Pan Tealight i Bezprawie…

„Tak już było.

Gdy nadchodził listopad, a czasem nawet październik… zresztą nie oszukujmy się, Wiedźma Wrona Pożarta miała fioła na punkcie zimowych świąt i zaczynała je wcześniej. A co. Oczywiście wszyscy uznawali to za bezprawie, więc oduwała od siebieonych wszystkich i nadal się wszystkim bawiła.

Bo widzicie… można. Nie trzeba mieć gromady ludzi głaszczącej was, liżącej wam odbyty i całujących ziemię po której stąpacie i jeszcze być wiedźmą. Możena nie mieć. Nie żeby kiedykolwiek miała, no ale. Była gotowa. Chowaniec porozwieszał lampki na Chatce, ozdobił choinki i choineczki dookoła niej, i już było. Po prostu tak. Najzwyczajniej w świecie. Jako nieliczni z Wyspowych Rebeli Świątecznych zwyczajnie tak robili. I już… a ci co mieli coś przeciwko nagle przestawali być ważni.

Istotni.

Oczywiście, że wciąż gadali, no przecież to takie łatwe pytlować o tych, którzy nie umieją się bronić. Tak bardzo łatwo… i oczywiście wiecie, obecnie w modzie. A ona w modzie nigdy nie była, więc cieszyła się z pierwszej kartki świątecznej, która przyszła już w listopadzie, bo dlaczego nie… Cieszyła się. A może zwyzajnie odczuwała coś w tej swojej depresji, co to przyominało, bo czy naprawdę potrafiła być szczęśliwa? Chyba nie… a przynajmniej nigdy tego po sobie nie okazywała. Była skoczna, uśmiechnięta, była trochę drapieżna w filuterny sposób i tak dalej, ale w jej słownictwie, w jej alfabecie i mowie było to całkiem coś… nieistniejącego. Ale świąteczne bezprawie było jak najbardziej w jej stylu. I chyba czasem nawet sprawiało, że uśmiechała się prawdziwie. A może tylko tak się Panu Tealightowi wydawało?

Bo widzicie… on się martwił ostanio.

Bardzo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Listopad wszedł w czas julemaketów i człek już nie wie gdzie iść, a co odpuścić. Bo co powinien, prawda? Przecież… fiananse! Ale też… nie oszukujmy się, większość miejscowych przychodzi na jedzenie i picie i by pomóc babci sprzeawać zrobione przez nią skarpetki…

Za to ja?

Ja postanowiłam znowu jednak zaprzedać duszę Szwedom i spróbować wysłać pocztę z Ystad lub okolic, wiedzie, by w ogóle móc ją wysłać. Będzie w końcu trochę taniej. A dla mnie nawet trochę jednak wiele znaczy. Serio wkurza mnie to myślenie świata, że Skandynawia to ino hygge jakieś tam lagom i inne udowności. Serio! Rozumiem pijar Północy, chcącej wciąż uchodzić za raj, ale prawda jest taka, że strach jest namacalny. Ludzie boją się ludzi. Mniej się uśmiechają, nawet teraz, po sezonie.

Jakoś tak…

Za to słonko wzeszło dzisiaj czyste, ciepłe i szalone. Aż szkoda marnować dzień siedząc w domu, więc chyba, jeśli leki zadziałają, pójdę sobie. Pójdę gdzieś… przed siebie, może brzegiem morza, może brzegiem ulicy, może wybiorę podmokłą ścieżkę, a może jednak nie? Może po prostu postoję w porcie i porobię za: w przyszłości solną figurę. Wiecie, galeona zwieńczenie w przygotowaniu. W końcu dowiem się co to są łaszty i karawele, takielunki i będę jak Mayflower?

Będę galionem…

Będę morskością… ale na pewno rzygającą.

A może pójść do lasu? Błota po kolana, ale jednak, może spróbować? Nie wiem co wybrać, kompletnie nie mam pojęcia, wiem jedno… czas iść. Bo przecież tutaj zawsze gdzieś trzeba iść. Trzeba. Koniecznie.

Iść.

No to idę…

Krok za krokiem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bezprawie… została wyłączona

Pan Tealight i Przeczekać…

„Przeczekać, przemilczeć… po prostu nie widzieć. A nawet jeżeli, to zapomnieć, wyminąć myślami, spojrzeniem, oddechem. Po prostu mieć jebaną nadzieję. Ale przecież to dziwka jest i kurna kompletna nieludzka pierona, więc jak jej zaufać? Jak w końcu uwierzyć w to, że ona coś zrobi, coś, co jednak będzie miało i ręce i nogi i jeszcze na dodatek będzie dobrze dopasowane, a nie myślało o tobie w przeszłym rozmiarze…

Nie…

Wiedźma Wrona Pożarta nie ufała Nadziei, więc starała się ją przeczekać. Po prostu być teraz, choć na chwilę, a potem, zapomnieć, że tutaj była i tyle. Bo czas i świat ostatnio były strasznie kiepskie w użyciu. Jakby utkane z najgorszych materiałów. Tych gryzących, tych szczypiących, tych obrzydliwie śmierdzących…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pozwolę ci odejść” – … zaskoczyła mnie. Zaskakująco zaskoczyła. Naprawdę. A mnie rzadko się to zdarza. Oczywiście, że brałam pewne rzeczy pod uwagę, ale jednego byłam pewna… i to się stało.

Ale… ginie chłopiec. Prowadzone jest śledztwo. Zagubia się wrednym policjantom matka i mija wiele czasu, a przez ten czas my obserwujemy kobietę w żałobie po śmierci swego syna. Zamkniętą w dziwnej chatce, otoczoną przez ludzi, którzy chcą jej pomóc, ale wiedzą, że to wymaga czasu. I te klify i zdjęcia i sztuka. Wszystko jest takie zrozumiałe. Aż trzeba się zmierzyć z rzeczywistością i nagle…

Wszystko się zmienia.

Bo jak ona mogła?

Powieść po prostu, którą trzeba przeczytać. Zwyczajnie. Dla kobiet, dla facetów, dla tych lubiących dreszczyk emocji, dla tych, którzy od dawna nie wierzą w ludzkość. Dla wszystkiego. Naprawdę. Dla słów, dla obrazów, dla osobowości.

Niespodzianek.

Jest źle…

Ale też jest śmiesznie.

I już człek nie wie jak żyć.

Ale nie chce nawet o tym myśleć. Polityka wydaje się być tak bardzo niepasująca, tak bardzo odpychająca, szczególnie jeśli żyjecie na Wyspie. Pomiędzy głazami, skałami, kamieniami, pomiędzy krzakami, drzewami i pniami. Pomiędzy strumieniami mocno wzburzonymi, stojącą na polach wodą, w której zagubia się i niebo i słońce. Pomiędzy krzykiem mewy, wrzaskiem wrony i tańcem młodej wciąż sroczki, która coś znalazła na moim trawniku i całkiem dobrze się z tym bawi.

Naprawdę dobrze.

Chcę światełek, zimy i śniegu.

Chcę, żeby się w końcu spełniła jakaś zima. Rok temu mieliśmy trochę śniegu w tym okresie. Minimum, ale fajne minimum. Drobina, ale wiecie, nałogowiec nacieszy się i tym. No przecież, wie że musi. Uczy się żyć na Wyspie tak naprawdę każdego roku uczy się czegoś nowego. O sobie, o niej, o ludziach, skałach i drzewach, naturze i wszelkiej ruchliwości wszystkiego.

Niestałości… strachu i wiatrach.

Jedno jest pewne, ludzie coraz mocniej oświetlają swoje posesje. Oczywiście modnością ostatnich lat jest choinka stworzona z masztu na flagę. Wiecie, spływające z góry do dołu paski światełek, sznurki, czy cokolwiek. Rzadkie najczęściej, a szkoda, bo gęste wyglądałyby bardziej przekonująco. Do tego siatki świateł rzucone na drzewa i krzaki. I jeszcze może… a nie, wczoraj wieczorem widziałam coś nowego. Naprawdę niespotykanego dotąd. Maszt otoczony grubą warstwą światełek i to KOLOROWYCH. Czerwienie i zielenie przenikały się tworząc wielką laskę cukrową, ale wiecie, obłamaną na końcu… bez onego zagięcia, ekhm, trochę to brzmi 18 plus.

Oczywiście to buntownicy, wiecie, ci, którzy się wyróżniają… co to naprawdę chcą zabłysnąć, albo też uzależnienie od światła… kto to wie?

W sklepach w końcu coś świątecznego…

… ale rynek w Rønne mnie przygnębił. Już rok temu było tego niewiele, teraz jest mniej. W innych miejscach też jest jeszcze mniej. Strasznie to depresyjne, gdy człek pomyśli sobie jakie cuda można by tutaj zrobić. Rozpleść coś między lampami, domami, dorzucić cuda z bateriami słonecznymi. No przecież świeci!!! Ale też i wieje. Może więc dlatego nikt już nawet nie próbuje? Ale taki statek? Jeden z tych stojących? No można by go ubrać i byłby czadowy… zamiast sani: statek Świętego Mikołaja!!!

Oczywiście jeżeli coś się wam spodoba, kupujcie. Takie na przykład głowy łosia zeszły na pniu. Z tych Mikołajowych została ino jedna!!! Podobnie w sprawie gacie świętego. Ekhm… pierwsze to poduszki, drugie kubki oczywiście w Tigerze. Czy jak tam teraz się zwą Flying Tiger of Copenhagen. Naprawdę zabawny sklep. Pełen tanich i badziewnych rzeczy, ale też i tych prostych dobrze wykonanych. Takich kompletnie niemożliwych, dziwacznych, pokręconych, ale też i takich serio pomysłowych. I dobre cukierki mają. Może i made in Poland, ale co tam.

I tak większość made in China.

Druga połowa listopada zdaje się wybuchać świątecznością i tak obumrze w okolicach początku grudnia. Jakby wszystko u nas było przesunięte w czasie. Jakby wszystko było jakieś takie pokręcone. A może zwyczajnie wszyscy chcą już zapaść w ów sen zimowy? Załatwić Jul jesienią i mieć to z głowy?

Może to o to chodzi?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przeczekać… została wyłączona

Pan Tealight i Koszmary…

„Ale po co?

Po kiego? 

I przecież nikt ich nie zapraszał, a jednak, ponieważ jeden wyglądał milusio i włochaty taki, kudłaty cudownie był, milusi, a trzy kolejne przypominały gremliny, to Wiedźma Wrona Pożarta powiedziała, że tak. Że się je przyjmie, przecież zawsze można stworzyć kolejną Komórkę, choć ta się oburzyła, że nie może być dwóch takich, więc zeszło na Stajenkę… i tak już zostało.

Dołem kamienna, górą drewniana Stajenka Koszmarenka stanęła sobie w pobliżu Białego Domostwa. Przez jakiś czas miała być niewidzialna, wiecie, żeby wszyscy się przyzwyczaili, żeby same Koszmary nauczyły się nie do końca koszmarować, a przynajmniej nie częściej niż zwykle… No wiecie. Świat musiał do nich przywyknąć. Znaczy do takiej ilości, bo widzicie, problem był w pigułkach i ludziach, którzy co prawda budzili się czasem z krzykiem, ale nie rozumieli onej oczyszczającej mocy koszmarowania sennego. Bo dzienne, to całkiem inna bajka. Ludzie bali się tak dziwnych rzeczy, że zwyczajowy koszmar nie był już Koszmarem. Naprawdę. Samo straszenie, potwory pod łóżkami, ciemności i tak dalej…

Wiedźma Wrona Pożarta strasznie je polubiła. Przesiadywała tam z nimi dnie i noce. Czasem trzeba ją było wciągać stamtąd siłą. No bo przecież biedaki przyjechały tutaj w końcu odpocząć, w końcu po prostu tylko być, nie do końca pracować i po prostu jakoś tak zwyczajniej tylko być.

I już…

Z drugiej strony, co złego w koszmarze? Poza tym uczuciem, strachem, poza tym wszystkim… przecież potem się budzisz i nagle widzisz świat całkiem innym okiem, jakby ktoś wam patrzałki wymienił na szklane albo coś. Poza tą męczarnią, która zdaje się być aż nazbyt realna… No dobra, koszmary są straszne, ale te są małe, włochate i cudownie przekomiczne, więc czemu nie? Przecież są tylko zewnętrznie dawkowane, a nie tak dosennie. No wiecie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Właściwie szarość, taka ciężka, nieruchoma, całkowicie cię zwalniająca od wszelakich zajęć zdarza się tutaj rzadko. Jeśli w ogóle. Wiatry i przebłyski słońca są aż nadmiernie częste, by mogła przetrwać. Nawet teraz. Niby jest pochmurnie, ale tak lekko, jakby ktoś oną pochmurnością tylko spryskał świat. Oczywiście słońce się przemyka przez kołdrę chmur, widać dziury ma i tyle… a może to te sroki. Wiecie, zwyczajowe, biało-czarne sroki, które w tym roku chyba się namnożyły mocniej.

Śliczne są.

W okolicy i dalej pojawiają się kolejne światełka i chyba już rozumiem, dlaczego spora część Północy zaczyna ten okres julowy tak wcześnie. Znaczy dla mnie normalnie, dla was wcześniej… właśnie z powodu ciemności. Bo julowość oznacza oczywiście światełka. Zwykle żółtawe i białe, za którymi nie przepadam, więc mam swoje, niebieskie. A co, trza się niewyróżniać, ale jak trzeba, to trzeba.

Jul is coming jak nic.

W sklepach oczywiście to samo to rok temu.

A przynajmniej w większości z nich. Nie, nie przecenione. No co wy zwariowaliście, czy co? Tutaj przecena się zdarza i czasem być może oszałamiająca, co wzbudza ogromne podejrzenia co do faktycznej ceny wszelakich przedmiotów czy usług, ale jednak… ludzie tylko zdają się być jakoś tak bardziej smutni, przygnębieni. Jacyś tacy dobici. I chyba się nie dziwię; wrzeszczące z każdego słupka twarze przerażają. Do większości dotarło, że nic się nie zmieni, więc… no cóż, tylko się upić albo coś. Ale jak teraz tak ścigają dziadków z zielonymi uprawami, to już człek się nawet się nie upali, czy babeczek z zielonym nadzieniem sobie nie zrobi.

Bida i tyle.

I smutek…

Nie do końca pojmuję oną niechęć sprzedawców do zebrania się i zrobienia na przykład z Gudhjem rąbanej wioski, a którą Święty M. rzygnął. Naprawdę. A możliwości są. Wąskie uliczki, miejsce na festony, sznury i girlandy. Na kolory i zabawę…

Ale nic z tego nie będzie. Może jak zwykle otworzy się jeden czy drugi sklep na dwa dni, ale to wszystko, dlatego należy zacząć polować na julemarkety. Te sprytniejsze na szczęście utworzyły wydarzenia na Facebooku, ale inne… trzeba się naszukać, albo znać schemat. Że jeżeli jest w latarni na północy, więc będzie i w Sandvig… Sorry. Doświadczenie jest ważne, a i tak można się naciąć. Czy w te czy wewte mam dostać świnkę i domek!!! I oczywiście stenbuka, ale to w innym kraju!!!

Uda się?

Pierwsze julemarkety rozpoczynają się już w przyszłym tygodniu, od piątku głównie, więc jeżeli jesteście zaintrygowania potrzebujecie gotówki i samochodu. Serio, nie liczcie na nic innego. Chociaż kody ze słupów autobusowych mają zmienić znowu na zwyczajowe rozkłady jazdy, więc może? Jednakowoż, ponieważ wszystko najlepiej wygląda po zmroku, więc lepszy samochód. Chyba, że mieszkacie blisko punktu zabawowego, jak my niedaleko Jul på Lauregård… no to macie z górki. Albo raczej najpierw pod górkę, a potem z górki. Wiadomo… choć gdyby iść przez pole? Zawsze mnie kusiło…

Pogoda?

No więc co do aury to fajno jest. Całkiem nieźle. Czasem jakiś nocny przymrozek, ale jak zwykle w okolicach 10 stopni, nocą pięciu i tyle. Trawka zielona, pola się zielenią, liście wciąż się buntują, a przynajmniej niektóre… wiadomo, czarowna i szalona Wyspa indywidualistka.

No jak nic!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koszmary… została wyłączona

Pan Tealight i Pomarańczowe Gacie…

„Jak nic pomarańcz. Żrący, widzący, świdrujący całą oną zieloność przychatkowego ogrodu, wiedźmowej oazy. Nagły i zaskakujący, mimo iż oczekiwany przecież. Wiedzieli, że to nastąpi. Wiedzieli, że w końcu to się stanie… choć jeszcze nie wszystko, to jednak już początek. Teraz tylko czekać znowu…

A potem?

A co, jeśli nie będzie lepiej?

Co wtedy?

Ale te gacie. Wielkie, nałożone zapewnie na inne, wodoodporne, przemykające od kwiatka do kwiatka, od żywopłotowego przejścia do krzaczków i z powrotem. Pojawiające się i znikające, zabawiające się z dziwnym hula hoopem, który okazał się być równie rażącym w gały kabelkiem… dziwnie zaczął się ten tydzień Wiedźmie Wronie Pożartej. Ale przecież na to czekali. No tak miało się stać, czyż nie? Mieli ją w końcu podłączyć i Chatka Wiedźmy doprawdy cieszyła się z onego jej murem zainteresowania, chociaż może trawnik trochę mniej i pozostałości Armii Stokrotek wyciągnęły i zaczęły ostrzyć swoje płatki… ale w końcu… Wiedźma spieprzyła. W znaczeniu ucieczki totalnej w naturę i udawania, że nie istnieje w tym świecie. Bo wiecie, tak było jej łatwiej, a Chatka i tak jej nie potrzebowała, więc czemu nie?

Pomarańczowe gacie, dwunożne i może wyposażone w wielkie zębiska, ogniste skrzydła i wszelkie jady przez jeden dzień przejęły od wschodu słońca do jego zachodu okoliczności Wiedźmiego świata. A potem kolejny i kolejny. W końcu zaparkowali jej pod drzwiami i zwyczajnie się wprowadzili. A ona właśnie gacie zaczęła suszyć… nie żeby wyjściowe, bo w końcu wszystkie były czarne i takie same, ale jednak. Tak własnymi gaciami innym gaciom machać przed krokiem?

Czy to nie nazbyt bezczelne?

No i wiecie, pomarańczowe były oficjalnie w robocie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Siostry” – … zaskoczenie? Oj, trochę tak. Nawet bardzo. Więcej, nawet ekhm… nawet dla mnie, choć brałam je pod uwagę, to jednak. Ech, teraz już nie wiem do końca kto co i dlaczego?

Bo może…

Uwielbiam takie książki, które pozostawiają cię w jakimś stopniu zawieszenia, które każą myśleć, kombinować, psychologicznie rozbijają w tematach kary, winy i winnych i tych, których należy skopać.

Oto powieść dość prosta. Załamana, skrzywdzona kobieta, samotna bliźniaczka znajduje tych, którzy ją rozumieją. Bogatą parę bliźniaków. Ci proponują jej mieszkanie, pomoc, a może i coś więcej, ale… no właśnie. W grę wkracza zazdrość, chciwość, miłość i pożądanie… oraz, a i przede wszystkim zawiść i tajemnica. Oj tak, tajemnic w tej powieści cała masa. I choć pewnych spraw domyślicie się bardzo szybko, to wraz z zakończeniem mogą się one stać dziwnie trywialne.

Nie chcę pisać nic więcej poza tym, że powieść początkowo wydaje się być zbyt rozmemłana i przewidywalna. Przeładowana onymi bliźniaczymi mocami – całkiem zbędnymi, ale mającymi oderwać nas od głównego wątku. Zbyt rozpieszczona i bogacko dziwaczna. Może i nielogiczna. Słowa nie do końca do siebie pasują i przydałby się tutaj dobry redaktor, ale i tak warto.

Naprawdę.

Dla ostatnich słów.

Ostatniego zdania.

A w powietrzu ruten

No tak…

Oczywiście, że zacznie się, a raczej już zaczęło, bo sprawa skażenia ma już ponad miesiąc, ale jednak dopiero teraz wypływa na większe wody… i Rosja ma przegibane. Ale czy to na pewno oni? Bo jakoś tak… ech, jak co źle, to od razu Rosjanie, a z tego co pamiętam, to myśmy ostatnio grzebali przy swoich radioaktywnych śmieciach.

Bardziej mnie przeraża to, że obecne normy kiedyś byłyby tymi alarmującymi, a dziś… ot stało się i tyle. I tak, dorzucę: a nie mówiłam, że coś jest nie tak?!!! Bo mówiłam. Ale po co to komu. Przecież i tak nikt nie słucha. Człowiek dostaje karty do wyborów i tak naprawdę uświadamia sobie, że serio to wszystko nie ma znaczenia, bo oni i tak zrobią, co będą chcieli. I jeszcze ta pierdolona poprawność polityczna, której tak bardzo chciałabym skopać sutki, gdy tylko ją znajdę… mam dość.

Las…

Las rozumie, ale nie da się siedzieć w nim cały czas. Po pierwsze nie mam własnego. Nie stać mnie, choć chyba wciąż jest na sprzedaż. Piękny mój kochany, elficki i cudowny… pewno, że z robalami, ale tez rogasiami i tak dalej. Z wąwozikiem miniaturowym i wszelaką, otoczoną polami cichością dziwną. I kwiatami wiosną i liśćmi jesienią. Może i podmokły dołem, ale co tam. Palnęłoby się plakietkę „privat”, ale i tak mogliby włazić, więc co z tego? No co?

Tak serio?

Na co to wszystko?

Cokolwiek to zmieni? Nie!!!

Wiem, popadam już w takiego doła, ale… prawda jest taka, że kolejne kłamstwa gonią kolejne, a idiotka z drugą idiotką pieprzy o szczęśliwych Skandynawach. Czy wy w ogóle wiecie o czym mówicie? I czy Skandynawowie jeszcze istnieją? Tacy jak z „Dzieci z Bullerbyn”? Prości i rodzinnie rolniczy? Chyba nie są już poprawni politycznie, co nie? Jak biedna Pippi. Ech…

Z najnowszych doniesień…

PODATKI.

Mają zmniejszyć. Oczywiście, że jak zwykle nie spadną ceny, ale może się nie podniosą, więc wiecie, jakaś tam korzyść, choć dziwaczna i popierniczona, ale… Człowiek nagle się dowiaduje, że mamy podatek nie tylko na czekoladę – z rodzaju tych dziwnych podatków – ale też i na kawę i herbatę. Ale czemu… No cóż. I tak kupuję herbatę w Polsce, bom wybredna i tyle. No dobra, cuchnącą tutaj, ale taniej wychodzi. Wiecie, jak wszyscy… gdzie taniej, nie oszukujmy się. Duński patriotyzm jest tylko słowny. Wystarczy sprawdzić sklepy przygraniczne z Niemcami. Dlatego właśnie ono opadanie podatków jest takie ważne. Żeby kasa została w państwie duńskim.

Bo się źle dzieje…

Gdy żyjesz na Wyspie nie masz wyboru.

Nie, ceny nagle, magicznie nie opadają wywindowane latem w aspekcie Turyścizny… nasze wypłaty też się nie podnoszą. Wszystko tutaj jest trudne, więc po co tu żyć? Bo cholernie pięknie jest, bo to cię uzależnia, bo bez tego miejsca nie da się oddychać, a w innych czujesz się jak intruz, bo pępowina ci wyrasta… I psy gryzą. A no właśnie w sprawie psiej. Mimo apelów i podobno wszelkich, policyjnych wycieczek, oaz informacji, że do WŁAŚCICIELA psa należy podchodzić spokojnie, najlepiej machać czekoladą albo flaszką piwa, w zależności od płci i błagać by wziął zwierzę na smycz, bo właśnie ogryza mi już kolano i to tylko lewej nogi, więc spodnie źle będą leżały… no i ja na prochach jestem, więc KOCHANY WŁAŚCICIELU, tak wiem, że twój piesek nie gryzie, że to na pewno jam taka smaczna, ale czy mógłbyś? Bo mu moje mięsko może zaszkodzić, a pewno szkoda zwierzaczka. No przecież psa nie uderzę. No w życiu kurna. Prędzej pozwolę się sponiewierać… nosz cholera jasna, durna ja. I pewno tak pomyślą o tej kobiecie pogryzionej na rynku w Rønne. Obecnie poszukuje się właściciela zwierzaka. Co do kobiety… pewno czuje się winna…

Świat serio stoi na uszach… wszędzie, więc co z tym zrobić? Cóż, przyłączyć się i gryźć. I niestety nauczyć się walczyć o siebie, bo tego nikt za ciebie nie zrobi – tu już przegrałam, pieruńskie wychowanie – i gryźć… tu mogę jeszcze spróbować.

UPDATE…

… nasz internet wkopany. Maszynka rzeczywiście – ta wkopująca kabel – intrygująca. Ino lekki zarys linii na trawie mówi ci, że już tylko wiercenie w ścianie i może będzie szybciej? Ino kiedy? I czy rzeczywiście będzie, bo zawsze coś się może zmienić, czyż nie? Zawsze niestety!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pomarańczowe Gacie… została wyłączona

Pan Tealight i Światełka…

„Właściwie to od dawna żadnych Ufoków nie było, tak przynajmniej twierdził Pan Tealight, a Przedwiecznemu chyba należy ufać, czyż nie? A może po tak długim czasie istnienia należałoby brać pod uwagę jakąś amnezję, czy co… lub wiecie, zwyczajne olewactwo, bo w końcu zwykle i tak siedział w swoim fotelu i żłopał tę herbatę. Żłopał i żłopał tonami… znaczy hektolitrami… Jakby tak naprawdę tylko na tym mu zależało, jakby jego ciało potrzebowało parzonych listków, ziółek, kwiatków i wszelakich, suszonych owocków. Może i ktoś mu czegoś dosypał? Choć z drugiej strony pili to wszystko razem z Wiedźmą Wroną Pożartą, która też herbaciana i pijna, więc…

… może nie?

Ale przecież Ojeblik – mała, ucięta główka, widziała światełka. Kolorowe. Żółte, brunatne, czerwone i niebieskie. Zielone i perłowo-tęczowe. I jeszcze takie dziwne, różowo-miodowe, które zdawały się na nią spoglądać. Tłumaczyła to każdemu kto chciał czy nie chciał słuchać, ale z racji, że większość i tak jakoś ostatnio powolna była i mało zborna, to wiecie… nie słuchali.

… a miała rację.

Jak zawsze, gdy nie słuchali ona racja była mocniejsza i silniejsza. Większa i bardziej przenikająca. Ale gdy tak w końcu podturlała się za Wiedźmą Wroną na spacer, gdy tak przysiadła, czy raczej podturlała się pod drzewko, na meszek, to pomyślała, że to raczej nie ma sensu i przecież na co to wszystko komu? Gdy jej towarzyszka sikała w zagajnikach wszelako pokręconych, płosząc zwierzynę, oczywiście tą niezboczoną, co to oglądać księżyca w pełni na ziemi prawie nie chciała widzieć… bo oczywiście i znalazły się takie podglądacze wstręciuszki. Z drugiej strony przecież było za darmo, bez ograniczeń, więc dlaczego nie? Jak już dają, to co tam w zęby zaglądać?

He?

No więc wmontowała się w mech i zamyśliła się na onymi światełkami, a potem… zniknęła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wychodzi…

Spieszysz się.

Bardzo.

Zdążyłaś umyć zęby i założyć coś na tyłek, oczywiście bierzesz aparat i baterie na zapas… po drodze łapiesz się na tym, że pamięć zajęta cała, więc starasz się usunąć z niej coś cięższego i pada na film z falami, na który się zapatrujesz i nie możesz gał oderwać, a przecież… powinnaś lecieć. Masz tylko chwilę. Podobno? Tak przynajmniej twierdzą twoje kiszki i coś w powietrzu.

Wychodzisz…

… a tam i wiatr i deszcz, i grad wpadający za koszulkę. I wodorosty na plaży i meduzy, takie piękne, takie połyskujące, takie klejnotowe. Takie… nierealne. I to powietrze i ta dziwność w powietrzu i mokry szelest liści. Niestety… brak jesieni złotej i bursztynowej i choć w szarości one kolory wciąż jeszcze miejscami czarują, to już więcej tej nagości. Ale nie na plaży. Tutaj wciąż jeszcze natykasz się na bursztynowość i czerwienie. Biele czarowne gładkich kamieni i te niesamowite szarości wilgotnych głazów. Oczywiście wszystko się zmieniło… jak zwykle o tej porze. To już nie ta plaża co wcześniej, nie ta, którą tak dobrze poznałaś. Zmniejszyła się i zmieniła.

Przekształciła się.

Ale te meduzy!!!

No mniejsza, o nich już przecież było, idźmy dalej. Tak, gdzie więcej liści, tam, gdzie ich nie ma w ogóle, tam gdzie telepią się łódki, gdzie wszystko znowu czeka na wielki wiatr i wielkie fale. Na zmienność. I na Jul… bo przecież to już za rogiem, szczególnie tutaj, gdzie wszystko zaczyna się i kończy wcześniej.

Nie robisz tym razem zbyt wielu zdjęć, bo słońce znika, chmury wielkie i ciężkie zawisają ci nad głową, jeszcze chwila i znowu wszystko się zmieni, więc uciekasz do domu i bierzesz się do roboty wciąż wdzięczna za to, że możesz tutaj być. Mieszkać w miejscu, w którym jest wszystko. Gdzie z domu widzisz morze, kilka kroków dzieli cię od lasu i strumienia i jeszcze kilka od plaży…

Może dziś nie potrzeba zdjęć.

Może są takie dni, które powinny się obyć bez nich?

Uchodźcy.

Tak, będzie dziś o tym, bo śmiech mnie durnawy bierze i tyle. Bo naiwność, brak historycznego oczytania i wszelakie kłamstwa i brak akceptacji inności z Danii wychodzi. A przy tym pijarze… to po prostu śmiech na sali!!! A o co chodzi? No i uchodźców. Znaczy się, weźmy w końcu zerwijmy klapki z oczu i powiedzmy… importy. Znaczy imigranci, którzy oczywiście Duńczykami być nie chcą.

Po pierwsze zostaną zmuszeni do nauki jak to rodzicem być. I tutaj właściwie śmiech na sali się zaostrza, bo mają ich uczyć Duńczycy, którzy już dawni zwalili wychowanie na szkołę. Sorry, ale nikt dzieciakiem się nie zajmie. Jedno o roboty, drugie też i tyle… a jeśli o tym mowa, to kobiety mają iść do roboty. Dania jest oburzona tym, że Muzułmanki nie chcą iść do pracy, tylko chcą zajmować się domem. Czy ktoś mi wyjaśni tutaj gdzie tu równouprawnienie? Od kiedy to nie można być housewife? Od kiedy to wychowanie dzieci jest złem? No ale… co ja się znam, przecież nie mam dzieci…

I numer trzy wielkiego planu – śmieci. Po pierwsze chcą nauczyć nieśmiecenia. Z przykrością przypomnę, że Żydzi próbowali i nadal z łatwością w Jerozolimie rozróżnisz dzielnicę żydowską od muzułmańskiej. Problem śmiecenia i bałaganu od tysiąca lat był i nie przemija – patrz Niemcy. A po drugie, zatrudnienie. Chcą zatrudnić ich jako śmieciarzy, bo wiecie, w Danii czy Polak, czy Tajka… wychodzi na to, że wszystko my ino niewolnicy rasy panów. Za każdym razem jak ktoś puka do drzwi wiem, że weźmie mnie za sprzątaczkę rąbanego sułtana, który tutaj mieszka. I jeszcze nigdy się nie pomyliłam. Poza listonoszem, on już nie popełni tego błędu. Teraz widać imigranci wszyscy mają zaczynać od dołu… i nie podoba im się.

Jak to się skończy?

Wybaczcie, ale boję się myśleć.

Odmawiam myślenia!!!

Bo ja kocham tę nacjonalistyczną Danię. Rozumiem ją, ale też nie wszystko do końca akceptuję, no nie da się, gdy ma się własny rozum. Mam flagę, mam świeczki, jestem naturalistyczna i niereligijna… ale też widzę jak rdzenni pomiatają nami „białasami”, więc… dyskryminacja jest tutaj obecna i ma się dobrze, więc dlaczego tak wciąż cię kocham Danio? Nosz to musi być psychiczność ma własna.

PS. Archeologicznie… nowy skarb. Wybaczcie, ale nie jestem w stanie nie by wkurwiona. Czy to przez studia, czy przez to, że nazywają ich ARCHEOLOGAMI, a właściwym określeniem jest: osobnik z bipczącym drogim urządzeniem, który coś znajduje i wyciąga bez żadnego szacunku. Moi profesorowie obracają się w grobach, a może i nie. Już nie wiem. Chyba już w nic nie wierzę. Bo z tej sytuacji nie ma wyjścia. Zabronisz – i tak będą to robić, tylko nie powiedzą, pochwalą się pewno w mediach społecznościowych, więc będzie można ich znaleźć… ostatnio na ręce znajomej znalazłam coś, co powinno być w muzeum, ale. Who cares, right? Po prostu. Tak, zrobią odkrywkę, ale co z tego? Przecież największa szkoda została już wyrządzona.

Przecież…

Sorry, za bardzo mnie to wkurwia. Dobrze, że nie mój wczesny brąz i kamień, bo bym trzeszczała w szwach.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Światełka… została wyłączona

Pan Tealight i Cmentarzysko Meduz…

„Na niewielkim skrawku wilgotnej wciąż plaży, ogrodzone bursztynowymi patyczkami ostatnich traw. Grubych, pustych w środku, niczym żołnierze na warcie oddający im zasłużony honor…

… leżą.

Chełbie morskie.

Meduzy.

Galaretowate stworki.

Tak naprawdę po tej stronie świata zwykle zawsze martwe, gdzieś indziej, bardziej żwawe i żywe… w innych miejscach parzące, straszne, potwory…

Ale te tutaj tylko leżą.

Przytulone do siebie, jakby naprawdę się na wzajem szukały długo, by razem zlegnąć. By być już a zawsze jedną powierzchnią wyłącznie miejscami wybrzuszoną. Jedna, jedyna, lekko bursztynowa opiera się o kamień o podobnym odcieniu jak ona. Czy szukała kogoś twardszego, czy jednak się pomyliła? A może nie miała już siły, by dotrzeć do sióstr… A może braci? A może rodziny?

Jak to w ogóle z nimi jest?

Wiedźma Wrona Pożarta pochyla się nad nimi z kwiatami, aparatem, głaszcze je, mizia, jakby czuła się winna, że zwykle tak bardzo, paranoicznie się ich boi. Jakby w końcu się przełamała, a może, po prostu lubi takie pogrzeby. Inne. Wilgotne. Gdzie kamienie zdają się mięknąć, wodorosty tworzą całuny, a połamane trawy salutują. I ta muzyka? Połączenie szemrzących liści, leciutko tylko burzących się fal i łódek w oddali łkających o powierzchnię niebieskiej mocno wody.

Jest w nich tyle smutku i tyle piękna.

Były w wodzie, teraz układają się na piasku. A zaraz potem, za chwilę, gdy tylko się odwróci, one odejdą do morza. Czy zmienią się w wodę od razu, czy po prostu znikną? A może jednak stanie się coś więcej? Ale czy człowiek, choć i wiedźma… jest w stanie to zauważyć swym dziwnym zmysłem? Zresztą ludzi tutaj tak niewiele. Właściwie poza nią nikogo. Właściwie poza pustką… niczego.

Tylko ten cmentarzyk.

Niewielki taki, dziwnie ruchomy, gdy poziom wody zafaluje trącony zagubionym powiewem wiatru, albo Wyspa mocniej odetchnie, choć i ona dziwnie zapatrzona w te klejnoty galaretowate. Te pozostałości, ono przemijanie.

Czas je zostawić, ale jakoś tak nie można… ale jednak czas…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zła droga” – … druga. Druga powieść tego autora i wiecie co, facet strasznie się powtarza, ale świetnie się gościa czyta. Choć zawsze kończy się wszystko jednako, choć bohater zawsze gra i pisze, to jednak… czyta się dobrze.

Tym razem znowu muzyk, ale to pisarz wiedzie pierwsze skrzypce – tak, piję do jego pierwszej powieści, książki „Ostatnia noc w Tremore Beach”. To pisarz ma problemy z rodziną – ekhm, znowu? I to on za przyjaciela ma muzyka. Tym razem nie kompozytora, ale prawdziwego rockandrollowca. Wiecie, sex, drugs and music! Obydwaj są przyjaciółmi od dawna, ale tak naprawdę zamieszkanie tutaj, w tym miejscu było zaskoczeniem dla pisarza. On znalazł się tutaj trochę pod przymusem, a muzyk… cóż, nie do końca wiadomo. Bynajmniej obydwoje często spędzają czas, co nie podoba się małżonce pisarza i oczywiście rodzi konflikty i… Właściwie wszystko zaczyna się od wypadku i wątpliwości. Bo czy można wierzyć ćpunowi z maniakalnymi napadami? Muzykowi, niezbyt staremu, a jednak zużytemu i samotnemu? Pewnie nie. Zresztą… takie miejsca jak to ni skrywają sekretów, czyż nie?

A może jednak?

Wydaje się, że dla autora (muzyka i pisarza) Prowansja to miejsce ucieczki dla Amerykanów i Anglików, którzy nabroili w życiu. Dzięki niemu dowiadujemy się jak to wszystko naprawdę wygląda, jak widzą to Tubylcy i… jak bardzo obcokrajowcy mogą nabroić, ale… żeby aż tak? No więc odwyk, czy jednak śledztwo? A może i to i to? Tylko co z rodziną?

Powieść naprawdę jest nietypowa w wielu miejscach, choć czasem zdaje się być lekko wymuszona i strasznie niestraszna, niemal ludzka, życiowa. Oto historia o strachu, który się czai i pragnieniach innych, które pakują w nasze głowy. O manipulacji i zaufaniu, które tak łatwo utracić. O ludziach, którzy są inni i o tym, że tak naprawdę za każdymi drzwiami czaić się może potwór…

Warto.

I bum…

No tak, czas polowań.

Wiecie.

Stoją te samochody wzdłuż drogi, coby się bidoki w odpicowanych ciuszkach nie pomęczyły zbyt długim chodzeniem i słychać tylko ten koszmarny dźwięk. Bez urazy, ale nienawidzę go. Mieszkałam we Wrocławiu i bomba, czy seria z kałacha to norma dla mnie, uciekłam od tego, a raczej… tak mi się wydawało. I tak, oczywiście, że rozumiem, iż spieprzywszy łańcuch pokarmowy trzeba zmniejszać pogłowie niektórych zwierzaczków, ale tego nienawidzę. Wiem też, że lepiej i normalniej zjeść coś, co samemu się upolowało, co milunio żyło sobie w spokojnym świecie, bzykało się i piło wodę ze strumienia, podgryzało korę, ale jednak… nienawidzę polowań. Są durne. Jeszcze wyprawienie się samemu, tropienie, łuk i nóż, przetrwanie w namiocie, ale to.

Śmiech na sali.

A te ich ciuszki odpicowane. Kurde od czapeczki z piórkiem po specjalne buciki i dodatki, jakby robili paradę modową, a nie szli paćkać się krwią…

… więc sorry, że nie współczuję postrzelonemu kolesiowi.

Temu co źle celował też.

Chociaż… może nie celował źle? Przecież polowania na ludzi są jedną z najstarszych zabaw na świecie!!! Może więc należy przemyśleć sprawę onego WYPADKU? Wypadku, w którym człowiek ucierpiał przez człowieka celującego w zająca. Chyba raczej trudno pomieszać jedno z drugim, co nie? Kurna, weźcie zajmijcie się królikami, bo to parazyty, choć przeraźliwie słodziutkie, ale wiecie, pod mikroskopem niektóre wirusy i bakterie też są przemilusie, więc…

No mniejsza. Tego nie da się zmienić. Ale może wartałoby przemyśleć przynajmniej niewystawianie zdjęć swojego „uboju”? Nie, nie chodzi o mięso, ale o te uśmiechy i te biedne, małe zajączki ułożone w stosy. Zajączki które nie mogły się przecież bronić. A może i zajączek powinien dostać Kałasznikowa?

Hmmm?

A na plaży tym razem spokój…

Malutkie kamyczki, całkiem białe, zastąpiły sypki piaseczek. Jakby kryształy piachu zmieniły się magicznie w co większego i zmatowiły. Skąd się wzięły? Skąd przybyły? I gdzie były, co tam robiły gdzie wtedy były?

No?

Człowiek sobie się wlecze i nagle znajduje je… cmentarzysko meduz. Niewielkich, właściwie bardzo zbliżonych w rozmiarze zagłębionych częściowo, wciśniętych, ale czy całkowicie nieruchomych? Meduz. Cudownie odbijających niebieskość nieba, fioletowość dziwną, wszelakie bursztynowości nielicznych już morskich traw i jeszcze tą całą szklistość, którą zdają się z siebie emanować. Położone niczym kafelki, bliziutko, jakby ktoś specjalnie, ale jeżeli tak to po co i jak? Bo przecież one są już w takim stanie, że jak ruszysz jedną, to się rozpada. Powraca do stanu wodnistego…

Zachwycasz się, a przecież boisz się ich. Dziwnie z nimi tak jakoś razem w wodzie. Przerażająco. Choć podobno nie żyją już… choć podobno to tylko szkielety, umarlaki, ale co jeżeli zombie? Kurcze, może lepiej nie sprawdzać?!!

Wracam do domu, by otoczyły mnie ściany przed tym, co zaraz się zacznie. Wiatr i deszcz. Deszcz i wiatr. Zimność, mokrość, wszelaka ruchliwość, która zaraz zastąpi oną słoneczność i możliwości wszelkiego wpadnięcia w wodorosty. I w fale… bo przecież jak zwykle, gdy tylko zbliżasz się o linii brzegowej, do wody, ona przychodzi do ciebie chcąc być bliżej i bliżej. I jeszcze bliżej. I wracasz do domu mokra co najmniej do kolan, a częściej i z zalanym tyłkiem, bo robiąc zdjęcia znowu kucałaś…

Ale co tam. Wyschnie się…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cmentarzysko Meduz… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Uciekająca Niegdyś Młoda…

„Niegdyś była młoda.

Nie, że szczęśliwsza, po prostu łatwiej się ukrywała, nikt o nią nie dbał, nikt… no i wiecie, internetów nie było, a teraz… teraz była Młoda Niegdyś, ale wciąż jeszcze chodliwa. Czasem to aż nazbyt chodliwa. No tak zapierniczała, że serio nikomu się za nią nie nadążało, a nawet jeżeli, to przecież ta pogoda, te wiatry, te deszcze… ile można. Zresztą i po co? Istoty wszelako niepotrzebne, nietęskniące za potrzebnością gdzieś mają wszelaki eksesajz i inne tam dietowania.

Ale ona chodziła…

… i uciekała im gdy tylko się dało. Wymykała się, przelewała przez palce, łapy, płetwy i kopyta. Po prostu przenikała zasłony i woale, gdzieś miała granie i płoty, grodzenia, a nawet te kolczaste zasieki. Nie mogli jej upilnować, więc w końcu się pogodzili z tym, że ona będzie im uciekać i łazić, a oni będą czekać. Bo przecież ktoś musi na nią czekać. Co jest z ucieczki, gdy nikt na ciebie nie czeka?

Czy w ogóle wtedy zgadza się ona z definicją?

Czy jesteś uciekinierem, gdy nikt nie czeka, nikt nie szuka, nikt nawet nie zauważył, że ciebie nie ma? No nie chcieli jej wiecie, dać złej sławy, więc robili za tych, co czekają. Choć to wkurzało… ale z drugiej strony też było fajne. Ciepło, herbata w łapie czy pazurem wydrapywana Nutella ze słoika. Wiecie… coś robię, ale jednocześnie nic nie robię, prawda, więc o co chodzi? Ale nie żeby się nie martwili, choć ostatnio coraz mniej, w końcu i tak nie umiała latać – co do tego wciąż niektórzy mieli wątpliwości – a i pieniędzy na prom czy samolot nie miała… co do tego drugiego, to nawet gdyby miała, to po pierwsze wszędzie łazi bez dokumentów bo za ciężkie, a po drugie pieruńsko boi się latania tymi trumienkami, tubkami pasty czy jak to nazwać…

… czekali. A ona odchodziła coraz dalej i dalej. Wciąż była na Wyspie, ale jednak nie w tym miejscu, gdzie zwykle…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Masz do wyboru.

Las, w którym połowa liści opadła, a druga połowa wciąż zielona, albo plaża. Co wybierzesz dzisiaj? Jaki spacer, przebieżka? A może i rozciąganie? Bo przecież możesz wszystko. Odłączyć się od świata i uciec. Nie musisz biec, nie musisz nawet udawać, że to dla zdrowia, możesz po prostu iść. Zaliczyć kilka fal, bo przecież zawsze cię złapią. Nie da się od nich uciec, szczególnie jeśli trafisz na takie miejsce, gdzie gnijące wodorosty przykrył piękny, biały piaseczek. Oj… wtedy powodzenia!!! Wpadniecie w to i buty do totalnego czyszczenia!!! Wy też. I to nie tylko do miejsca zabrudzenia, bo gnicie przesiąka przez ubrania do skóry i zostaje jako część waszych perfum…

Ale może nie plaża a droga?

Wiecie, pobocze?

Przecież mniej teraz ludzi jeździ, Turyścizna zniknęła, więc można. Da się. Może to? Albo ścieżka, choć ta mogła odpaść, rozmyć się i zniknąć, mogła po prostu, wiecie, rozpłynąć się w powietrzu, albo zamienić w coś czarownego i doprowadzi was do takiego miejsca, z którego nie da się już wrócić. A może nie będziecie nawet chcieli wrócić?

Las czy coś parkopodobnego?

A może takie zarośla, które włażą pod bluzę i koszulkę, plączą się i chcą cię w sobie zatrzymać na zawsze? Może coś w ten deseń? A może po prostu zostaniecie pod tą starą brzozą pochyloną nad rozłamem skalnym prowadzącym do morza i tak będzie najlepiej? Bo przecież idąc można się zatrzymać. Można też zostać na dłużej na którejś z ławeczek, które nie zostały rozmontowane. A tak, u nas po sezonie ławki się zbiera, te takie ruchome, a z tych z metalowo-cementowymi butkami ściąga ino drewniane belki. I sorry, ale se nie posiedzicie, nie poleżycie.

A może się nie zatrzymać?

W końcu możecie iść tylko w kółko, czyż nie?

Kiedyś wrócicie, ale co, jeśli nie będziecie wtedy już chcieli się zatrzymać? Jakoś seryjnie ostatnio zaczynam rozumieć pustelników. Tych prawdziwych, zamkniętych w sobie, jaskiniach, nawet siedzących na palach, czy małych, kamiennych pustelniach… to takie łatwiejsze. Może już czas…

Może i jesteśmy tylko snem…

Jest taka teoria, że jesteśmy snem i kiedyś Wielki Śniący się obudzi, no i znikniemy. Ale czy do końca? Czy na amen? Może tak naprawdę zamiast roić sobie tych różnistych bogów, to powinniśmy założyć Kościół Kołysanek. I wiecie, wciąż nucić? Jak nic tutaj by to przeszło, w końcu każde wyznanie ma otwarte drzwi i może se trzasnąć miejsce modlitw. Najczęściej w zwykłym doku, ale… frekwencja marna, więc…

… nie warto.

Zresztą Wyspa tego nie lubi.

Zazdrosna jest, więc lepiej wyznawać tylko Nią. I chodzić. I podziwiać. I cieszyć się nią samą. Nie mieć innych przed nią. Naprawdę. Szczególnie teraz to widać, gdy jest w pełni tylko moja. No sorry, tak się czuje, jak idziesz i nikogo nie spotykasz. Ni duszy żywej ni nieżywej. Bo wiecie i nieżywym lekko zimnawo, więc nie wyłażą. Ale za to u nas w sklepach w końcu zaczynają się pojawiać one świąteczne cuda, więc łapcie póki są!!! Bo ludzie biorą jak leci świadomi tego, że potem nie będzie. A jeszcze biorąc pod uwagę zamieszania pocztowo-dostawcze, to wisimy i leżymy… nawet nie kwiczymy.

Ale nic to.

Przetrwamy to.

Na razie Szwecja zamierza oskarżyć Danię, że ją wpuściła w maliny z tym wykupem Duńskiej Poczty i skonsolidowaniem jej z PostNordem. Bo wiecie, tracą na maska ciągle i mocno. Aż ceny podnieśli. U nas wiadomo, że poczta będzie dostarczana raz w tygodniu i tyle. Dziwnie będzie. Irracjonalnie, ale przecież co zrobisz? No serio? Co możesz zrobić? Protestowanie w tym świecie niczego nie daje. Wywalą ci od razu, że rozwój hamujesz, na niczym się nie znasz i durok z ciebie…

Czyli jak wszędzie, co nie?

Cały ten świat wkopał łeb w glebę i udaje, że teraz myśli dupą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Uciekająca Niegdyś Młoda… została wyłączona

Pan Tealight i Czekoladowy Mikołaj…

„Do kolekcji no…

Ale trudno utrzymać przy nim trzeźwość. I chociaż Wszelako Święcie Nieświęci Mikołajowie Wszystkich Czasów, ci, którzy zebrali się w Białym Domostwie by uratować swoje historie, legendy i opowieści, by zwyczajnie mieszkać w spokoju, być, istnieć i podtrzymywać, niczym tłuściutkie westalki płomień swych tradycji… zaakceptowali go jako swojego. Jako jednego równego sobie. A przecież… tak łatwo było by go zwyczajnie zjeść. Choć wciąż był w sreberku. Tylko dziurki na oczy wydłubał i dziurkę w miejscu, gdzie miał czekoladowe usta.

Dobra, te czekoladowe mrugające oczy i usta, z których wyłaziły czekoladowe zęby i język, wyglądały trochę creepy. Naprawdę przerażająco. Wiedźma Wrona Pożarta nie była do końca przekonana, ale stwierdziła, że przecież to nie jej sprawa, a Mikołaj jak Mikołaj, prawo do azylu ma, by mu głowy nie odgryzł nikt. Ekhm… ona sama tylko cukrowe baranki tak traktowała, a ostatnio na czekoladę to raczej mało spoglądała. Może to i dziwny objaw, ale jednak jakoś tak…

Za to Ojeblik – mała, ucięta główka, bardzo była zachwycona zapachem wybiegającym ze sreberka. Wybiegającym, kręcącym młynki, wirującym i, na pewno wściekłym podstępem,  ładującym się jej do nosa. No aż musieli zacząć ją karmić osobno i zakazać wejścia do podziemi, bo w pewnym momencie wpadła w tak dziwny amok, że Czekoladowy Mikołaj był bardziej niż zagrożony. Istniało właściwie tylko jedno wyjście. Jakoś go zmienić, ale czy on tego chciał?

Być na przykład Mikołajem Rzezanym w Drewnie?

Właściwie był nieduży, ze złotym dzwoneczkiem, markotny i powolny, ale jakoś tak pasował do tego czasu i tego, co się działo… w końcu Wiedźma Wrona już zaczęła się julować mając totalnie gdzieś to, nawet nie w dupie, co inni o tym myślą. I głównie nie przyznając się do tego. A co…

Czy trza być otwartym niczym pęknięty, czekoladowy figurek, który odarł się ze sreberka podczas wypadku?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Everest” – … dobra. Kurcze, zaskakująco niesamowita i pełna. Ale może to dlatego, że dopiero na końcu dowiadujemy się, iż autor zdobył Everest 10 lat temu, więc wie o czym pisze?

Nasz bohater, to podróżnik – niewolnik koncernów Audi, Rolex… chodząca tablica reklamowa i wielbiciel samotnych wycieczek. Takich dookoła świat, trasami, którymi nikt jeszcze nie kroczył. Dzięki nim oni mają reklamę, a on… Norweg z przeszłością, swoje życie. Ale coś się zmienia. Coś nagle w nim pęka, nie wie czy jeszcze chce, ale musi. I nagle, Everest. Przygotuje się do tej wyprawy, ale czy dobrze wybierze? Czy garść współczłonków czasem nie dyba na jego szczęście? Czy ich tajemnice go nie zniszczą?

Czy nie jest już za stary…

Książka… widzicie początkowo, pewno nastawiona filmem, jakoś mnie nie kręciła. Kupiłam, bo nie rozumiem wciąż takiego ryzykowania życia swojego i innych ludzi, więc otwieram ją i wpadam. Bo powieść jest świetna. Dobrze napisana, choć lekko toporna w narracji, męska, ale też i dziwnie prawdziwa. Niesamowita, zimna, bolesna, dosłowna. Straszna nawet…

Warto.

Bo to nie durna przygodówka, ale opowieść o człowieku. O tym, do czego jest zdolny. I do czego nie jest. Stawia tyle pytań o człowieczeństwo, że głowa się telepie. Już nie jesteście pewni tego, czego was uczono. Grzeczności. Serca na dłoni. Nie… ta powieść uczy podejrzliwości i zrozumienia dla tego, że każdy jest kowalem swego losu. Swego, choć koszmarnego losu.

Zatrzaskujesz komputer – to w końcu laptop, więc można. Kiedyś też można było rzucić słuchawką, ale dziś nawet w ten sposób nie nawduszasz rozmówcy. Ech… dziwne czasy. Tyle małych przyjemności zniknęło.

Bynajmniej… odcinasz się od netu, pakujesz wodę i batona z nasion i wychodzi. Idziesz… krok za krokiem, powoli i szybciej. Pędzisz, wleczesz się, może i nawet podbiegasz, może napinasz mięśnie, bo przecież chcesz wzmocnić stare kości i mięśnie, bo przecież to dla zdrowotności, no ale… tak naprawdę uciekasz. Uciekasz od świata. Od tego, który wduszają w was wszelakie maszyny. Od tych wciąż dementowanych wiadomości, od tych poglądów, które mieć można i tych, których nie wolno, choć podobno wolność…

Nie ważne.

Nieważne całkowicie.

Wychodzisz.

Buty na nogach, gacie cieplejsze, na wszelki wypadek rękawiczki, które wygrzebałaś w Netto z kosza dla bidoków. Ino 8 koron… pewno i tak wiele w Polsce, a tutaj okazja!!! Fajne, puchate, ciepłe. Na wszelki wypadek, bo jak tak się idzie nie myśląc o powrocie, to nagle coś w człowieku się zmienia i po prostu lepiej je mieć. Podobnie z wodą i jedzeniem. Przecież po minięciu Gudhjem pierwszy sklep jest dopiero w Tejnie. A to dość daleka droga. Pewno i tak tam nie dotrzesz, a nawet jeżeli, to po zamknięciu go, a o tej porze roku nawet już dzikie jabłka dziwnie szorstko smakują…

Idziesz.

Bo da się, bo możesz. Nie zaryzykujesz jednak wybrzeża, za mokro, pewno znowu coś się obsunęło. Lepiej nie ryzykować.

Nie w tej małości światła.

… więc idziesz poboczem, bo przecież rowerów już nie ma. A nawet jeżeli to miejscowe i tylko dookolnie miast, więc możesz…

Idziesz, i czasem mija cię samochód. W okolicach 15tej nawet więcej, jakby po trzeciej ludziska kończyli pracę, a nie o szesnastej. Może rzeczywiście i takie godziny mają. Co tam. Jest ich tak niewiele, że na wzniesieniu, gdzie stoi jeden mały domek, czujesz samotność. I wiecie co, to nie jest zła samotność. Może i są owce i kilka krówko kilometr dalej, ale czy są ludzie? Wydaje się, że zniknęli.

Nie ma ich…

Są drzewa.

Ogołocone miejscami z zielonych liści, miejscami pełne żółtych, klonowych. Ale dobrych zdjęć nie będzie w tym roku. Dziwna ta jesień, taka niewybarwiona, taka jakaś leniwa, niebyła. Jakby zapomniały drzewa, że trzeba coś takiego zrobić. A może ktoś znowu coś namieszał? Nie wiem… ale kolory nie powalają. Nie wiem dlaczego. Nie rozumiem tego. Znajduję garść liści, trochę więcej drzewek, znajduję je i wdycham ten czarowny zapach… ech, jesień pięknie pachnie.

A już te kolory na tle zielonych pól…

… niesamowite.

Ale ty idziesz. Zdjęcia to jedno, ale chyba bardziej chodzi o te kroki… po kilku godzinach męczysz się, powinnaś odpocząć, ale nie ma to sensu. Czy chcesz coś komuś udowodnić? Ale komu i po co? A może sobie? Nie, to też nie to… idziesz, bo jak nie to nie będzie nic innego do zrobienia, łapiesz jakie ostatnie promienie słońca i o piętnastej wpadasz w szarość… godzinę później jest ciemno, a ty stoisz pod znakiem z napisam Tejn-Sandkås i nie wiesz w jaki sposób tutaj dotarłaś.

Trochę daleko…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czekoladowy Mikołaj… została wyłączona

Pan Tealight i Poczytalni…

„Przybyli…

Maksymalnie zawoalowani. Podskakujący, ze skrępowanymi dłońmi, ramionami, kolanami i stopami. Czernieni, a jednak stworzeni z jakichś sieci i koronek. Lekko lecący rybami… dziwni niż wszystko to, co dotąd spotkali.

Przybyli.

I za cholerę nie chcieli odejść.

Stali tak, jak popierniczone, minimalnie ruchawe rzeźby, instalacje komiczno-artystyczne i pewno patrzyli, ale kto to mógł wiedzieć, gdzie oni kurde mają oczy. Możliwie człekokształtni, ale jak bardzo? Czy na pewno oczów u nich szukać na głowie, a może głowy były dupami? W końcu takie jakieś okrągłe, ale z przedziałkiem?

Przybyli…

Nie wiadomo po co, ale wraz z nimi z nieba spłynęły baloniki, więc Wiedźma Wrona Pożarta spierniczyła, aż się nie kurzyło, bo ziemia mokra, ale te liście, które się za nią podniosły z oburzeniem sarkały na takie ich wybudzenie… od zawsze bała się balonów, więc nie interesowało ją nawet to, co napisano na karteczkach do nich przyczepionych. Niewielkich, wygniecionych, przesiąkniętych wilgocią: Oto my Wielcy Ostatni w Świtach Poczytalni, złóżcie więc nam pokłon, bo tak być musi, bo my wiemy i jesteśmy świadomymi wszystkiego… jedyni, którzy patrzą zawsze, widzą zawsze, słyszą zawsze, czytają zawsze i dotykają zawsze…

Chyba po „dotykają” Pan Tealight stwierdził, że ma dość i wykonał dziwny ruch swoją szarą dłonią i wtedy Jednorożce ulokowane za onymi osobnikami podniosły łby, zainteresowały się i szybko zrobiły z delikwentów szaszłyki. Zanurzyły je w wodzie dla oczyszczenia, bo wiecie, pierun wie z czym toto dziwne ono nazbyt poczytalne się stykało, i je zeżarły. Krew tryskała. Resztki mięsa zwisały ze świetlistego futerka Jednorożców, ładnie, rubinowo szkliła się na ich rogach.

I tyle by było z tego…

Bo są rzeczy bez których ten świat mógł się obyć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świat dookoła jest taki cichy.

Nawet goście od internetu jakoś zdają się robić to umiarkowanie cicho. Liście szeleszczą, strumyki się strumienią, a ty wybierasz się do Rajskiego Wzgórza, czy raczej na, albo i pomiędzy… i pięknie jest. Może słonko nie wali, może i naprawdę światła perfekcyjnego brak, a w okolicach 15tej robi się dziwna szarówka, to jednak…

Pięknie jest.

To wszystko, te skały i ich omszenia, one w nich załamania i wszelaka grzybowatość. Porosty i wzrosty, zarosty i zabłąkany spaniel. I te dąbczaki i lipy i brzozy i iglaki, które buntowniczo wciąż stoją sobie zielone i modrzewie, które oblewają się bursztynowością ruchomą… po prostu zatyka człekowi dech. I nie chcesz wyłazić z lasu. Choć prysznica by brakowało, ale jest strumień i to czysty. Dodatkowo woda właściwie od pewnego czasu stoi wszędzie. Nawet w miejscach, które grawitacyjnie zaprzeczają takowym umiejętnościom, to jednak… jest. Wszelakie maciupkie i większe jeziorka odbijają co na górze i co na dole i wiecie co, mokro jest. Wilgoć atakuje wszystko, a brak wiatru kilkudniowy już sprasza pleśń. Wiecie, że taka pleśń to serio koszmar namacalny na Wyspie? Zdarza się wszędzie, we wszystkich miejscach.

Dostępna czy wietrzycie, suszycie, czy nie.

Tak, po prostu.

Koszmar!

I co z tym zrobić? Tylko można starać się przetrwać i tyle. Postawić światełka w ogrodzie i zdziwić się, że ciemność opadła oskubany, ale wciąż zielony trawniczek już o szesnastej. A tak… ciemno jest. Można by po prostu uwalić się i spać, jakoś natura domaga się od nas wszelakiej leniwatości, ale…

… nie no, nie umiem!!!

Ta cała zmienność aury i wszelkiej ziemistości, możliwość wpadnięcia w wąwóz, zagubienia się biegnąc wzdłuż strumienia, zatopienia, mimo pozostawionych przez kogoś deseczek… ale wszystko takie wilgotne, takie dziwnie wytarte i jeszcze te korzenie. Śliskie i wyrzeźbione przez ludzi i naturę…

Po prostu za każdym razem człek się dziwuje, że to wszystko jest możliwe w jednym miejscu. Na tak ograniczonym terenie. I lasy mieszane i te iglaste. Pewno, że ludziem robione, ale wiecie, przynajmniej je posadzili, jak już niegdyś wycięli. Przynajmniej jeden – znienawidzony, a teraz kochany – wrzasnął, tupnął nogą i zagonił wszystkich do sadzenia. Zielonym do góry. Ale skały… tak, skał przecież nie ruszali. No przynajmniej oficjalnie, bo stojące kamienie, wszelkie menhiry, szczególnie te w mniejszym rozmiarze to podkradali jak wszędzie… ech!!!

Sobota.

Niedziela.

Czas na spacer.

Najlepiej rodzinnie i z psem. Ale też i samotnie. A może rower? A może wybrać się łódką do znajomych z innego kraju? A może… tyle rzeczy można robić. W końcu i sklepy otwarte, a większość ludzi i tak dopiero teraz ma czas, by zrobić zwyczajowe zakupy na cały tydzień. Oczywiście rzeczy wszelako Julowe są wykupywane od razu. No na pniu. Wszyscy tutaj już się nauczyli, że jak coś jest, to brać trzeba, bo potem nie będzie. A już szukanie julowych elementów w grudniu to serio ryzykowna sprawa na Wyspie. Taki sport z podwyższonym ubezpieczeniem od wypadków. No a na pocztę liczyć, to raczej już nie można. Jakoś tak, po prostu, jakoś dziwnie… wszystko się rozpada. Nie wyobrażam sobie tego, że za niecałe dwa miesiące pocztę będą dostarczali tylko raz w tygodniu.

Ale jak to?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poczytalni… została wyłączona

Pan Tealight i Całkiem Dziwna Jesień…

„Przyszła szara i goła.

Dziwnie wygłodniała, z widocznymi żebrami i wszelaką kobiecością skrytą w dziwnie falujących pokładach owłosienia. Tak, na pewno była kobietą, ale wyglądała żałośnie i smutno jednocześnie!!! Nie tak jak grubaski z zeszłych lat.

Nie tak jak barwne, podźwiękujące osobistości z przeszłości…

Nie wiedzieli co powiedzieć.

Przecież nie spodziewali się jej takiej, zresztą nigdy taka nie była, no nigdy, naprawdę nigdy!!! Pan Tealight sam omdlał, zbladł do odcienia szarości bliskiego brzozowej korze i zwyczajnie zaczął wątpić. We wszystko. Bo jeżeli nie można wierzyć w jesień napchaną kapuchą i jabłkami, to w co można wierzyć? Jeśli nie można w ciasta i cynamon, w nadchodzące święta i wszelaką grubotliwość, sytość czystą i pożądaną… a może… A może jednak to przez te czasy. Wiecie, wszyscy chcą być chudzi, zim nie ma, więc i Jesieni się oberwało? Rykoszetem ludzkości?

Nie wiedzieli jak się zachować?

Co zrobić?

Czy ją karmić, tuczyć, zmieniać, czy tylko akceptować.

Nie odzywała się. Spoglądała na nich wszystkich duszących się w drzwiach Białego Domostwa, stojąc na schodkach, nie śmiejąc się z łoskotu jaki wydał świat, gdy Pan Tealight wyrżnął w podłogę. Po prostu była. Jakby chciała zaznaczyć, że już czas, że mimo braku znaków już jest, a potem rozpłynęła się w powietrzu.

Zniknęła.

Jesień…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Widzę cię” – … gliniarka? Nie no, jeżeli glina bierze się za kryminał, to przynajmniej strona śledztwa musi być dopracowana, co nie? Ale co z ofiarą? Czy glina, która nie ucierpiała, zrozumie ofiarę? A może za postacią autorki kryje się jeszcze coś więcej? Może…

Powieść zaczyna się dość pomieszanie.

Nie można się połapać w bohaterkach, natłok bab przytłacza, ale z każdą kolejną stroną jest lepiej… i dziwniej i straszniej. Bo przecież jeżeli ktoś wie co robisz każdego dnia, w każdej chwili? Jesteśmy w końcu tak bardzo przewidywalni, ale co, jeśli zmienisz przyzwyczajenia, a oni wciąż cię widzą? Co się dzieje? I co z tymi ogłoszeniami… zwłokami, włamaniami…

Powieść chyba miała zahaczać o wszechobecnego Big Brothera, którego mityczne ślepie obecnie zawsze na nas spoczywa, ale nie do końca wyszło. Książka jest dobra od strony policyjnej, ale ofiara… reaguje dość dziwnie. Z jednej strony strach i rzucanie się na każdego, widzenie napastnika w każdym jest logiczne, ale cała reszta… i oparcie się tylko na jednej bohaterce sprawia, że mamy zbyt mało poszlak i łatwo da się zawężyć grupkę podejrzanych. Brak opisów, brak wewnętrznych rozterek, mocniejszych, jakichś napadów strachu… brak zbyt wiele, ale czytałam je z pozycji ofiary, więc może to moja wina? Nie wiem. Z jednej strony nie było źle, a z drugiej… zastanowię się przed sięgnięciem po kolejną powieść tej autorki. Bo potencjał jest.

Choć przecież też… to już było…

Najpierw ta dziwna cisza, a teraz ukrop.

Serio?

Co się dzieje z tą pogodą? Wcześniej mroziła dupska, rano szron na trawie – tak, wciąż zielonej – a teraz ile, dwadzieścia? No poszalały te Płanetniki!!! Oczywiście muchy powstały ze zmarłych, czy tam z tego snu jakiegokolwiek, czy z czego tam muchy powstają… nie, nie mam zamiaru myśleć w tej chwili o kupach, bo mnie zemdli!!! Zresztą, nie wiem czy miała by tak blisko do nas z jakiejś kupy, ale nigdy nie wiadomo, co nie? Bzyczy mi tutaj za uchem, gania jakby jej nasypali czegoś na ogon wirtualny, bo przecież zwykłego nie ma, a we skrzydła pieprzu wtarli i wkurza…

A pomyślał człek przed chwilą drapiąc dywan, że przecież można by już pochować te łapki na muchy jak papier julowy już zakupiony, a jednak widzicie, nie.

Nic z tego!!!

Muchy nie dopuszczają do siebie nadchodzącej zimy, więc może jej nie będzie? Niby niektórzy dostali niespodziewany śnieg, ale drzewiej już tak bywało, że padało na Wszystkich Świętych, kto pamięta? Tia, ino ci starzy. Ino my antyki totalne i ci, których nawet C14 nie chwyta?

Nic to… świeci słonko i nie świeci. Dziwne światło dotyka człowieka w miejsca, o których on sam nie miał pojęcia, ale przecież z pogodą nic nie zrobisz. Czujesz się tylko jakoś tak dziwnie. Jak nie ty. Jakby coś było nie na miejscu, jakbyś ty nagle znalazł się na nie tej planecie, choć przecież wygląda tak samo. Chociaż może ta tuja po prawej powinna być niższa? A może tylko przeniosłeś się w czasie?

Ale to ciepło.

Kurcze, jest męczące. Dziwaczne i pokręcone. Szczególnie, gdy się wie, że inni mają śnieg i tak dalej. I że kiedyś przecież bywało to normalne. Wiecie, listopady szarowe i zimne i jeszcze mroźne. Marznięcie na cmentarzach… ech te zabawy ze zniczami, a te parafinki, knoty… ma się te wspomnienia.

Niby przez kilka dni było chłodniej, ale teraz… a z drugiej strony roślinki jako tak marnieją, nawet te wiecie, przystosowane do wszelkiej zmienności pogodowej. Co się kurna dzieje, poza wszelkimi szaleństwami pogodowymi i krytyką ludzkościowych działań? I dlaczego nie sprzedają już zera w plasterkach? Wiecie co… to serio jest wszystko mega podejrzane. Naprawdę. Ten ser w szczególności.

Ale oczywiście najważniejsze! Kurcze no! Jak ktoś tak nie ma TV, radia, od gazet ucieka, to wiecie, nagle mogą go zaskoczyć takie łby wiszące na słupach. A i na dodatek one łby takie bez upiększeń. Naprawdę zwyczajni ludzie z łysinką, z dziwnym zarostem… nadwagą i fryzurami, które są łatwe i uproszczone. Oj tak, mamy za miesiąc wybory, a to oznacza, że sobie powieszą one upiększenia. Przeraża mnie to wszystko, bo tak serio, to jeżeli poleci wszystko na prawo będzie źle, jeśli poleci na lewo też będzie źle, a środka jakoś nie uświadczysz.

Zresztą każdy przekupny, więc…

Przerażający to czas.

Nie dość, że ta jesień taka niejesienna, to jeszcze te cholerne polityki. Za to tabloidy podają, że mąż królowej chce swej śmierci, więc wiecie, ludzie mają większe problemy niż wybory na jakiejś małej wysepce. Duńskiej, choć tak bardzo jej bliżej do Szwecji. Nawet kolejowo. A tak, ponieważ u nas kolej rozkręcono, to Szwedzi zapraszają Tubylców na macanie ich zabytkowej kolejki niedaleko Kivika. Takie tam milusie sobie macanki lokomotyw i torów, i czego tam jeszcze…

Ech…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Całkiem Dziwna Jesień… została wyłączona