Pan Tealight i No spadło…

„Nie dało się tego ukryć.

Spadło.

Opadło.

Osunęło się na ziemię, dachy, miejscami jeszcze nawet na gałązki, pnie, ostatnie brukselki, lekko woniejące kapustki i pola zzaorane i te zieloniutkie.

Pojawiło się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Poradnik szukania śniegu.

A tak, należy w końcu wprowadzić coś takiego do obiegu, bo niektórzy na Wyspie potrzebują śniegu i tyle! Sorry. Po prostu. Połazić po nim, potarzać się nawet, zjeść trochę, a może i loda sobie walnąć? I wiecie co, w niedzielę się udało znaleźć go więcej, niż tylko to, co mam na trawniku. I to w doć zaskakującym miejscu, bo pomiędzy Gudhjem a Nexo. Zadziwiające to dlatego, że zwyczajnie teren górzysty, więc powinno wywaiać, a jednak nie. Jadąc opłotkami było go nawet jeszcze odrobinę na choinkac i drzewkach wszelkiego rodzaju. Białe połcie, drzewne połaci, leśne połacie… Czasem tylko po prawej, czasem tylko po lewej, jakby jedni wykupili asygnatę na onieżanie, a inni nie, bo mają białego idealnie kucyka pony i wiecie, się im zabrudzi, czy co?

Ale… jeżeli chodzi o śnieg, to zwykle szuka się go namiętnie i podejrzliwie w Almindingen. Tam zwykle jest najzimniej. Tam są drzewa, które mogą go zatrzymać i atmosfera… ale jednak nie zawze tam właśnie go znajdziecie. Bo zdarzyć się może, że lasy oprą się białości i tyle.

Odmówią!!!

Wtedy trzeba po prostu iść dalej.

Jechać dalej. Bo on może się skrywać w najbardziej dziwnym miejscu, miejscu, którego nie podejrzewalibyście o śnieżność. Miejscu, które uznalibyście za to całkowicie golutkie i tak dalej. Nie wiem jak to się dzieje, ale Wyspa sama decyduje gdzie i jak się zaśnieży. Gdzie i jak się bielą pokryje i jak będzie potem ją roztapiać. Ale… po tak wielu opadach trudno też z tą bielą żyć, bo przecież każda biel może być zmyłką, przykrywką dla głębokiej wody i nagle znowu jesteście mokrzy, ale nic to… znaleźliśce śnieg i to jest najważniejsze. Teraz na kolana i zdjęcia cykać, jak się dobre światło zdarzy, bo i to się może zdarzyć. Naprawdę… jak dziś…

Szukanie śniegu to sprawa serca i duszy, naprawdę.

Jak ktoś jest tak porąbany jak ja na jego punkcie.

Bo plażowanie…

Ale ja chciałam na plażę.

Nie wiem dlaczego.

Bez urazy, pewno, że poczołgałam się trochę po niewielkim lesie, po iglakach oszronionych, po onych perełeczkach i kryształkach lodowych przyczepionych do gołych gałęzi. Po polach… dość mocno i wysoko noszących śnieżną pierzynkę. Bawiących się nią. A nad tobą błękit nieba i słońce idealnie wysokie i te pojedyncze drzewa i jeszcze te w oddali i ona nagoś.

I jeszcze ten odgłos.

Kolejny stop to stara chatka.

Bo przecież te śnieżone owocki, te bele drzewne, te konary z poduchami, pierzynami, pnie, ta nietknięta powierzchnia, to wszystko… i jeszcze nikogo w pobliżu, choć potem się okaże, że w takie słońce wielu wyjdzie na dwór. Bo grzechem pewno nie wychodzić, co nie? Jedziecie nie do końca czarnawą drogą, śnieżność kończy się dookoła Nexø, ale potem powraca, jakby serio wolała tylko pola. Ale przecież jest jej trochę i w tych niesamowitych iglakach dookoła Dueodde. Jest jej trochę nawet na plaży, gdzie zdaje się być błękitna niczym upadłe niebo…

Nie wiem dlaczeg to plaża mnie tak przyzywała, ale to świato, to lustrzane morze, te dziwne plamy wodnistości i ta trudność, bo całą drewnianą ścieżkę przed plażą pokryła woda. I to taka do kostek!!! W życiu tego nie widziałam. Widziałam późno wiosną wysoki poziom wody i żaby i skrzek, ale zalane wszystko i zamiast plaży, plamy wody, mierzeje, właściwie i bseny i nie do końca baseny, bo miejscami połączone z morzem… nagle wzystko znowu się zmieniło. I piękne to wszystko było z rudościami traw, śnieżnością i piaskiem i niebem, pojedynczymi chmurkami odbijającymi się w onej czystej nieruchomości wilgotności onych basenów.

Takie to wszystko niesamowite.

Piękne…

Wielkie muszle – jak na nas, kawałki drewna bardzo nieliczne, dopiero spotykane bliżej chatek i tych wszystkich zejść z plaży. Plaży właściwie naga, pokryta wyłącznie pojedynczymi pieńkami… wieżyczkami z piasku, rzeźbami natury, na czubeczku których kawałki drewna i kamienie… kładziesz się na onej zimności i robisz zdjęcia, bo to wszystko: ten błękit, lustrowatość, kształty na piasku, wieże z kamiennymi dachami, wietrzne pozostałości po korzeniach traw i baseny… to coś, co jest rzadkie, piękne i serio warte przewianego łba!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i No spadło… została wyłączona

Pan Tealight i Czerwone Drzwi…

„Pojawiły się nagle…

A może pojawiały się powoli kawałek, po kawałku w swej drewnianej deseczkowatości? Nikt tego nie wie, bo pierwszą, która je zauważyła była Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która zobaczyła je już całe. Nawet z lekko pociemniałą miedzianą rączką. W żółtej ścianie dzielącej Zapomniane Pole na pół. To same, które kiedyś rodziło tyle kwiatów a teraz… nie wiedziało do kogo należy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jest źle…

Piar piarem, ale czasem coś wychodzi… coś wytyka nos, coś przeraża. Najmłodszy obiekt miał 13 lat. Dragi podobno można skołować w kilkanaście minut. A ja nie mam pojęcia jak zdobyć coś przeciwbólowego na bóle menstruacyjne? A sorry to jednak pięć minut. Nie da się ukryć, że mam zerowe, a nawet ujemne kontakty ze światkiem przestępczym. Kurcze no… może powinno się to zmienić.

Wiecie, zawsze byłoby o czym pisać, bo na razie… to tylko o biednych dzieciach, które biorą, bo bidulki takie są zestresowane, no i nie mogą mieć wszystkiego, no i wiecie szkoła je gryzie pewnie… Jaka jest prawda? Brak rodziny. Dzieci kilkoro, a każde ma innego ojca. Dumny facet, zapracowana kobieta, zrzucenie na szkołę obowiązku wychowawczego. Rodzina. W książka pełne hygge, na zdjęciach reklamowych, a i w ustach Duńczyków. Nie oszukujmy się, nikt się nie przyzna do tego, że ten kraj się wali w podstawowej komórce społecznej. I huku onego walenia nikt nie słyszy…

O czym ja myślałam mając 13 lat?

O szkole! Chciałam koniecznie dobrego liceum, studiach i pasjach. Chciałam odnaleźć siebie. Pewno, że dojrzewanie dawało mi w łeb, ale… kurde, jak myśmy przetrwali dojrzewanie bez You Tuba? Bez onych filmików, influencerów tłumaczących jak dojrzewać? Może i naturalnie? Może i każdy po swojemu? Może i czytając zbyt wiele, uciekając w świat fantazji i samotność.

Nic w tym złego.

Bo nie każdy musi być przecież rozrywkowy…

A jeśli wychować ma cię szkoła, to zostaniesz kolejnym użytkownikiem leków antydepresyjnych. A właśnie, zna ktoś dobrego psychiatrę? Przez skypa najlepiej? Podobno tak można. Bo chyba najwyższy czas zadbać o dobre papiery. Bo tutaj lepiej lekarzom nie ufać. Zresztą, czy w ogóle należy im ufać?

Może jednak ten diler to niezła rzecz? LOL No co?

A na razie… cisza i spokój.

Wszelaka zieleń na polach, fale uderzające o brzeg miałki i piazczysty, o ten skalisty, o zarośnięty i ten całkiem nagi. O gałązki się w nich moczące, o pnie, o konary, które rzeźbi powolnie i głazy, które zdają się być rozrzuconymi kulkai lodów. Wszystkie jednak chyba jagodowe albo truskawkowe… serio.

Oczywiście weekend na pewno ma wiele do rzeczy, ale jak pogoda się nie zlituje, to z rytualnych spacerów raczej nici. A ja potrzebuję spacerów, nie nici. Żadnego haftowania!!! Żadnego szycia, nic w ten deseń!!! Chcę na spacer, ale… kurde gdzie? Gdy nie masz szczudeł, a wszystko dookoła jest potencjalnym, wciągającycm bagniskiem, wtedy no sorry misie, ale jednak raczej się nie da. Gdyby można było latać? Albo chociaż unosić się? Bo w życiu jeszcze tak często nie szorowałam butów. Plus… pleśń atakuje wszystko. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić jak bardzo różnorodna może być…

A może jesteście? To przykro mi.

No nic, miejmy nadzieję na lepsze, chociaż chętniej dorwałabym oną sukę i po prostu narąbała jej wymyślnie. Z igłami, szczypcami i jakimś dentystą. A co, taki stomatolog to przerazi każdego. Wiecie, zakrwawony gość wychodzący z modnego, minimalistycznego gabineciku… buuuuu!!!!

Świat jakoś chyba nieświadomy zimy, już planuje oczywiście sezon kolejny. Bo w końcu tutaj żyjemy od sezonu do sezonu. Zmiana armatora, problemy w lotnictwie… wszelakie kłótnie, a teraz na dodatek coś, o czym człek by w życiu nie pomyślał. Co mu się nie mieści pod kopułką. Poczta. A tak. Problemy już są, ale… widzicie, one problemy skończą się z końcem 2018 roku, kiedy to wygasa umowa i wtedy… nie będzie żadnej poczty. Nie będzie PostNorda, nie będzie Dansk Posta. No nic nie będzie, a podobno ustawowo być jakiś powinien, więc… więc przewiduję zmiany w ustawie, jak nic.

Wiecie co… jak nic wracamy do epoki kamienia. Pocztowego!!! Pratchett pewno by pomógł, ale i jego już nie ma.

Ale nic to, może chociaż zima wróci? Może chociaż to? Jakieś sopele, bałwany, śnieżyce, jakieś wiecie, normalności, bo co jak co, ale w tym świecie żadnej z normalności już człowiek nie uświadczy… poza przemocą, złem i tymi tam.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czerwone Drzwi… została wyłączona

Pan Tealight i Kupa Szczęścia…

„No wiecie.

Naturalna sprawa to kupa.

Nie oszukujmy się, każdy robi kupę, co nie? Choć dziwnie tak pomyśleć sobie, że ryby pływają w swoich siuśkach i innych tam, to jednak my też, więc walenie robiące sobie dobrze… eeeee, może jednak zacznijmy od początku.

Wdepnęła w kupę.

Dobrze, to też nie było odkrycie roku tudzież cud wszelaki, czy coś, co nie zdarzało się już wcześniej. Naprawdę. Tyle razy ile znosiła krowie placki, końskie boby, psie śmierdziuchy, kocie koszmarki i oczywiście najmniej problemowe owcze bobki, nikt już nie liczył. To już nawet nie chodziło o to, że ich nie widziała, Wiedźma Wrona Pożarta po prostu miała już tak silnie, mocno koszmarnie dość wszystkiego, że lazła jak lazła… tam gdzie chciała. I byle gówno nie mogło jej powstrzymać.

No… chyba że ludzkie.

Z takowym mógłby być problem.

Ale tym razem.

Widzicie… niby dzień był zwyczajny, choć słoneczność zdarzała się bardzo sporadycznie ostatnio i mokrość wszelaka była obecna dosłownie wszędzie i przytłaczała swoją niezimowatością… a ona musiała łazić, bo przecież bez łażenia to ją telepało maksymalnie i w ogóle, to wdepnęła i wdepła. Wdepnęła butami, w których podeszwy były już starte, pozbawione swoich taktownych „traktorków”. Czarnymi, i tak obłoconymi, bo jakoś ostatnio błota nie można się było pozbyć z niczego właściwie. Wszędzie było, jakby narastało, jakby maleńkie golemy nocą tworzyły nie tylko sobie nową garderobę, nie tylko rodzinie bliższej i dalszej, nie tylko planowały podbój planety, ale i siebie samych odlewały, a ją mocno podlewały, śpiewały jej, nuciły, kołysanki może i nawet, bajeczki czytały…  i jak nic dodawały czegoś na szybszy wzrost.

No musiały.

I właśnie w golemową kupę wdepnęła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… obecnie znowu na głodzie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zapisane w kartach” – … bo tak. Po prostu lubi się tę autorkę, albo nie. Umie się odnaleźć w nienatrętnym niebogactwie słów piękno jej opowieści i opisów, albo nie. I tyle. Ja ją uwielbiam. Za wszystko. Za świat, za nienachalność, za wszelaką prawdziwość inności, za zrozumienie tych, którzy nie potrafią żyć w dzisiejszych czasach.

Bo może to trochę na wyrost, ale dla mnie ta seria to odbicie naszej codzienności i głupoty. Naszych bolączek i błędów. I oczywiście tego, jak traktujemy innych, przyrodę, oraz samych siebie. jak trudno zrozumieć samego siebie.

Kolejna część. 

Niby spokojniejsza, niby pobitewna, a jednak lekki dreszczyk chce ciastek. Tak… ciastek. Oczywiście, że nasza główna bohaterka znowu będzie w opałach, ale nie tylko ona, bo wątki poboczne, w szczególności niesamowitego Kosiarza się rozwijają… I zawsze są Inni gotowi poznać ludzi. Lub ich zjeść. Cóż, to nie zawsze zależy od ludzi, ekhm… I jest miejsce, w którym naprawdę bym się odnalazła i kobieta, której przybycie można było przewidzieć… starsza pani. I jeszcze tak wiele!!! I tak wszystko się nie spieszy, daje rozmamłać w treści, rozpuścić w tych jeziorach, kucykach, naturze, żywiołach…

Jakże inna jest ta seria od seksualnych powieści Bishop. Jakże bardziej powolna i pozwalająca smakować wszelkie uczucia…

Jeszcze są płaty śniegu, zapowiadają i słonko i deszcz i wiatr. I człek nie wie czego może oczekiwać, ale łeb go boli, więc wiać będzie. Na pewno. Ale czy więcej śniegu i mrozu i jeszcze zimy jako takiej?

Pierun wie, na razie walki z nowym armatorem od promów. Wszystko oczywiście wyjdzie w praniu, jak zwykle, ale wrzesień może być naprawdę gorący. Zobaczymy. Na razie trzeba będzie przetrwać lato i kolejny sezon. Bo zima i wiosna to wiecie, nie wiadomo nawet czy ktoś je zauważy, chyba że nas jeszcze zaskoczą, a tutaj wsio możliwe.

Świat dookoła zwykle szarawy coraz częściej rozbłyska onym znajomym, typowo wyspowym światłem i znowu można robić zdjęcia, choć akurat, czy ja tam lubię gołe gałęzie. No dobra, czasem lubię. Coś w nich jest tak niewinnego, pięknego, niesamowicie wolnego i wyzwolonego, że aż się chce do ich tulić. Ale mokrawe są i meszki mają takie i porosty i potem pluje się, i w ogóle… ale nic to. Przetrwamy. A drzew nie da się nie kochać. Po prostu nie da.

Może i nagi, świat wciąż pełen jest szumu morza, przesypujących się piasków, tańczących i muzykujących falami kamieni. Zmiennej linii brzegowej i wszelakiego oczekiwania. To w końcu ten czas, w którym większość zwyczajnie wyjeżdża, abo wypoczywa, by potem w sezonie powrócić do uzeów i sklepów. Wakacje odbębnić gdzieś indziej. Robią niektórzy nawet remonty, malowania, wszelakie ulepszenia. Wiadomo, gdy na dworze pięknie morzem jedzie, ale jednak nazbyt wilgotnie lepiej siedzieć w domu. I oczywiście pleśń ganiać, bo tutaj taka pleśń to coś, czego za kija grzyba Wojtka jeża nie da się uniknąć. Ani na amen pozbyć. Naprawdę. U nas trzeba wymienić wszystkie drzwi, ale… jako że to nie nasz dom, więc wiecie, są problemy.

Pożyjemy, zobaczymy…

Spaceruję sobie dookoła wioski i tak se patrzę. Jeden odważny w gumowych gaciach, drugi odważny, ale nie… do wody nie włażą. A ja tak. Jakoś tak, wiecie no całkowity przypadek. Tego się trzymajmy!!! Łowienie oczywiście trwa. Jak tylko nazbyt mocno nie wieje stoją i moczą te kije, chociaż jeden wygląda…

… no sorki, ale on wygląda jakby morze mieszał. Pewno to jakaś fajowa technika zanęcania rybeniek, ale dla nie ubaw roku. Zresztą, ja dla niego pewno też ubaw, leżę na płachcie lodu i fotografuję pęcherzyki powietrza. Po leżeniu na zamarzniętych liściach czerwonych i zielonych wodnych lilii, nic już nikogo nie powinno dziwić, no ale… przecież wariaci są wśród nas, czyż nie?

Ale nic to.

Lekko zamarznięty piasek ugina się i nagle wpadasz po kolana, bo oczywiście jak zwykle piasek skrywał butwiejące glony i wodorosty. Mewy i wrony się ucieszyły, że człowiecze się gramolenie odkryło im jedzonko, no ale. Miło mi, że mogłam pomóc. Serio!!! Polecam się na przyszłość… nie. Wydobywam się na powierzchnię i oczywiście idę po tej linii która jest morzem i piaskiem jednocześnie. Zmoknę, ale co mi tam. Takie to jakieś wyzwalające. No przecież kto mi zabroni?!! I wolność dziwna w tej zimowej wodzie… więc w nią włażę. Myślę, że to porównywalne z pływaniem nago. Serio… jeśli znajdziecie się na niepublicznej plaży, albo wiecie, prywatnie oznaczonej, tudzież dla golasów i nietłocznej… spróbujcie. Coś w tym jest tak atawistycznego, że…

… odradzacie się w cząstkach, o których nie mieliście pojęcia.

Spróbujcie zimna.

Czy mogliśmy zapomnieć, że i jego bardzo potrzebujemy? Nie, nie mówię o nie wiadomo jakich temperaturach, ale jednak… zwykle zimno. Zapomnieliśmy o nim niczym o ciemności. Tej pełnej i prostej.

Odważycie się?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kupa Szczęścia… została wyłączona

Pan Tealight i Krowi Napad…

„Hmmm… tak właściwie, choć pewnikiem jej wydawało się inaczej, nigdy nie była sama. Wyłażąc gdzieś z Chatki, będąc w niej, obok niej, poza nią duchem, pierwszym ciałem, drugim ciałem, trzecim ciałem… zawsze ktoś jej towarzyszył. Zawsze ktoś za nią szedł, przed nią, obok niej. Może i ich nie widziała, czasem nawet nie czuła, bo w końcu istoty powstałe z ziemi, trawy i wód pachniały tym, czym pachnie Wyspa, więc nie dało się ich wyczuć osobno…

Nigdy nie była sama.

Zawsze ścigały ją liście, czepiały się jej gałązki, które często też zabierały się na darmowe przejażdżki na jej długim szaliku… kamyczki też zawsze za nią się turlały. A niektóre nawet na stałe zadomowiły się w jej kieszeniach. Dlatego trudno było mówić o samotności nawet jeżeli siedziała w lesie i wydawało się jej, że nikt nie widzi, że sika.

Nigdy nie była sama.

Właściwie, to nie wiedzieli, czy była tego świadoma?

Może i była i jej to całkowicie nie obchodziło? Ale co, jeśli nie była? Czy mieli jej powiedzieć? A może lepiej jednak nie? Może lepiej milczeć, jak w wielu innych sprawach, bo widzicie… widzicie, ona najczęściej i tak wiedziała, więc… może lepiej przemilczeć ono pilnowanie, śledzenie, wszelaką inwigilację i takie inne tam? No bo na przykład te psy, które zawsze chciały iść z nią, a nie właścicielami… poza tymi kilkoma, które chciały zjeść jej tyłek, bo widać wyglądał smacznie, no ale…

Ale tym razem były krowy.

Może i nieduże, włochate śliczniunio, jak pluszaczki najdroższe, loczkowane, z dużymi oczkami i uszkami i noskami błyszczącymi… i tym razem to one za nią ruszyły. Jakoś z osiem może ich było, może pięć, ale najbardziej polubiła ją ona myszowato szara o wyglądzie dziwnego koali. Naprawdę chciała z nią. Wiecie, jakby wiedziała, że jest przed Chatką kawałek trawniczka do wyjedzenia, no i trochę gałązek no i zioła oczywiście, pićku jakieś, no i osobliwość wszelaka… i jakaś taka pustka w życiu onego ekosystemu, który mogłaby wypełnić swoją milusiowatością…

No i w ten sposób, i tak skomplikowany i sporadycznie opisywany, świat Wiedźmy Wrony Pożartej PRAWIE wzbogacił się o krowinkę. Bo widzicie, niepewna tego, czy to krowinka czy byk, Wiedźma przerażona spieprzyła. Ale postanowiła kiedyś jeszcze wrócić i sprawdzić. Z Googlem. Bo zwierzak był przesłodki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A tutaj…

Niby mogło być, ale nie było to pewne…

Niby przecież zima, a jednak…

Śnieg.

Niewiele i od razu powoli topnieje, ale jednak ten wiatr i opad… gdyby tylko było zimniej, byłoby tak cudownie, taki snestorm!!! A tak… wylazłam z wyra i pobiegłam w świat. No co. Tak, wróciłam do domu mokra tak jakbym pływała, a nie brodziła w śnieżnym cudzie, ale jednak.

Śnieg!!!

No wiecie, tutaj to wydarzenie. Zdarza się sporadycznie, a jak już czasem to po prostu na maksa. Na razie od dwóch dni mamy troszeńkę śniegu. Oczywiście topnieje, bo ciepło, ale jednak to kapitalne zmienianie się pogody, wiecie raz szarość i sypią wielkie płatki, a potem błękit nieba, ostre słońce, takie wysokie, otoczone kolorami tęczowymi, mrozowymi pryzmatami… i trawa wybijająca się spod bieli…

A potem od nowa.

No cóż, świat tutaj naprawdę jest jedyny w swoim rodzaju. Tak bardzo bym chciała zrobić z Wyspy park narodowy. Taki, gdzie można uprawiać ziemię, ale wiecie bez blefujów, no i normalnie żyć, ale czysto i te krowy i owce luzem i te konie… ale oczywiście płotki o strony szosy, bo wiecie – bezpieczeństwo… Ale to marzenie ściętej głowy i to takiej dawno zgnitej. Niestety. Bo to co mówi superancki duński piar to jedno, a rzeczywistość sobie. Ścinane drzewa nadmiernie, obsuwy ziemi, Monsanto, które miało być zabronione, ale może jeszcze roczek, może jeszcze dwa… i sami ludzie zbyt leniwi by wyrwać chwasty z podjazdu, więc polewające je wszelakim szajsem…

Straszne to wszystko.

Życie.

Patrzenie, jak coś, co miało gigantyczny potencjał – upada, niszczeje. Zmienia się w odpad. Gdzie nikt nikogo nie słucha – mądrego, ale idiotów to wiecie wielbią. Taki świat jak wszędzie indziej poza jednostkami. Poza… tymi, którzy myśleli, że tutaj uciekną od złego świata a na potkali go ino w trochę niższej skali.

Ogólnie mówiąc świat jak wszędzie indziej. I u nas ból i strata najbliższych. I tutaj poszukiwania i… śmierć.

Trudno czasem w to uwierzyć, że tak pięknie miejsce może wciąż jeszcze być ludzkie. Zwyczajnie ludzkie… ale śnieg wciąż pada i jakoś tak człekowi lepiej, bezpieczniej na duszy. jakoś tak. Nie mam pojęcia dlaczego tak paranoicznie wprost kocham śnieg. Zimę w ogóle. Zimno, mróz, wszelakie szrony, szadzie i rysowania kry. Po prostu. Nie martwi mnie mokra dupa, ni brodzenie w lodowatym morzu. Za to na początku lata chwyta mnie zawsze skurcz w kostce! Jaka w tym logika? Może im zimniej tym lepiej?

Ludziska tutaj oczywiście jęczą jak wszędzie.

Jęczą, że opony, jęczą, że drogi… na dodatek one drogi tak rozkopane na północy, że cholery można dostać czekając aż się te światełka robót drogowych pozmieniają, a z na przeciwka pewno znowu nic nie jedzie. No ale, to już nie te czasy, gdy robili szybko. Ludzie pracujący się zmienili. Ci wykonujący najbardziej potrzebne, a dziwnie zwane zwykłymi prace. Śmieciarz w końcu zabrał obydwa worki… ale pewno kolejne problemy już w piątek. Więc stay tuned!!! Za to facet od montowania internetu był przemiły. Zawsze dziwacznie się czuję, bo tu im się nie robi herbaty czy coś, wsio mają swoje i ładne skarpetki, bo wiadomo, butki się zdejmuje niezależnie od pory roku i aury na zewnątrz. Taka wiecie szerokość geograficzna i tyle. Zresztą, ludzie są tutaj o wiele bardziej przypodłogowi. Może to jednak sprawa niskich sufitów?

Może?

Ech…

Śnieg przestał padać… ale może tylko na chwilę? Bo ja wciąż chcę więcej. A tak na weekend chcę i śnieg i słońce i zajebistą pogodę na zdjęcia. No weźcie no! Jesieni nie było, drogi się porozmywały, a teraz… teraz mam nie dostać też zimy?

Nie fair!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krowi Napad… została wyłączona

Pan Tealight i Grabarz Ostatni…

„Nigdy nie myśleli, że właśnie on się tutaj pojawi.

Śmierć była częstym gościem, niezależnie od tego, w której postaci występowała: żeńskiej czy męskiej, jakoś tak zawsze była zabawna, żartowna, piła herbatę z pięcioma kostkami cukru i zagryzała najtwardszymi ciasteczkami… ale on? Przecież jak to? Czyżby świat aż tak się zmienił? Aż tak, że nie potrzebował grabarza?

Ostatniego przy grobie?

Naprawdę?

Z drugiej strony przecież tutaj ludzie tak rzadko decydowali się na grób. Na cielesny pochówek. Na ów szkielet w pudełku sosnowym, tudzież czymś z wyższej półki jak dąb czy mahoń jakiś, złocenia, srebrzenia, wiecie pompa pogrzebowa… nie, tutaj pomp nie było, jak już coś, to na samochód i od razu w dziurę. Nawet żałobnicy w ciuszkach, w których przez cały dzień łazili. Jakoś nie celebrowali umierania ni rodzenia. Jakoś tak ogólnie, celebrowali wtedy, gdy im sie chciało. Ci pili ci biegali, a tam jeszcze ogólnie budowali domki na wodzie, a potem spierdalali… No wiecie, każdy świat jest inny, a Wyspa jednak była aż nad podziw specyficzna. Sama Wiedźma Wrona Pożarta życzyła sobie sproszkowania, pudełka, drzewka, a potem rozsypania szczypty tu i szczypty jej tam… Pan Tealight już jej zapowiedział, że się nie zgadza, no i nawet jeśli się sproszkuje, to on ją w golema sklei i jeszcze dodatkowo da jej ogon! I jeszcze wielki nos i będzie łysa totalnie, ale tylko na głowie.

Po takim dictum Wiedźma się obraziła, że się jej zabrania, a ona jest kobietą, no i psychiczną, no i w ogóle, i z rykiem uciekła w las.

Ale fakt faktem, Grabarz stał pod drzwiami i prosił o azyl. Dziwnie niegrabarzowo wyglądał, czysty mężczyzna w meloniku i z wąsem tak napomadowanym, że przyklejały się do niego cudze linie życia, kłaczki i papierki po cukierkach, które rozrzucała dookoła Ojeblik – mała, ucięta główka… Przyjęli go oczywiście, a on zdjął płaszczyk w krateczkę zieloną, odłożył czerwoną parasolkę i strzepnął swój melonik, pod którym miał masę kolorowych warkoczyków.

A potem…

A potem się zaczęło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jakby co to szukają grabarza w Gudhjem, ale…

Grabarz tutaj musi: służyć do mszy, obsługiwać zegar, wystroić kościół na mszę i po mszy, sprzątnąć wszystko, zamieść cmentarz i okolice kościoła, zamawiać maszyny i TAMTARARARAMMMM!!! być informatykiem, wydawać gazetkę, wysyłać faktury… ogólnie mówiąc nie będzie kopał grobu bo to robi firma, więc w Morde Dupy Jeża Gromowładnego, dlaczego wciąż szukaj GRABARZA?

Na dodatek obsługujesz ta naprawdę całą parafię, czyli dwa kościoły, w tym jeden ze zwiedzającymi, więc… i to się nazywa grabarz teraz? Nie wiem. Z czasem zdaję sobie sprawę, że świat tutaj przypomina mi ten, który znam z okresu dzieciństwa. Wiecie, nazywali to komunizmem czy jakoś tak. Ino półki odrobinę pełniejsze, ale i tak nie dostaniecie tego, co chcecie. Za to znajomy znajomego dostanie robotę, w firmach więcej dyrektorów niż pracowników, no chyba że zatrudni Polaka, to wiecie… a poza tym lepiej nic nie mówić, bo można zostać zjebanym przez media, a z tego się raczej nikt nie podniesie. Obserwowałam to na przykładzie sporego muzeum, sławnego oraz dużej restauracji… przegrali, więc nawet nie podskakuję. Milczę i patrzę. Kiwam głową i mówię, że nie mówię w tym języku, ogólnie w żadnym języku nie mówię, a to, iż mnie rozumieją to już ich problemy mózgowe.

Wariatom wciąż wybacza się więcej… ale jak długo?

Obecnie strach wielki padł na onych wszelakich sportowców. Wiecie: panowie z brzuszkami co to wciąż podobno biegają i jeżdżą na rowerach, a w pracy wpieprzają całe kage. Bo przecież nikt nie widzi, a Wielki Bożek Dyscypliności nie patrzy i sam wpycha sobie tłuszcze do paszczy. No więc oni panowie często są obolali i tak dalej, więc biorą ibuprofen. Zresztą  tym kraju nic większego nie dostaniecie, nic lepszego, jak chcecie się leczyć to do Polski, ale jak długo? Pewno krótko, ale… no mniejsza, w gazetach pojawiły się artykułów tym, i że ibuprofen zmniejsza poziom testosteronu. I kurna potomkowie Wikingów pobledli!!! Co przy dorosłych facetach wciąż w kolorze blond  wieku podeszłym nawet, co wygląda dziwnie… jest malownicze.

Co zrobią teraz?

Jak sobie z tym poradzą?

Ech…

Tak więc między młotem a kowadłem, ibupofenem a brakiem grabarza… jakoś tak czas nam przepływa. Znowu wiatry nadchodzą i deszcze, a zapowiadane słoneczne dni chyba jednak do nas nie doszły. Za to ciemność i szarość tak. I jeszcze problemy promowe. Serio, jeśli planujecie wycieczki po wrześniu, dokładnie czytajcie wszelakie wiadomości, bo cyrki takie odchodzą, że strach. Szczególnie jeśli w sobotni wieczór chcielibyście 0 jak zwykle 0 wrócić na Wyspę… po 16tej wam się nie uda.

Chyba że wpław.

Podejrzewam, iż o wszytko winić należy kaffe og kage, które są zawsze obecne na wszelakich spotkaniach. A jak mózg przeżarty, to wiecie, nie myśli, ino łapy podpisują co podsunęli. Nie rozumiem onego świata. Ale nic to. Pamiętajcie, że od teraz Niemców mamy więcej, wolno im też – pod różnymi warunkami – nabywać tutaj sommerhusy – oraz mają tańsze bilety i dłużej kursujący prom. Na który ma chrapkę, bo przecież Rugi świąteczna może być serio super, co nie? Co do reszty świata, to chyba dla Duńczyków nie istnieje poza Ameryką USAową, którą nadal kochają ponad wszystko…

I tyle.

To jak tam u was z testostereonem?

No ale… poza tym wszystkim serio wierzę, że jutro będzie słońce i jakieś fajne zdjęcia da się zrobić i w końcu jakąś kasę zacząć robić na tej całej sztuce, bo gryzienie betonu już mi się przejadło. Mam dość. Wyraziście i mocno. Chcę komercjalizmu i tyle. Wiecie, zakupów, torebek i tego tam całego popierniczeństwa. Nie wiem po co mi to, ale tego chcę i tyle. Nikt mi nie zabroni. No… chyba, że ten gość, co do stwierdził, że mamy przestać nosić bawełnę, bo to za drogo kosztuje i ciuchy mają być produkowane z plastików. Niech wsadzi fiuta w butelkę plastikową i tak chodzi, pogadamy po 24godzinach jak mu tam organ oddycha i czy jeszcze nie odpadł.

Ludziom odbija.

Serio…

A… czas polowań, więc i to we mnie wzbudza wkurwa. Oczywiście, iż rozumiem, że lepiej zjeść zająca, gdy ich tak wiele, a Wyspa taka mała, ale jednak zdjęcia z upolowaną dziczyzną? Pojebało was? A może rzeźnicy niech se porobią fotki w robocie? Jakoś chyba nawet jegerom by się nie spodobały, jak myślicie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Grabarz Ostatni… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Szron…

„Przybył.

Na chwilkę tylko, bo wiecie miał inne appointmenty. Inne rezerwacje, ogólnie rozchwytywany w tym okresie naprawdę mógł tylko na mgnienie oka. Tylko by dotknąć tego i tego. Tych kilku desek nad morzem, a których nagle wyrosły mikrolasy. Tylko kilku traw, które nagle się postarzały mimo swojej bursztynowości i zielenowości… onych kilku kałuż, ale wyłącznie płyciutkich. Nie mógł więcej, nie żeby nie chciał, bo nikt tak się nie cieszył jak ona z tego, co robił. Plasnął jej kilka plamek na trawnik, by chociaż sobie popatrzyła, ozdobił liście, a przynajmniej ich brzegi…

A potem podskoczył na Gråmyr i ostatnim tchem zamknął ruchoma powierzchnię stawu. Jakoś mu się udało nie tylko unieruchomić wodę, ale i liliowe liście, które teraz obsypane kryształkami wyglądały jakby były słodkie, lukrowane i ogólnie mówiąc smakowicie jadalne. Przynajmniej to mógł zrobić.

Właściwie, to łyso mu było, bo z chęcią zostałby tutaj na dłużej, bo go tutaj ktoś chciał, pragnął i umiał docenić. Podziwiał go, wstrzymywał oddech, by nie zniszczyć jego cudowności… robił mu zdjęcia, a on tak bardzo kochał pozować, przeglądać się poprzez swoje kreacje w źrenicach oczu tych naprawdę go oglądających. Po prostu uwielbiał. Bo przecież który artysta nie lubi, by go uznać, podziwiać, łechatać… no dobra, poza Wiedźmą Wroną Pożartą, ale to ona przecież go tak namiętnie kochała, więc wybaczał jej wszystko i nie rozumiał…

Dosadnie namiętnie.

Ale musiał uciekać, więc tylko musnął jej ucho skryte pod kapturem. Spojrzał na nią pochyloną nad kałużą z aparatem raz jeszcze. Na nią modzącą kąty i nachylenia światła, grożącą zachodzącemu słońcu, wyzywającą chmury… ech, umiała to robić, jak nikt inny na świecie, a świat przecież znał. Ale czas było na niego. Już był właściwie spóźniony, naprawdę, ale… w końcu, przecież był naturą, mógł się zabawić, więc wziął ją pod rękę i poszli na spacer. A pod każdym ich krokiem ziemia zmieniała się w kamień, a krople wody w kryształkowe diamenty…

I było pięknie. Nawet słońce musiało się poddać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W ciszy wszelakiego oczekiwania na wiatr człowiek nagle wyłażąc z domu zdaje sobie sprawę z tego, że ten wiatr tutaj jest, ale wieje tak, że w domu go nie słychać. Coś niesamowitego. Łapiesz pranie… wiecie, zwyczajne życie, więc je łapiesz żeby ci nie uciekło, bo przecież ucieknięte pranie tutaj zdarza się tak bardzo ciężko. Raz znajdujesz samotną skarpetkę, potem jakieś niewymowne, zdarzają się latające buty, bo po coś mają te sznurówki i języczki i dobrze hamujące podeszwy…

Czasem leci coś bardziej intrygującego, ale wiecie, udajesz, że tego nie widzisz, bo chociaż wszyscy i tak uważają cię za wariata, to lepiej nie umacniać ich w onym przekonaniu. Lepiej nie szaleć aż tak.

… więc jest wiatr.

Chociaż nie wali w okna i drzwi, chociaż nie męczy, nie wariuje twoimi własnymi myślami, chociaż wsio zdaje się być w miarę logicznie pokręcone, ale jednak jak na te tereny normalne, to jednak… wieje. Nie wychodzisz, bo czasem po prostu nie można, czasem trzeba posiedzieć w domu, tutaj domy bardzo potrzebują ludzi, nawet ten z koniem. A tak, jest taki dom przy wrotach do Almindingen jest ruina białego obejścia, wokół którego chodzi sobie biały koń. Nie jednorożec jak ten spod Svaneke, ale jednak biały, piękny rumak. Bo przecież u nas koni cała masa. I to nie tylko po to by sobie były i jadły trawkę, ale i by na nich jeździć, a czasem tylko brać je na spacer, ot tak, by szły obok ciebie przez las i ładnie nawiozły ściółkę.

Wiecie jak grzyby rosną na takich kupach?!!!

Wiecie pewno, bo przecież już o tym pisałam, ale… na psich nie rosną. Zwalam to na kamę, którą się w nie wciska. Dziwnie i psy i koty są tak maksymalnie ostatnio nienaturalne, jak pakowanie gówna psiego w torebkę w lesie, zamiast zakopanie onej kupy, a potem oczywiście powieszenie gówna w plastiku na gałęzi.

Taką mam ochotę niektórym po prostu podarować taką choinkę z gównami? Serio… nawet torebeczki pomaluję w kolorowe wzorki!!!

I nagle… tylko na plaży jest cicho…

To jakże często jet najdziwniejsze, że nad morzem jest cicho, gdy wieje. Wiecie, wieje z drugiej strony. Ten dziwny spokój wody i piasków, gdy po drugiej stronie szaleje sztorm, jest tak bardzo zadziwiający. Tak babski. No bo jak nie jak tak? Takie jesteśmy, z jednej strony możemy być tym, z drgiej tym, a czasami mieć w sobie wszystkie żywioły i jeśli tylko zajdziesz wysoko… wdrapiesz się na szczyt, w którym się stykają… zwieje cię, zmiażdży i ogólnie poturbuje.

Lepiej zostać na plaży. Poszukać fajnych patyczków, kamieni, po prostu pobyć sobie inaczej. Nie mierzyć się z żywiołami, bo przecież i tak przegramy. Nie oszukujmy się. Przegramy jak nic. Nic nas już nie uratuje… tam dam dam daaaammm… – spooky music in the background. LOL

No ale w końcu trzeba wrócić do domu.

Poprzez krowy podszczypujące mi tyłek. Może zachwyciło je to, że był taki mokry? Bo przecież jak być nad morzem i się nie zamoczyć. Rzeka mi nie może przeszkodzić, bo do mostu kawałek, a mi zwyczajnie nie chce się do niego iść. Poprzez fale, bo one jakoś tak garną się do człowieka. Jakoś go pragną, choć wolę myśleć, że tylko potrzebują. Nie chcą wciągnąć w otchłanie na zawsze i zawsze, bo ja przecież nie mogę tak zwyczajnie tylko w wodzie, czasem muszę do lasu, czasem na skły, w ruiny… ale tak bardzo ciągnie mnie ta zatopiona wioska. A tak, jest tam pod powierzchnią wioska, prawdopodobnie jedna z najwcześniejszych na Wyspie… ale nie powiem wam gdzie. Nic z tego. Jest moja, tylko i wyłącznie moja. Każdy naukowiec powinien mieć w końcu swoje bajorko, w którym może prowadzić badania. No worries, tylko powierzchniowe. Coraz bardziej zaczynam się zgadzać z teorią nie niszczenia, ale patrzenia, macania, a potem pozostawiania gdzie jest. Jakoś tak. I nie mówienia światu gdzie to jest, bo greedy świat od razu sprzedałby wszystko na Ebayu czy gdzieś tam…

Zmieniam się?

Mocno?

A może tylko dojrzewam do pewnych mądrości?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Szron… została wyłączona

Pan Tealight i Zimowy Motyl…

„Wleciał przez uchylone leciutko, wyłącznie w gestii przewietrzenia i dotlenienia, drzwi do Chatki Wiedźmy. Lekko przemarznięty, z dziwnymi dziurkami na skrzydełkach, takimi jakie mają liście, gdy odchodzą w niebyt, gdy robią się siateczkowate… Wleciał i nic nie mówiąc usiadł jej na monitorze. Na szczęście go zauważyła, ale co ma zrobić na wpół ślepa Wiedźma Wrona Pożarta z osobnikiem wymagającym dość osobliwego, delikatnego i ozdobnego, dokładnego haftowania? Może i była specjalistką od haftowania, ale w trochę innej dziedzinie, więc…

Ale on wleciał.

Mimo wiatrów i deszczowej pogody, mimo braku kwiatów poza kilkoma zamarzniętymi różami oraz mocno zieloną trawą i brązowymi polami… mimo wielkich ptaków zawsze krążących, gadających nad Chatką i dookoła niej. Mimo wszystkiego niewiadomego, a może jednak, może nosząc w sobie jakąś mądrość pokoleń onych motyli przed nim? Może jednak był czymś więcej?

Ale dlaczego wleciał?

Dlaczego teraz?

Niewielki był, ale piękny. Srebrzysto-szary, jakby pokryty szronem, szadzią i maciupeńkimi choineczkami z lodowej treści. Z lodowych historii, opowieści, treści wszelakich, które nigdy nie miały być spisane. I te czółki miał zakończone dziwnie szklistymi kulkami, tak podobnymi do jego oczu… dziwnie lodowobłękitnych. Wleciał i przysiadł na śnieżnej kuli, która połyskiwała tuż obok klikającej w klawisze Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Śnieżnym zaklęciu, pragnieniu i marzeniu. Przysiadł i cichutko rozglądał się dookoła. Może wiedział co tutaj znajdzie, może wszystko było dla niego tylko niespodzianką? Może? A jednak było w nim coś niepokojącego. Coś niosącego dziwną przestrogę, coś… strasznego?

Ona wiedziała, że znaki mogły by różnej wielkości.

Wiedziała, że te najmniejsze mogły nieść najbardziej przerażające treści, a jednak bardzo silnie coś ją do niego przyciągało. Coś ją w nim fascynowało. Coś, czego nie potrafiła do końca zdefiniować, a może się bała sama sobie powiedzieć o co chodzi… bo przecież wiedziała. Zawsze wiedziała. Motyl zaś dostał miseczkę z przesłodzoną, ciepłą wodą, porozglądał się, a potem odleciał pozostawiając kilka nietopniejących szronowych igiełek. Zachowała więc je.

Widać kiedyś będą potrzebne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „HEX” – … intrygująca. Naprawdę. Jakaś taka w końcu inna, chociaż problem ponadnaturalny. Chociaż ponownie to opowieść o ludzkich zachowaniach, o pradawnej biologii, o walcz lub giń…

A wszystko przez legendę i wiedźmę oraz miasteczko obłożone klątwą. Z drugiej strony, kto by im tak serio uwierzył. Ale czy nie jest egoizmem sprowadzanie do takiej mieściny własnych dzieci? Czy nie jest nim ich rodzenie, by zawsze były utaj zamknięte? I czy ten problem można rozwiązać? Ale co, jeśli odpowiedzią będzie wyłącznie nadzór i przemoc?

Dobra powieść.

Intrygująca.

Przejmująca.

Ponownie uświadamiająca nam, że człowiek się nie zmienia. Zawsze zaufa przemocy, zawsze zadba o siebie, a altruizm… cóż? Umarł śmiercią pradawną i nadmiernie nienaturalną. W tej powieści człowiek jest… bardziej zwierzęciem. Egoistycznym tworem, a może… może wyłącznie tym, który działa zgodnie z biologią?

Naprawdę ciekawe.

Zmrożona ziemia fajnie skrzypi pod butami, ale niestety jest to wrażenie wyłącznie miejscowe. W większości słonko walące przez kilka dni na powrót wszystko rozmoczyło i nowe deszcze nadchodzą, więc jak nic spłyniemy do morza. Na dodatek kolejne wycinki drzew, głupota, durnota i bezmyślność, przynoszą dziwną ziemi i skał ruchliwość, więc serio jest coraz bardziej niebezpiecznie. Tylko plaża zostaje sobą, ale na jak długo? Przecież te leżące pod polami zaraz zmienią się w malownicze, choć chłodne, uroczyska dla tych pragnących błotnistych kąpieli.

Naprawdę nie da się wyjść w dzicz.

Zwyczajowe kamienie, po których człek przeskakiwał zniknęły. Zaliczyłam załamanie przy jednym ze stojącym kamieni, którego zwiem Rycerzem o Dwóch Twarzach, bo nie wiedziałam, czy zjeżdżać na dupie do na wpół zamarzniętego Gramyra, czy jednak nie. Ale jednak… ona chociaż drobina zmarznięcia przyciąga mnie jak rąbany magnes z opakowaniem najlepszych – hmm, nie wiem czego, no ale czegoś dobrego i zieleninowego, bo ostatnio jestem nudna. Szukam ich. Onych zamarzniętych występów, maciupkich kałuż, większych, ale okrytych lodowym kożuszkiem. Szukam ich wszędzie… a raczej szukałam, bo dziś znowu deszcz i ciepło.

Jeże wyłażą, rodzą się i tak dalej, jakby znowu wszystko stanęło na głowie, a może po prostu nasz świat już nie ma porządku. Jeśli wypieprzyliśmy biologię na bruk i majstrujemy w czym się da, to czemu się dziwić? W świecie, który jest okrągły wszystko jest jednym, lekko zakurzonym, lustrem. Może to po prostu nowa normalność i należy do niej przywyknąć? Ale jak, gdy w DNA wpisane mam zaspy i wszelką zimność, która tak cudownie sprzyjała snom?

No jak?

Tak bardzo za nią tęsknię. Za tymi innymi zapachami…

… bo tak, świat niegdyś pachniał inaczej.

Nie odpakowywałeś kalafiora z dziwnej folii, a on wrednie nie zasmradzał ci śmiercią i zgnilizną rozkładającego się ciała, twojej całej kuchni. Nie… wtedy tak nie było. Nie było wciąż malusich marchewek, pomidory ze szklarni smakowały inaczej, ogórki podobnie, jak i róże, tulipany i oczywiście goździki… Widzieliście kiedyś pole goździków pod szklanym dachem. Takie niesamowite!!! Albo gerbery? Czy one w ogóle są jeszcze dostępne? A może już zapomniane?

Świat obywał się bez wszystkiego dostępnego przez cały rok. Bez poganiania twórców by pisali, malowali, tworzyli wszystko szybciej i więcej, wciąż nowe i nowe, by szybko to dostać, przełknąć, znudzić się po chwili i już pragnąć nowego. Świat bez cierpliwości, świat tak dziwnie pędzący, że wciąż jestem niewyspana, wciąż jestem skołowana, wciąż… wydaje mi się, że powinnam więcej…

No nic… jako zjadacz zieleniny cierpię. Serio cierpię, wiecie na toalecie. Kończę zbyt często na bułce z masłem, bo cała reszta powoduje u mnie na wspomniane wyżej problemy. Bolesne wyraziście. Bardzo. Nie mam pojęcia jak radzą sobie inni niemięsożercy. Stuff przywożony z Holandii, chociaż opatrzony naklejką EKOLOGICZNE, jest dziwnie zakonserwowany niczym ciała u balsamisty. Silnie. Kalafior niby mały i ciasny, wydaje się, że okej, a potem… tego smrodu nie daje się wywietrzyć przez kilka dni. W końcu wpieprzam kapustę, ale ile można. Na szczęście duńska, więc przynajmniej jakoś żywotna. Marchewki są koszmarne. Pewno, można sięgnąć po żarcie z puszki, ale oglądaliście je ostatnio? Po pierwsze go niewiele, podobnie z wekami, a zawartość cukru i dziwnwych ulepszaczy… po kiego muchomora dodają cukier do groszku w puszce?!!! Czemu trzeba polować na kukurydzę w puszce BEZ CUKRU?!!!

Nic… trze będzie iść i grzebać w korzonkach, są ostatnie, przemrożone owoce dzikiej róży. Jakoś dam radę. Ekhm, albo skończę na makaronie i to się na mnie zemści bardziej niż one biegunki. Eh, powiedziałam biegunka… no ale nazywajmy rzeczy po imieniu, nazwisku, tudzież numerze kierunkowym.

W końcu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zimowy Motyl… została wyłączona

Pan Tealight i Poczwarka…

„Pojawiła się nagle w Kuchni Białego Domostwa. Zawisła u powały przez nikogo nie zauważona, nie dostrzeżona, nie męczona… nikt nie pytał, czy pytała o pozwolenie, nikt jej nie próbował strącić kijem od Miotły Nielatającej, nikt nawet nie dociekał w książkach czym dokładnie jest… Po prostu wiedzieli, że jeżeli znalazła się tutaj i teraz, oznacza to, że jest to jej miejsce i tyle… Tylko jak przetrwa Zimę, która odrobinę się właśnie ujawniła, jakby uchyliła drzwi od swojej szafy, w której trzymała futerka wyłącznie po niegrzecznych zwierzątkach i te darowane dobrowolnie.

No weźcie, przecież Pani Zima nie będzie się prowadzała w jebanych poliestrach i elastanach… a tak w ogóle, zawsze tylko pani i pani, a więc może czas przedstawić jej męża? Cichego mężczyznę o wysportowanej sylwetce kochającego siekierkę, żywicę w pigułkach i zapach świeżego śniegu? Nie no… to może później. W końcu jej związek z Panem Tealightem wciąż był silnie… śliski.

Ale ta Poczwarka.

Widzicie, mleczno-kremowa taka, ale w dziwne, krystaliczne plamki, nieruchawa niby, bez przydatków, ale jednak czuło się, czuło, że coś w niej jest. Coś co się kiedyś pojawi, ale chyba mu się nie spieszy, chociaż tutaj było ciepło i nikt by jej nie wyrzucał, że to już, że to dopiero, że to coś, co wyszło nie wygląda jak motyl, gąsienica, statek obcych czy brytfanka z sernikiem polanym czekoladą.

Ale pewno w końcu coś z niej wyjdzie…

Tylko co?

I po co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szron…

Trochę zamarzniętych kałuż malusieńkich, w większości słonych. Trochę ślizgawiczek, ale mikrych, malusich i trochę traw pobielałych i tyle. Nic poza tym. Spokój i cisza. I ludzie. Oj tak, sobota była szara i rzeczywiście ciemna, ale niedziela zaszalała ze słońcem, brakiem wiatru i przemiłymi krowami, które nie wiadomo dlaczego zaczęły za mną leźć niczym one pieski. A wiecie, krowinki przesłodkie po prostu, z grzywkami, włochate mocne niczym grubiunie owieczki, ale takie wyczesane, Niskie, nawet mi sięgające tylko do ramienia, ale jednak krowy, a ja się krów boję… wiem, dziwny strach. Tak jak jeszcze da się wytłumaczyć ten przed kogutami, kurami, kaczkami, łabędziami i gęsiami, tak krowy? Ino wiecie, te zdawały się takie przyjazne i człek o krok był od pogłaskania ich, ale… może to efekt nadmiernego dotlenienia, w końcu trasa z Hammerhavna do zamku nie jest może trudna, ale ma fajne podejścia które mile palą płucka szczególnie jak masz problemy z zatokami… a ja oczywiście znowu mam!!!

Zawsze mam.

No ale… idziemy sobie od portu w onej pełnej słoneczności, ziemia zmarznięta, ale nie wszędzie, więc błocko included… idziemy, bo człek musi chodzić, tutaj nie usiedzi na tyłk. Po prawej Szwecja, po lewej krzaki, których lepiej się trzymać, bo zjechanie w dół na skały lub w lodowatą wodę może być pewnikiem śmiertelne, choć może i nie? W końcu może znajdzie cię jakieś wędrujące drzewo, które cię uratuje, bo wiecie… proceder wycinania drzew na brzegach Wyspy nadal trwa. Nie wiem co za idiota to podpisał i podstemplował, ale obwiesić za ziobro i genitalia… na zmianę póki ducha nie wyzionie. I niech wiecie, długo go zionie!!!

No przecież helloł!!! W podstawówce już uczyli o erozji!!!

Ale… na razie idźmy.

Po prawej teraz zielono i szyszki i zielna trawka i owieczki i ruinki i oczywiście ta dziwna plaża kamienista pod Hammrshusem, która po prostu czaruje!!! Skalista, często omijana przez wielu, lekko skryta, miejscami odkryta. Po prostu niesamowite miejsce, gdzie wielkie klify zdają się sprzeciwiać falom, a krągłe wielkie głazy na dole śmieją się z nich, że za kilka milionów lat skończycie jak my, cokolwiek będziecie robić i tak nic z tego nie będzie… my to wiemy już.

Na tej plaży mogę spędzić masę czasu. Leżąc, robiąc zdjęcia, wsłuchując się w krzyki ptaków, podpatrując krowinki z daleka – bezpiecznego – wpatrując się w jedno z najpiękniej ukształtowanych drzew na świecie no i oczywiście wsłuchując się w szmer strumienia. Głębszego teraz, szybszego. Może i nie załapał się na pełne oblodzenie, ale udało mi się dorwać kilka fajnych, grubych sopli. W tym dziwnym bursztynowo-blękitnym świetle. W tej ciszy, w onej samotności, która zdaje się być przesycona pełnią przeszłości. Jak się wsłuchać, spod ziemi dochodzą głosy malutkich ludzików, trolle przewracają się z boku na bok, wodne, zapomniane stworzenia się budzą, a ludzkie legendy z przeszłości wciąz odbijają się o skały.

Tutaj jest po prostu cudownie.

Zbyt niebezpiecznie by pływać, ale jednak cudownie, a co do pływania, wystarczy przejść kilkanaście metrów dalej i jest piaszczysta ochronka, gdzie da się zamoczyć i usmażyć kiełbaski. Jeśli się je ma oczywiście. No i jeśli krowy na was nie napadną… a przesłodkie są. Serio. Malunie kudłate, jakby na lokówki włoski miały robione… dwie brązowe, jedna czarna druga czarna z białym piaskiem szerokim w połowie i jednak najpiękniejsza, myszata taka, szarawo-brązowa. Po prostu przesłodka… może jednak czas na takiego pieska w ogródku. Trawy pod dostatkiem, nie dość, że nawiezieie ziemię, to jeszcze na dodatek trawkę zje i proszę samo się napędzający zwierzak! A u nas trawa przecież wciąż zielona.

Wciąż…

Krowinkom umknęłam, chociaż w pewnym momencie już myślałam, że będę dreptała do domu z taką, a Chowaniec za mną będzie jechał w aucie i po prostu rechotał się na całego. Serio!!! Ale dzień był przedni. Ludzi co prawda sporo na szlaku… w znaczeniu, że w ogóle byli, no ale… słońce.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poczwarka… została wyłączona

Pan Tealight i Zemsta Nieznanego…

„Był Nieznanym.

Ale to totalnie nieznanym, nigdy niespotkanym, wszelako nierozpoznawalnym może, a może tylko zapomnianym? Nie byli pewni, na razie trzymali się frazy „nieznany”, więc musieli jakoś to przetrwać. No i się mścił. Była to esencja jego życia, choć jadł też krówki i pił kawę, w której łyżeczka nie tyle stała, co topniała niezależnie od materiału, z którego ją wykonano. I lubił stokrotki, szczególnie te zamarznięte z odrobiną mięty w schłodzonej szklance obtoczonej górą w cukrze pudrze. Wiecie, pewno te wszystkie zemsty jakoś no nie osładzały mu życia… ale czy cukier pomagał? Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki od ponad roku miała problemy ze słodyczą, więc nie była pewna, a jej smutek tak bardzo przytłaczał innych, że wpieprzali wszystko, co było… nie mieli problemów tego rodzaju, że nagle czekolada im nie smakuje.

Nieznanym

Jako, iż nie mogli jego sobie umiejscowić, podobnie zresztą też nie mogli do końca zrozumieć na kim się mścił, w jaki sposób i dlaczego. Jedni mieli nadzieję, że ten chudy osobnik w wąskich ciuszkach, super slim i czapeczce ze szpicem nie pragnie ich zła, a drudzy byli po prostu ciekawi. Wiecie, w końcu na Wyspie działo się wiele, ale jednak wiele nie oznacza zawsze coś nowego, więc byli ciekawi… nawet jeśli miałoby chodzić o nich, po prostu byli ciekawi.

Czy wścibscy?

Nie, nie zaglądali mu w kieszenie… nie miał ich zresztą, wiecie moda slim nie zakładała wypychania, no i Ojeblik – mała, ucięta główka już sprawdziła ich nieobecność, w końcu kto by podejrzewał o wścibstwo kogoś, kto nie ma rąk, co nie? Nie łazili za nim wszędzie, przynajmniej ni jawnie, ani też… no dobrze, może trochę go szpiegowali, ale przecież to dla dobra Wyspy i historii opowiadanych wieczorem przy kominku… Zresztą, zdawało się, że Nieznany wcale nie zwracał na nich uwagi. Nie. On polował na kogoś innego. Dziwnego osobnika, Istotę Zgnilistości i Zgorzknienia

Ciekawe, czym ten mu podpadł? Śmieci nie zabrał choć powinien był? No wiecie, bo jest śmieciarzem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Już jesteś martwa” – … czekam. Naprawdę czekam na jej książki, ale tym razem mim napięcia, mimo ciągłej gonitwy… jakoś mnie nie zaskoczyła. Po prostu wiedziałam, że jest jak jest. Od początku. No głupio, ale wiedziałam.

Ale jeśli wy nie wiecie, nie skapniecie się, to może odczujecie ono gigantyczne zaskoczenie? Może zrozumiecie i śledztwo i ludzką miłość przemieniającą się w okrucieństwo i ludzkie zboczenia, zwyczajne, najczystsze zło i dobro.

I jeszcze przeszłość, która wybacza.

Książka jest bardzo dobra. Wciąga, intryguje, miesza i mota. Niczego nie można być pewnym i nikomu nie można ufać, naprawdę. Zaufanie grozi śmiercią. Na zawsze. Ale wszystko zaczyna się tak bardzoe sympatycznie. Tak rodzinnie, tak pięknie. Północ Anglii, podróż balonem, piękne widoki, szczyty drzew… posiadłości tak rzadkie, że jakby ich nie było…

Książka jest pokręcona, ale jeśli narracja zadziała na was jak powinna, to będziecie mogli czuć się mega zszokowani. Naprawdę!!!

Ale lało!!!

Właściwie nie przestaje. Właściwie, to czasem ucicha, by wrócić z większymi kroplami, jakby kurde gdzieś była wielka wyprzedaż czy coś. I wiecie co, ma się wrażenie, że Wyspa się zapada. Jakby nawet skały się topiły. Ziemia już nie spływa rzekami, jakby już się skończyła. Trawy i pola stały się gąbczystymi tworami. Trawy zdają się już nawet ni trzymać formy dywanowej, ale zwyczajnie wciągają, podobnie zresztą same pola. Pełne może i zielonych wyrostków, ale w większości błocka tak dziwnie płynnego, że zdaje się być bardziej odpowiednim kostium kąpielowy, niż zwykłe portki, buty i cały ten kram. Można by pomyśleć, ze jednak jakoś wszystko spłynie, ale jednak… nie. To już się skończyło. Tego już nie ma.

Nawet ten wiatr niczego nie suszy. To dziwne, ale wydaje się, że i zwyczajowo ubite trakty zmieniają się w miękkości, jakby nadmiar wilgoci zmiękczał wszystko poza ludzkimi sercami. Bo myśli to wiecie, od zawsze mieli rozmoknięte. Rozmemłane pomiędzy serialowymi dramatami, a kolejną podwyżką i wiadomościami w TV. Wierzące we wszystko poza tym, co prawdziwe i bardzo ważne. Najważniejsze. Zdaje się, że Wyspa się zmniejsza, pochyla, zanika. Jakby nadmiar deszczu ją przytłaczała tak bardzo, że stawała się zbyt ciężka by latać i pływać. By przemieszczać się pomiędzy sobie tylko znanymi światami…

No wiecie… w końcu tutaj żyje się bajkami. Choć może to właśnie jest prawda? Jedyna właściwa prawda? Jedyna i najprawdziwsza.

Wiadomo jedno, pułapki i trutki na szczury rozłożone, seryjnie Camusa sobie muszę przypomnieć jak nic. Do tego w końcu mamy mieć internet, który będzie wiecie… normalny, taki jak w reszcie świata. Ale nie ma boja, jeśli chodzi o zasięg telefonii komórkowej, to wciąż jest kapryśny i miejscami całkowicie siebie sam nie dziwi, więc nadal jesteśmy za Murzy… znaczy no w kociej dupie. Bo chyba kozia dupa nie jest jeszcze uznawana za poprawność polityczną, której nie wolno używać, co? A może już jest? W końcu co ja tam wiem…

Ze współczesności bardziej niż niewiele.

Nic, a może i mało.

Nowy prom.

Tym razem fiński i nazwą go Hammershus. Tak, ten rok przynosi zmiany od samego początku. Strach się bać i tyle. Jakiś taki mały się zdaje i płytki. Nie wiem, ale po Villumie i Leonorze… cóż, coraz bardziej te podróże morskie zdają się być przerażającymi. Trzeba zmartwychwstać dedala, albo wiecie, uświęcić sie, chociaż to kawałek tak w sandałkach po falach do Szwecji popindlać. I jeszcze wracać z torbami z IKEAi.

Ech…

… więc co, serio ten kanał? Znaczy tunel no? Zwolenników ma mniej niż przeiwników, naruszenie dna nasyconego nie tylko wciąż się zrywającym kabelkiem prądowym, ale przede wszystkim odpadami radioatkywnymi z II wojny światowej i trzęsieniami dna, niestabilnością wszelaką i legendami o ludziach żyjących w tych falach… Nie, jakoś tunek to chyba nie wyjście, a dla mnie samolot to nawet nie opcja. Oj nie. Nic z tego. Zresztą wciąż… jak z powrotem z tymi torbami?

No jak, weźcie to przemyślcie!!!

To jak to będzie?

Na razie ciepło, mokro, ale zapowiadają słonko na dni nawet kilka. I może jeszcze jakiś mrozik. Czy w to wierzę? He he he, jak w swojego śmieciarza, który znowu śmieci nie zabrał. Mówię wam, że pewno są nie halal. No i dlaczego miałbyby być?

Kurde!!!

W gesti odpadków tym razem domagają się od nas zwiększenia wszelakiej segregacji. Pewno, nikt tego nie robi, więc będziemy robić za Męczenników Narodów Nieekologicznych. Każda obiereczka, każdy ogryzeczek ma zostać odłożony i skompostowany. To już widać im nie wstarczy nazej trawy, którą sai musimy ciąć – ustawowo na kilka centymetrów od ziemi – często, a potem wywozić na wysypisko… ciekawe jak sobie radzą ci, co nie mają jak odwieźć to wszystko pod Ronne? Zjadają oną trawę? Jeden z moich profesorów z numerem wytatuowanym na przedramieniu mówił, że da się spokojnie. Nawet nie w zupie. Ale… już oną trawę zabierają i robią kompost. Zdaje się fajna rzecz i tak dalej, ale jak głębej pomyśleć, to znowu człek pracuje, a ktoś inny na tym zarabia. Podobnie na papierach!!! Teraz chcą obierek. A co, jeśli akurat u mnie nawet głąb zostaje zeżarty, a pyry sporadycznie goszczą w menu?

No i co z ptaszkami? One tak kochają ludzką kuchnię!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zemsta Nieznanego… została wyłączona

Pan Tealight i Buziaczek…

Buziaczek zawsze była oną najcichszą z Wiedźm z Pieca. Tą spokojną, o to jak klątwi, to cię od razu szlag trafia, ale nie boli. Co nie podkłada nogi, ale od razu arszenik w pigułce aplikuje podskórnie. Wiecie… tą, co wierzyła w Ufoki, a oni w nią. Chyba się lubili. No i tą, która zamiast zwyczajowego czarnego, czy innego ciemnego ubranka nosiła kombinezonik ze srebrnej folii i czapeczkę z tego samego materiału. Po prostu zwyczajna i tyle. No nic złego właściwie, a może raczej coś, co nazwać by należało brakiem dostatecznych wiadomości? Kto to tam wiem. Buziaczek była cicha i wszelakiej spokojności, nie podżerała nikomu smakołyków najbardziej kochała pierogi z każdym nadzieniem i barszczyk czerwony, ale taki gęstawy…

Właściwie poza tym srebrnym wdziankiem niczym się nie wyróżniała, nie wychylała się, ogólnie mówiąc był dość cicha, spokojna, wszelako czasem niewidoczna, aczkolwiek w razie potrzeby wszyscy ją znali… jakoś tak przyciągała wszystkich potrzebujących pomocy, wszystkich, którzy nie wiedzieli jak sobie poradzić i po prostu, wiecie, nie do końca rozumieli jak to działało…

Czy ona wiedziała kim była, co robiła i co mogła? Pan Tealight nie był pewien, ale po prostu… pewne rzeczy się działy, gdy ona była blisko, gdy na kogoś zwracała uwagę, albo gdy mówiła TAK. A mówiła, cóż, jej głos to całkiem odmienny rozdział. Był gruby, donośny, męski, ale nie męski pojedynczo, raczej jak cały męski chór śpiewający Bogurodzicę w największym kiblu świata. Jak wojownicy wybywający w bitwę, jakby była jedną z nich trzech, tych, które zawsze oglądały pola bitew. Które były przy konających, która zawsze zamykała im oczy, szeptała dziwne słowa…

Tak… Buziaczek była tajemnicą.

Ale co tutaj nie było?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No to pada.

I wieje…

Bez urazy, ale to dobrze żyć w świecie, w którym wciąż można zauważać pogodę, a nie tylko ten cały szit dziejący się w świecie. Gdzie drzewa wciąż stoją, chociaż wycięli ich tyle, że płakać się chce, gdzie drogi są, choć dziurawe i ogólnie mówiąc robotnicy już nie są ładni i kulturalni, ale wyglądają jak zakapiory. Gdzie śmieci nie zabierają, bo po co, przeca recycling se pewno z tamponów mogę zrobić. Ekhm… że narzekam, ależ gdzież tam, tak się kurna hygguję, nie? A człek hygguje się tym, co ma dookoła, więc nie tylko świeczki i picie, ale i te drogi i śmieci i Millenialsi przejmujący kasy w sklepach. Totalnie niekumaci, nie potrafiący dodać dwóch do dwóch, a każdą prośbę o znaczek priorytetowy kwitujący dziwacznych rechotem i pytaniem: ale co? Znaczek na list Millenialsie!!! List. Wiesz, stary bajer z kartkami, małymi prezentami i wielką ilością pisanych literek.

Tutaj człowiek strasznie przeżywa każde załamanie ciszy. Naprawdę. Samochód, krzyk, głośna rozmowa. Cisza jest zbyt cenna, by ją niszczyć. Ci co ją niszczą zdają się być największymi zbrodniarzami. Głośne samochody, głośna muzyka, petardy… na szczęście pewne sprawy reguluje prawo, ale… Policja już dawno stwierdziła, że zbyt wiele mają problemów z problemami z imigrantami oraz granicami, więc nie będą się zajmować pierdołami. Jakaś kradzież, jakieś małe rozbójki, pijaństwo czy coś w te deseń. Nie, to nie dla nich, ale wiecie co, ostatnio znowu stoją z suszarkami przy drogach susząc asfalt. Mokry w końcu… pewno kasy potrzebują. Bo przecież na mandatach zbiera się jej najwięcej, a tutaj na bani to większość jeździ.

No nic, popatrzę sobie w ciemność, pouczę się, popiszę, poczytam… wiecie, porobię te wszystkie dziwne rzeczy, które mało kogo obchodzą w dzisiejszych czasach, Żadnych hakerskich ataków, żadnych porno kaset… ekhm plików chyba, no ale, wiecie jak to jest. Może dzięki gołej dupie wywinduję rodzinkę na szczyt? Może to w dzisiejszych czasach jedyna droga. Bo przecież i tutaj, jak nie zabłyśniesz, to nie zaskoczysz.

Ech…

Wieje i pada, pada i wieje. Może dziś nikt się nie będzie ruszał, trąbił i głośno jeździł? Może jedynym dźwiękiem będę ja, dość cicha i ten deszcz i wiatr?

Może?

Może nie mycie stóp, ale się liczy, co nie? Nakarmić biednych i starych, a potem opisać się w mediach. Bo przecież polityka tak działa. A Winni ostatnio straciła właściwie więcej, niż zyskała. Musi się podlizać. Z kolejnych politycznych spraw, to jeden za późno zdjął swoją dyktę ze słupa – wytłumaczył, że nie on roznosił i nie wiedział, że tam wisi i jak sie dowiedział, to oczywiście zdjął, wytłumaczył też, że ekologiczna, że oczywiście z pokorą przyjmie naganę i karę pieniężną… ale tak naprawdę?

Hmmm… czy to ważne?

No i kto doniósł?

No wiecie, u nas to taka polityka. Pokrętna, dziwaczna, mocno męcząca i swojsko samolubna. Nie oszukujmy się, ale taka, jak w innych miejscach. Cudów nie ma w tym wymiarze, a i w innych jakoś tak raczej kuleje…

Tak bardzo często człowiek już nie może się w tym odnaleźć. Tak bardzo mocno chciałabym po prostu uciec od tego, zamknąć się w lesie jakimś – no bo te spacery mi potrzebne!!! – za murem, mieć kawałek ziemi i dostawy ze spożywczego, bo smród kur mnie dobija. Ekhm… nie wiem czy wiecie jak wonieją kurczaki podgrzewane lampą, mokre kury i ich obieranie, trzebienie… nie, to nie dla mnie. A na jagódkach tutaj za daleko nie dojadę. Po pierwsze mało ich i kwaśne, a po drugie, to wiecie, Turyścizna wszystkie wyżera. Czereśnie też łupią. Człek nie nadąża. Ale za to po raz pierwszy widziałam w tym roku żeby zwykli miejscowi zbierali jabłka dzikie. Niby na poły papierówki, znajome coś, ale jednak… żeby zbierali?

Hmmm? Może z Polski byli?

… świeczka zaczyna kopcić, trzeba wstać i knota jej przyciąć, ale i tak zaraz czas na spanie. Noc nadeszła, trzeba w końcu po prostu oddać się snom, bo to nawet jeśli straszą, to przynajmniej można się z nich wybudzić. Choć może z niektórych nie? A z innych znowu nie warto? A może życie we śnie nie byłoby takie złe, bo ja czasem potrafię stworzyć takie fajne historie. Takie niesamowite… zbyt często aż coś boli, gdy się kończą, mdleją, blakną, opuszczają mnie. Zapominają się, jakoś tak same. Szkoda. Al tak bardzo czasem chcę w nich zostać. Nie żeby były perfekcyjne. Nie. Ale są jakieś… bardziej logiczne, choć smoki chłepczą krew z butelek z kryształowymi smoczkami a Starsza Pani rodzi właśnie pierwsze dziecko z pięcioma głowami i zbyt małą liczbą członków.

Świat w końcu jest dziwny.

Zbyt dziwny.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Buziaczek… została wyłączona