Od pewnego czasu „14” w jakiejkolwiek postaci, łączy się u mnie z pechem. Nie wiem czym to jest powodowane, ale spójrzmy na dzień wczorajszy… no problem na problemie problemem poganiał…
Pech, wariactwo, nerwy… jedyne dobre to to, że skończyłam recenzję książki Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, czyli „Zakręty losu”. Jakoś ostatnio muszę dokładniej przetrawic każde przeczytane słowo, każdą przygodę, sytuację, osobowość. I choć w nocy skończyłam „Każda magia jest dobra” Kim Harrison i zabrałam się za „Lodowaty grób” Charlaine Harris, tak by pozostać pośród tego co ździebko paranormalne… to jednak wciąż pamiętam, że w tym roku mam jeszcze kilka recenzji do napisania.
Ale muszę najpierw wydrzeć ból z duszy…
Tylko jak to zrobić?
Jak usunąć coś, co jest jednak częścią mnie samej? Jak pozbawić się fragmentu osobowości? Lęku i przerażenia, które jednocześnie pozwalają mi tworzyć…
Nie mogę…
Czasem wiem, że mój świat to jedna z tych śnieżnych kul. Ciągle dotykanych, potrząsanych… tylko czasm, może zbyt rzadko pozwalacie by śnieg otulił mnie do końca, na dłużej… by nie tańczył wokół, ale ofiarował bliskość i ciepło. Tylko i wyłącznie to.
Spokój i bezpieczeństwo szklanej otoczki.
Dziwny świat, który tak naprawdę nie pragnie zmian. Tylko zwyczajnie nie chce mieć przeszłości. Niszczy historię. Niepotrzebną, bolesną… koszmarną nić wydarzeń, które jednak stworzyły DZIŚ.








