Pan Tealight i Ten, co poczyna koszmary…

„Rodziciel.

Pochwa zaczątków.

Ten, który wydala i kompletnie nie dba o swoje dzieci. A może jednak o nie dba? Może je dokarmia, doucza, zbiera na ich utrzymanie, zmienia im pieluchy, a może i dba o stypendia, może i ma dla każdego kołyskę, łóżeczko i domek?

Może?

Tak do końca nikt nie wie. Wiedzą jednak, że istnieje, zlepieniec wszelakich pobudek, gdy wygasły już wszelkie światła, gdy nie ma żadnego źródła światła, ni księżyca, ni gwiazdy, ni nawet oczu świecących w ciemności, jest tylko ona sama. Gęsta i przejmująca i budzi cię swoim oddechem, nagle nie tylko budzi, ale jej dotyk zaczyna muskać cię po gardle, coraz mocniej i mocniej i w końcu… dusi… Naciska. Dobrze wie, gdzie. Dusi. A ty się budzisz, ale nie możesz poruszyć. Twoje gałki oczne zdają się mieć wciąż wpojoną im wolność, a jednak nic poza nimi. Ni ręce, ni nogi, ni gardło. Nie możesz krzyczeć, nie możesz trącić tego ciepłego ciała, które leży tak blisko ciebie.

Które mogłoby pomóc. Które…

Albo te senne cudowności. Sklejone obrazki codzienności, które nagle mieszają się ze sobą, wynaturzają normalność i mieszają dzień z nocą. Nagle wspomnienia i marzenia są jednością, przeczytane powieści rażą obrazami, sceny z filmów igrają ze zmysłami. Wiesz, że to jest sen, ale czy na pewno? Na pewno… nie możesz się obudzić, więc to nie może być snem, ale jest na tyle straszne, że chcesz, by się skończyło, więc…

Nie budzisz się.

Czy on jest dobrym ojcem, czy wyłącznie marnym bóstwem, które ma gdzieś to, że jego dzieci tak rozrabiają? A może jednak to jego wielki plan? Może jest w tym coś więcej? Bo jeśli poczynasz i rodzisz, to coś musi w tobie być więcej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2459 (2)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmikołaj” – … no on. Wiecie, gość dobrze odżywiony, świnki, prezenty. No jak to nie wiecie? Jakie renifery?

Cóż.

Widzicie, czasem zdarzają się pewne rzeczy. Zdarzają się, bo inaczej być nie może, bo istnieją ludzie tak źli i przebiegli, że im się udaje, i wtedy wszystko się kończy. Nadzieja, radość, oczekiwanie na niespodzianki. Magia… Na szczęście Świat Dysku posiada Śmierć, konia i ludzkiego wciąż pomocnika, a to oznacza, że wiecie… może nie będą takie same, ale jednak będą. Cokolwiek kruk ma do powiedzenia i ile strachów Susan Sto Helit wypędzi spod łóżek… święta muszą się odbyć.

Bo tak i już! Muszą!!!

To jedna z moich ukochanych części cyklu. No wiecie, kocham te święta na okrągłej ziemi, więc pokochałam i te na płaskiej. I jeszcze ON za Wiedźmikołaja. Któż by się spodziewał!!! No jak można GO nie kochać? Nie można, czyż nie? Powieść jak zwykle przemądra, pełna intrygujących osobistości, często umierają, ale spoko. Do tego magia, ale taka prawdziwa i młoda dziewczyna z dziwnym dziadkiem. No wiecie, Świat Dysku. Tutaj wszystko jest właściwie takie samo jak u nas, tylko czasem, odrobinę bardziej wyraziste, albo płaskie, albo wykrzywiające pogrzebacz.

Wesołych! LOL

IMG_9553

Wieje mocniej.

Właściwie to huragan, ale wiecie, kto tam uwierzy w huraganowe wiatry na wszelakiej północy, no kto? Ale wieje. Wieje tak, że aż mózg się człowiekowi chyboce i trzeba się jednak czymś wspomóc coby nie zwariować. Bo można zwariować z takiego wiania. W prognozach pogody nie dość, że ostrzegają przed kosmicznym deszczem… takim, jaki przytrafił się nam przez kilka godzin w środę rano – no powiem wam ulewa jak nigdy. Waląca o ściany i okna, tętniąca po dachu, wybijająca trawki i roślinki z ziemi. Coś, co się tutaj zwykle nie zdarza. Jakbyśmy wilgoć tak naprawdę tylko absorbowali z powietrza i nie potrzebowali opadów. A poza tym zapowiadają zimę… ale mało im wierzę. Chociaż, czekam. Wiecie, ja zawsze czekam na zimę.

Wieje.

Po prostu duje i chyboce chatką. Człowiek składa sobie silne podziękowania za te wszystkie kamienie, które przywlókł do domu, te zielone cudowne, te czerwone, te kryształki, krzemienie i ciężkie granity. Może nie będziemy robić za Dorotkę. W końcu mój Toto jest raczej pluszowy i łatwowzlatujący, więc wolałabym nie. Chociaż, może byłoby fajnie? Tak wiecie, kompletnie nie mieć na nic wpływu. Ktoś was podnosi, ktoś powala, ktoś unosi, przemieszcza, zmienia, przewiewa, a potem myślicie o tym, że termiczna bielizna, to coś wymaganego u kobiety.

Chyba?

Wieje… a jednak niebo pełne gwiazd, jakby chciało udowodnić coś, że nie da się posprzątać, że jednak woli mieć taką układankę na swojej powierzchni, jaką ma. Że nie da sobie gwiazdek pogrupować, ani tym bardziej ich wymieść. Chmurki chmurkami, ale jednak kurcze… te gwiazdy, takie normalne na tym niebie, takie niezasłonięte światłami miast, czy wysokimi budynkami. Takie nie martwiące się tym, że Dania sprzedała swoją pocztę NordPostowi, no i teraz zalicza wpadkę finansową, bo wiecie, u nas znaczki dwa razy droższe, więc mieli z tego, coś, a teraz mają nic. Za to NordPost odpowiedział, że Dania sama sobie winna, bo w takiej Szwecji można wciąż wybrać, czy chce się papier czy jednak elektronicznie wszystko i ludzie wybierają, a u nas… coś z tą demokracją u nas to jednak wiecie, jakoś kuleje jednak. A może to ten Wielki Bożek Ekologii, zakłamany skurczysyn!!!

IMG_2444

Rzeki…

No dobra. To, że są wzburzone i pełen wody, to już pisałam, ale to, co zobaczyłam dziś, to, że mogłam wejść w morze tak daleko, tak niebezpiecznie piaskowo-ruchomo… jest przerażające. Nasza Melsted å zmieniła się w budyń. Raczej rzadki i na pewno niesłodki, ale jednak wiecie, budyń. I to totalnie waniliowy. Może i z lekką domieszką karmelu nawet? I ponieważ po naszej stronie fal nie ma i morze cofnęło się dość daleko, to rzeka napędza cały ruch i wszelaką ruchomość piasku. Wygląda to tak, jakby Wyspa zdecydowała rzekami przeprowadzić część piasków ze wschodniej strony na zachodnią. A może to jednak coś innego? Ale widok jest niesamowity. Jakby waniliowy budyń wlewał się w błękity i granatowości morza, bardzo płytkiego, z głazami odkrytymi tak mocno, że aż zaskoczonymi swoją dziwną nagością. Wchodzisz w morze, w miejsce, które powinno ci zakrywać prawie pępek, i dziwisz się temu, co możesz oglądać. Piaski i skały. Liście i wodorosty. I te kolory kamieni. I te mieniące się bursztynowości fal…

Takie to wszystko zachwycające, ale i przerażające jednocześnie. Dotąd działo się to tylko jesienią, podczas tych deszczów jesiennych, ciężkich i zimnych, gdy ziemia spływała z pól, ale teraz to coś całkiem, kompletnie innego. Coś fascynującego, ale i strasznego. Z jednej strony – tylko natura, czyż nie, ale z drugiej… może ludzie znowu coś nabroili.

Z punktu widzenia szaleńczego artysty od kolorów – coś niesamowitego!!!

IMG_2591 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten, co poczyna koszmary… została wyłączona

Pan Tealight i Broda…

„Stała tam.

Samotna, jakby zagubiona.

Jakby odrzucona przez morskiego hipstera, tudzież gościa w modelu drwal, co to nagle postanowili zwyczajnie zgolić, odciąć… może i koczek gdzieś tam pływał? Nie zaglądała w fale, za bardzo była zafascynowana oną smutną brodą. Bo tak, broda była bardzo smutna. Bardzo samotna, zimna, oszroniona, olodzona… i szalenie piękna. Niesamowicie foremna i zaskakująco wzruszająca. Jakaś taka. Stojąca na krańcu pirsu, gotowa rzucić się w fale, zatonąć, a może jednak rozpuścić się w nicość?

A może?

No broda.

Pęk wszelakiej, lekko zmiętej włosiny, innej niż ta nagłowna. Mocniejszej, pełnej okruszków, lekko kręconej, wszelako białawej. Nie siwawej, ale właśnie wiecie mlecznej takiej, jak u Świętego, co to prezenty dostarcza i nadmiernie, zdajecie sobie z tego sprawę pewnikiem, korzysta z pozostawionego mleczka i załączonego ciasteczka… albo i trzech. Jak nic mleczka po irlandzku. No wiecie, jak ta kawa. Podobno można tak pokomplikować i te płyny. No serio, spróbujcie.

Może też dostaniecie brody, albo choć wąsów?

Broda mocno skupiona w sobie. Niepoddająca się wiatrom, bo przecież w brodzie wszystkie włoski odczuwają przynależność do roju. Może nie mają królowej, ale wiecie, ona wspólnota jest aż nazbyt silna, dlatego… broda stoi. Nie porusza się. Nie zmienia pozycji. Nie przestaje z brodowej nogi na inną brodową nogę.

A może…

On tylko poszedł popływać. Bo lubi zimowe fale, wszelakie sopele i mroźność wspomaganą wiatrem, a brodę wiecie, pozostawił, bo mokre włosie strasznie ciągnie ku dnu, a on jakoś wolał powierzchnię, tylko że nigdzie go nie widać. Choć może gdzieś tam, na horyzoncie? Czyż właśnie nie machnęła dloń, lub noga? Lekko siwawa głowa, z niewielką ilością włosków? Tak, to chyba to. Ale jednak tęsknota brody bardzo przygnębia i rybaka, który niczego dziś nie złowi i Wiedźmę Wronę Pożartą, która ryzykując życiem podaje właśnie brodzie kawałek czekoladki z przyprawami. Wiecie, pozostałości poświąteczne… w końcu kto zjada okładki, ten piękny, gładki, oraz wszelako szczuplejszy, jeśli się wiecie, dzieli z innymi!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2078

Z cyklu przeczytane: „Susza” – … Australia. Pająki. Wielkie pająki. I susza. Książkę oczywiście, choć to pierwsza tej autorki, wspomogło to, iż wykupiono prawa do sfilmowania jej. A może ważniejsze było zdobycie nagrody dla niepublikowanego manuskryptu? A kto tam wie…

Australia, pająki, gorąco… śmierć.

Autorka jest stamtąd, więc naprawdę wie jak przekazać oną bezwodność i arachidy skaczące po ścianie, czyhające na smacznych ludzi… tkające sieci. To w końcu tutaj normalność. Do suszy trwającej już drugi rok ludzie jednak się nie przyzwyczaili. Stres narasta. Problemy się nawarstwiają. Nasz bohater przyjeżdża tutaj tylko z jednego powodu. Nie tyle dla zmarłego przyjaciela, dla jego rodziny, ale wspomnień o pewnej zbrodni. Tylko, czy przeszłość naprawdę nie wygasła? Czy nowa zbrodnia sprawi, że ludzie zmienią zdanie? Ale co, jeśli wszyscy myślą, iż ojciec rodziny zamordował swoją żonę, syna i siebie… więc nikt nie szuka? A pająki wciąż tkają swoje sieci…

Dobra powieść.

Klimatyczna. Nie idealna, ale jednak dobra. Nieźle przedstawiająca tamten świat, inny, zdesperowany i ciągle spocony. Ludzi, którym już nie zależy i tych, których małe sekrety urastają do ragi zbrodni. Jak zwykle nic nie jest takie jakim się wydaje i tak naprawdę od samego początku jesteśmy pewni, że ci najbardziej podejrzani nie są winni. Ale w takim bądź razie, kto popełnił zbrodnię sprzed lat i czy naprawdę ojciec rodziny popełnił najstraszniejszą ze zbrodni? Hmmm… no dobra, pewnych rzeczy się domyślicie, ale powiem Wam jedno, mimo lekko usypiającej atmosfery, to nie jest zła powieść. Może nie diametralnie inna, na pewno bazująca na człowieczeństwie, które niczego nowego już nie umie wymyśleć, ale jednak… warto.

IMG_1446

Mokro.

Mokro i wilgotno, a nie padało. Tych tylko kilka kropel z niebiosów to trudno nazwać deszczem. Wieje co prawda, ale to chyba raczej opcja susząca, czyż nie? No to skąd ta cała wilgoć i woda w rzeczkach, strumieniach, a i wodospadach. Wszystko przepełnione, dróżki i ścieżki podmyte, zniszczone, albo zwyczajnie pod wodą. Jakby cała Wyspa postanowiła zmienić w końcu swój stan skupienia. Tylko, czy na zawsze? Nie wiem. Ale wyjście na zewnątrz wiąże się z gumiaczkami, ale tutaj, chyba tylko poza mną, każdy ma odpowiednie wdzianko w kolorze pomarańczowym oraz buciki. Na cieplejsze dni drewniaki, a mokre kaloszkowatości. A ja tak nie cierpię gumiaków, że aż mnie telepie, więc wiecie, wracam do domu ubłocona po uszy. I fajnie jest!!! A już szczególnie jak dziś miałam zwyczajowo niewielki wodospadzik przy dróżce przy Kobbeå przechodzić… nie ten główny ogromny, ale ten wiecie, wcześniejszy po prawej…

… no to, ekhm, się zmoczyłam. I fajno. W końcu człowiek też się musi popodlewać, czyż nie?

Świat naprawdę wzrasta i w prawo i w lewo. Trawki wszelakie wyłażą spomiędzy wciąż jeszcze dziwnie witalnych liści zeszłorocznych, zapowiadając i tulipanki i żonkile i narcyzy… bo wiecie: ranniki i przebiśniegi to już są. W mngości wszelakiej i zwyczajnej. W dorzeczu rowu melioracyjnego, gdzieś tam na zboczu, tutaj zaraz przy drodze, jakby chciały udowodnić, że mogą i muszą. I oczywiście, że przecież są onym zwiastunem wiosny, więc wszyscy muszą, po prostu muszą się nad nimi roztkliwiać. No i pewno to robią… ja wciąż jestem twarda.

Tęsknię za zimą. Śniegiem, mroźnością. Oj pewno, że udało mi się jeszcze złapać trochę śnieżności tydzień temu, ale co to było. Nosz ino tyle, co ten kot napłakał, a to serio bardzo, ale to bardzo bardzo mały kot!!!

IMG_2105 (3)

Poza wilgocią wszelaką, jakoś tak dziwnie wyczekująco się zrobiło. Ludzie trochę się burzą po gazetach, wynajdują dziwne problemy, ale jednak… jakby wszyscy na coś czekali. Koniec świata może się zbliża, może kurcze znowu czegoś nie wiem? Bo wiecie, to się zdarza. Nie mam pojęcia co się dzieje w Grze o tron, znaczy tej filmowej, oraz komu co tam obecnie gra. Bez telewizora ona dziwna nieświadomość staje się dla wielu obserwujących mnie z zewnątrz, jakaś taka… przerażająca. Ciekawi mnie to. Dlaczego ludzie boją się tych beztelewizorowych?

No, dlaczego?

Może i świat zewnętrzny naprawdę zdecydował się już na wiosnę, wciąż jeszcze mamy luty, więc wiecie… jest jeszcze nadzieja. I chociaż bułki na fastelavn już trzeba szykować, to wciąż jeszcze może się przytrafić nam zima, czyż nie? Szczególnie przy takiej wilgoci. I to wilgoci, która ma taki widok na morze. Morze, które w miejscach, gdzie osiadł piasek tak cudownie, turkusowo się mieni i nie łączy z onymi błękitami odbitego nieba, oraz kobaltami i granatami. I choć wieje, to po naszej stronie fal brak, za to kamienie na plaży świeca się jak psu… znaczy wiecie, wyraziście połyskują niczym lakierowane! Ekhm. Śliczne są. Nie rozumiem na co człowiekom diamenty, gdy mogą dostać coś takiego jak mieszanka mrozu i trawy, albo trawy i krwi, albo taką czerwień, która zdaje się wypływać z plażowych żył… Śliczne mamy kamyczki na plaży.

Nawet jak tak wieje.

IMG_2027 (3)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Broda… została wyłączona

Pan Tealight i Ten, który zawsze skądś wracał…

„W podartych portkach i fartuszku w kwiatuszki. Wiecie, takim żeńskim, zapinanym niczym płaszczyk, totalnie poliestrowym, nie do zdarcia. Z jednej kieszeni wystaje mu natka pietruszki, z drugiej nożyce ogrodowe… w czapeczce lekko na bakier, w gumiaczkach w kolorze wściekłego żółcienia i oczywiście z pieskiem. Spotykała go tak często. Teraz zimą miał też te wielkie rękawice, a piesek puchate buciki – pudel wiecie – no i szaliki. Mieli je takie same, niebieściutkie z frędzelkami. I obydwoje coś żuli. Nie wiedziała, czy było to coś jednakowego, takiego samego, nader podobnego, aż do złudzenia, ale jednak… Zawsze razem. Jakoś dziwnie nierozłączni.

On na nią nie szczekał, pudel też nie.

Wprost przeciwnie, pudel był całkiem nią nikle zainteresowany, on zawsze rzucał spojrzenie spod krzaczastych brwi, no i tej grzywki, która zdawała się być całością jego krótkiej w innych wymiarach fryzury. No i te uszy. Wysoki był, ale jednak uszy zdawały się dodawać mu wzrostu. Mijali się. Uśmiechali. Kiwali sobie głowami, choć co do psa, to wiecie, nie do końca tak… a potem szli w swoje strony.

Zawsze osobne.

Zawsze nie te same.

Ten, który zawsze skądś wracał. Inaczej przecież nie mógł się nazywać, nieprawdaż? No jakby miał się nazywać? Bartosz? Zygmunt? Jonasz? A pudel? Z pudlem coś było nie tak. Już nawet nie miało znaczenia to, iż od jakiś wielu lat pudel był psowatym wątpliwym jakotakim, nader sporadycznie spotykanym na ulicach i pod nimi, więc… a jednak Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki czuła, że coś jest nie tak z tym białym, miejscami nagim, miejscami puchatym czworonogiem. Coś nie tak bardziej, niż z tym, który trzymał drugi koniec smyczy.

Miała przeczucie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1585 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zagubieni” – … koniec? A jednak i środek. Bo przecież cykl o Lacy Flint czytałam jakoś tak dziwnie. Najpierw tom pierwszy, potem czwarty, znowu pierwszy, trzeci… W końcu i drugi. Zaskakujący drugi tom. W którym właściwie sama Lacy nie pracuje. Nie, jest wyłącznie dziwnym tłem dla postępowań zaskakująco inteligentnego chłopca.

Tak, bo to opowieść o chłopcu, który wie i widzi. Który przeczuwa, którego inteligencja zawstydza dorosłych, ale który… obłożony jest też klątwą przeszłości oraz tęsknotą za matką. Tym razem to chłopiec zmaga się z mordercą, a Lacy, z tajemnicą chłopca. Chłopca – mordercy? A może tylko niewinnego świadka?

Niesamowita, inna.

Z jednej strony opowieść znanej nam kobiety, z drugiej całkiem nieznajomego chłopca. Historia przyjaźni dziecięcych i dziecięcych koszmarów, oraz miłości, która w jakiś dziwny sposób nie umie, nie może, nie potrafi rozkwitnąć. Ale przede wszystkim to ponownie pewne miasto i jego koszmary, jego sekrety i tajemnice. Jego mity i legendy. Oraz najnowszy koszmar, który odbiera życie dzieciom… odbiera życia, które tak naprawdę jeszcze nawet się nie zaczęło. To naprawdę z jednej strony wzruszająca, a z drugiej wstrząsająca opowieść… też i o rodzinie.

O tym, jaka powinna być i jaką najczęściej nie jest.

IMG_1447

Wietrznie…

Deszczowo.

No wiecie, po takiej ilości słońca i temperaturze powyżej 10 stopni, coś musiało się zmienić. Dla wyrównania szans. Mgłą płacze Wyspa… Wyglądam przez okno i nie widzę mżawki, czy rozpękniętych niebios, a raczej płaczącą mgłę. Kroplisto się złuszczającą. Mgłę, która jednak mimo to nie maleje. Nie znika. Nie odchodzi. Wprost przeciwnie, zwyczajnie się zagęszcza i jeszcze bardziej puchnie. I jeszcze bardziej tyje. I ma się dobrze, choć tak bardzo łka.

Zewnętrzność nie tylko wilgotna jest i dziwnie zimna, ale też i porywa w ramiona i pcha ku wzburzonej morskości. Chciałoby się po prostu poddać naturze i odejść z tego świata, który jakoś tak ostatnio cięższy jest i bardziej psychiczny. Z tego świata, który nawet tak mały zakątek dusi i męczy. Nie no, nawet nie chodzi o to, że wciąż się kłócą o te nazwy promów. jakby to miało jakieś znaczenie. Już nawet jakoś odpuszczam durnowate plany rozbudowy Kunstmuzeum. Jakoś tak. Chyba już nie wierzę w człowieczeństwo zdolne zrozumieć, że natura, zieleń i wszelaka czystość jest najważniejsza, bo kasą nie da się oddychać. Już nawet…

A gdyby tak dać się porwać wiatrom, może zwyczajnie odpuścić? Tylko, czy można tak po prostu przestać się martwić, przestać myśleć o wszystkim. Widzicie, nawet brak telewizji, czy unikanie gazet, nawet to już nie pomaga. Aż strach pomyśleć czy się człowiek NIE martwi, bo o tym nie wie. Jeśli to co wie doprowadza go do takiego stanu, że chce się oddać wiatrom. I pozwolić wywiać gdzieś tam na głębinę. Na tą samą, w którą wpatrywał się ostatnio. W którą tak łatwo byłoby się zagłębić i zwyczajnie nic już nie czuć.

IMG_0631

Wyspa na początku pozwala człowiekowi uwierzyć, że można. Że da się żyć bez zewnętrzności i rzeczywiście to się udaje. I naprawdę można na początku, bo w końcu zaraz po przeprowadzce masz tyle problemów, że strach się bać… z czasem człek przyzwyczaja się do onej ilości kłopotów i po prostu jest w stanie przyjąć na barki więcej. I więcej. I nagle to, co innym jawi się HYGGE – ja pierdziele wciąż mnie wkurza ta książka – staje się tylko sennym marzeniem. Ot czymś, co przechodzi z czasem, gdy wstaniesz i po prostu zaczniesz znowu oddychać.

Bo chociaż mniejszy kawałek ziemi, to jednak wiekuisty bastard Danii, tak naprawdę i coś tam pod Szwecją, tak się opisuje Wyspę. Nie no, pewno, że są one piękne mity i legendy o tym jak to bóstwo wszelakie kończąc tworzyć fiordy i piękności Północy zostało z leftoversami i tak oto ćpnęło je na środku Bałtyku. Ot romantyczna opowieść, ale jakoś nie do wszystkich trafia. Na pewno po raz pierwszy od kilku lat zaobserwowano wzrost ludnośc, nie kolejne ubytki. Tylko że… widzicie, jeżeli to tylko statystyka, to możliw iż wzięto pod uwagę tych, którzy tak naprawdę tylko kupili domy, a wcale nie mają zamiaru tutaj żyć… wcale a wcale? Cóż, jakoś jak zwykle nie wierzę w to wszystko. Jakoś tak bezwiarowa jestem strasznie.

Wyspa wydaje się wielu takim łatwym miejscem do istnienia. I serio, niektórzy odnajdują tutaj nie tylko coś innego, ale przede wszystkim prawdziwego siebie, więc… czasem niefajnie jest żyć ze sobą i lepiej wrócić do miasta, gdzie problemy innych przytłaczają własne rozterki. Proste to jak nieprostą jest budowa cepa. Serio. Sprawdźcie systematykę cepową. Sprawdźcie!!! Ale… gdy człek się zakocha na zabój w Wyspie i wytworzy oną cudowną pępowinę, to na amen i wszelkie inne pax i neapolitana, nic innego nie ma poza nią.

Kompletnie nic.

IMG_0632 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ten, który zawsze skądś wracał… została wyłączona

Pan Tealight i Masłowy Ludzik…

„… no taka była prawda, że wszystko zaczęło się od Chowańca. Na początku jego kanapeczki, wiecie, gdy je komponował w czasach wszelakiej ich jednak wspólnej, uniwersyteckości, znaczyły jedynie śladowe ilości masełka i wszelaka drobinka, ot koroneczka wędlinki, tudzież serka. Ale z czasem… pozwalał sobie na więcej. Na rozpustę, na coś innego, coś nowego. Nowe smaki, owe ilości, nowe odkrycia wszelakich czarowności najęzykowych. Bo czemu nie… przecież w końcu miał kogoś, kto mu podpowiedział, kto zauważył, kto zapytał: dlaczego?

I tak narodził się Masłowy Ludzik.

Lekko michelinowy w kształtach, ale nie do końca, śliski oczywiście i jaśniutko żółciutki. Łatwo topliwy, ale też i dziwnie ponętnie pachnący, wiecie, chcecie i rzucić go na patelnię i zlizać topionego z kawałka pizzy… mocno seksualny może? Ale przecież jakie jedzenie nie jest. Nawet kotlet ma coś w sobie sprośnego. A ten ludzik, wybitnie męski i stroniący od ciuszków, nawet chusteczki dookoła bioder, nawet woreczka na klejnoty masłowe, nawet wiecie, kokardeczki chociaż…

… no taka była prawda, iż Chowaniec pokochał masło, a z jego miłości zrodził się właśnie on – Masłowy Ludzik. Duch, a może i bożek nawet. Ten, który zawsze sprawiał, że masło choć prawdziwe, jednak z jakąś taką łatwością miękło pod jego ostrzem, jakoś tak się nigdy nie kończyło, a kanapka, nawet jeżeli upadła, to masłem do góry. Taką miał moc. Jedną z największych. Jedną z najbardziej pokrętnych, a już zimą, no widzicie, przy niższych temperaturach twardzielem się stawał i nie jełczał wcale a wcale, i trzymać się lodówki nie musi… I na wyprawy chodzi. A coś takiego zobaczyć na Wyspie, cóż. Czy mogłoby to kogokolwiek dziwić?

Kogokolwiek?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1720

Z cyklu przeczytane: „Muzyka duszy” – … bo gra. No przecież zawsze coś w duszy nam gra. A i jest taki rodzaj muzyki, który zdaje się być samą duszą, więc…

Tak, po raz kolejny sięgam sobie do Pratchetta wiecie, by sobie przypomnieć, by się zabawić, by jakoś tak się odchamić nawet. Miałem znajomego, co dla odchamiania opery słuchał, tyż lubię, ale bardziej na mnie działa Pratchett. I Śmierć. A może tak naprawdę tylko o niego chodzi? Ekhm, wiecie, lekka fiksacja?

Książka jest jak zwykle niesamowita, mądra i zmusza do nadmiernego myślenia. Jest opowieścią o czymś nowym, o Susan Sto Helit, wnuczce Śmierci i oczywiście o nim samym, oraz o „muzyce z wykrokiem”. Wiecie, onym czymś, z czym można żyć, albo się mierzyć. Oj, zapomniałam o magach. Kurcze, pewno mi tego nie wybaczą, więc wybaczcie, że zniknę, a wy… cokolwiek wam mówiono o Pratchecie, niech was nie zwodzą te dziwne dla wielu okładki. Niech was nie zniechęca lekko dziecięca – a słyszałam i takie opinie – stylistyka. Spróbujcie Pratchetta. Może go pokochacie, może jednak nie, ale na pewno zrozumiecie, że jest w nim coś więcej. O wiele… więcej.

IMG_9544

Wyspa.

Taka piękna, taka szarzejąca. Taka fascynująco odpuszczająca oną światłość. Taka spowalniająca, bo przecież słońce to zawsze jakiś przymus, a już szczególnie ono przedwiosenne. Ono wybijające kwiaty z traw, ono zmiękczające ziemię. Ono kompletnie niszczące te wszelkie przymrozkowe koronki. Ono… niesamowicie ciepłe. Niesamowicie zniewalające. A to przecież tylko Wyspa, czyż nie? Maleńki kawałek świata. Maciupeńki całkowicie. Takie wiecie, dla wielu niewidoczny, nieistniejący. Bo przecież ilu wie, że to Dania? Zwykle albo ktoś się pyta jak to jest w tej Australii, albo czy w Szwecji serio łosie chodzą po ulicach. A co… z trzeciej strony, przecież nie można wiedzieć wszystkiego, czyż nie? Nawet z googlami!

U nas mgły, czyli trudno się jeździ, a potem kłótnie muzealne. No i wiecie, nagle się okazuje, że architekt z USA za darmo pracuje, a darmowemu koniowi durnie tak w zęby zaglądać, no i konflikt się zagęszcza. Jedni się dziwią, inni znowu marudzą, jeszcze inni do końca serio nie rozumieją, a ja… A ja nie chcę. Nie chcę więcej białej bryły, bo ta jest idealna. Może i nadmiernie moderna, ale jednak idealna, a bez tej wieży będzie wyglądała dziwacznie. I ten strumyczek tam w środku i ta cała biel… tyle miejsca, a jednak chcą więcej? Ale przecież za darmo, więc jak odmawiać? I nagle brak wypłaty sprawia, że musisz przyjąć brzydki, koszmarny, niefajny prezent… Bo przecież niepłacone, bo darowane i bezzębne może, ale jednak. Myślę, że zbyt wielu chce się na Wyspie wybić. Chce, a potem doskonale ją depcze i niszczy. Ale też ona potrafi się bronić, więc bójcie się ci, co jej boskości nie dostrzeżecie.

Fajnie, nawiedzenie to brzmi, co nie? Buuuuuu!!!

PS. Długość życia u nas taka niezbyt, wiecie… no kiepsko jednak stoimy w tej całej statystyce, tylko 79,5 lat. Hmm, są od nas lepsi, albo to zwyczajne, statystyczne szaleństwo, jak zwykle. Kto ich tam wie z tymi ich matematykami.

IMG_0953

Szarość spowiła Wyspę i już od razu jakoś raźniej się oddycha. Morze wdziera się między drzewa i szaleje. Zdaje się, iż wszystko jest słone. Tak naprawdę i do końca słone. Powietrze i kora i te pączki, które już się pojawiają, młode listki, stare trawki, drzewka… sosny pochylone na wydmie, która z czasem pewno wkroczy w morskość i stanie się kolejnym elementem plaży, dziwny bunkier… w którym nie wiadomo co i nie wiadomo kto. I to nadbrzeże, które poznaczone jest willami. Bo przecież i u nas są takie miejsca, wiecie ino dla bogatych. Jak tak dalej pójdzie, to ogólnie bogacizna z miasta nas wykupi, mieszkać będzie tylko od czasu do czasu, a zwykłego Tubylca nie będzie stać na dom. Wiecie jakie to jest wkurzające, jeśli tutaj się urodziliście, tu chcecie żyć, a jednak nie stać was na dom, bo ludziska z miasta oczywiście zawyżają ceny…

Ale tak zmieniono prawo. W sporej części Wyspy nie ma już obowiązku zamieszkania, więc i zwykłe domy zmieniają się w sommerhusy. Oczywiście dla tych, których stać. Spoglądanie na upadek takiego miejsca jest cholernie bolesne. Rani, rozdziera i wkurza. I… niczego nie możesz zrobić. W końcu reszta Danii i tak uznaje Wyspę za dopust boży i to nie wiadomo jakiego boga, a politycy u nas tacy sami jak w innych miejscach, więc… wierzyć można tylko w magię.

Tylko czy magii wystarczy?

Najlepiej napatrzeć się na te sosny i zarośla, na rzeczki kręte bardzo pomiędzy drzewami, na wydmy, których wcale nie tak wiele, na te skaliste zbocza, na te plaże tak różnorodne. Na wszystkie cudowności naturalne, na to, co wciąż jeszcze jest. Macać to i wdychać w siebie. Ono czyste powietrze, one sople, znikające, oną nadzieję na to, że wiosna nadejdzie, ale może kurcze dopiero potem, dopiero później… po kolejnych śnieżycach, po kolejnych zawiejkach? Może? Kto to może wiedzieć… no kto?

IMG_0876 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Masłowy Ludzik… została wyłączona

Pan Tealight i Profanacja…

„Jak mogli?

Jak mogli nie wiedzieć? Tak po prostu postąpić tak, a nie inaczej i jeszcze najzwyczajniej w świecie czekać na pochwałę? No jak?

Jak mogli przypuszczać, że ona to zrobi, że się zniży, że pozwoli im, że naprawdę będzie z tego wszystkiego zadowolona? Jak mogli zapomnieć o babskim gniewie? No jak?

Profanacja.

Tak, to najbardziej odpowiednie słowo na to, co się wydarzyło. Najbardziej. Bo przecież jak można tak po prostu wejść i wyjść? Tak po prostu wnieść to i zostawić? Tak zwyczajnie nie zapytać o pozwolenie? Tak jakoś nie zainteresować się tym, czy ona będzie na tak? Czy nie będzie zbulwersowana, oburzona, a może i urażona? Jak mogli widząc jej minę stwierdzić tylko: ale myśmy nie wiedzieli!!!

Jak mogli?

… dać nadzieję na to, że w tych pudełeczkach z kokardeczkami, tak cudownie, doskonale, idealnie zapakowanymi, jak mogli dać jej nadzieję na to, że będzie tam to, czego ona pragnie? Bo przecież zawsze tak jest, czyż nie? Przed otwarciem pudełka. Dowolnej wielkości. Możecie sobie wyobrazić, że to coś tam jest. To, na co tak bardzo czekasz, to, czego praniesz i czego oczekujesz, ono spełnione marzenie, ono w końcu udoskonalone istnieje…

Ale nie, oni popełnili grzech. Sprofanowali jej nadzieję, z którą i tak miała problem.

Jak mogli…

Przynieść w darze Wiedźmie Wronie Pożartej garnki i kuchenkę mikrofalową…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1230

Z cyklu przeczytane: „Stokrotka w kajdanach” – … Bolton. Ostatnio po prostu nie mogę się oderwać od jej książek, no i teraz kurcze, gdy mam w łapach przedostatnią, to smutno mi. Sprawdzam oczywiście, czy napisała coś jeszcze… No coś tam jeszcze jest, coś mi daje nadzieję na kolejne powieści, ale kurcze KIEDY?!!!

Świat jest okrutny, jak się nagle zafiksujecie na jedną autorkę.

Bardzo okrutny.

„Stokrotka w kajdanach” to nie opowieść z cyklu z Lacy, ale osobna historia. Można czytać spokojnie, nie bacząc na inne powieści tej autorki. Tylko, czy naprawdę spokojnie? Kto spokojnie czyta powieść o młodej prawniczce-pisarce, która wynajduje kruczki prawne w sprawach już załatwionych? O niebieskowłosej kobiecie, do której z prośbą o pomoc, krzykiem: nie jestem mordercą, pisze… ten, który na sumieniu ma co najmniej 3 zycia? Czy ona podejmie się tej sprawy?

A jeżeli tak, to jak to na nią wpłynie, tak kruchą?

Powieść wciąga, jest klimatyczna, z, jak zwykle u Bolton wyraziście wyrysowanymi bohaterami i naprawdę warto się jej dać ponieść. Nie spać, przypalić obiad… kurcze, czytać ciurkiem, bo… ona zaskakuje. I chociaż pewne fakty mogą wam pozwolić zwrócić uwagę na pewne niedopowiedzenia i pewne nieścisłości, to jednak zakończenie może was zaskoczyć. Mocno.

I tyle.

Nie mogę powiedzieć nic więcej, bo zdradzę zbyt wiele i klops będzie, a nie czytanie! A warto, naprawdę warto! By poznać prawdziwość kobiecości i męskości. By przemyśleć ponownie to, czym naprawdę jest człowieczeństwo.

I dlaczego czasem… zabijamy.

IMG_1448

Nazywam się…

Czyli problemy wyspowe. Wiecie, u nas wszystko jest ważne, a nacjonalizm wyspowy rozkwita sobie niezależnie od pory roku. I nic w tym złego, by zachowywać nazwy, by pamiętać o przeszłości, nie niszczyć zabytków, nie wycinać lasów, nie zapominać… ale… no właśnie, czasem idzie to troszkę za daleko. O kroczek czy dwa za daleko. I tym razem chyba poszło aż nadto. Otóż sprawa się ma promu. A dokładniej jego nazwy. Wiecie, nowa firma oczywiście wiele zmieniła w wyspowym podróżowaniu, chociaż z tymi tanimi biletami to nadal jest spore niedopowiedzenie, to jednak prom nabyli nowy. I nazwali go, ale… nazwali go tak, jak im się podobało, więc nie pytając o nic gazeta wymyśliła sobie konkurs na nazwę. I wszyscy na Facebooku zaliczyli niezły Gik Amok.

Wiecie, ile ludzi tyle propozycji, ile propozycji, tyle szaleństw. A tak naprawdę, to jakie to ma znaczenie? Żadnego. Bilety nadal nie są tańsze, więc sorry, ale wyczuwam tutaj lekka manipulację. Tanie bilety wykupione są do maja – wiecie, jeśli kupujecie z wielkim wyprzedzeniem możecie dostać je taniej, ale w magiczny sposób NIGDY nie ma takich, za miesiąc, czy kilka tygodni, oj nie – hmm? Jakoś wiecie tego nie widzę, ale dowodów brak, więc póki sobie sama Poula Ankera nie wyczarteruję, muszę być zależna od Mols-Linien i ich pojazdów pływowych.

Ale…

… samozwańczy wielce gazetowy komitet powstał, no i wiecie nie do końca jednomyślnie, ale wybrał imię i co teraz? Czy wielcy się ugną przed maluczkimi, czy znowu wszyscy wszystkich będą mieli gdzieś? Na co stawiacie? Bo ja na podwyżki. Wiecie, no i na to, że katamarany kurde nie nadają się na nasze fale. Te fale, które tak poszalały w tym roku. Sorry, ale lepiej na tym morzu sprawdza się ciężka jednostka… Jakoś serio nie dowierzam tym katamaranom. jakoś tak nie wiem.

No serio, za bardzo są antypodowe. LOL

A, bo zapomniałam, oczywiście nazwali go KB LOL Jak dla mnie fajnie. Słodko i zabawnie. Ale podobno to nazbyt silly name.

IMG_0964

10 w skali cieplonta!

Ech! Podobno ino w środę, podobno, ale 10 stopni, serio? Tak naprawdę, gdy obchodzicie Wyspę dookoła, to są takie paski, mroźne-ciepłe-mroźne-ciepłe… w słonku aż się pocisz w szaliku, ale między skałami, gdzie cienie odpoczywają i noc przesypia dzień, siedzi sobie mrozek i się mrozi. I skały dookoła. Gdzie niegdzie jeszcze pochowane fajne sopele, czapy nibyśniegowe. Cudowności wszelakiej białości i błękitów… a potem słonko i te kwiatki. No wyłażą. Jakby kurcze im się serio spieszyło.

I to bardzo spieszyło.

Fajnie się tak oddycha zmiennością powietrzowości. Jakoś tak niesymetrycznie i mocno wyraziście. Raz przetrze płucka, raz znowu człowiekowi przygrzeje. Stoisz przy Hestestenernach i myślisz o onych szczątkach końskich złożonych morskościom w błaganiach i ku podziękowaniom, ale… to wszystko w oddali jest takie błękitne, niebieściutkie i zamglone, że naprawdę… wierzysz. Tak naprawdę nie potrzebujesz spisanej religii, bo tutaj ona jest namacalna. W skałach, trawach, pniach i liściach, drzewach i zaroślach. Nawet jak chowasz pupsko za drzewem, żeby po prostu się wysikać, czujesz ją. Moc Wyspy. No, chyba że umieściłeś dupsko w tych kłujących, to poczujesz więcej. Ale tylko jak jesteś dziewczynką… taka niedogodność! Religijność, kurcze, tutaj wierzysz po prostu. Tylko problem w tym, że wierzysz w całą Wyspę.

Jakoś tak.

A!

Co do Turyścizny, to jest jej trochę, ale w dopuszczalnym nadmiarze. Spokojnie. Tylko pod myjnia czekasz kurcze prawie godzinę. No ale… dobra, wkurzasz się, bo nagle nikt nie wie jaki guzik wdusić i co tak w ogóle robi i czy to wszystko się dobrze skończy, ale słonko od kilku dni sprawia chyba, że serio nobody cares. A może u nas po prostu często nobody cares? Oj pewno, że czasem się pobiją, albo coś w ten deseń, ale zwykle jakoś tak wszystko w końcu zwalnia. Spowalnia i ogólnie mówiąc ma to gdzieś.

W końcu jeżeli u nas jest miejsce i na nocne cienie i na dzienne, to co nas ruszy?

IMG_1002

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Profanacja… została wyłączona

Pan Tealight i Karmazynowy Królik…

„… z różna?

Ojeblik – mała, ucięta główka tylko szepnęła, ale cóż jej się dziwić. W końcu ile karmazynowych, żywych i żwawych królików widzieliście w życiu? A Wiedźma Wrona Pożarta widziała. Karmazynowego królika. Czerwonuśko-czerwonuśkiego. I z kokardką, wiecie, muszką raczej niebieściutką, w lakierkach, krótkich spodenkach zaprasowanych na kant… choć może dla niego to była zwyczajowa długość, skarpetkach w delikatny prążek i kamizeleczce… pod którą miał siatkową podkoszulkę, znaczy wiecie bokserkę taką. Miał też laseczkę drewnianą, rzeźbioną w królicze łapki i oczywiście melonik dopasowany do porteczków i co dziwne… rękawiczki, ale zdjęte, złożone, przerzucone przez ramię. Jak one mu nie spadały?

Tylko po pyszczku, ozdobionym ruchliwymi wąsikami i noskiem, oraz oczami niczym szpileczki na sterydach, widać było, że to królik. I to totalnie karmazynowy. I to chyba po całości, no wiecie, niektóre jego części były tak zakryte, że trudno było… nie zaglądała mu tam! Ale jakoś tak, niczym zahipnotyzowana poszła. Oczywiście, jak to z królikami bywa była i orka i herbatka z ciasteczkami, ale nie miała na nie ochoty, więc trochę go to zasmuciło. Ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona pić też nie chciała, bo w stresie, to ona raczej nie jest jakoś tak spolegliwa, ale wprost przeciwnie… i w końcu wiecie, no zaczęła krzyczeć. Gdy chciał ją zahipnotyzować, wrzeszczała już tak, że nie tylko jej wrony się zebrały przy norce, piaszczystej, porośniętej dookoła trawami i oznaczonej wysoką brzozą pochyloną wiatrem, w którym miała pewien stosunek, przerywany… ale też i cała reszta towarzystwa, które zwykle się z nią prowadzało, ale tym razem jakoś tak na sekundę pozwolili się jej odsunąć, zamilknąć, schować za drzewkiem… myśleli, że wiecie, no musiała się sobą zająć i ten skurczybyk to wykorzystał…

Wieczorem na kolację była potrawka z królika.

Wiedźma Wrona nie jadła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8760 (3)

Z cyklu przeczytane: „Żałobne opaski” – … wiem. Miałam już odpuścić i odpuściłam, ale dostałam, więc przebrnęłam i utwierdziłam się w swym przekonaniu, że od tego autora na razie robię sobie przerwę. Może i dłuższą.

Bardziej dłuższą.

Bez urazy, bohaterowie nadal są super i tak dalej, cała moc też gra, ale jednak… może przestało mnie to jakoś ruszać? Może potrzebuję naprawdę przerwy? I ją sobie zrobię, a wy możecie poczytać o kolejnych przygodach bohaterów „Stop prawa” i „Cienie tożsamości”. A mają co robić. Odnaleźć artefakt, co wiąże się z naprawdę wielką przygodą.

Książka jak zwykle wydana pięknie, dopracowana w kwestii graficznie szalenie i ta słodziutka, niebieska, materiałowa zakładka, która zawsze nastraja mnie nostalgicznie! Dla wielbicieli autora must have, zresztą, przecież już to kupiliście, dla tych co chcą zacząć przygodę z tą serią… wróćcie do początku tej opowieści. Wiecie, zawsze lepiej czytać od początku! LOL

IMG_4276 (2)

Wiecie co…

No zaczęło się. One nocne otwarcia sklepów oczywiście wzmożyły co? A przestępczość. Coś, co tutaj się nie dzieje. Przypierdolenie strażnikowi w twarz… Serio? Jak wy wychowujecie te dzieci, przecież 15 lat, to wciąż bachor wredny!!! Ale przecież w dzisiejszych czasach ino się płodzi, a nie wychowuje, czyż nie? Tutaj na pewno. Jeżeli coś się dzieje, to winna jest szkoła, bo źle wychowała dziecko. Serio? Kurna ludzie. Pamiętajcie, że dzieciak jest słodką, czasem cuchnącą zabawką tylko przez pierwsze 3 latka, potem zaczyna być człowiekiem, potem dojrzewa i… ech, no tak, przecież teraz modne jest sypianie z dziećmi do kurna pełnoletniości i jeszcze karmienie ich cycem do tego czasu.

W jakich czasach ja żyję?

No nic. Oczywiście, pewno skończy się jak zwykle. Ludzie będą się bali – dorośli, a młodzi poczują się niekaralni, bo przecież biedny smarkacz. Bo jego rodzice pewno pracują i któż ma się nim zajmować, toż on rozrywek nie ma!!! CHOLERA JASNA! Rozrywek nie ma? Wiecie co robiłam jako kilkulatka bez zabawek? Łamałam patyczki, nazywałam je panopkami i bawiłam się na hałdzie piachu, przy budowie. Nie miałam sal z nie wiadomo jakimi wyciągami, wspinaczkami, kolorowymi pałacami. Ten pałac miałam w głowie – no dobra, bardziej jak smoki i podziemia, ale wiecie, dzieci są różne. A robienie pogrzebów też nie jest niczym dziwnym. Ekhm.

Nie jest!!!

IMG_8751 (4)

Coś na uśmiech.

Co prawda wszystko tak naprawdę już się zaczęło rok temu, ale teraz wiecie, ma być na ful. I wygląda to niesamowicie. Takie kwietne pasy otaczające pola. Bo przecież pól pełnych maków i bławatków i tych tam rumianków, to już nie ma. Jest Monsanto… a potem się dziwią, że pszczoły giną, nie chcą zapylać i wielce się cieszą idioci, że wymyślono sztuczne, robociopszczoły I żel mają taki, że wsio im się przyklei. Wiecie co… durni jesteście i tyle. Oczywiście, nadmierne nasycenie pola kwiatami sprowadzi mniejsze zbiory, ale potrzebujemy kwiatów. Pszczółki do pól nie przylecą ino tak na zielone, czy na suche, czy jakie tam będziecie mieli. Nie przylecą do sadów, choć te nęcą kwiatami, bo jednocześnie ktoś spryskał drzewka, coby trawki dołem nie rosły, coby coś tam innego i wiecie… dziwny ten świat jest, czyż nie?

No ale, pasma kwiatowych cudowności wzdłuż dróg, czy raczej dokładnie w pobliżu, albo i w środku, dookoła, onych rowów melioracyjnych, czy jak je tam zwą, to niesamowity widok. Wyobraźcie sobie takie miniaturowe łąki znowu obecne w życiu świata! Oby tylko nie siali czegoś, co Monsanto zmodyfikowało, bo znowu w pszczelim interesie w dupie będziemy. I to ciemnej. Co ciemna niepoprawna politycznie? A tyś jasną widział? Znaczy poza prosektorium?

Aż mnie ręce świerzbią na te zdjęcia. I na kolory i ten zapach prosty, zwyczajny, dziecięcy. Bo przecież te kwiaty tez pachną. Pachną wspomnieniami względnej normalności, gdy chłopu inny chłop w ryj dawał, gdy ten obraził jego dziewczynę. Gdy za gwałt karano, a nie upokarzano ofiarę. Cholera, dinozaury były niezłymi prawnikami, na to wychodzi. I dzieci dostawały opierdol od rodziców, gdy źle postępowały… i wiecie, od jajka tworzono z nich osobny byt, a nie mieszkającego z mamunią i tatuniem trzydziestolatka, z którym razem na koncerty jeżdżą, na golasa latają i w jednym namiocie się… no wiecie, gotują.

IMG_8751 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Karmazynowy Królik… została wyłączona

Pan Tealight i Meszek Zacieszek…

„Był niebieski, więc od razu powinni byli być podejrzliwi. Ale nie. No przecież jak to? Do każdego z sercem na ręku i to nie pierniczkowym i w czekoladzie, ale onym bijącym wciąż ochłapem, wydartym po majowskiemu z piersi niezbyt chętnego, lecz otumanionego, więc spolegliwie współpracującego niby tam ochotnika. No wiecie…

Tak na miłe dzień dobry!!!

Nikomu nie przyszło to do głowy.

Ni na chwilkę.

Ni na myśli odblask.

Nie, nic się nie pojawiło w ich głowach klekocząc, gdy go tylko zobaczyli. Nic nie zaćwierkało nad uchem, nic nie zastukało, załomotało, nie spadły z nieba anielskie chóry nagle poślizgnięte na rozlanym bananowym papku, nie… nic takiego się nie stało, dlatego tak stali zafascynowani jego niebieskością. Oną innością, a jednocześnie fascynującym wpasowaniem się w oną mglistą lesistość prostych drzew o ciemnych konarach i wysoko, gdzieś tam znikających czubkach. I omszonych w dolnej części, w onej przykorzeniowej… Bo to o niego im chodziło. Znaczy raczej jemu chodziło o nich, może? Na pewno ktoś komuś i z czymś.

Koniecznie!

Ale on był taki śliczniutki. Wiecie niebieściuchny w tych odcieniach sztucznego turkusa. Ciemniejsze babyblue, czarowność niesamowita nieba, które czasem po prostu wali się na głowy i wiecie, opada na pnie. Nieba, któremu ni chce się już pracować na górze, a które zmierza tam w dół…

No wiecie, w TEN dół. Bo przecież i niebo może się czuć niepotrzebne i zbędne. I ono całkiem zwyczajnie postanawia czasem olać oną boskość i… wkurzyć się na tych wszystkich ludzi, którzy przestali na nie patrzeć i je podziwiać. No nawet świętym może przecież w końcu po prostu zdarzyć się nerwopuść!!! A oni…

… a oni tylko na nie spoglądali zachwyceni kontrastem, a potem odeszli z tym obrazem w głowie, duszy, czy innym organie, w końcu byli przecież nader różnorodną grupą. I wiecie co. Zapomnieli o tym, bo w końcu niebo tak chciało, a piekło, cóż, piekło nic nie miało przeciwko temu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1109

Z cyklu przeczytane: „Szóstka wron” – … oszołomienie. No bo sami popatrzcie. Człowiek otwiera książkę, a tam czarne strony i białe, których krawędzie są poczernione. I doskonała oprawa graficzna i oczywiście zakładka czerwona, niczym krwawy ślad…

To musi by zapowiedź czegoś wielkiego i jest, ale zarazem… i nie jest. Nie zrozumcie mnie źle, to bardzo dobra powieść, ale to nie jest wciąż godny następca Scotta Lyncha. Zresztą, jego chyba nikt nie może zastąpić. To też nie Robin Hobb, ale przecież powieść jest dobra. A może mi już dobra nie wystarczy? A może jednak nadmiernie młody wiek tych bohaterów trochę jest dziwaczny w tym jak mówią i co robią. Oj, oczywiście, iż zdaję sobie sprawę, że na ulicy szybciej się dorasta, ale wiecie, dorastanie i dojrzewanie to jednak nie to samo.

IMG_3081 (3)

Oto opowieść, kolejna, o złodziejskiej paczce, w której zmieściło się tyle niesamowitych bohaterów, że aż człek nie wie kogo lubi bardziej. Że nie wie kogo wybrać, w końcu dokonuje wyboru i co, i nagle się łamie, bo akurat ten wątek nie jest dopracowany do końca. Tak… to chyba problem tej powieści. Masa niesamowitych postaci, bogatych, różnorodnych, ale wciąż takich sztampowych lekko, ktoś zakochany, jakaś dziwka, wszyscy z przeszłością, koleś z bogatego domu… Ale nic to. Grupa dostaje zadanie i je wykonuje. Po drodze omal przeżywają, omal się wykrwawiają, omal dochodzi do zdrady, a może jednak…

IMG_3080 (3)

… ktoś zdradził.

Warto. Dla bohaterów, ale nie do końca oprawa tak niesamowita, dorównuje temu, co znajdziecie w środku. Ale może kolejny tom wniesie dopełnienie? I jakoś wzmocni nastrój, jakoś go nasyci? Może… chyba dam tej powieści jeszcze jedną szansę. W końcu podobno kolejny tom ma być czerwony!!!

IMG_3079 (3)

Wiatr…

Cudowny wiatr zamraża cię w ciągu chwili, ale i tak wyłazisz na plażę. Bo przecież wciąż, mimo iż tyle lat minęło, to wciąż jeszcze to cię fascynuje. Że z drzwi, ze schodków widzisz ten wzburzony błękit czy granat. One światełka na statkach, całą tą horyzontalność pełną. Wilgotność, ciągłą zmienność… Chodząc tak dookoła Wyspy, wiecie, jak się da, jak najbardziej brzegiem, widzę, że w tym roku wszelkie pływy były o niebo wyższe, morze zabrało sporo lądu, naniosło piasku, odsłoniło głazy, ale też i je przeniosło. Wszystko jest takie inne, a jednocześnie takie same, bo przecież to natura! Przecież ona jest zawsze dziwnie bezpieczna, nawet jeśli przefasonuje ci całą dookolność. To wciąż woda, skały i piasek. Znajome sprawy…

Dwie pary łabędzi prowadzają swoje młode, aczkolwiek już nie tak młode raz to na fale, raz to zaglądają do portu. Jakby już serio miały dość onych burzanów wonnych. Jakby chciały spokojności, gładkiej powierzchni morza i zwykłego żeru. Ponownie mijam pana, z którym wymijamy się miejscami na falochronie. Ja najpierw kicam tam robiąc zdjęcia w przeróżnych pozach, potem on tam człapie, macha głową i zarzuca swoją wędkę. Ot wiecie, zwykła zmienność w naturze Wyspy. Zwyczajność i codzienność. Ktoś mógłby powiedzieć, że nuda…

Kaczkom też znudziło się bujanie na falach, albo wiecie, ów kaczkowy aviomarin im przestał działać. Znalazły sobie odkryta mieliznę nasyconą ostrymi kawałkami traw – pustych w środku – no i się tam niby kryją. Ino one zielonkawe łebki widać. Błyszczą im się te piórka, jak nie powiem co. No nie powiem, bo przecież co mi do jajc? LOL Ale kaczki siedzą między twardymi i ostrymi kantami traw i jakoś im tam chyba dobrze. Dość mają wilgotności. Od czasu do czasu któraś zanurzy łapę w wodzie, pokręci łbem i zwyczajnie zrezygnuje. Którąś w końcu pogoni głód, ale wiecie, też tylko na chwilkę. Zaraz wolą stały ląd, a może zwyczajnie umówiły się na podpatrywanie fal, ale z oddali. Tych fal, którym tak fajnie świecą się grzebienie. Granatowo-kobaltowych, lekko ociężałych, mocnych i wielce zdesperowanych, by przeć do przodu.

Ile się da.

IMG_1117

Winterferie.

Znaczy no wiecie. Więcej samochodów na ulicach, Fastelavn co prawda dopiero za dwa tygodnie, ale już wszyscy gotowi. Nigdy nie rozumiałam tego święta, więc wiecie, jak zwykle spędze go chowając się przed dziećmi. Zresztą, czyż nie robię tego codziennie…

Turyścizna zjeżdża na Wyspę zachęcona niższymi temperaturami i obiecanym, ośnieżonym stokiem, ale… oczywiście znowu coś poszło nie tak i zamiast przygotować stok tydzień temu, kiedy to śnieżyło i naprawdę mroziło, no nasi zabrali się do tego dopiero teraz i jest problem. Jakby kurcze nikt nie umiał zerknąć w ono cudo, co to zwą je prognozą pogody. Oj pewno, że nie zawsze się sprawdza, no ale jednak ludzie, zerkajcie w te mapeczki. Turyścizna się podłamie, jak im nart nie starczy! No i kurcze co, znowu ino te rowery? A! W sprawie rowerów uważajcie, bo rozjeżdżone błotne ścieżki zamarzły i potworzyły niezłe koleinki, więc się można nieźle wykopyrtnąć. Ale za to połazić można oczywiście jak zwykle. Krok za krokiem. Raz do portu, potem w górę na skały, potem znowu w dół i jeszcze raz i znowu…

W Hammerhavnie cudowna cisza. Dziwność nad dziwnościami. Zwykle to tutaj wieje i faluje najbardziej, a jednak teraz wszystko dookoła jestpłaską taflą. Ruiny w oddali lekko oprószone śniegiem i człek się nadziwić nie może temu całemu pięknu, onemu niebu błękitnemu, zmienności kolorystycznej fal… nosz kurcze ile może być odicieni niebieskości i zieleni, czy turkusów?! No ile?! Wpatrzony w oną całą głębię uświadamia sobie, że… dużo tej wody. Ha ha ha! Też mi odkrycie, co nie? Nie ma to jak zabłysnąć mądrością, ale stańcie sobie kiedyś na końcu tego falochronu, czy mostu, czy jak to zwał widokowej miejscówki… i popatrzcie w dół. Widać dno, widać, ale… to tylko dlatego, że woda czysta. Plaża jednak jest dość daleko, miejsca dla łódek też oddalone… a to, gdzie wpływa się pokazuje tylko ogrom i głębokość, kosmiczną.

Lekko przerażającą.

IMG_1006

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Meszek Zacieszek… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmy Nieczas…

„Spacerowała tak ze swoim Jednorożcem Jorikiem i wyglądała dziwnie. Nie żeby nagle odziała się w zwiewną, dziewiczą, białą szatę… nie aż tak. Nie sypała kwiatków dookoła, nie sprawiała, że ptaszki niesrając ćwierkały dookoła niej. Nie wcinała żonkili i krokusów… no ale, jednak dziwnie. Serio dziwnie. Nie miała welonu, ni warkoczy długich, nie miała onej poświaty, ni pod jej stopami nie zakwitały stokrotki i kaczeńce.

Nie, nic z tego.

Ale jednak…

… dziwnie było.

Mawiają, że jednorożce prowadzają się ino z dziewicami. Mawiają też, że wielu z nich już nie ma na świecie, ale też mawiają, że cukierki wychodzą z odwłoków kolorowych zwierzątek, więc wiecie, czy należy im wszystkim wierzyć? Czy należy to, że jedna wiedźma prowadza się z rogatym koniem uznawać za dziwne? Może nie? Może to w rzeczywistości coś całkiem zwyczajnego i normalnego, a świat po prostu zdziwaczał i zapomniał? Któż to może wiedzieć?

Któż może?

Oni spacerowali.

Lekko uchylając się pod mocniejszymi podmuchami wiatru, najpierw na plaży, gdzie piasek wciąż był jeszcze lekko zmrożony, gdzie pojedyncze wodorosty pokryte były lodem. Potem poszli do portu pogłaskać Niewidzialne Dzikie Łódeczki, które serio domagały się pieszczot przy tak ogromnym, mrocznym dziwnie, ale jednak pełnym pełni księżycu? A potem, zwyczajnie podreptali skrajem drogi. Dalej i dalej. Jakby nic ich nie męczyło, jakby coś ich prowadziło? A może po prostu wiedzieli, że tego światła trupiomlecznego należy napić się tylko z tego jednego miejsca. Tam za rzeką, tam za skałami, tam, gdzie morze przybrało dziwnie negatywową barwę. Niby szarą, niby czarniawą, niby nadzwyczajnie mleczno-starosrebrzystą. Pochylili się. Ona ukucnęła, on podkulił przednie nogi… i pili. Pili oną poświatę księżycowości, aż pociekło im po brodach, aż poczuli się pełni, aż coś się zmieniło i zniknęło, a potem…

… wrócili do domu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1573

Z cyklu przeczytane: „Tron z żelaza” – … i koniec. I nie ma już nic. Pozostali tylko ci bohaterowie, ona historia. Jedni z was sięgną po książki historyczne, by sprawdzić ile było w tym prawdy, a ile fantastyki, inni znowu zapomną, pominą; będą też ci, którzy czegoś się nauczyli.. siły i prawdy o świecie.

Bo serio, mimo iż jest to tylko fantastyka, to jednak jest w tej trylogii coś więcej. Nie tylko magia, półprawdy historyczne, nie tylko próba opowiedzenia o tamtych czasach, niezwykła rekonstrukcja, choć autor oczywiście wspomina, że to wszystko, to tylko… fikcja. Podparta faktami, ale jednak fikcja. Ale wiecie co, moim profesorom mogłaby się spodobać.

IMG_4419

Wiele się zmieniło w trzecim tomie, wiele spraw w końcu rozwiązało, autor jednak pozostawia nas z pewnym niedosytem. Wiecie, z tym słodkim jątrzeniem, które sprawia, że zastanawiacie się, kiedy pozwolicie sobie na powrót do tego świata i tych bohaterów. Bo przecież stali się rodziną. Dziwną i może dysfunkcyjną miejscami, ale jednak… nawet duchy. Nawet ci, którzy odeszli wciąż zdają się trzymać tych stron…

Dobra trylogia.

IMG_4374

Walentynki…

Szukałam ich. Serio ich szukałam. Widzicie, wzięłam sobie na punkt honoru i odwiedziłam garść sklepów… i nic. No dobra, takie nie do końca nic. Na pewno przecena toreb słodyczy marki Quality Street o 0,75DKK wyraziście mnie wzruszyła. Do tego oczywiście kwiaty. Są cięte, ale przecież są zawsze. Są słodkie doniczki z sadzonkami i wetkniętym serduszkiem, doniczki z żabką i czymś nie do końca animalistycznym i… właściwie, to nic więcej. W Lidlu dostaniecie róże w czekoladzie na patyczku i opakowanie czekoladowych serduszek. I już. Wyciągnięte czekoladki ze wszelakich sklepowych kątów. I wiecie co. Pewno, że te rzeczy znikną, bo panowie obdarują panie, ale ten kompletny brak jakiegoś miłosnego szaleństwa mnie dobija. Oj pewno, że da się coś wymyśleć, ale… u nas nie ma tej całej konsumpcyjnej radości i wiecie co…

… brak mi jej czasem.

Za to jak już mówić o Lidlu, to wiecie co… pustki.

Kompletne i wielkie. I jeszcze ta dziwna myśl kołacze się w człowieku, że oni tam budują kolejny i przecież będzie musiał go czymś wypełnić, a tutaj pustki. Kompletne i przerażające. Wiecie jak to jest wejść do ogromnej hali i znaleźć tam tylko resztki? Na półkach z sucha karmą coś jeszcze jest, maciupkie stoisko z kwiatami, ostatnie suche bułki… trochę żarcia w pudełeczkach plastikowych. Wszystko oddalone od siebie, wszystko jakoś tak uplasowane, ale przecież nie zakryje tych pustych koszy. I resztek zwiniętych linek w nich. I jeszcze może jakieś dziwne rzeczy, które… nawet nie wiem do czego i od czego są. A nawet to, co jest, to jest go tak niewiele…

Współczucia dla wegetarian. Sama wciągam zielone i wiem, że jest go mało, a to co jest, nie oszukujmy się, jest kompletnie mało zjadliwe. Obrzydliwe. Kiedyś były przetwory – bez cukrowej polewki – i oczywiście mrożonki, a teraz, podobno wszystko ma być świeże. Ale co to za świeżość, gdy coś dochodziło do siebie, do kolorów, na jakimś rąbanym statku spryskane chemikaliami? No ludzie no!!! Przecież nie teleportujemy żarcia z tej całej Afryki!

Pomyślcie.

IMG_1506

Księżyca blask…

A tak.

Podobno mamy jakieś zaćmienie, do tego pełnię i coś jeszcze, Jupiter zagląda mi w okno, mózg się lasuje, czyste szaleństwo. Ale wystarczy nocą, taką wiecie, niepełną, raczej czymś na kształt późnego wieczorku i dobrze się ustawić. Pomiędzy księżycem a sobą umieścić morze i może być doprawdy fantastycznie. Nagle człek rozumie dlaczego opisuje się to światło jako trupie i dlaczego tak dziwnie pusto dookoła. I dlaczego… nie, no przecież to nie może by zombie?!!! Oczywiście, że księżyc widać tak, a nie inaczej, bo zwyczajnie ciemno dookoła, że oko wykol, tudzież nadstaw się zombiemu, albo… no ciemno jest. Ale za to wschodzący księżyc tuż nad horyzontem przez sekundy zdaje się być tak ogromny i lekko malinowy, aż chce się polizać, tylko że, tylko że ty właśnie spędziłeś wieczór wczesny na zwiedzaniu ponownym Ekkodalen, no i chyba masz już dość. Wcześniej przez półtorej godziny siedziałeś pomiędzy betonem a morzem, by tylko złapać TO zdjęcie i spotkałeś stojącą brodę, więc sorry… ale jesteś już zmęczony.

I lekko przemarznięty. Bo chociaż pojawiło się niezapowiedziane słonko w piątek, w sobotę się ono też po niebie rozglądało, to jednak… nad samą wodą wiatr zrywa twarz. Wciska się gdzie się da, a da się i w te miejsca, serio, sprawdziłam na sobie. Ale wiecie, w Ekkodalen chociaż może nie kopy tego śniegu, ale jednak cudowna, biała ścieżka i kolorowe mocniej niż zwykle skały i oczywiście one sopele na nich, więc no, nie można się oprzeć. Idę ku zachodzącemu słońcu, czy raczej pomarańczowo-różowawej poświacie, a w plecy dźga mnie odbijanym światłem kulka księżycowa. Dziwne to wszystko i niesamowite zarazem i tak szybko znika. Chwila pod drzewami i już nie ma słońca, a księżyc wysoko. Wyłazisz ze złapanymi, ukochanymi kwiatkami wiosennymi – wiecie te niebieskie winogronka – i już ciemności bornholmskie opadły Wyspę. A są one nader specyficzne. I nagle, pada w nie ona srebrzysta, martwa mleczność księżyca i serio…

… chce się wyć.

A może to tylko ja? Jakoś nigdy z księżycem nie było mi po drodze. Chyba zwyczajnie, no wiecie, jakoś tak nie moja to bajka, ale słonko też nie, więc co mi zostaje? Tylko morza szum, wiatr i deszcze? Tylko mgły i śnieżyce?

Tylko to?

IMG_1497

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmy Nieczas… została wyłączona

Pan Tealight i Wiatrak Zapomnienia…

„… i tylko wtedy się poruszał, gdy złożyłeś ofiarę i wtedy to znikało, co wymazać chciałeś ze swojej głowy. Ale ofiara, cóż, była bardzo wysoka i nader dziewicza. Ale bez urazy, wcale nie, kompletnie nie ona. Nie. Ona nie chciała wymazać, tylko przykryć to. Zamknąć w pokoju, położonym w głębokiej piwnicy, gdzieś, gdzie są i stalaktyty i stalagmity i gdzie jeszcze nikt nie schodzi, po ciemno jest, zimno, no i mówiąc wyględnie pachnie niezbyt przyjemnie. W tamtym pokoju zamkniętym na sześć drzwi, na których pozakładano sześć kłódek i łańcuchów, pokoju bez okien, piwnicy zawalonej głazami, której nawet najbardziej upierdliwa fobia by nie ruszyła, pod zwałami domu. A może jednak zamczyszka, wielkiego, ogromnego, zbudowanego z otoczaków i kamieni, w których ktoś wyciął i róże i liście, małe twarze nigdy się nie uśmiechające…

Tam.

Pod tymi kamieniami, schowane, zamknięte, nie do ruszenia. Kamieniami porośniętymi parzącymi pokrzywami i mchem, jesienią śliskimi od czarnych grzybów o białych, paskowanych spodach, które dziwnie się mgliły w ciemności. Bo ona przecież nie chciała zapomnieć. Chciała tylko niepamiętać.

Zwyczajnie niepamiętać.

To jest różnica.

Zawsze nią była, zawsze tam była, ale ludzie zapomnieli, że istnieje. Jakoś tak, zwyczajnie. Bez ofiar, bo im było wygodniej, bo na wyobraźni im zbywało, bo byli tylko ludźmi sortu zapominającego… Nieodkładającego tego na potem, ale wpychającego to gdzieś pomiędzy ufoludki i teorie spiskowe. I jeszcze oczywiście gdzieś tam, gdzie ludzie wierzyli w dziwne stworzonka, ale ci akurat mieli rację. Wierzyli. Po prostu, najzwyczajniej w świecie nie chcieli tego, więc usuwali to ze swojego życia.

Zwyczajnie, ale ona nie umiała…

Tylko jaką ofiarę złożyć za niepamięć? Nieprzychodzenie obrazów, nieukładanie się w głowie nieswoich słów i wspomnień bolesnych?

No jaką?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4799 (2)

Z cyklu przeczytane: „Królowa” – … tom drugi. Zakończenie. I już po wszystkim. Pełnia jej życia… Świętosławy. Kobiety – królowej północy. Całej północy. Sigridy Storrådy. Tej, która postawiła wszystko na jedną kartę i…

Wiecie, chciałabym ją zapytać, czy było warto?

Oto Sigrida, która wciąż pamięta jego.

Która wie, że nie powinna, nie może, ale jednak wciąż się stara i wpływa na dzieje historii. Tylko, czy nikt tego nie zauważy? Czy nie przegra wszystkiego? Cóż, wystarczy zajrzeć w Wikipedię, już nie zmuszam do czytania mądrych ksiąg, ale jednak… cóż, może lepiej nie? Potraktujcie tę książkę jak opowieść, która z jednej strony mogła się wydarzyć, z drugiej, nie wydarzyła się do końca. A jeśli pominięcie fakty historyczne i przymrużycie oko, dostaniecie cudowną opowieść o kobiecie, która pragnęła władać, ale nie do końca. Chciała wpływów, ale też wciąż tak naprawdę była nieszczęśliwa i wykorzystywana…

Cherezińska jest dobra i tego nie trzeba chyba mówić. To nie jest jej pierwsza książka dla mnie i na pewno nie jest też to powieść, na której się zawiodłam. Ale to też powieść, po której wciąż oczekiwałam więcej samej królowej i więcej fantastyczności. Brakowało mi magii, brakowało mi skandynawości, brakowało mi… czegoś wiecie, wyższego. Ale to wciąż niesamowita opowieść, którą ci niecierpiący historii uznać mogą za fantasy. Gra o tron jak nic!!!

Polecam!!!

IMG_7255 (2)

Mrozek i śnieg.

Mrozek i topniejący mimo wszystko śnieg? No weźcie no! Jaka w tym sprawiedliwość!? Dlaczego świat mi to robi? No dlaczego? Śliczna zadymka, tak pięknie mogło być… tak biało, cudownie… ale nie, bo przecież. Bom niegodna porządnego śnieżnego raju? No jak tak można? No przecież. No wiecie, co?! No jak? Bezeczelność ogromna i tyle. Nie no, pewno że wiem, iż wiatr wieje od naszego morza i cały ten śnieg leci na środek i tamtą stronę Wyspy. Jakby wiecie, mnie nie lubił i to w ogóle. Pewno, że zdaję sobie sprawę z onych powietrza rozpędów…

NO ALE!!! Ja chcę śniegu!!!

Podobno jak się jedzie drogami, to biało jest. Kurzawki cudownie i czadziorsko się plączą pod kołami. Kłęby białości szaleją. Ci, co nie zmienili opon na zimowe… też. No niestety, niektórzy wiecie, zwątpili w następujące po sobie pory roku i tyle. Albo jakoś stwierdzili, że skoro mamy to ocieplenie klimatu, to wiecie, no przyoszczędzą!!! Ech! Sorry, ale u nas tacy sami ludzie, jak w innych miejscach.

Temperatura może nie powala zimnością, ale… gdy wychodzicie na plażę, albo na oną bardziej wietrzną część wyspowego świata, to po prostu skórkę z twarzy odrywa. Podobno odczuwalna to -15, ale kto ich tam wie. Moja twarz mówi minus siedemset!!! Albo i więcej. Klękam na zamarzniętej plaży, by podejrzeć silnie wzburzone fale, czuję jak coś spycha mnie do środka Wyspy. Nie tylko dlatego, że wiecie, tam jest śnieg, ale też jakoś Wyspa nie chce dziś ludzi na plaży. Na twardej, gładkiej i pozbawionej wodorostów. Czyściutkiej i zamarzniętej. Niesamowitej, ale tez i lekko przerażającej. Odpycha mnie w górę rzeki, tam gdzie kry i różne twory zmarzlinowe, tam gdzie to wszystko ruchome pomiędzy tym, co nieruchome.

Ale przynajmniej zimno jest!!!

IMG_4837

Szczurzy job.

I to ino w dwie godziny! He he he!!! Niezłe pieski, co nie? Bo wiecie, szczury na Wyspie są i sorry, ale te kotki domowe, to mogą im ino naskoczyć. Lepsze są pieski i oczywiście… jeże. Nie wiem o co chodzi, ale jeż w ogródku oznacza niską popularność posiadłości w kręgach gryzoni typu myszowo-szczurzego. Wypróbowane. Podobno to coś z dźwiękiem i z zapachem, ale wiecie, trzeba jeszcze doczytać. Na szczęście maluch, którego uratowałam z nadmiernego słońca chyba zadomowił sie w naszych krzaczkach, a że ja krzaczki lubię mocno bardzo i nic im nie robię, więc sobie nie przeszkadzamy. Wiecie, poza tymi momentami, kiedy to wypadam jak ona kukułka z zegara i szczebioczę nad nim: oj, jaki słodki jeżynek, jaki cudny…

Każdy ma jakieś wady!!!

Ale trzeba przyznać, że pieski dumne z siebie i się nie dziwię. No wyłapać tyle gości, szybkich i świadomych ostateczności niebezpieczeństwa, to coś wielkiego. Gratulacje! Mam nadzieję, że dobre papu będzie potem i drapanie za uszkiem!!! A jeśli chodzi o to, co ze szczurami teraz… to w komentarzach jeden osobnik zaproponował zupkę. I wiecie co… jak mawiał Shrek: najlepsze są w sosie własnym, więc może któraś z duńskich restauracji się skusi? Oni w końcu tak lubią eksperymentować dziwacznie, szokować i brutalnie zestawiać konsumenta z papu… wystarczy spojrzeć na przesłynną NOMĘ. Aż człek się cieszy, że bidok taki i raczej nigdy go tam nie zaproszą, bo przecież wiecie, bidoki jak ja to nie docenią ekspresji mchów i kamieni, na których podano jedzenie. No w życiu!!! Ech, my niegodni, strasznie niegodni!!!

Ekhm… a u was jak zima?

IMG_4786

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiatrak Zapomnienia… została wyłączona

Pan Tealight i Zmięty Mag…

„No dobrze.

Miał na sobie rzeczywiście coś na kształt pogniecionego, zmaltretowanego silnie i to nie przez żywioły natury, namiotu… takiego raczej zwiewnego, ale i wielowarstwowego. Z kapturkiem. Ogólnie mówiąc, nie tyle szedł, nie tyle tuptał, co sunął nad powierzchnią zamiatając wszystko i wszystkich. Nadmiernie szeroki, niemieszczący się w mniejszych pomieszczeniach, dziwnie barwny, bo namiot w końcu był silnie łatany w wielu miejscach i to czym się dało: gaciami pradziadka, stanikiem kochanki, spódniczką zagubionej harcerki, która gryzła i tak naprawdę była wilkołakiem… skórą z upadłej zwierzyny, mocno mutowanej, więc wiecie, świeciło jak pierun wie co, kawałkiem zamalowanego płótna, chusteczką wciąż mokrą od łez…

Pognieciony był cały i lekko depresyjny mocniej, niż Wiedźma Wrona Pożarta, ale przecież to nie czas na konkursy! Zresztą, bida z niego była taka, aż trudno uwierzyć, że mag. Czarów w nim może i było pełno, może nawet wypychały go i napychały lepiej niż brukselka z kapustką i lodowym deserem z groszku i fasolki. Ale nie wychodziły. Dlatego nikt go nie chciał. Nawet w swoim pobliżu. Dlatego tutaj się pojawił… i chociaż mógł przecież w końcu wypuścić swoją magię, chociaż mógł tak zwyczajnie znowu zmagicznieć, to jednak kto by chciał czekać w dzisiejszych prędkich i ekspresowych czasach? No kto? Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by dać mu szansę, by może pogadać, rozluźnić go, by jakoś tak do niego dotrzeć, jeśli są inni, którym wystarczy zapłacić, nadusić odpowiedni guziczek i magia już jest. Może i ułudna, może i wszelako magia nie do końca normalna, zwyczajna i codziennie prawdziwa, no ale…

Nikt go nie chciał, więc został tutaj.

I bardzo się polubili z Wiedźmą Wroną. Jakoś tak do siebie zaczęli lgnąć. Pierun wie o czym tam szeptali, bo ten namiot zdawał się zbyt często zakrywać ich oboje i wtedy nagle niknęła magia z całego świata… ale tylko na mgnienie oka.

Tylko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8650

Z cyklu przeczytane: „Anna i pan Jaskółka” – … na pierwszy rzut oka? Skromna i delikatna. Okładka subtelna, biała, z cieniem jaskółki, kilkoma drzewami i dziewczynką. Opis: rok 1939, znikający ojciec i dziewczynka, z jednej strony dorosła, z drugiej wciąż dziecko.

Książka od początku zniewala.

Boję się jej, dość mam bólu namacalnego w tym świecie, by jeszcze dostać go od książki opowiadającej o II wojnie światowej, a jednak nie potrafię się jej oprzeć. Jakoś dziwnie mnie przyciąga. Niepokojąco. Ale przecież będzie straszna, bo jak może być pogodna i lekka, jeśli opowiadać będzie o wojnie. O wędrowcach: dziewczynce i tym, którego ma nazywać tatusiem. O nibymagii i nibyczarach o…

Okay.

Cała masa tutaj mądrych słów, przenośni i zwierzęcych metafor. I oczywiście brak całkowity uznania, iż nie do końca każdy jest tylko zły, czy dobry. Autor na samym początku wydaje pewien wyrok i po tym wyroku książka zatoczyła miły łuk i jebnęła w ścianę. Przykro mi, ale nie. Mimo owych wielkich cytatów w stylu: ten, co próbuje zrozumieć świat bez dzieci, jest jak piekący chleb bez drożdży… i tym podobnych. Może to moje polskie pochodzenie, wiadomo mamy jakieś, ekhm problemy z owym okresem, a może zwyczajne chodzenie i głodowanie… przenośnie w miejscach, gdzie ich nie potrzeba. Dziecię, które tutaj nie jest dziecięciem? I dokąd oni idą?

Kopia „Małego księcia”? Hmmm, czyżby autor-aktor też miał pewne problemy? A może to ino owa moja polskość, która widzi, że i prawa i lewa strona to złe zwierzaki – Niedźwiedzie? Serio? Misie są cudne! I wilki? Jak można? Nie da się tak. Nie da, po prostu… wystarczy poczytać historyczne książki. Ale owszem, słownictwo piękne, ach, toż facet się pławi w nim, więc mocny egocentryzm dorzucamy do puli, a realizm magiczny, oj niewykorzystany strasznie, rzeczywistość skrzeczy, brudzi… Wiadomo, że wojna, ucieczka, trzeba się ukrywać, ale to dziecko, nie mówisz mu w romantyczny sposób o tym, ino uczysz je przetrwania. No ludzie… TO WOJNA!!! Liryczna bajka, czy opowieść o dziwnej dziewczynce, dojrzewającej, zafascynowanej chudym gościem?

Dla mnie nie.

IMG_0842

Coś nowego… między innymi kilka tomów, na które tak bardzo czekałam!!!

IMG_1438

Mglisto i wilgotno.

Zapowiadają mrozy.

Jak będą mrozy, otworzą górkę dla narciarzy… jak będą? Bo będą, czy nie będą? No powiedzcie, że się uda, i że jakoś tak zaśnieży, zamrozi i milusio zimowo będzie? Obiecajcie mi, błagam!!! Bo na razie spaceruję sobie po mglisto-wilgotnym Almindingen, no i bez urazy piękne jest… te wszystkie strumienie i woda rzeźbiąca wciąż i to, co już wyrzeźbiła, te dziury z wodą, one podmoknięcia, siku się chce od razu, ale jednak, piękne to wszystko. Do tego pozostałości liściowe, one brązy, rdzawości i głębokie karminy. Cudowne przecież, a jednak ja wciąż chcę śniegu. No mrozu chociaż, coby to wszystko skuł lodem i sprawił, że kwiaty pojawią się na szybach i na rzeczkach, a już na pewno na morsko obmywanych kamieniach.

Na razie jednak mglisto.

Wilgoć włazi w człowieka i bardziej nim telepie, ale za to jak fajnie się spaceruje, szybciej i szybciej, aż czujesz to dziwne palenie w płuckach, to ściskanie w gardle, oną dziwną czystość nagle deletującą wszystkie problemy gdzieś tam zabłąkane. To co codzienne i to, co męczy nas od święta. Ostre powietrze wdziera się w wnętrzności i robi przegląd. Sprawdza i to i tamto. Od razu pewne rzeczy zaznacza do usunięcia, inne znowu zapamiętuje na potem, by koniecznie je zatrzymać. Bawi się flaczkami, lekko puka w pęcherzyki, płucka muska i głaska, a gardziołko lekko zipiące ino dodaje jej siły…

Cudne to i tak bardzo zwyczajne.

Wiecie, proste spacerowanie. No dobra, może nie powolne, bo takie mnie nudzi, ale jednak silne, mocne, genialne rozruszające i kości i to, co w środeczku człowieczka siedzi. I to co, na przykład, można zwyczajnie zmienić.

Odmienić.

Zmodyfikować.

IMG_9607

Coś nowego…

Widzicie, tupta człowiek to tu to tam, czasem ma jednak ochotę na to, by ten spacer trwał i nie kończył się… i w końcu zamiast znowu zahaczyć o Ekkodalen, to nie, w końcu robi to, co sobie obiecywał od wielu miesięcy, czy nawet lat i idzie w drugą stronę. No w lewo. Przełazi przez ulicę, obok dziwnie wściekle białego samochodu na maleńkim parkingu i idzie ścieżką wyględnie rowerową. I nagle znajduje najbardziej tęczową skałę, jaką dotąd widział. Gładką, porośniętą na górze szczecinką porostów i maleńkich brzózek, a dołem, który oczywiście mocno ocieka i tak dalej, wzbogacona wypryskami roślinności lubiącej podmokłe. Ale skałka to jedno, drugie to to, co dzieje się tutaj, gdy jest troszeczkę, odrobinkę cieplej.

Troszeczkę…

Otóż pląsają tam islandzkie koniki!!!

Ha ha ha!

Niby człek wie, że koniki to u nas codzienność, że i pod wierzch i z wózeczkami, że pląsają sobie względnie wolne, takie wiecie, niby owcowate, no a tutaj się okazuje, że są też inne. Na wpół dzikuskowate islandzkie włochate, milusie kolesie podkuwane. Mają całkiem niesamowitą miejscówkę, wiecie przedłużenie Ekkodalen. Rzeczka, znaczy coś do picia jest, skała by osłonić sie od wiatru, drzewa dla widoku, z innej strony dolina, z innej lesistości. A tuptają sobie po czymś, co jest mieszanką ciemnej ziemi i skał. Na pewno nie jest to łatwa deptaninka, ale dla nich wprost idealna. W końcu to koniki islandzkie. Cudowne są, ale proszę nie karmić!!!

IMG_9777

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmięty Mag… została wyłączona