Pan Tealight i Wiosna, Wściekła Ogrodniczka…

„No po prostu jakby jej ktoś pieprzu na ogon, czy coś… albo gorzej. Że nie ma ogona, a widzieliście ją? Przecież to taka niska owłosiona trollica w tym roku z różową koneweczką i widłami w złotym kolorze, oraz oczywiście dodatkowymi, dopasowanymi rękawiczkami. Co jak co, ale dziewczyna naprawdę była przygotowana do wszystkiego i od razu zabrała się do roboty. W pewnym momencie miała problemy z Zimą, ale co tam, nie ten rozmiar, nie ta pasja, przecież pęd jej wściekłości był tak wielki, że Zima, mocno przerażona po raz pierwszy w swym istnieniu, odpuściła.

Nie żeby się ociepliło, ale wiecie…

Wiosna musi dać radę. A w tym roku była nadzwyczaj specyficzna i in fashion. Wiecie, że jej kaloszki miały małe, złote obcasiki? A całe futerko ozdobione było i dzwoneczkami i ćwierkaniami i wszelakimi wstążeczkami? Po prostu dziwnym było na nią spoglądać, ale Wiedźma Wrona Pożarta chciała małą rabatkę, więc cóż, musieli patrzeć. Nie mieli innego wyjścia!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4667

Z cyklu przeczytane: „Kosiarz” – … on. Śmierć. Osobik intrygujący. Człowiek, przepraszam, byt wielce zajmujący. Ktoś, kto zniknął. Wiecie, spierniczył z roboty, a co za tym idzie… nikt nie umiera. A nawet jeśli mu się tak wydaje, że to już koniec, to nic z tego…

… wstaje.

Ten motyw w literaturze zdaje się być już wyczerpany, a raczej zdawał mi się takim być dopóki nie przeczytałam wieki temu tego tomu. Bo Pratchett jak zwykle przedstawił to wszystko inaczej. Całkiem inaczej podszedł do temtu nieśmiertelności, onego wiekuistego pragnienia ludzkości. By żyć forever and ever.

Ale wiecie, nie być wampirem. LOL

Książka jest niesamowita. Bo nagle się okazuje, że można wszystko, że nie ma przemijania, że jakoś tak nikt nie zwalnia stołków, nie warto w ogóle się starać, bo starzy nigdy nie odejdą przecież, ale… ale też jest to opowieść o nim samym. O Kosiarzu, który naprawdę się zmienia. Pokazuje swoją ludzką stronę, a nawet i więcej.

Jedna z moich naj książek.

IMG_9542

No dobra… znaczy wszystko rozumiem, ale żeby pamięć ludzka była tak krótka? By nie pamiętali, że niegdyś pływały promy ze Świnoujścia na Wyspę? Serio? No mniejsza o przekłamania i mocne przerysowania w tej reklamie, sprawa jest taka, że możecie wziąć autko i przepłynąć się raz w tygodniu z Polski na Wyspę!!!

Oczywiście dane wszelakie w linku, strona jest dość przejrzysta i toporna, więc każdy zajarzy o co chodzi, ale te ceny… no i raz w tygodniu? Niby Pomeranią też nie było codziennie, no ale… Jeśli jesteście zainteresowani, przygotujcie się na sześć godzin płynięcia, już od 24 czerwca!!! Co dowcipne, jak dobrze czyta, linie są szwedzkie… intrygujące. Ciekawe, czy będzie zainteresowanie? A raczej jak to rozreklamują? No wiecie. Teraz zwykle ludziska jadą z Sassnitz i tyle. Albo, ci bardziej szaleni najpierw do Szwecji, a potem dopiero na Wyspę.

Bałtyk to jednak niebezpieczne wody.

To jak?

Płyniecie?

No wiem, cena od 490 PLN za człeka i autko może się wydawać wysoka, ale i tak jest taniej, niż do Sassnitz. Przynajmniej przy dzisiejszym przeliczeniu walutowym. Ale czy rzeczywiście ludzie będą znowu pływać? W końcu to zawsze było drogie. I jeszcze w nocy, wtedy sorry, ale lepiej mieć kabinę, więc za parę z samochodem zapłacicie coś ponad półtora tysiąca PLN. Sporo. Okay, strasznie dużo w zasadzie, no ale dostaniecie łóżko i prysznic i jakoś tak zwyczajnie będziecie mogli przedrzemać te 6 godzin, a uwierzcie mi leżenie na podłodze – no da się – ale strasznie wymęcza wszelakie członki.

IMG_2945 (4)

Mróz…

Wstaje człowiek i wita go szron na trawniku. Takie to dziwne, bo rok temu, jak boleśnie pamiętam, już było mi za ciepło, a teraz… szron. Podobno w ciągu dnia ma się ocieplić i podobno to już ostatni taki mrozek, ale wiecie, zaskakujące. Takie to fascynujące trochę, przerażające tych, którzy zapominają, że Ziemia tak naprawdę przez cały czas się kształtuje i zmienia i, że ma gdzieś to, co my o niej myślimy. Wiecie, że niegdyś Polska miała tyle winiarni? A chmiel na tyczkach… ten akurat pewno jeszcze sporadycznie się pojawia, ale… ludzie zapominają. Karmieni papką straszącą przez te wszelakie urządzenia, wyłączają mózgi. A może ich już nie mają? Wypłynęły im nosami i wpadły do świątecznych żurków i innych tam?

A może kiełbasy z nich zrobili?

Bynajmniej.

Słonko wali, kolory szaleją, drzewa owocowe nie wiedzą, czy kwitnąć, czy jednak zrzucać kwiaty. No normalność. Wszystko jakoś tak nie wie co robić i tylko niebieskość morza człowieka ratuje. Bo tam wciąż fale. Wciąż mokro.

Wciąż… normalnie.

Oczywiście wiosenne kwiaty dostały po pączkach i płatkach. Kokorycz i zawilce nie wiedzą co robić, większość zniknęła. Tak po prostu, ale liście na drzewach się budzą. Są już gotoe i mają się chyba całkiem dobrze, ale moja jabłonka wciąż jeszcze się nie opłatkowała. Może coś podejrzewa? A może wystraszył ją ten dzisiejszy wiatr?

IMG_3016

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiosna, Wściekła Ogrodniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Zmiennokształtny…

„Znaczy mieli właściwie wszystko.

Wampiry i wilkołaki też. I panny niewymowne i nazbyt wymowne żonki. Mieli żaby do lizania i żaby do całowania. Na stanie były też wszelakie byty, zbyty i niebyty… były i wszelakie duszności i poduchy, zmory, potwory, myszki we wszystkich kolorach nietęcz i tęcz, oraz oczywiście wszystko, co magiczne. Wiedźmy, wiedźmiaków, zmierzchaków, poranników, czarowników, czarodziejki i czarowniczki i… Ogólnie mówiąc, zmiennokształtność, szczególnie w przypadku balonowych PMSów Wiedźmy Wrony Pożartej nie była czymś dziwnym, ale on… jakoś tak widzicie, wytyczył nowe standardy. Sprawił, że trzeba było przygotować nowe nalepki z cenami, nowe tagi z opisami i oczywiście nowe kategorie…

No nie oszukujmy się!!!

Zmiennokształtność, kojarzy się jednak wszystkim zwykle z ludziami zmieniającymi się w zwierzątka, rzadziej jednak odwrotnie, choć i takie przypadki zanotowała historia i metodologia wszelakich odstępstw. A on, cóż, miał przerąbane w jeszcze innej sferze onej niepisanej zasady…

… pluszowy królik, różowy w białawo-kremowe plamki w kształcie serduszek. Który skakał po wciąż długiej i zielonkawej wiosennie trawie. Może lekko zmarznięty, bo liniał w okolicach puchatego, kulistego ogonka, ale jednak… on. Zmiennokształtny. Widzicie, coś poszło nie tak, bo przecież któż inny chciałby tak skrzywdzić wysokiego, bardzo muskularnego mężczyznę. Owłosionego, o lekkich zakolach, w okolicy pięćdziesiątki. Siwiejącego nie tylko na głowie, ale i w innych miejscach… Ojca i dziadka sporej gromadki mniejszych i większych osobników płci wszelakich.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1463 (3)

Z cyklu przeczytane: „Prawda” – … serio. Szczególnie, gdy spojrzymy na ten pokręcony, współczesny świat i dziennikarstwo, które zmieniło się w wyłączną pogoń za sensacją, którą można zawsze wymyślić i tak serio, nie trzeba nawet się tłumaczyć z kłamstwa. Zresztą, nawet jeżeli będziecie się tłumaczyć i przepraszać, to internet zapamięta pierwszego przedmówcę i…

A tak, oto jest opowieść o gazetach.

No dobra, nie do końca, ale prawie do końca i o prawdzie. I kłamstwie. I karze i winie i w ogóle… Bo przecież to Pratchett. Osobnik, który przez większość swojego życia umiał nam powiedzieć, że ten nasz okrągły świat ma dziwne problemy i oczywiście niesamowite rzeczy, które robimy całkiem dobrze, ale o tym zapominamy…

Oto nadszedł czas, gdy prasa wkracza w Świat Dysku! Gotowi?

IMG_9554

Zimno…

I to serio zimno. I zapowiadają jeszcze zimniejsze noce… wiatr lodowy wieje, właściwie taki, który pamiętam z tych dni, gdy człowiek focił te lodowe peniski i było nie dość, że mroźnie, to jeszcze mroźnie wiało i tak się zastanawiam, czy rzeczywiście to sprawi, że nie będzie jabłek? Czy serio owoce nam znikną? Czy będzie jeszcze zimniej? A może w końcu doczekamy się czegoś, jak w „Pojutrze”. No wiecie… śnieg i zima i palenie książek? Pewnie nie, bo w końcu to jednak fikcja, ale przecież ten chłód jest przejmujący. I to u nas, na Wyspie, która ma tak specyficzny klimat!

Gdzie właściwie prawdziwe zimno nie istnieje?

Nie narzekam.

Wiecie, że przecież kocham zimno i serio lepiej się czuję, gdy wieje i duje i pogoda na zewnątrz wymaga ode mnie większej ilości ciuszków na sobie, ale widzę też jak kwiatki znikają, jak buntują się, jak cała natura dziwi się tak, że z drzew spadają gniazda, bo przecież nikt nie pójdzie w ten jajeczny biznes, jeżeli pogoda ma być taka… i wiecie co, trochę to przerażające. I tak, pewno, iż zdaję sobie sprawę z tego, że klimat się ociepla, że to może doprowadzić do ochłodzenia, albo tropików i że tak naprawdę nikt niczego nie wie, a moja naukowość dobrze pamięta, że w przeszłości mieliśmy i takie i inne okresy, i że ziemia ma to do siebie, że zmienną jest i lubi przemeblowania, ale jednak… nie lubię zmian.

Chyba… a jednak czasem ich potrzebuję.

IMG_0985 (2)

No więc jest zimno.

Dobrze, że człek nabył masę tych skarpetek wielkich i grubych, to przynajmniej ze stopami będzie okay. Co do reszty, to pierun wie, ale jakoś przeżyjemy. Pewno przejdzie, pewno wszystko jak zwykle nagle się odmieni i… ale jednak zabawnie się spogląda na Turyściznę, która co prawda ma jakąś kurtkę na sobie, pewno mama kazała im jednak zabrać i nie marudzić, bo przecież w aucie bagaż się nie liczy, ale porteczki mają cieniutkie i się telepią. Łażą po Wyspie i się trzęsą. Jedni zdecydują się na frytki, inni na hot doga, a jeszcze inni pójdą jednak w lody, ale większość stara się kryć. Problem w tym, że nie mają wiele miejsc, by tak wiecie się restaurancjować.

Na dodatek część z nich wciąż jeszcze pozamykana…

Niestety nasza piekarnia, znaczy w Gudhjem, jeżeli tylko nikt jej nie przejmie, zostanie zamknięta. Podobno im się nie opłaca. Nawet nie otworzyli jej na ferie!!! Skandal wprost! No przecież ludzie no… i tak pieczecie wszystko gdzieś indziej, więc wystarczy tylko tutaj dowieźć, posadzić imigranta na kasie i będzie grało!!! Nosz należą nam się duńskie bułeczki i inne tam… Wciąż nie rozumiem, dlaczego one są duńskie? I czy duńskie to są tylko te z marcepanem, który u nas dodaje się do wszystkiego, albo z lakridsem, czy też chodzi o coś więcej, ale… Nie no, wciąż nie rozumiem dlaczego Duńczykom udało się skołować świat tak, że wierzą w ich pieczywo! Pieczywo, które przeżyło taką zmianę w ciągu 10 lat, że łeb pęka, więc… czy ono pieczywo duńskie, takie słynne, to w rzeczywistości nie kolejny przejaw idealnego, genialnego i najlepszego ever piaru duńskiego?

Serio…

Bo go mają!!!

Trust me!!!

IMG_1099

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmiennokształtny… została wyłączona

Pan Tealight i 12 prac Wiedźmy…

„Pierwsza miała być kocia… i chociaż marzec minął prawie miesiąc temu, to jednak wiecie, no ona, osobnik, który za kotami nie jak inni, a którego koty zawsze ocierały i miauczały i obsikiwały Chatkę… miała się zająć ich muzyką. Znaczy najzwyczajniej w świecie stać na rogu, pod Czereśnią Strażniczką i śpiewać. I śpiewać miaucząco tak, by przywołać do siebie nie tylko najwięcej samców i samic – równouprawnienie jest w końcu – ale też tych, co sikają najbardziej smrodliwie.

Druga zaś miała być szczurza. Widzicie, chodziło o to, by z dostarczonych szczurzych ogonów wyplotła prostą makatkę. Naprawdę prostą, żadne tam wzory, coby ino się trzymała kupy, ale… nie wolno było oddzielić szczurów od ogonów. Ani nawet ich uśpić, uciszyć, czy w ogóle jakoś zniewolić.

Trzecia praca miała być wiecie, dość delikatnej natury, ale w końcu to kobieta miała wykonywać one prace, więc dlaczego nie… no więc chodziło o uszycie z pajęczej nici kiecki. Ale wiecie, żadne tkanie, po prostu bierzesz pająki, dusisz je, psikasz na manekina, a potem czekasz asz to mile wyschnie jednocześnie przyczepiając najładniejsze muchy. Końskie się w końcu tak cudownie, czadowo tytanowo błyszczą.

A czwarta… cóż, z tą był problem. Nie tyle chodziło o stajnie pana A., ale raczej o zwyczajną ekologię z zepsutym rozpryskiwaczem kupy. Chodziło o dokładność, by nawóz trafił na każdą grudkę ziemi i wszelaką precyzję. Oczywiście w kombinezonie, nie jesteśmy w końcu okrutni, a to że był dziurawy… no cóż, cięcia budżetowe!!! W końcu Wyspa ekologią o tej porze roku zanosi się i dyfuzera dobrego potrzebuje. Nie można tracić renomy! Trzeba psikać i tyle i ktoś musi pompkę naciskać!!!

Piąta praca polegała na polerowaniu kamieni w rzeczce. Nic to, że temperaturka mało sprzyjała, miały się błyszczeć i połyskiwać. Problem jednak był taki, że śliskie były, a i do zabawy skore, więc Wiedźma Wrona namęczyła się z nimi straszliwie.

Szósta praca dotyczyła runa. Ekhm, niestety nie onego mięciutkiego, cudownie owczego, ale zwyczajnych, owłosionych trollich pleców, które wymagałay trimmingu, czesania i wszelakiej pomocy, a potem… wiecie robili z tego i kołdry i poduszki, i kocyki dla maluchów, no cały rynek zbytu już przecież się spojawiał w obrazie lekko zmarzniętej Turyścizny. Hypoalergiczne były wszystkie, cudowne w swych barwach, no i świeżo hodowane przecież! W takich okolicznościach przyrody!!!

A siódma praca…

Że dlaczego 12 prac?

A że dlaczego nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2055 (2)

Z cyklu przeczytane: „Drobna przysługa” – … nie taka drobna. Chociaż w dziesiątej części to ONA przybywa po przysługę, a ONA oznacza problemy. Niby nasz bohater winien być do tego przyzwyczajony, ale jednak kurcze, jakoś go to zaskakuje.

I znowu obrywa. I to od kogo! Od koziołków!!!

Dresden ma tym razem problemy dziwniejsze, choć zdawało się to niemożliwe i problemy, które dziwnie aktywizują prawie wszystkich jego znajomych. W końcu też do głosu dochodzą pewne żądze… ekhm, no i Molly, ale… Widzicie. Wszystko oczywiście jest następstwem tego, co wydarzyło się wcześniej. Wszystko się łączy, wszystko… ale jednak krew, która płynie w tym odcinku wzruszyć może wielu z was.

Mocniej niż zwykle.

Bo widzicie, nigdy nie wiadomo kto zginie. Nigdy nie wiadomo kiedy skończy się szczęście, jeśli w ogóle o jakimś można tutaj mówić. Nigdy nie wiadomo… czy ci na najwyższych szczeblach, nie zaczną układać wszystkiego pod swoje widzimisię. No i jeszcze wojna… przecież ona wcale się nie skończyła, to tylko malutki, wampirzy rozejm!!!

Dziesiąty tom serii, więc wiecie, nie zaczynajcie od niego. Jeśli chcecie fajnych, kryminalnych przygód, sensacji nadprzyrodzonej, odrobiny wampirów, świata wróżkowego na wyciągnięcie ręki i magii, poznajcie Dresdena od początku. Bo warto. Bo jest coś w tym osobniku, co sprawia, że on mimo wszystko wciąż żyje.

A to wcale nie jest tak do końca oczywiste.

PS. Wiecie ile problemów miałam z dostaniem tej książki? Ponieważ obecnie tylko Empik ma taniutką wysyłkę, tylko tam mnie stać na książki niestety – jeżeli mają dotrzeć na Wyspę, musiałam więc to zamówić przez Allegro, bo oni mają obecnie ten tom wyłącznie cyfrowy, a ja nienawidzę ebooków!!!

IMG_3715

PS2. W końcu książki z pracy!!! Nie ma co, niezła kolekcja, trochę kontynuacji i trochę takich nowości, które mogą Wami potrząsnąć!!!

IMG_5714

No a w ogóle, tak jeszcze w temacie świąt…

W TV powiedzieli, że to święto ogrodników, więc w coś, co zwie się Wielką Niedzielą, ludziska wyleźli i koszą trawnik. Nic tam, że w nocy była śnieżna zawieja, nic tam, że temperaturka ledwo co wymsknęła się ponad zero… nic tam. Powiedzieli, więc do roboty!!! A w nocy śnieżyca szalała, miodzio Wam powiem, cudowna, ale stopniała i tyle. Szkoda. Ale kosiarkom nie przeszkadza. Dookoła chmurzasto, pomiędzy chmurami słońce skakuje, a kosiareczki pracują. Jakby tak Polaki sobie uświadomili, co Duńczycy w takie święte święta robią, to by było…

No bo serio.

Wyskoczenie na hamburgera, sprzątania, spotkania, spacery w dziczy. Byle nie w domu, nawet jeśli zimową kurtkę trzeba wyciągnąć, bo wiatr znad jakiejś Syberii, czy innego Putina, łapy urywa przy cykaniu fotek… ale przecież wolne jest, a u nas wolne oznacza spacerowanie. Łażenie i bieganie. Rowery to tak wiecie, trochę na później. No i oczywiście auta i ci wolno jeżdżący z Turyścizny… kto to widział 40 km na godzinę? No serio? Dlaczego? Asz wyłazić w zimno i obglądać scenerie, a nie wlec się czworokółką, jak ja tutaj po żarło do spożywczaka muszę szybko!!! Zresztą nie tylko ja, sąsiad oderwać się znad trawnika i też zapiernicza po serek!

No niestety tak jest.

Wiecie, Turyścizna nie pojmuje, że tutaj też ludzie tylko mieszkają, żyją i wiecie, wegetują pracowniczo. Co prawda wciąż gapią się dziwnie w morze, wciąż gubią się w lasach, bo to lubią, wciąż zachwyca ich widok z okna, ale jednak czasem muszą po chleb. I mleko może i oczywiście jakieś ciasteczko…

IMG_7173 (2)

Oczywiście w poniedziałek Turyścizna powoli wyjeżdża. Wypakowane samochody zmierzają już ku promom… promy informują, że miejsc pozostało tylko odrobinkę, więc jeśli ktoś sobie nie zarezerwował, to potem ino wpław. Taki Pan Samochodzik pewno nie miałby problemu, chociaż przy tych falach i wiecie, dość specyficznych morskościach Bałtyku, nie dałby rady. Nawet on. Chociaż może by dał… podkochiwałam się w gościu długo. Kłócił się w moim sercu z Winnetou.

Ale chyba Apacz wygrał. Ekhm…

Co do wiosny, to chyba jest w odwodzie.

Znaczy bez urazy oczywiście kwiatki nadal są, ale się nie otwierają, drzewka owocowe kwitną, ale marnie. Wszystko dookoła jakoś tak wątpi i wkurza się, że wylazło już z ziemi. Niektóre roślinki zdają się próbować powracać do ciepłej ziemi, ale nie ma tak dobrze. Żonkile przestały się rozwijać, tulipan, który co roku próbuje zakwitnąć pod moim oknem, nadal tylko próbuje. Wiecie, niby ma ten pączek, dwa listki, a jednak… kurcze jakoś się buntuje. Z kolorów chyba nic nie będzie. Fiołki są niziutkie i kryją się w głębokiej jeszcze miejscami trawie, a niezapominajki, wiecie, ino te wielkie wyłażą i się uśmiechają, aż człek zapomina o ty mroźnym wietrze, co to mu skórę zdziera z twarzy… stokrotki zgrywają dzielne, ale i one starają się kryć. Za to ptaszęta, nie mogąc nic na to poradzić, pchane biologicznym napędem, ćwierkają.

Druga połowa kwietnia, a człek wyciąga z powrotem kurtkę zimową, z szalikiem się przeprasza, grube skarpety bierze… ale wciąż wyłazi. Bo przecież na Wyspie to szkoda tak nie być w naturze. Naprawdę, aż nazbyt szkoda.

IMG_7063

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i 12 prac Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Podłamana…

„Jakoś tak.

I fizycznie i psychicznie, i w ogóle. No wiecie, i genetycznie przecież, bo bez tego byłaby tylko li ino cieniem siebie samej, a to miejsce było już zajęte. Cień Wiedźmy nigdy nie da się zwolnić z tak porąbanej fuchy!!!

I chyba dlatego Pani Wyspy nakazała Zimie ferie… znaczy wiecie odpoczynek. Bo z Wiedźmą Wroną Pożartą było źle… Wyspa pragnęła ją jakoś wyodpoczynkować. Jakoś tak mocno, na amen. Wiecie, nakazać jej wywczas… Taki totalny. Najpierw więc zwaliła na nią jakiegoś mikroba, potem lekką zarazę, potem poleciała dżumą, ale nic z tego, nie udało się. Po krótszym, lecz mocnym namyśle, postanowiła więc pójść innym tropem. Wiecie… marchewką, ale i tak nic z tego nie wyszło, ta nadal pracowała. No to doszło do rozwiązań siłowych, ale Wiedźma zaczęła płakać tymi łzami misiowymi tymi, onymi perełkami z oczęt niewinnych istot, wiecie, liliowych i litosowych płatków, no i oczywiście onych bieluńskich z kwiatów moreli… więc po prostu odpuściła. No wiecie, czasem się nie da, więc trzeba się jednak poddać i…

… dlatego przybyła Zima na Wyspę.

I zawiała trochę i całkiem nieźle przychłodziła. Oczywiście nie mogła zasypać legalnie przecież całej ziemi śniegiem, bo wszystko by zdechło, no i smutkowo by roślinkom było, ale coś mogła. W końcu była… Zimą. Dlatego posypała. Niewiele, właściwie tylko dookoła niej, wraz z falami szumiącymi, wraz z niebem dziwnie błękitnym z jednej strony i ciężkimi, brzemiennymi chmurami z drugiej. Posypała. Może i bardziej silnie, może i prosto w oczy, ale jednak… posypała. I pochłodziła… oj milusi chłodek, to było coś, co sprawiło, że Wiedźma Wrona trochę odżyła, ale i tak nie do końca. Jakby coś jednak w niej tamowało jakąkolwiek radosność…

Ale co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3329

Z cyklu przeczytane: „Piekło pocztowe 1” – … aluzja do NordPost? No co? Po tym, jak Dania dała ciała sprzedając swoją pocztę i wszystko się wali, jakoś tak zdałby się nam taki osobnik by uratować poczty! I mieć znowu znaczki fajne i listy!!!

Niestety Wyspą nie włada tak intrygująca postać jak Patrycjusz, więc pewno mamy przegibane i tyle. Ale książka jest niesamowita. Cudowna, wciągająca, romantyczna lekko, prawdziwa, dosadna i… jedna z moich ukochanych!!! Obydwie części. Opowieść o nawracaniu złoczyńcy na pozytywna stronę, do tego kulturalny strażnik, powalone szpilki – ups sorry – intrygująca kobieta, chociaż na nią to chyba nie ma określenia, no i sekary. Oczywiście i sekary.

I zmarli…

Ta książka powala na kolanach, otrzepuje, a potem daje w mordę i oczywiście robi wam jeszcze tę cudną linię rwania. Szpileczkami. Bo to opowieść nostalgiczna, o sprawiedliwości, o tym, że czasem powolność też popłaca, a listy są niespieszną cudownością, o której we współczesnym świecie zapominamy. Oną dokładnością, filuternością i pięknem… Szkoda, że tak niewielu z was pisuje listy. No choć kartki. Kiedy ostatnim razem wysłaliście coś ze znaczkiem – nie skarbowym! Coś, nad czym trzeba było popracować, przemyśleć słowa i napisać je ręcznie?

IMG_9552

Poferiowo.

Trochę ciszej.

Ale tylko odrobinkę ciszej. To w końcu połowa kwietnia, maj zagląda już w okno, kwitnie wszystko. Może i ferie były trochę deszczowe i powolne, ale co w tym złego. Te ferie były trochę jak listy. Wiecie. Niedostarczone do końca. A teraz mamy sezon. Znaczy taki przedsezon sezonu letniego, ale już ludzi troszkę więcej i aut na ulicach, więc nici z bezpiecznie robionych zdjęć w dziwnych miejscach. Co prawda jeszcze nie gorąco, ale na plażach siedzą rozgolaszeni, jakby chcieli sami siebie przekonać, że to słonko grzeje wystarczająco mocno, by ich opalić i ogólnie mówiąc…

… no wiecie…

Na niektórych gałązkach wciąż jeszcze kolebią się piórka, ale jajka raczej poznikały. Dobrze zbierali. Bo wiecie, u nas zbierają jajka. Taka tam zabawa dla dzieci i tych dorosłych, co mają dzieci, ale wiecie, chcą poudawać, że oni wcale im tych jajek potem nie wyżerają. W gazetach kolejne skandale, jakbyśmy nie mieli dość problemów. Świat oczywiście ma to wszystko gdzieś i dalej sobie kwitnie, przemienia się, zrzuca płatki, zbiera listowie do kupy i zajmuje się owocami. Nie da się tego powstrzymać. Nawet jeśli staniesz, to ten czas zwyczajnie będzie dalej pędził by wszystko się płodziło i produkowało.

Mam dość. Chyba mam problem z płodzeniem.

IMG_3323

A tak w ogóle… wiosna.

I lody są otwarte, więc wieczorem człek może się przejść i pożreć trzy gałki z bitą śmietaną. Coś, czego nie mógł robić przez prawie pół roku! Ha ha ha!!! Biorąc pod uwagę to, że kurcze by dojść do sklepu trzeba najpierw pod górkę, potem z górki, potem znowu pod sporą górkę, więc wiecie… coś się tam spali. A reszta, wiadomo, pójdzie w boczki. I co z tego? Przecież tutaj kurcze to naprawdę nie ma znaczenia.

Cisza na zewnątrz, aż słychać jak trawa rośnie. Niedługo wyjadą znowu kosiarki pożerając stokrotki i dekapitując innych. Z nowości… mamy w ogródku stadko srok. Jakieś takie młode i szalone są. Jakieś takie czarownie nie do końca przerażone. Pewno, że to nie pieseczki do głaskania, ale patrzenie na nie to cudowna przyjemność. Serio! Na te ich piórka się mieniące, na oną białość bielszą niż śnieg. Na wszelakie ich ruchy, niby ostrożne, niby dostojne. Jakby nie do końca wiedziały co wybrać. Czy to, że są piękne i dostojne i wiecie, władczynie onego trawnika i robaków w nim zawartych, czy jednak wciąż jeszcze są niepewne? Podobnie zresztą czasem kroczą młode wrony. Bo te starsze to wiecie, dobrze wiedzą, że one tutaj rządzą.

A wróble?

Nadal pracują nad potomkami.

Gdzieś mają mazurki i inne jaja…

IMG_3234 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Podłamana… została wyłączona

Pan Tealight i Turniej…

„Nie żeby Wiedźma Wrona Pożarta miała coś przeciwko wszelako różnie ostatnio pojmowanej kulturze fizycznej, serio. Ona ją zwyczajnie nienawidziła. Od dziecka, gdy kazano jej biegać, a nadmierne elementy w górnej części jej ciała ciążyły i bolały. Nikogo nie obchodziło, że umiała sobie założyć nogi za głowę, iść kilometrami, zgiąć się w pętelkę i oczywiście szpagat trzasnąć całując się w pośladki, ale wiecie… Liczyły się ino biegi. Dlatego jej nienawidziła. Znaczy co do kultury, no wiadomo, co do fizyczności też, ale razem nie. Co dziwne, sama wciąż robiła różne wygibasy, chodziła kilometrami i robiła takie cuda niewidy trzaskając zdjęcia, że po prostu ruch się zatrzymywał i patrzył zadziwiony.

Ale jeśli chodziło o kulturę fizyczną… yyyyyy!!!

No więc, gdy Pan Tealight zaproponował Turniej, ona zaproponowała mu kąpiel z mikropiraniami i grysikiem szklanym oraz latanie nago w formie cukrowej rzeźby po wybudzonych mrowiskach, wraz z pillingiem elementami odnalezionymi w Czernobylu. Ale w końcu jakoś doszli do ładu. I nawet żadne z nich bardzo nie ucierpiało. Chociaż wszystkim wciąż wydaje się to dziwne.

No wiecie, że się jednak nie pożarli.

Że nie powyrywali sobie wzajemnie kłaków, tudzież włókien, że po prostu się udało, że w ogóle wyszło… że jednak jakoś tak, nawet czasem się uśmiechali do siebie wzajemnie podczas całego wydarzenia. Więcej, Wiedźma Wrona Pożarta dała się przebłagać, by robić za dziewuszkę z kwiatkami i nagrodami, uśmiechała się, wieszała one medale i inne tam wstążeczki, dawała chabazie, dziwne, wczesnowiosenne, lekko umęczone, niektóre gryzące co prawda, ale przecież nikt by się nie przyznał do tego, iż wyrośnięta stokrotka właśnie zrobiła mu manicure…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2905

Z cyklu przeczytane: „Złodziej czasu” – … czas. No w końcu to on zawsze kradnie, czyż nie? Kradnie nam zabawę, sen, albo co gorsza, kasę wydaną na zegarki. Dlatego odwet powinien być jak najbardziej logiczny. Ale…

Ale w tym tomie to wcale nie jest takie łatwe. Takie logiczne. Bo widzicie, są Audytorzy. I Mnisi i Niania O. Igor i On… Śmierć. I wszyscy oczywiście zdają sobie sprawę z istnienia Jeźdźców Apokalipsy, którzy zgubili jednego ze swoich i… No dobrze. Czas. Widzicie, czas jest jak czekolada. Mija.

Dobra, ta historia jest na początku trochę nazbyt filozoficzna, ale tak to już jest z Mnichami. Trochę wsio się dłuży, trochę człek nie rozumie, potem coś odkrywa, a potem wszystko się jakoś tak otwiera i zaczyna się zabawa. Ale bardzo poważna zabawa. Można jak zwykle Pratchetta łyknąć jako coś kosmicznie komicznego, ale też można się zagłębić w pewne prawdy i oczywistości. Można po prostu trochę pomyśleć… albo tylko się dobrze bawić.

IMG_9546

Deszcz.

Słoneczność całkowita podobno ma przejść… ma nadejść wyłączna deszczowość, ale jakoś nie umiem w to uwierzyć. Jedno jest pewne, ferie w toku!!! Pogodynka zapowiada pomroczność gloomowatość i wiecie inne tam mokrości. Oczywiście zwyczajowemu Tubylcowi to nic. Na spacer i tak można przecież wyjść. A wilgoć dobrze na cerę robi. No i wiecie, przecież to w końcu czas wszelako wolny. W ogródku pogrzebać, coś tam dosadzić, sprzeciwić się idiotom wycinającym wsio do gleby. Przestać myśleć o nastolatkach rozwalających się na zakrętach… Dużo ostatnio smutku na Wyspie, więc ludzie próbują jakoś to wszystko z siebie zrzucić. A Turyścizna? Pomarudzą i tyle. Może dzięki temu restauracje zarobią? Może i odbiorcy internetu, może i ci od pornosów… kto ich tam wie? Nie mam statystyk dotyczących tego, co Turyścizna robi, gdy pada. Gdy sama byłam, przez nazbyt krótką chwilę, od razu świadonma tego, że to mój dom, więc wiecie… dziwacznie niepasująca ni do tych ni do tych, siedziałam w namiocie. Mokłam, pochorowałam się i przeprowadziliśmy się do mieszkania. A tam już wiecie, po przeschnięciu można było iść dalej…

Bynajmniej wystawy wszelakie się szykują. Jaja w różnych miejscach pączkują, no i piórka. Oj tak, Tubylcy lubią się opiórkować z tej okazji. Jakoś tak pasuje to do onych piórek porozrzucanych przez ptaki, które serio mocno pracują nad powiększaniem swoich rodzin. Nad zalotami i gniazdowaniem wszelakim. A te trele w lesie. Ech! Za każdym razem mnie zniewalają. Jakoś tak, wiecie co, gdy już one ucichną, to serio nie będzie po co żyć.

A… no i pada.

I wieje.

I pochmurnie, ale jednak jakoś co chwilę zza chmur nad nami wyłazi słonko i jakoś tak jest dziwnie. Bo wszystko ono żółte – forsycje głównie – świeci się jak szalone. Jak pokręcone. Jak czarowne totalnie!

IMG_4243

Zawsze mnie to fascynuje, że tutaj Påske, to ferie. A to oznacza czas wolny nawet dla dorosłych. A tak. Od środy wieczorem mamy wolne. Całkowite. Tak serio, to niegrzecznym jest nawet zadzwonić do współpracownika w sprawie pracy. W ogóle jakoś tak telefony… milczą. Ludzie starają się w końcu spędzić czas z rodzina, albo wiecie, zmywają się na jakieś wakacje. Często osobno. Mama tu, tata tam, a dzieci same sobie. Rodzina, to jednak coś, co ma tutaj dziwną definicję. Na Wyspie spotyka się jeszcze te doskonałe, dziwnie zwyczajowe rodziny, ale są tak sporadyczne, że rzadko się je rozpoznaje. Zresztą, ona moda na to by mieć dziecko z kim popadnie… no dobra, już nie zrzędzę. Oto mamy święta, które są li ino wakacjami. Krótkimi, bo krótkimi, ale jednak. Zje się jajo czekoladowe, albo kurczaka wypełnionego pianką i tyle. Czy są modły? Może i są, ale kto tam na nie łazi? Kościół w Gudhjem może se bije, ale zobaczyć tam jakieś obrządki, sorry, ale musicie się umówić, jeżeli chcecie…

Bynajmniej większość sklepów pozamykana!!!

A Wyspa?

Może i u nas stoi ino wóz z jajami drewnianymi, kolorowymi, pewno wypełniony oną samą słomą co na Jul, ale za to w Hasle na każdym rondzie wielkie jajo, metalowe, koronkowe, w którym mniejsze wiszą, wiecie… tak się majtają gwoli wszelakiej świąteczności. Słodkie to wszystko, ale tak naprawdę całkiem nieważne. W sklepach coraz mniej onych oznak świąteczności… już się nawet nie wysilają. Żeby znaleźć kartki musiałam mocno kombinować. A wysyłanie ich to koszmar, ale dałam radę. Bo wiecie, zboczeńcy pocztowi tak już mają…

Więc niech się wam wszystkim jajeczni.

To w końcu symbol życia. Pogański, no ale. Któż o tym nie wie. Że Odyn też wisiał rozkrzyżowany… ech, może zamilczmy.

IMG_3458

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Turniej… została wyłączona

Pan Tealight i Kryminalne Pożarte Tango…

„Przyszło w nocy, ale nie zapukało.

Po prostu wdarło się do Białego Domostwa, jakby żadne bariery zabezpieczające nie istniały, jakby tak naprawdę nic go nie mogło zatrzymać i zatańczyło… oczywiście, że od razy pojawił się trup, potem kolejny, na szczęście w tym miejscu zmartwychwstawanie było na porządku dziennym. Ale jednak było to dość niewygodne. Wiecie, szczególnie teraz, gdy wszystkim wzięło się na sprzątanie, porządkowanie i takie tam szaleństwo, a ten mały skurczybyk tańczy i wybija tymi podkutymi, czarnymi, wypolerowanymi na wysoki połysk lakierkami rytm, który pozostaje w głowie… i nie odchodzi.

Coś trzeba było z nim zrobić.

Znaczy próbowali go spętać, związać i zamurować, ale się nie dało. Wprost przeciwnie, tym co wiązali się udzieliło i tak wiecie, jakoś więcej z nich zaczęło pląsać. I wybijać rytm i tangować… Pan Tealight ulotnił się do Chatki Wiedźmy Pożartej i zwyczajnie ogałacał jej zapasy herbaty. Ale wiedział, że w końcu będzie musiał po tym wszystkim posprzątać. Bo przecież ile można. Święta może i odpowiednie, ale one ciągłe zmartwychwstania i wszelkiewieczności zaczynały działać mu na nerwy, a Wiedźmę Wronę wpakowywały w jeszcze większą depresję. Nawet to, że Chowaniec miał ferie świąteczne, nie pomagało. Nawet to, że mogła go wykorzystywać do wszelakich spacerów, noszenia wszelkich rzeczy i cielesnych zabawiań, to jednak… bał się, co znajdzie, gdy wróci. Dlatego nie wracał. Chyba i Kryminalne Tango w końcu musi się zmęczyć, czyż nie? Zresztą, Wiedźma Pożarta tak szczerze nienawidziła tego okresu w roku, że serio lepiej było jej nie obtańcywać. Siedzenie z nią, picie herbaty i nazbytnie myślenie o tłumach, które nagle się spojawiły na ulicach ich miasteczka na nich obydwoje działało legalnie nadmiernie chujowo!!! Mieli gdzieś grzeczności. Marzyła im się bazooka i wiecie, wolność wszelkiego celowania. Może i Wiedźma Wrona miała problemy ze wzrokiem, ale przecież przy serii, to na pewno kogoś trafi. Najlepiej idiotę parkującego na zakręcie, tego na zakazie, albo na miejscu dla niepełnosprawnych…

I wtedy wpadli na ten pomysł… i wiecie co, poszli na spacer z Kryminalnym Tangiem i jakoś im wszystkim zrobiło się lepiej!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1225 (2)

Z cyklu przeczytane: „W labiryncie ulubionych miejsc” – … Simon Serrailler. Dziwny osobnik. Nader dziwny. Dobra, nie lubię gościa. Jest dla mnie kompletnie niepotrzebny w tych książkach, ale… to jego seria.

Jej chyba nawet tom pierwszy.

Niby zwyczajowa opowieść kryminalna.

Wiecie, ktoś ginie, ktoś nie wierzy, że coś się stało, ktoś nikogo nie szuka. Ale z drugiej strony mamy jego – mordercę geniusza. Perfekcjonistę. Dziwaka, który informuje nas o wszystkim. Wiemy co z nimi zrobił, wiemy dlaczego, nie rozumiemy czemu policja się tym nie zajmuje. I oczywiście wkracza Serrailler. I nagle, nad wyraz powoli, wszystko się rozkręca. Ale w większości to opowieść o jego rodzinie. O jego siostrze i rodzicach, o ich problemach o tym, jakiż to on bardzo jest niezrozumiany… Wiem, że przeczytałam tę serię do góry nogami, nic na to nie poradzę… boję się, że gdyby było odwrotnie, to przecież mogłabym już nie sięgnąć po kolejne powieści.

On jest zwyczajnie dla mnie aż tak wkurzający! I te ciągłe problemy z babami…

Podobało mi się. Naprawdę cała książka jest całkiem dobra. Wątek trzyma się kupy, morderca jest nieźle pokręcony, a jednocześnie dziwnie poukładany. Powieść wciąga, wciąga rodzina naszego gliniarza, fascynuje mnie jego siostra, wszystko gra poza Simonem. No nie wiem, drażni mnie gość totalnie!!! Ale poświęcę się, chcę więcej takiej specyficznej narracji i onej angielskiej spolegliwości. I tych morderców. Nie ma co, pokręceni.

IMG_1449

Porty.

Na Wyspie porty są różne i różniste. Kuliste, grzybiaste, sporadycznie użytkowane, tanie i wszelako kasiaste. Te, w których zatrzymują się ino promy i wielkie statki, choć tak po prawdzie one największe to stoją gdzieś w oddali dla bezpieczeństwa i tylko te swoje taksówki wysyłają… Ale wiecie. Są te ogromne porty. One maszyny i zabudowania, a zaraz obok nich maciupkie coś dla tych, co codziennie używają wody i swoich łódeczek. Oczywiście przy nich maciupki zabudowania. Wiecie, tylko by wyschły sieci, by sznury i boje gdzieś złożyć, by po prostu czasem odpocząć i napić się czegoś ciepłego…

Czasem jak tak człek idzie sobie brzegiem Wyspy, to znajduje porty nieporty.

One lekko pogłębione miejsca, często ręcznie odrzucone skały. Tylko wiecie, paseczki takie, wolne od kamieni, które pozwalają dobić do brzegu. Przy nich na przykład odrapana, bezokienna szopa. Ino pociągnięta wapnem. Nosz idealny temat na horror jakowyś, tym bardziej, że wczesną wiosną dookoła onego domku kwitną drzewa owocowe. One młodziutkie listki i białawe płatki nadają miejscu takiej niewinności, a jednocześnie zwiększają ciary…

Ale najfajniejsze są dla mnie te maciupkie porty. Bardzo niebezpieczne, nastroszone skałami i zdradliwymi prądami, jak na przykład, te teraz tak podniszczone porty w Helligpeder i Teglkås. Niewielkie, dziwnie bliźniacze. Przy nich spore domy, widok doskonały, choć czuć ten strach, jakim przesiąknięte sa mury, bo przecież zbyt często fale biją o okna ostatnio… Ale wróćmy do portu. Do onych chatek zaraz tutaj dotykających wody. Nikt w nich już nie mieszka, ale one się nie poddają. Wciąż jeszcze żyją i oddychają swoimi morskimi opowieściami. jedne zbudowane z kamienia, obwieszone starymi sieciami i sznurami, niczym wystawka dla katów… wiecie, każdy sznur za pół ceny, a te na grube szyje za 30% wartości!!!

Promocja!!!

IMG_1221

Łódeczki się kolebią…

A i są różniste.

Jedne zdają się być wprost dłubankami. Rzadko można je spotkać i sporadycznie znaleźć, no ale się da. Są po prostu czadowne. Inne znowu, całkiem budowane tak, jak kiedyś. Z drewienkiem wyginanym, malowane w spokojne, naturalne kolory, jakby ktoś wierzył wciąż, że przez cały czas tylko to jest najlepsze. Zwyczajne drewno. Takie co to puszcza i przepuszcza. Drewno, które pęcznieje, a potem śni… cudowne, czadowe, niesamowite. Niektóre z tych łódek mają maszty, inne znowu całkiem nie. Jedne już tak poczerniały, że wyglądają jak spadki po wikińskich przodkach, do tego te stare liny, a jednak… wszystko wciąż trzyma. No i oczywiście są plastiki. Popularne, bo wiadomo, lżejsze, łatwiejsze do transportu, może i tańsze, wymagające mniej zachodu. Kolorowe niczym kwiatki na łące, ale jakieś takie… bez duszy. Woda je unosi, ale robi to dziwnie niemrawie, jakby wciąż wolała przytulić sie do tego drewnianego kuterka.

Uwielbiam łódki. Patrzenie na nie jak tak się kolebią oczywiście sprawia, że wdzięczna jestem temu, że ziemia się nie trzęsie, że Wyspa uraczyła nas do dziś ino jednym trzęsieniem ziemi, no ale, wiecie, wolę jak się to pode mną nie buja.

Tak wolę.

W portach łódki oczywiście mają swoje własne miejscówki.

Łańcuchy pordzewiały, buły boi się kolebią, sznury oczywiście dawno już powiedziały: pa pa. Każdy ma swoje miejsce, często z dziada pradziada, każdy wie co i jak, każdy zostawia te wszystkie manele na miejscu, bo przecież nikt nie zajumie. Na każdej skrzynce napisane, że Wyspa, albo coś innego, zawsze, że nie na sprzedaż. Do tego sieci na brzegu, ale… czy ktoś je jeszcze używa? Podobno robią w Nexø sieci starym stajlem, ale muszę to jeszcze ogarnąć. Na razie nadal gapię się na łódki. Bo wiecie, one jak te szczeniaczki, tylko je spuścić ze sznurka i polecą…

I powoli zachodzi słońce, nadchodzi cisza też i dla łódek, i właściwie, ta wyspowa cisza jest przez cały czas… nawet jak zjedzie Turyścizna, to przecież ona się nie schowa… Nadal jest. Chyba, że wietrzycho zacznie duć, to wtedy cisza wpycha ci się pod kołdrę i wiecie, świntuszy!!! Strasznie świntuszy. Oj!!! Ale nadal jest. Ale jeśli chodzi o ciemność, to zaczyna się czas, gdy ona się obija i to mnie wkurza…

… zbyt wiele światła, szaleję!!!

IMG_1039

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kryminalne Pożarte Tango… została wyłączona

Pan Tealight i Znów Ten Dzień…

„Właściwie, ponieważ nigdy nie było wiadomym w jakim będzie nastroju i czego będzie oczekiwała, musieli być przygotowani na wszystko. Na smutkowanie i wszelakie milczenie. Na radosność wybuchową i czycenie. Oraz na coś pośrodku, co było najtrudniejsze, bo przypominało kroczenie między nazbyt wrażliwymi minami przeciwpiechotnymi. I to w bucikach na szpilkach z dzwoneczkami, no i oczywiście tym krokiem całkiem riverdancowym. Tak to z nią było, gdy nadchodził ten dzień.

Pan Tealight się przygotował.

Miał prezent, ale zarazem go nie miał. Miał ucztę, ale w każdej chwili mogła ona zniknąć, miał nawet to ono pomiędzy, kwiatek z dworu, a potem zagonienie jej do ogródka, by pomogła mu plewić młode krasnoludki… ale i tak się bał. Bardzo i potwornie. Bo w końcu, choć to był tylko jeden dzień w roku, to jednak nadmiernie go dołował. Wiedział, że ze śmiertelnikami tak jest, ale co… co jeśli ona nie do końca była jak inni? Miał przeprowadzić eksperyment, ale jakoś się tego bał. Wiecie, wyniku, który mógłby go nie zaskoczyć. Zbyt mocno.

Ojeblik oczywiście wtajemniczona, razem z Wiedźmami z Pieca przygotowały to, co Wiedźma Wrona Pożarta kochała najbardziej i tyle. Wiedziały, że z tym jakoś tam uda im się przetrwać te 24 godziny. Ale to, co się wydarzyło tego dnia, jakoś zaskoczyło wszystkich. Bo widzicie, ona chciała, ona oczekiwała i chyba nie kłamała, by potem wszystkich ich połamać, podeptać i zalać betonem z czekoladowymi okruszkami. Chyba? Nadal byli podejrzliwi.

Bardzo…

Ale pozwolili jej na ową wesołość, spacery i zakupy… w końcu w ostatni, prawdopodobny dzień swego istnienia lepiej się bawić niż smucić.

Chyba?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2072 (2)

Z cyklu przeczytane: „Na przekór przeznaczeniu” – … tom trzeci. Ostatni. Zaskakujący, ale muszę przyznać, że dobrze się bawiłam, może dlatego… że tym razem nie chodziło o nią. W końcu przesiedleńka nie jest na pierwszym planie. Znaczy no Olga no… wiecie, ta od smoka!

Oczywiście świat toczy się dalej.

Dziouchy dokonały tego, czego dokonały i tyle. Teraz czas trochę na chłopów. Bo widzicie, w końcu należy podjąć pewne decyzje i nie tylko polityczne. Te sercowe też są super ważne. Tylko, czy nasi męscy bohaterowie odnajdą w sobie odpowiednie siły, by powiedzieć TAK? Albo by walnąć pięścią w stół? A co z tym, że niektórzy wcale nie są tacy, jakimi się wydawali? No wiecie…

Zakończenie i nie do końca zakończenie. Gromyko po prostu po raz kolejny zostawia swoim bohaterom masę furtek i możliwości. Zwyczajnie, z jednej strony stawia sprawy jasno, z drugiej, nie do końca, trochę mami. Prawda jest taka, że gdy docieramy do ostatniej strony jesteśmy maksymalnie wkurzeni, bo wszystko się dopiero rozkręca, więc… gdzie ciąg dalszy? A widzicie, w waszej wyobraźni. Bo z książkami Olgi właśnie tak jest. W dziwny sposób współpracują z czytelnikiem i pozwalają nam wybrać, dośnić zakończenia. Pobawić się więcej w tym fantastycznym świecie skapanym w magii i dość ludzkich zachowaniach.

Na pewno bardziej mi się podobała niż część środkowa! Oj o wiele bardziej!!!

IMG_3088 (2)

Wieje.

Ale Turyściźnie chyba to nie przeszkadza. Przybyli chmurnie i dumnie w swych wypastowanych samochodach i ciuszkach dziwnie odstających od Tubylczych ubranek. I z zachowaniami całkiem innymi. Wiecie, tacy zaaferowani dziwnie… tacy jacyś dziewiczy. A przecież w większości to ci, co przybywają tutaj co święta, co sezon, co wakacje, co urlop. Sommerhusy się wietrzą. Przegląd prania i pościeli cudowny. Uwielbiam te pełne sznury, te klamerki w końcu mające co trzymać. No zboczenie takie, a może zwyczajnie chodzi o życie? Bo widzicie, domy bez ludzi zamierają i umierają. Na amen czasem i trudno je przywrócić do życia. I tak bardzo mi ich czasem szkoda…. tak bardzo, że łażę i głaszczę ściany i okna. I zaglądam im w szybki brudne, opajęczynione. Bo wiecie, robale też już wstały, łącznie z cholernymi kleszczami!!!

Ale sezon się zaczął. W tym roku później, bo wiadomo, te święta jakieś takie inaczej wyliczone co roku, więc… więc właściwie każdy mógł się lepiej przygotować, a jakoś nie widać. Fryteczki są, lody są, nawet czekoladki, ale poza tym bida. W sklepie znowu mi ser wykupują. No ja nie wiem, co oni mają z tym serem? Mniejsza… teraz w końcu mamy korki. Znaczy wiecie, stoją 3 auta, co to chcą skręcić w tę samą stronę, więc wiecie, zalicza się jako korek. W niektórych miejscach jeszcze coś w drogach ryją, więc ogólnie powolność. Oczywiście wariatów nie brakuje, ale to przecież jest wszędzie. Najbardziej wkurwiający są ci, co ci wyjeżdżają z zakręty, powoli się wleką, by zaraz kliknąć, że skręcają w inną stronę. Nosz kurde mać. To podobno wyspowa specjalność, no ale… cóż ja na to poradzę? Ja chodzę na nogach.

Ale wieje… duje nawet i przygina ono wszystko kwitnące ku ziemi. Słonko wali, ludzie wyłażą i się karmią, naświetlają, niektóry nawet już na plażach się nagusują.

Zboczeńcy!!!

IMG_6998 (3)

Co najbardziej rzuca się w oczy w tym roku? Bardzo sporawa ilość duńskich i niemieckich rybaków. Wiecie, onych, którzy w tych gumowych i ocieplanych wszelako ciuszkach sterczą w falach – całkiem czasem pokaźnych i wędkują. Znaczy tego tam kija moczą. Nie wiem, czy to po prostu moda jakaś, czy więcej ich zwyczajnie się zebrało? Ale jest ich więcej. Stoją jak takie postacie, wiecie, niczym przez bazyliszka ustalone na zawsze kamienne kompozycje… czasem na kamieniu, więc i postumencik jest i dziwnie chwiejnymi się zdają i serio, naprawdę zdaje mi się, że jak upadną, to może być bardziej niż niebezpiecznie, bo skały spiczaste i wody malutko…

Ale stoją.

Ciekawe czy ryby biorą? Znaczy, ekhm, czy oni ryby biorą? Bo wiecie, to brzmi dość dwuznacznie, no ale… widok onych postaci i to zarazem żeńskich jak i męskich, jak i mutantów popromiennych, napawa mnie dziwną wiarą we wszelkie ponadnaturalne przykrości rzeczywistości. Ale co mnie tam oni, ja idę do Jons Kapela sprawdzić te przylaszczki. Bo widzicie, kilka kroków przed Jons Kapelem jest takie miejsce, ona polanka idealna na ting, grobowiec, tudzież wiecie, jakieś ofiary składanie i zrzucanie czegoś tak ze skały… i one tam są. Ale w tym roku słabiutko. Znaczy są, ale niczym okruszki po posiłku, który odbył się wieku temu. Szkoda… marzyło mi się niebieskie pole. Kobaltowe właściwie. Niesamowite.

Ale nic to.

Ważne, że coś w ogóle jest, bo w tym roku nic nie rośnie po kolei, jak to zwykle w naturze bywa, ale wsio razem i od razu wrzeszcząc: hurraaaaa!!! Jakby się bali, że nie zdążą. Jakby koniec świata zaglądał im już przez listki, jakby… wiedziały.

IMG_6889

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Znów Ten Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Jednorożce…

Jorik, Pornoramiks, Gerald i Leonidas… żeby wspomnieć tylko tych widocznych. Tych, którzy wpływali na nią codziennie, tych wiecie, najbardziej głośnych. Zresztą kolejni mieli jeszcze bardziej odjechane i trudne do zapamiętania imiona. Pan Tealight już dawno dał za wygraną i po prostu tylko kiwał głową. Nie chciał pamiętać, nie chciał wiedzieć, nie chciał nawet komentować tego, że ona… wiedźma nadmiernie procentowa i na wszelakim dopędzie, prowadzała się z jednorożcami. Z różowawymi, turkusowymi i oczywiście tymi z gwiazdkami kołującymi dookoła ich puszystych ogonów. No i jedn nawet miał srebrzyste skrzydłe, inny dwa dzwoneczki na szyi…

No powiem wam jak w tym wierszyku o tej jednej, no co tam miała te owieczki i je pasała. Nie, nie gąski, gąski zawsze wzbudzały w Wiedźmie Wronie Pożartej wszelakie stany lękowe. Serio ino jej trzeba było dodać jaką laseczkę, rozkloszowaną sukieneczkę w pastelach i buciki kryształowe… nosz po prostu jawna i cukierkowa przeciwność tego, czy ona jest, była i raczej będzie.

Za stara jest na zmiany…

No ale jednorożce?

Uważała, że po pierwsze i tak nikt w to nie uwierzy, no wiecie, że ona idzie i te jednorożce, po drugie na dodatek nikt nie uwierzy w to, że je widzi, a po trzecie, no przecież miały te rogi, co nie… więc było to odrobinę przerażające. Takie zezwłoki na rogu serio zasychały dość szybko, jeszcze jak jednorożec był wielbicielem wszelakiego galopstwa, to od razu zmieniały się w wędzoną i suszoną ludzinę.

Mniam!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9599

Z cyklu przeczytane: „Rzeźbiarz śmierci” – … tom 4. Mniam. No po prostu. Co jak co, ale Carter uwielbia swoją dosłowną dosłowność, z którą opisuje każdy krok mordercy. Lubuje się w opisach, które skraplają, kapią, które naprawdę mają się mokro, krwiście, mięsiasto i w ogóle…

Ale to każdy, serio!!!

Tym razem zwyrodnialec jest wyższego stopnia. Ale to bardzo wysokiego. Nie tylko morduje, ale też w artystyczny sposób modeluje miejsce zbrodni. Czyżby artysta zboczeniec? A może horror vacui? Albo ktoś, kogo sztukę inni źle zrecenzowali? No wiecie… czasem recenzja potrafi dobić, a czasem wkurzyć aż tak. Nasi bohaterowie nie tylko stykają się z nowymi formami uśmiercenia osobników, ale też przede wszystkim jak zwykle coś im grozi, no bo przecież. W tym Carter się nie zmienia. U niego wszystko zawsze leci schematycznie.

Czy Garcia w końcu będzie miał dość?

Jak zniesie to jego związek?

A Hunter?

Czy naprawdę jest taki twardy?

Wprowadzenie nowego członka zespoły intryguje, ale tak naprawdę… ech, no na co nam ona? Weźcie. Za to same zbrodnie. Mniam! Trzeba przyznać, że w tym tomie, mimo pewnej stagnacji gdzieś w środku tomu, wszystko jakoś tak no… się układa. Wszystko w końcu zaczyna do siebie pasować i chociaż znowu można szybciej dodać dwa do dwóch, to ten tom wciąga w specyficzny sposób.

IMG_1445

Wychodzi człek do lasu, dzień jeden nie był… a tam już nie ma brązów, ino zielenie. Wszędzie zielenie. Tu maciupkie listeczki, które rozwalają mnie dosadnie, serio. Wiecie, one totalne miniaturki z poszarpanymi brzegami, które wyglądają jakby wyszły spod maszyny niewprawionej szwaczki. Gałęzie jakby zgrubły, ktoś posprzątał malutkie cząstki zeszłoroczne i zakrył je liśćmi zawilców i czosnku niedźwiedziego. Lepiej serio w niego nie usiąść, no szkoda. Każdy Tubylec, a i Turyściznowiec, jakoś tak włazi w las i wraca z aromatycznym bukiecikiem. Ciekawe ile w tym roku będą za nasz czosnek bulić ci ze stolicy?

Włazi człek w las i po prostu zieleń go opada i te malutkie, niesamowite, przyciężkie lekko pączki zawilców. Gdyby ktoś podniósł znowu ów problem żółtych, to rosną jak szalone, szczególnie w miejscach, gdzie buszują owce! Na owczych bobkach widać najlepiej. Jakoś tak kokoryczy też się bobki podobają. Fajnie!!! Ale w moim lasku głównie białe zawilce, takie malankowe miejscami z różowymi i fioletowymi paseczkami. Cudownie delikatne, ale tylko na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości to serio twarde sztuki. Opierają się onym wahaniom temperatury, które mamy obecnie niczym jakieś skalne porosty. Chcą wzrastać. Chcą do słońca. Tworzą nietypowe konstrukcje z powalonymi gałęziami. Wyglądają zza nich zalotnie…

Flirciary takie!!!

Ostatnie krokusy całują glebę, gdzie niegdzie jakieś białe buntowniki chcą konkurować z resztą wzrastającego świata, ale przegrywają. Ich czas się skończył. Teraz zawilce, kokorycze, no i te tam… przylaszczki i stokrotki pojedyncze i fiołki i oczywiście one. Żonkile. Kupki z kołyszącymi się żółciutkimi, słonecznymi główkami zaraz przy drodze, zaraz przy rowie. Zaraz pod polnym drzewkiem. I wciąż nie wiem, czy ktoś specjalnie je tak kiedyś powsadzał, czy nie? Czy one tak same? Złoci strażnicy wiosennej poprawności kwiatowej.

IMG_9953

I nagle walenie w dach…

… grad. Zmienność pogodowa daje o sobie znać. Tylko wieczór zapadł, a wszystko spada w dół, a wszystko się chłodzi. Zresztą, nie oszukujmy się. Przecież zewnętrze tylko kusi słońcem, powietrze wciąż przenika milusi chłodek, który przymusza nas do zarzucenia jeszcze jednej warstwy odzienia.

Oj, lepiej chyba nie odkładać sweterków.

Wyspa ma to do siebie, że uwielbia zmieniać pogodę. Czasem niczym w górach winieneś być przygotowany na wszystko, a już wiosną, na pewno. O poranku może ci przygrzać słonko, nastawiasz się na wyprawę, a tutaj w ciągu sekundy nadciągają chmury, grad miażdży świeże pączki i po wszystkiemu. Dziwny, zimny powiew mrozi ci nie tylko odkryte miejsca i już wiesz, że to, co babcia opowiadała o długich gaciach, należy też zaadaptować na takie okazje. Ziemia wciąż jeszcze zimna, ale musi rodzić. Jakby wiedziała, że czas nie będzie jej sprzyjał. One poszarpane, połamane kształty otrzymują dookoła siebie śliczny, zieloniutki, grubiutki, puchaty dywanik. Mchy nagle znikają, a na gałązkach pojawiają się pąki, ale i tak najcudowniejsze są one: drzewa owocowe. Takie panny młode na wydaniu. Wiecie, bierzcie mnie pókim dziewicą, no i póki płatki mi nie opadły! Bierzcie mnie za żonę!!!

Przejeżdżając wciąż jeszcze pustawymi szosami, jakoś tak człek nie tylko zauważa coraz gorszy stan dróg, ale przede wszystkim właśnie je. Drzewa owocowe i krzaki. Wiśnie, tarniny, śliwy mirabelki… i pierun wie co tam jeszcze. Piękne takie, niewinne. Cudownie niesamowite, kontrastujące z oną wciąż jeszcze ciemną ścianą innych gałęzi…

Boskie jakieś takie.

IMG_9909

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jednorożce… została wyłączona

Pan Tealight i Bunt Królewien…

„Niby…

… bez urazy, ale co miesiąc były jakieś z nimi wąty!!! Po tym czasie człowiek i inny byt, jakoś tak do tego przywykał. Przyzwyczajał się, a nawet, co istotne, regulował zegarki podług onych ich miesięcznych wybryków, ale to, co się wydarzyło, było czymś nowym. Dziwnie niebezpiecznie nowym.

Najpierw pojawiły się transparenty.

Potem pończoszki zwisające z wciąż nagich gałęzi.

Aż w końcu… one zaczęły okupować kuchnię, stawiać doniczki na parapetach, sprzątać, być miłymi, usłużnymi, wszelako cierpliwymi i opiekuńczymi… Jak nie one. Nic w nich nie było z zadziorności, nic z onej feministycznej oziębłosci. Wprost przeciwnie, tylko ciepło, dziwne matkowanie i wszelaka depilacja.

Coś strasznego.

Wiedźma Wrona Pożarta, jak tylko zobaczyła te transparenty schowała sie w lesie, pod mostem i ostro piła z Małym Trollem. Nie mogła ich znieść. I bez urazy, wcale nie była feministycznie nastawiona do świata, wprost przeciwnie, jak najbardziej była za tym, by sie nią opiekować, by faceci wykonywali wszelakie prace za nią i by wysypywali jej scieżki płatkami róż, tudzież płaszczami zakrywać kałuże i takie tam… ale jednak obciachem zawsze było się do tego przyznać. W końcu jak by to wyglądało. Znaczy Chowaniec oczywiście wiedział. No przecież po tylu latach małżeństwa raczej nie mógł od tego uciec. Akceptował one jej wady i tyle.

I korzystał…

A Królewny zalewały świat miłością… babską, różową, cukierkową i pluszową. Mięciutką, nieostrą dziwnie i mało kościstą, zawsze lukrowaną. Co było nadmiernie podejrzane, ale kto by sie tam dopytywał, jeżeli akurat w piecu rodziły się ciasteczka z czekoladą!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7666

Z cyklu przeczytane: „Egzekutor” – … tom 2. Następna opowieść o Robercie Hunterze i jego intrygującym partnerze – specjalistach z nietypowego oddziały policji w Los Angeles.

Tym razem ponownie seryjny morderca… ale co łączy ofiary? I dlaczego to właśnie one giną w taki, a nie inny sposób? Jak daleko należy się cofnąć w czasie, a może w których miejscach szukać, by odnaleźć sprawcę, by zatrzymać ten potok krwi?

Carter jest brutalny.

Już wiem, po przeczytaniu całej serii, że każda z jego pięciu książek jest ułożona w ten sam sposób. Każda jest krwista, dosadna i dosłowna. Każda obrzydza, bulwersuje, wprost razi krwistością. Każda z anatomiczną dokładnością pokazuje co robi morderca… ale też każda dorzuca jakiś twist. Wkurzają co prawda powtórzenia dotyczące głównych bohaterów, jakby autor naprawdę chciał by każda książka była osobną, jakby nie dowierzał, że ktoś może połknąć całą serię… Jakby chciał uniknąć nazywania tego serią, ale… jak to mówił pewien lew: „Amerykanie to lub prosty”. Może w ten sposób zbrodnia sprzedaje się lepiej? Trochę denerwuje dziwnie suchy styl pisania, jakaś taka bezosobowość cierpienia, ale… nie jest źle.

Za to serio, prawie za każdym razem dość łatwo skumać kto kogo i dlaczego! Ale tylko prawie. Czy tym razem?

Ekhm, no tak.

IMG_1444

Nowe do pożarcia… Skromniutko, ale wiecie w kasie pustki, na szczęście były obniżki!!! Przeceny i wysyłka na Empiku to 35 zł!

IMG_2943

Nie wiem co o tym myśleć, ale kurcze… wiosna nadejszła. Pogoda cudowna. A oni umierają. Ci sławni, ci tutaj wielcy, ci co naznaczyli Wyspę.

Może to taki dziwaczny czas? Nie wiem, nie chcę chyba nawet tego zrozumieć, ale spoglądając na pąki forsycji, na które wystarczy dmuchnąć, a już będą kwiaty, jakoś tak depresyjnie się człowiekowi robi. Ja tam rozumiem, że wpadki w szpitalu, że coś chyba jednak większe się tam pokręciło, ale… dlaczego? Akurat teraz. Mówią, że przecież wraz z wiosną nadzieja wraca i wszystko się odradza, mówią… oj pewno, że wolałabym zimę, ale wiecie, to ja.

No i jeszcze ten wypadek dwudziestolatka.

Kurde… strasznie to wszystko takie dołujące. Jakby coś jednak nie szło jak powinno. Jakby człowieki nie tylko z głupoty, ale przede wszystkim z jakiejś takiej desperacji sami brali te nożyce i przecinali swoje linie życia. Może już nie potrzebujemy Mojr. Może one trzy zostały zwolnione z roboty? Może teraz wiecie, jak ze wszystkim samoobsługa? Jak z tą pocztą, którą obecnie to najlepiej samemu odebrać od nadawcy. Serio. Jedna z moich paczek się odnalazła. No tak, taka z grudnia!!! Nagle, z końcem maca pojawia się u mnie całkiem nieznany i dziwnie zagubiony, przepraszający mężczyzna, który niestety bornholmskim, którego ja ni w ząb, bo nie dość, że cztery dialekty, to każdy wsio inaczej wymawia… no bynajmniej puka i podaje mi paczkę. lekko zamokniętą. Przeprasza, że przecież on nie zagląda do swojego carportu, dopiero teraz zaczął wiosenne porządki, patrzy, a tam paczka. Miał ją tam prawie cztery miesiące, ale wiecie, dzięki temu, że nadawca zapakował dobrze i obmotał taśmą – róbcie tak, bo ostatnio serio każda poczta ma nas w dupie – z zawartością nic się nie stało!!! HURRRRA!!!

Fajnie dostać christmasowy stuff na wiosnę!

IMG_9603 (2)

Havgus.

Nadszedł ten czas.

Połowy Wyspy nie widać, a ta którą widać, to jedynie ułuda. Bo z tej strony, której nie widać, to wiecie, no nas nie widać. Mgła zimna, mroźliwa zdaje się otulać człowieka, porywać tylko dla siebie, oddzielać od wszystkiego i wszystkich. Kocham havgus. Kocham tą zimność, wilgoć w powietrzu i one zamazane kontury. I to dziwne wrażenie, że nie ma horyzontu, że góra totalnie zlewa się z dołem i olewa fizykę. W oddali słychać tylko syrenę przeciwmgielną jakiegoś kutra, ale widać… tylko kilka wystających kamieni z tej całej niebieskości. Z onej błękitności szarawej miejscami, niebieskości i bieli.

Cudownie tak.

Spacer brzegiem morza wieczorem, gdy nagle wylazł słońce, gdy nagle wszystko się zmieniło, gdy mglistość bardziej wyraziście się odznacza… wychodzi człowiek, bo przecież po co siedzieć na chacie. Bo przecież kurcze no, trzeba jakoś nabrać onej wilgotności. Musi być dobra dla cery. Nadchodzi przecież z północy. Zwykły havgus. Znowu większość Wyspy niewidoczna, a u nas nagle robi się dziura słoneczna i szaleje wszystko. I świat pije, aż słychać jak ona przeszłość leśna się zmienia. Jakby te dwa parne dni wszystko zmieniły, jakby taka chwila mogła obudzić każdy korzonek i nasionko i przymusiła do roboty, ale by nazbyt się nie pocili, to wiecie… no teraz mamy havgus.

Dla ochłody.

Taka dziwna morska mgła sprawia, że człowiek czuje się tak bardzo bezpiecznie. Bo przecież nic go nie może skrzywdzić, jeśli mówiąc oględnie, wcale nas nie widać! Co nie?

Nic.

IMG_9613

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bunt Królewien… została wyłączona

Pan Tealight i Ojeblika Urojenia Złojone…

„Nie dało się nie zauważyć Ojeblika w Białym Domostwie. Odbywała swój coroczny rytuał gniazdowania, zmuszała wszystkich do sprzątania, zajmowała się ogródkami, w których rosło wszystko od krzaczków łyżeczkowych po drzewka pigmentowe i ogólnie mówiąc, wszelako wzbudzała kurz, miażdżyła senną ciszę i oznajmiała światu, że wiosna nadeszła i trzeba coś z tym zrobić, jak na zimę liczyć już nie można. Królewny zagoniła do układania malowniczego skalniaka, Jednorożce do spulchniania ziemi, Mikołajów do wszelkiego plewienia i odgruzowywania lasu, a Wiedźmy z Pieca wyłącznie do robienia zupy i serka ze świeżutkim czosnkiem niedźwiedzim…

A co, jeść trzeba było.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki oczywiście uczestniczyła we wszystkim. Jakoś tak było to na tyle normalne i zwyczajowe, że można się było rozluźnić i nie myśleć o pierdołach. Poza prymulkami, nowymi pąkami szałwii i mięty oraz wiecie, rozsadzeniem krzaku lubczyka, na który było zapotrzebowanie od kiedy Księżniczki zaczęły prowadzić Pijalnię pod Zdechłym Wróblem. Pan Tealight tylko patrzył na to wszystko i nie miał żadnych wątpliwości, że jego wciąż coraz bardziej sucha Choinka na poddaszu w końcu winna być złożona w ziemi. Miłość należy oddać miejscu, z którego przyszła, ale nie potrafił. Bo chociaż już z nim nie rozmawiała, choć wiedział, że odeszła, że nic z tego już nie będzie, a Pani Zima jest zazdrosna… nie umiał tego zrobić. Na szczęście zapędy Ojeblika mijały na razie Poddasze po tym, jak Smok z Komina zaczęła tam własne starania o zmianę posiadłości na lepsze…

Świat zaczął się zielenić, a Ojeblik, która naprawdę miała ciężką zimę, jakoś należało nagrodzić za to wszystko. No i cóż można mieć przeciwko kolejnym grządkom z ziołami, drzewkom, czy innym tam, może i pełzającym roślinom. Może i to wszystko, co wzrastało pod jej dziwnym spojrzeniem nie do końca było dokładnie tym, co obiecywała torebka nasion, ale przecież… tutaj, w tym miejscu, urojenia były zwyczajną codziennością. Nawet i nudną lekko…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1320 (3)

Z cyklu przeczytane: „Jeden za drugim” – … tom 5. Ile można wytrzymać? Tak czasem się zastanawiam jak oni to znoszą. Prawdziwi specjaliści. Jak wracają do domów, do rodzin i dzieci? Jak mogą tak po prostu być ludźmi?

Tym razem Robert Hunter otrzymuje dziwną przesyłkę. Adres strony internetowej, na której ktoś… morduje człowieka. Co ma zrobić? Czy w ogóle może zrobić cokolwiek? A co jeśli będą kolejni? I dlaczego to właśnie on jest adresatem? Czy tylko przez swoją sławę, czy jednak może ten sprawca jest z nim jakoś związany?

Współczesny sposób na morderstwo.

Zabijasz w jednym miejscu, a widzą to wszyscy. I oczywiście każdy wciśnie lajka… bo przecież jedni nie uwierzą, a inni, mają to gdzieś. W końcu to tylko rozrywka. W końcu to nie ich mordują!!! Bo tym razem ta historia dotyczy nas wszystkich. Tak naprawdę nie on – sprawca – był w tej powieści najważniejszy, ale my. Odbiorcy. Użytkownicy wszelako pojętych social mediów. Klikający we wszystko. Dziwnie oderwani od rzeczywistości. Pozbawieni empatii…

Książka ważna, jak zwykle wstrząsająca, jak zwykle pełna krwawych, brutalnych opisów, ni dla każdego.

IMG_1443

I ciepło i dziwnie parno.

Pogoda przypomina rozgrzany piekarnik, ale z dziwnym zimnym nawiewem. Niby zdaje się, że nie ma czym oddychać, zwyczajowa przebieżka pod górkę, która przynosiła radochę, nagle staje się koszmarem dusznika. Po Gudhjem nagle drepta zbyt wiele ludzi, i choć zdaje się to być kwietniowym żartem, to jednak wiecie, wszyscy ciamkają lody. Od 1 kwietnia rzeczywiście je otworzyli i chociaż były problemy z płatnością kartą, to jakoś się udało. W Danii ostatnio najpopularniejszy jest mobilepay, który ułatwi wam nie tylko zakupy w zwykłych sklepach, ale też i knajpkach, czy w przydziałkowym/przydomowych budkach, które znowu powstają z zimowego snu. Powoli wszystko się zieleni, kwiaty na owocowych drzewkach już wybuchają…

Wiosna, cie choroba!!!

Wszędzie żonkile. Wyłażą jak szalone, jakby im płacono. Wiecie, jakby ktoś łaził nocą i sadził te kwiatki po rowach, pod płotami, między drzewami, gdzieś w krzaczkach, gdzieś, gdzie byś się nie spodziewał nawet, że tam mogą przetrwać. No więc po prostu poddaję się tej presji i nabywam sobie maciupką koneweczkę z påskeliljerami. I jeszcze słoik, w którym cebulki moczą się w mikrej ilości wody i kwitną… jakby kurcze wszystko i wszyscy chcieli czegoś mocniej zielonego dookoła. Mocniej kolorowego. Zioła, które sprowadzili nam do sklepu zniknęły w mgnieniu oka. Nosz kurcze. Jakby każdy nagle potrzebował tymianku i rozmarynu. Ja potrzebowałam… bez urazy.

Mój jest najśliczniejszy i już kwitnie!!!

IMG_1318

Jedni ludzie odchodzą, inni się rodzą, jeszcze inni przeprowadzają.

Wiecie, Wyspa to też to ono koło życia.

Odchodzą starzy artyści, a młodzi, młodzi mimo wszelkich pragnień i umiejętności, jednak nagle uświadamiają sobie, że coś się zmieniło. Że nagle i tutaj już nie będzie okay. Że wszystko jest pod górę, więc można zrobić tylko jedno. Zejść do portu z trzema kulkami lodów: burbon w wanili, truskawka i coś co zwą koktajl czereśniowy. Do tego ogromna paćka, głowa raczej z bitej śmietany. Bo przecież ten jeden raz, ten pierwszy raz w tym roku można sobie pozwolić. Złażę więc do portu, a potem jeszcze głębiej, nogi dyndają mi nad szmaragdowo-niebieską wodą i wiecie co, śliczne to wszystko. Pewno, że ludzi nadmiar, ale co tam, na to się nic nie poradzi przecież. Ta Wyspa potrzebuje Turyścizny, a my jakoś to wytrzymamy. Ale te zjazdy starszych panów na swych wielkich, gigantycznych, smrodzących i głośnych motorach… sprawia, że barbiturany są w użyciu. Przykro mi, ale sami pomyślcie. Mieszkacie w ciszy, ptaszki ćwierkają, już pochowaliście starego wróbla pod drzewkiem, ale też młode już mają przyszykowane mieszkanka nad moją łazienką… wszystko kwitnie, słuchacie jak soki buzują w gałęziach, fale uderzają o brzeg, słychać jak piasek opowiada opowieści o bursztynach i muszlach… i to jest twoja codzienność. A potem nagle oni. Czuję się jak rąbany Indianin w Paryżu. Nagły hałas, otępienie, chcę walić głową w ścianę, chcę to wymazać, chcę powrotu do ciszy…

Do cholery, ale co wam dają te motory?

Dlaczego was nie obowiązują żadne normy głośności? Tutaj motorynką nazbyt pierdzącą wyjechać nie można, ale wam, smrodliwie bogatym knypkiem z brzuchami wolno wszystko? Czyż nie? I co to za smród? Olej z Netto?

Do świąt tylko 10 dni. Bleee… nie lubię ich. Nigdy nie rozumiałam onego zmartwychwstawania, onych obrządków i nienawidzę bazi. Wiecie co, nie, ja nie nie lubię tych świąt, ja ich nienawidzę. Jak Dnia Matki i Sylwestra. Yyyyyyy!!!

Prochów!!!

IMG_1316 (2)

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ojeblika Urojenia Złojone… została wyłączona