rozkoszy spragnione,
cnoty pozbawione.”
Ch.J

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Głodne Duchy… została wyłączona

Pan Tealight i Majowanie…

„Właściwie to wszyscy mieli już dość i wszyscy tego chcieli. Wolności, pierwotnej bliskości natury, świeżego powietrza chwytanego haustami, obcowania z każdą wzrastającą nadzieją i zieloną przyszłością spełnionych życzeń… Ale jak docierało co do czego, to w rezultacie nikt tak naprawdę nie rozumiał, iż to było to, czego chciał i… cóż, nikt nie był do końca wszystkim usatysfakcjonowany.

Ale przecież to był MAJ… pachniało co pachnieć miało, zieleniło się, drażniło smakowe kubki i wyganiało na zewnątrz… Czas płodności, czas miłości, miziania i wszelakich zbereźności. Jak koty mogą, to czemu nie inni. Ptaszki to robią, sąsiad możliwe, że też… więc czemu nie? Płoty są gęste, choć wciąż prześwitują, nikt nie podejrzy, a jakby podejrzał, powinno być już zrobione!

Ale każdy to robił.

Nie było innego wyjścia. Były te tam wielkie marzenia, oczekiwania przysypane posypką, pomazane lukrem z kruszonką, otoczone w cukrze-pudrze podane z owocami i owa… hmm, rzeczywistość z alergią pokarmową. Gdy się zbliżały do siebie iskrzyło, a potem były za blisko, czemu nie można było zapobiec zwyczajnie, czy nawet w ów bardziej baśniowy sposób, następowało zderzenie i oczywiście byli tylko ranni i pokrzywdzeni. Oczywiście co roku. Ale za każdym razem wydawało im się, że będzie jednak lepiej. Jak w baśniach, jak u księżniczek, elfów, wróżek i kucyków pony…

– Ustaw się, ale prosto. Widzisz otwór? Stoi, no pewno, ze stoi, przecież jakby leżał nic by z tego nie wyszło. Trzymaj go, nie pozwól mu oklapnąć, może trza go do czegoś przywiązać jednak? Może posmarować? Przytrzymaj go przy głowie, zobacz, prawie sie uśmiecha, jakby mnie słuchał, weź i obejmij go, mocno, ale troskliwie… No mówiłam, że jednak powinniśmy posmarować. Wilgotny lepiej wchodzi. Ale weź nakieruj i ostrożnie, odpakuj!

Ostrożnie, ale wielki!

A jaki gruby korzeń!!!

Włóż go, no wsadzaj nim oklapnie, no wsadzaj, nie mam już siły, nie chcę czekać!!! Nie mogę już, nie wytrzymam!!!

Cóż wielu przegrywało z tzw ogródkiem, ale jeżeli chodzi o Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki… była to zawsze trawnikowa apokalipsa! A choinka chyba nie miała korzeni?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Córka żelaznego smoka. Smoki Babel” – opowieści o smokach, ale takich innych. Pełne symbolicznych odniesień, futurystycznych, przemieszanych z legendarnymi wtrętów, trochę fantastyki, trochę fantasy, a wszystko oczywiście zahaczone głęboko w jądrze człowieczeństwa. A mówiąc wprost – bardzo dobra powieść!!! Dokładnie dwie w jednej. Poruszające, wstrząsające miejscami i na pewno nie dla dzieci. Powieść wymaga czytalnika dorosłego nei tyle chronoligicznie, co wewnętrznie. Otwartego i rzeczywiście przygotowanego na długą, a nawet drobiazgową, rozsmakowaną w szczegółach historię.

To powieść, która zszokuje, zkopie, powali… a potem uzmysłowi nam, jak cholernie puste potrafią być w dzisiejszych czasach książki!!! Inne książki!!! I jak wiele wnoszą te rzadsze, te mniej reklamowane, przechodzące spokojnie przez półki…

Na moim równo przystrzyżonym trawniczku pysznią się stokrotki… te ocalałe, bojowniczki, amazonki cholerne, którym albo udało się nie wyrosnąć nadto, albo też umiejętnie pochyliły główki, gimnastyczki gumy jedne, gdy nadjeżdżał nienażarty, zielony potwór kierowany przez Chowańca.

Bazyliszka, który swym wzrokiem nie mroził, nie zmieniał w łagodny kamień, ale przycinał… dekapitował, okaleczał…

… bezsercowej istoty pragnącej jedynie prostej poduchy zieleni. Żadnych kwiatków, żadnych krzewinek, żadnych w dywanie zakłóceń i żadnych do grzyba rabatek, czy grządek!!! Zieleń miała panować i tylko ona, a zaprawdę wtedy powiem wam, że mniej robactwa dotrze do mojego doma!!! A resztę i tak zwykle zeżerają wiatry i pomarańczowe wściekłe ślimaki!

Znaczy taką mamy nadzieję!!! A może zwyczajnie tylko i wyłącznie jest to przejaw kolejnej wady, kolejnej nerwowości, no dobra, niech wam będzie, przecież czy ja kogoś definiuje, czy coś… no nerwicy natręctw!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Majowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Miny Wiedźmy…

„Zwyczajowo lustra nie były produktem i dziwacznym, nieprzyjemnie nagminnym zbytkiem, mile widzianym u Wiedźmy Wrony Pożartej. No dobrze, właściwie w Chatce wisiało jedno lustro, w łazience, wywalczone przez Chowańca, co to sobie twarz musiał, a i uszy, odpluszać z nadmiernego owłosienia. Na ślepo, na macanego jakoś widać nie trafiał? No i dlatego owo lustro tam wisiało. Ale Bulgot, na podstawie obustronnie pokrzywdzającej umowy, silnie i odpowiedzialnie je parował. Dodatkowo zniechęcał wyraziście do odbijania Wiedźmy wszelkimi, zwyczajowo obrzydliwymi i narcystycznie wybitnymi sposobami. Pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć. Życie jest łatwiejsze, gdy czasem zwyczajnie i całkowicie przymknie się uszy, zawrze oczy i dodatkowo wciśnie coś w dziurki od nosa!

… mniejsza…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie chciała się oglądać, podziwiać, sprawdzać, badawczo dystansować i obmacywać. Nie wierzyła w lustra i całe to odbijanie! A raczej wierzyła, że kłamały. Że ktoś, nadzwyczaj przemyślnie okrutny kombinował tam po drugiej stronie, całkowicie rozkochany w samym sobie i krzywdzeniu innych. Wiedźma Wrona wiedziała jak wygląda. Mówiły jej to fale i rzeki, kałuże i strumienie, krople deszczu i dziwne, pojawiajace się znikąd oczy… Znała swoje zmarszczki i całe to starzenie. Wmawiała sobie wzrastający poziom mądrości i magiczności z każdą dziwaczną plamką… ale raczej kiepsko jej wychodziła ta cąła akceptacja. Dlatego nie spoglądała w lustra. Nazbytnio uwypuklały jej gabaryty i krzywizny, nazbytnie kulistości i wszelakie pulchności. Dziwne kolorki, pryszcze, narośle, oraz i wszelakie czasu wstrętnie, bezczelne piętna.

Dlatego czasem, dokładnie sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu – co oznaczało uśpienie życia i czasu na Wyspie, dosłowne – robiła miny. Wykrzywiała twarz – z zamkniętymi oczami – by przerazić samą siebie. Krzywiła nos i przy użyciu pomocnych palców rozszerzała usta, przekręcała uszy i wydawała dźwięki… Przerażała. Ale nie tak dokładnie dosadnie, bo przecież nie o to chodzi. Chciała przecież tylko usilnie przerazić tą, co jednakowoż śmiała się odbić.

By odbiła się do końca – żółcią!!!

Ową część siebie, co jednakowoż śmiała mieć inne zdanie! I jakoś chciała wiedzieć jak wygląda po tamtej stronie lustra. Bo istaniała możliwość, nader niewielka i pokręcona w swej definicji, że może tam wygladać całkiem nieźle, a już na pewno lepiej, niż gdy odbija się we własnych oczach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Willa” – wszyscy mówili, że to powieść trzymająca w napięciu, że coś nowego, że zaskoczy, przerazi, opowie coś o człowieku i zaskoczy napięciem… wszyscy się mylili, albo ja już za dużo książek mam w sobie. Bo to wszystko już było. Nowy dom i kobieta, która nagle przeczuwa, iż jej dotychczasowe życie kryje wiele tajemnic. Mąż, który nie wie o co chodzi i poszukiwania prawdy. To już było i nie zaskakuje. Tym bardziej, iż i ta powieść zaiwera zwyczajowy shcemat. Nie wiem kim jestem, nie wiem kim jestem, jak rany kim ja jestem!!?!? Muszę wiedzieć, muszę odkryć, muszę!!! Po drodze kilka pikantnych scen i już. Niech mi ktoś wyjaśni dlaczego te sceny tam umieszczono? Naprawdę napięcie i strach mają się w ten sposób uzewnętrznić… Nie no pewno, że rozumiem przenikanie się przeszłości, żyć, stęczące duchy domagające się wygrzebania ich z przeszłości i doprowadzenia ich spraw do końca… ale czy ja, zamknięta najpierw w piwnicy, wlazłabym potem do łóżka i się namiętnie w nim spełniła? Nie. I tak, wiem co mówię. Za to powieść w głębi, ta pod willą, oraz pod główną bohaterką, intrygująca, ale niestety też już znana… Szkoda trochę, bo powieść nie jest zła… Ten sposób pisania zdaje się być przemyślany, dokładny, świetnie rozpracowany.

Po prostu to już było! Opętanie, Lśnienie…

Poszłam dziś na spacer i myślałam, coby nie wracać. Położyć się w tych żarłocznych, tak naprawdę będących demonami seksualności konsumpcyjnej, przylaszczkach… i tak wsiąkać spokojnie w Wyspę. Spoglądać na powolne i gwałtowne zmiany natury, na te wzrosty i upadki. Na deszcz, który każda pora roku inaczej naznacza, na chmury i rzekę. Na liście i pąki…

Na kamienie, które muszą jakoś rosnąć, na krzewinki i krzaczki, robale… nie, może robale to jednak nie…

Po prostu leżeć i patrzeć.

Nie ma znaczenia, że i tak kiepsko widzę… Chciałabym po prostu wąchać, smakować, a może tak zwyczjanie po uzy nażreć się tej całej naturalności, wsiorbać każdy wodorost, z nożykiem do deserów i widelczykiem srebrnym skonsumować pączki, zagryźć dzikim czosnkiem i potem wylizać gałązki. Sztywnymi palcami wydłubać świeżutkie korzonki i żuć je zamiast żelków.

Napchać się przylaszczek, fiołków i tych orchideopodobnych co to nie wiem jak się nawet nazywają, a co zdają się w każdym kwiatku mieć zboczony języczek… Wtłoczyć to wszystko w siebie, a potem wypuścić.

Bo w końcu nie mam tyle miejsca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miny Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Niecałowalne Żaby…

„Usta, usta, usta… wszędzie te usta.

Jedne wąskie, niczym okrutne, nasycone jadem szparki, inne zadziwiająco wilgotno kuszące, szerokie, gotowe, by wciągnąć cię do środka, gdziekolwiek owo środka jest. Jedne mają większą górną wargę, jakby chciały cię ucapić, drugie znowu obwisłą dolną, przez którą łatwo się potknąć. Jedne się ślinią, kapią, chlapią i chlupoczą, tutaj roszą, tutaj grożą oberwaniem chmury. Jakby do całowania trzeba było parasola, gumiaków i kapoka. Inne znowu są tak suche, że język zamieszkujący kotliny Zazębia, zdaje się szeleścić. Kruszyć dookoła. Jedne ozdobiono, wypudrowano ząbki, chlapnięto kolorową wazelinką dookoła… inne znowu stronią od sztucznych ozdobników. Przygryzane zębami zdają się czasem budzić, ale tylko na chwilę.

Wszystkie chcą całować Żaby!!!

Ot bo to ta cholerna Wiosna. Każdy chce odrobiny uczucia, czułości oblepiającej uda i ramiona. Tylko dlaczego każdy chce molestować biedne żabki? Bo każdy chce ino cudnego, baśniowego, spełniającego pragnienia, odpowiednio owłosionego i prężnego w smokach Księciunia!!! A Dupka pokochać nie ma komu!? Ot zwykłego miłośnika ni tutu, oj sie nie chce! Ino Księciunia. Głowy koronowanej, dłoni dzierżącej berło, tudzież w żeńskim odpowiedniku owych włosów długich i nagminnej skłonności do przysypiania nad igiełką. Ot bo taka miłostka to wygodna by była, taka jakaś z marzeń, no wiecie upragniona i wyśniona… więc polują te zwyczajne obrzydliwe ludzie na bidulki żaby. Te przecież obślizgłe, w kulkach jajeczkach sie pluskające, śliskie i mlaszczące… ŻABY!!!

A Żaby Niecałowalne!!! Żaby postanowiły, że jeśli o całowanie chodzi, przejść na wegetarianizm i ryja dawać ino mleczykom. Załapać się na fiołki i przylaszczki, dziewicze przebiśniegi i krokusy, dać się porwać tulipankom i żonkilom – te to dopiero mają ryjki!!! A jaka klasa w całowaniu!!!

Ten co nie próbował nie wie!

Dlatego na Wyspie spotkać w tych dniach można, dziwnie wyprostowaną i nagminną, okrutną w wymierzanych ruchach oraz pewną siebie jak nigdy: Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, co to w kijaszek ostry zbrojna dookoła pondy i stawy pobieża i kijaszkiem wystające dupki dźga! Te wszelkie tyłeczki i pośladki, niegodne ust żabich całować!!!

KUJ KUJ KUJ!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Officium Secretum. Pies Pański” – trochę tak w końcu. Jakoś mi ostatnio z nazbytnią poslkością w literaturze nie było po drodze… ale do Wrońskiego mam senstyment jeszcze z czasów, pewnego Węża, więc w końcu… Nie żałuję. Nie żałuję, że czakałam, bo polskość się wylewa, znowu spaceruję po miejscach, któe pamiętam z dzieciństwa. Fabuła intryguje, ale… No właśnie jest owo ALE i nie jest to piwko. Bohater świetny, problemy osaczają, dobrze się czyta, ale tak naprawdę nie wiadomo skąd się bohater wziął, dlaczego tak naprawdę tutaj jest i po co. Kolejne wątki chcą się o niego zazębić, uczepić jak rzepy, ale tak serio, to nie ma o co, no i właściwie o co chodzi? Co jest tutaj główną postacią fabuły?

Kto ma być bohaterem?

Powieść intryguje, kręci, ale czegoś w niej brakuje. Jakiegoś węzła, jakiegoś subtelnego  lepiszcza! Za to urzekła mnie porządkiem, ładem i wszelaką języka poprawnością… korekta miodzio!!! Rzadkość!

Wyspa zdaje się mieć bułkę na każde święto. Jutro niestety święto z owymi mniej smacznymi. Bez marcepanu noworocznego, bez owej słodkości bułek fastelavnowych. Takie są suche, dziwnym zwyczajem, tradycją przyprawione niczym pieczony kurczak… ale cóż. Taki to świat.

Takie to święto… Wielki Dzień Modlitwy.

… więc módlmy się, czy co tam. O to by każdy choć co orze jak może, to jednak dokopał się do Chin czy innej Australii i to złoto ucapił za roki ogon i nogi! Módlmy się, coby nam dupy nie urwało i wszelakie żywotności nie przeżarły mózgów. Módlmy się by ich używać, tych mózgów, a nie zombiaki karmić i by literatura, no wiecie… była tym czym była! Bo już mnie trafia!

„Ależ no oddajcie murzynki Agacie
i butelkę wina w Kapturka chacie.
Oddajcie nam wszelkie zbereźności Andersena i Grimma…
… bo czytać co ni ma, ni ma, ni ma!!!” Ch.J.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niecałowalne Żaby… została wyłączona