Na Wyspie koty są dziwne. Specyficzne, bardziej dzikie, nie nawykłe do głaskania i jakiejkolwiek miłości. Ze świecą szukać pieszczocha… ale koty, że są, nie ulega wątpliwości. Ostatnio łażą za mną, miałczą pod drzwiami, gromadzą się grupami, które niezbyt dobrze współdziałają z myśleniem, że otóż Halloween nadchodzi…
Były mordercze pomidory, znamy wilkołaki a nawet okrutne myszy, więc czemu nie koty… kotołaki?
Bynajmniej jeden z nich mnie odwiedza.
Często, choć niebyt nachalnie. Z czasem nauczył się być mniej nerwowym niż ja i nawet co nieco je i odbywamy głaskane sesje. Nie do końca jeszcze rozumiemy się w kwesti „nie tykaj moich pluszaków”, ale popracujemy nad tym… chyba, że już nigdy nie zastuka ogonem w szybkę tarasu… bo właśnie wybrał się w morze. Albo nad skalisty brzeg, może jakieś zamorskie myszy akurat opuszczają swój okręt 🙂 Może to te wredne z „Dziadka do orzechów?”
Jeżeli to one… Stefan SMACZNEGO!!!
Oczywiście wciąż nie wiem czy to Stefan czy no… żeński Stefan 🙂
Bynajmniej dynia chyba mu się bardzo spodobała 🙂




„Odwaga, honor, cnota, dziewictwo, błyskotliwość… Każde ilości, lekko omszałe ale w dobrym stanie. Nie przeprowadzamy rewizji biorców! Okazja! Do każdego zakupu proszek usuwający pasożyty.” Chepcher Jones „Sklepik z Niepotrzebnymi”