Pan Tealight i Rozbój w ciemny dzień…

„Właściwie, to kto mógł to przewidzieć? No wiecie, dzień był ciemny, mroczny, dziwnie wilgotny, choć nie był nocą. A jednak one przyszły. Rabowniki i złodziejniki, a może ino głodne, lekko zmurszałe duszyczki?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Prawodziejka” – … jak w reklamie. Wiecie, „z pewną nieśmiałością po nią sięgnęłam”. Naprawdę. Ostatnio fantasy ma to do siebie, że jest taka sama. I wiecie co… ta powieść jakoś nie miota innowacyjnością. Nie jest jakoś wybuchowo dowcipna, czy pokrętnie wciągająca, ale wystarczy.

Oto opowieść o świecie, w którym oczywiście jest magia. No jak inaczej? Jedni się z nią rodzą, inni tylko z niej korzystają. Ogólnie chodzi o żywioły i więzi. O legendy i zapomniane prastudnie. O przepowiednię, która OCZYWIŚCIE się spełnia i je dwie. Przyjaciółki – a może rodzinę, która nie potrzebuje więzów krwi. Jedna spokojniejsza, druga trochę bardziej stateczna. Nie mogą żyć bez siebie, ale i tak skrywają tajemnice. I uciekają…

Powieść mimo wszystko wciąga. Akcja jest szybka, choć trochę tak jakoś spisana po łebkach. Narracja trochę jęczy, ale poprawne słownictwo, lekka konstrukcja… wzbija się ponad oną przewidywalność, która czasem męczy. Z jednej strony nie jest źle, bawię się, z drugiej to już było. Było tyle razy. A przecież tylu jest pisarzy, którzy potrafią być inni… Dlaczego ich się nie wydaje? Może ludzie wolą szablonowość. No i oczywiście jest miłość, ale wiecie, najpierw w łeb, a potem cium cium cium. I tyle. Można, niekoniecznie trzeba. Styl okładki przypomina mi powieści z przełomu wieków. Trochę to dziwne, ale dla mnie nostalgiczne.

Wiecie… było przecenione, więc warto było.

Ciemność.

W końcu jest ciemność.

Cudowna szarość deszczowych dni uderzyła dziwnie nagle. Jakoś tak z dnia na dzień i noc stała się nocą i dzień jakoś nie zaczyna się ostrym promieniem. Naprawdę mnie to rajcuje. Naprawdę mnie to w końcu uspokaja. Jakoś jest tak normalnie, a nie ciągle kurna jasno. Serio. Wiem, że to co my mamy to nie są białe noce i czarne dnie, ale jednak. Ta normalność ciemności, w której można się zanurzyć, jest wyzwalająca. I ta jesień, którą czuć i nie czuć.

Jakby czegoś brakowało w powietrzu, jakby nagle ktoś po przełączał guziczki.

Jakby nie było tak.

Ale to może się zmieni? Może w końcu wsio się zakoloruje, przecież klony już zaczęły. One purpury, niczym krwawe ślady na kamieniach, żółcienie, trochę łachoczące jak drzewna żywica. I wiecie, te wszelakie jasności. Bo przecież serio, wciąż człowiek wychodzi. To, że słońce się chowa, nie znaczą, że wszystko to, ona szarość z dziwnymi kształtami, nie jest zachwycająca. I te omszowości, które z nienacka wyskakują na człowieka. I jeszcze te owocki. I jagódki. Coby tu dzisiaj zjeść by polatać?

A może jednak grzybka?

Jakiegoś grzybka?

Tutaj może i ludzie grzybów nie zbierają, nawet jakoś pieczarki, często sprowadzane z Polski – co dziwne, jabłka rzadko – nie mają zbyt wielu chętnych. Ale te grzyby, to trochę dziwne. Ciekawe, czy to taka narodowościowa specjalność, czy zbyt często Wikingów truli nalewkami na muchomorkach? Bo ostatnio piękne kanie znalazłam, ale jak próbowałam się do nich zabrać, skromny ruch na ulicy się zatrzymał i ludzie zaczęli mnie uczyć…

Hmmm… jak mówił mądrzejszy ode mnie: „Dziwny jest ten świat”.

Taka kania zrobiona wiecie w bułce tartej, na masełku, wcześniej posolona, mniam mniam mniam. Ale chyba wybiorę się po nie nocą. Ekhm. Może i ciemno, ale pamiętam, gdzie są. No, chyba że mnie jakieś Turyścizny ubiegną. Wiecie, takie zbierające grzyby z większą śmiałością. I gdy jedna drugą zasłania, tak na sikającego.

He he he!!!

No ale… jesień.

Spokojność jakaś taka.

Ni wiatru ni fal.

Cisza może jednak przed jakąś koszmarną burzą? Biorąc pod uwagę to, co dzieje się na świecie, te Irmy, Marie, Harveye… trzęsienia ziemi i wulkany… ino czekać jak i do nas przyjdą dziwne wiatry. Jak nic trza wrócić do antydepresantów, bo same spacery i gimnastyka na to nie pomogą. Na te myśli się kłębiące, które chcesz z siebie wypisać, wymalować, wykrzyczeć… na ten cały dziwny uczuć, który kładzie ci się na ramionach i sadza słonia na zatokach.

Ała.

Ale wiecie co, najwspanialsze są one mleczne mgły, które też pojawiły się zbyt wcześnie zdaniem naukowców, ale starsi ludzie ino kiwają głowami. Na wzgórzu cudowne mleko, w którym widzisz nic i czujesz się niczym panna młoda w zbyt gęstym welonie, prowadzona przez całkiem ślepego drużbę. Nibyś piękna i zwiewna, dziewica właściwie i ogólnie mówiąc szał ciał i uprzęży, ale jednak kurcze coś mało widzisz. Pień potężnego drzewa dopiero wtedy, gdy w niego wyrżniesz.

W niższych rejonach nie jest tak źle. Miło i sympatycznie tak wilgotno, podobno na cerę dobrze, więc człowiek wyłazi na zewnątrz i się inhaluje. Może i chłodno, może i gigantynczne dynie w Kvickly ino po 35 DKK – bierzcie póki są, bo nie dość, że duńskie, to na dodatek no zajebiste wam powiem. Prześliczne. Pomarańczowe, niektóre wydłużone, inne znowu proporcjonalne, jedne idealnie, aż podejrzanie koliste, inne znowu z jakąś boczną niespodzianką. I te ich końcóweczki zielone. Ech… jesień.

Orzechów mi jednak brakuje. Wiecie, takich świeżych. Takich z Polski. Takich, które ktoś zebrał w lesie, laskowych, jeszcze z pozostałościami zielonej łupinki, albo te brudzące włoskie… pamiętacie jak człek się umiał nimi wypaprać. Jakby się wam przydarzyło, to najlepiej wywabić to końcówką placka drożdżowego z rabarbarem. Znaczy no placek zjedzcie, a końcówkę niezużytego owocowarzywka użyjcie do obsmarowania sobie paluchów. Naprawdę działa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rozbój w ciemny dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Po co mi banery…

„Niby Pan Tealight dałby se głowę odciąć i zastąpić ją prawą nogą, że powiedział barany, no ale… przecież z kobietami nie można się kłócić. Od tego zaczynają się wojny, albo co gorzej: cisze na morzu. Dlatego tylko kiwał głową.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Najmroczniejszy sekret” – … dobra. Ona się z każdą książką, z każdą stronę robi coraz lepsza. Niesamowita!!! I oczywiście mówię o autorce. Doskonale się rozwija, wciąż próbuje czegoś nowego, szokuje, porusza…

Tym razem mamy główną bohaterkę, a dokładnie je dwie. Jedna nie żyje, druga jest jeszcze na tyle młoda by nie do końca zdawać sobie sprawę z tego, czym jest życie. Gdy umiera jej ojciec, osobnik, który zranił jej siostrę i matkę, który żenił się więcej razy niż zwyczajowy człek ma w zwyczaju, bogacz… jej imprezowe życie się zmienia. Ponownie spotyka rodzeństwo, którego nie widziała od dawna. Tylko po co? By uczcić znienawidzonego, czy kochanego jednak człowieka?

A może by wyjaśnić sprawę morderstwa.

Opowieść toczy się wielowątkowo pozwalając czytelnikowi samemu wysnuć wnioski, przemyśleć sprawę kary i winy, miłości, rodzinności oraz wszelakiego bogactwa. Piękna powieść, ale i szokująca. Pełna nienawiści, groźnych matactw, kłamstw, aż do końca. Ale też pełna rodzącego się uczucia, dość zaskakującego, a przecież i jakże naturalnego… rodzinnego. Uczymy się, że kasa ułatwia wszystko, a biednemu zawsze wiatr w oczy. Tutaj nie ma karmy. Nikt nie pogłaszcze nas po główce, nikt nie przytuli, ale też i nikt nie skopie tych złych… bo ta autorka nie jest tu by nas dopieszczać. U niej człowiek do końca jest tylko i wyłącznie człowiekiem.

Genialna!!!

To się nazywa propaganda wam powiem. LOL Co jak co, ale oczywiście z artykułu ino wynika, że dziadzio emigrował, że jego przodkowie coś tam, ale do czasów wikingowych nikt się nie dokopuje w papierach, runach czy czym tam, więc wiecie…

… bez jaj!

Że też ludzie jeszcze nie objęli umysłem tego, że wszyscy mamy dwóch przodków w sobie. Owego mitycznego, czy dla niektórych biblijnego Adama i Ewę. Każdy z nas ma w sobie oną cząstkę bzykającej się pary. Bleee… Ale cóż, nauka to nauka i trza jakoś z nią żyć. Tutaj tragedia. Z powodu po pierwsze rozłamu rakietowego, po drugie morderstwa, które popełnił jeden odłam, a drugi nie zebrał kasy… rakietowe wielkie europejskie niewiadomoco w Nexø nie wypali. Znaczy ogólnie w tym roku nic im nie wystrzeli. Hihihi. Nie żebym się nabijała, ale się chyba nabijam. Bo co roku nie wiadomo jakie halo, żeśmy kurna takie tak Canaveral. To, że rakietka mikrusia, to przeca nie ma znaczenia kompletnie. To, że zawsze fiasko też nie, bo przecież nauka na fiaskach stoi – co akurat jest prawdą, ale lubi to ukrywać a nie chwalić się wszystkim!!! No bynajmniej kosmosów nie będzie. Alieny mogą się czuć spokojne. Jak z malowaniem okien, których też nie będzie… podobno lato było zbyt wilgotne tego roku. Nie zauważyłam, ale co ja się znam na wilgotności. To, że jako baba kumuluję wodę może znaczyć, że nic a nic!

Byle by nam ten internet podłączyli. No wiecie, trzeci świat jak nic z tym internetem. Ale przecież jak mawiają Duńczycy: Bornholm, to nie Dania.

PS. Nasze wojska znowu pływają sobie. Pojawili się w porcie w Gudhjem i tak się zastanawiam, co robili, bo podejrzewam, że na lody podskoczyli bączkiem. Serio. Nie widziałam chłopaków z rożkami, ale jakoś szybko umykali spod lodziarni. A co tam niby innego mieli robić?

Ha?

A poza tym trochę pada, trochę świeci, ciepło wciąż. Mówię wam baja pogoda!!!

Nic ino iść na spacer, cieszyć się tym światłem, łapać pierwsze kolorowe liście, maciupkie, dzikie jabłuszka… i grzać się na skałach, które niczym baterie magazynują one słoneczne promienie, a potem przez dłuższy czas oddają ciepełko. No i co z tego, że promieniują. Człek przeca nie może mieć wszystkiego. Jakoś zwiększonego zachorowania na raka tutaj badania chyba nie wykazałay? Wprost przeciwnie babeczki dłużej młode, swarne takie dziouchy, ludziska dłużej żyją, spacerują, jakoś tak wiecie, wyprostowani, żywi, namacalne dowody… i skakają do zimnej wody. Ekhm. Nie chciałam zrymować. Dobra, zimnego morza.

Może to morze, może nie… ale działa coś, oj działa.

Hihihi!!!

Poza tym weekend się zbliża, znowu w końcu nadejdzie cisza jakaś przed ziemniaczanymi feriami i przedwczesną celebracją wiedźm, kotów i szkieletów. Ech, no wiecie, my mamy tutaj pewne rzeczy wcześniej. Wsio podporządkowane wolnemu dzieciaków. A o dorosłych to kurde nikt już nie dba, no ja nie wiem.

Niesprawiedliwość i tyle!!!

Ale czas mknie tak szybko, że ino chwile miną i już będzie zima. Ni człek się nie obejrzy znowu lato i tak w kółko Maciejowego kółka różańcowego. Wiecie, niby normalność i natura, ale jednak, jakoś tak bym chciała trochę wolniej. Bo nie da się wszystkiego zmacać, popodziwiać, zbadać, namalować, sfotografować… jakoś tak brak mi czasu ostatnio bardzo mocno. Bardzo…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Po co mi banery… została wyłączona

Pan Tealight i Kataryniarz…

„Z małpką.

No dobra, może i była wypchana, mocno woniała przyprawionym, aczkolwiek nadobnie zepsutym mięskiem i do końca nikt nie wiedział, czy ona bardziej zombie, czy jednak martwa natura z nutkami, ale… był.

On.

Kataryniarz.

Wiedżma Wrona Pożarta Przez Książki – obecnie na głodzie – zobaczyła go, a raczej poczuła i usłyszała po raz pierwszy, gdy mało rześkim, silnie depresyjnym i dobijającym ostatnie rumianki krokiem, udawała się do Białego Domostwa. No rzeczywiście od dawna go nie było. A ostatnio jak był, to się widać nie złożyło, zresztą… ona miała dziwny stosunek do takowej muzyki, a on dość pokraczny i przemytniczo pokrętny, co do wiecie, no wiedźm.

Ojbelik – mała, ucięta główka kochała małpkę, ale wiecie, zawsze tam miała wybiórczy węch, muzykę też lubiła, więc tulała się pod nogami Kataryniarza, pod katarynką barwną, wykładaną szkiełkami z morza, muszelkami, drobinkami rybich łusek; z frędzelkami łachoczącymi wiatr… z muzyką, którą z jednej strony nie wszyscy słyszeli, ale w jakiś magiczny sposób sprawiała, że wszyscy czuli się mocno niepewnie. Z jednej strony przecież nie wygonią starszego pana w kapeluszu i z fajką, bardziej wyglądającym niczym pozbawiony trójzębu Neptun niż zwykły muzyk, a z drugiej…

… straszna to była muzyka.

I ten zapach.

A jednak jakoś go słuchali.

Może i z grzeczności, może dlatego, iż tak właśnie wypadało, bo starszy był i jakiś taki umęczony z oną siwą brodą i dziwnymi, ruchliwymi wąsami? Z kaloszkami z małe, zielone żabki i szatką przypominającą przykrótką, koronkową, ślubną kieckę z lat siedemdziesiątych. A może to była ta jego magia?

Bynajmniej Wiedźma Wrona jak tylko stanęła za blisko niego, zaczęła dziwnie podrygiwać, dymić, a potem, zbyt szybko i nader boleśnie, urażając sobie to i owo, została odciągnięta na bezpieczną odległość przez swoje Jednorożce. Te jakoś też widać nie mogły znieść Kataryniarza, a jako zwierzaki, zwyczajnie wolno im było wziąć dupę w troki, znaczy zady i ogony i spieprzyć tam, gdzie cisza była wyłącznie naturalna, szemrząca strumieniem i wszelaką liściowością. I trawka smaczna była…

… i grzybki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Strażnicy światła” – … ale. Ale tak w ogóle, to kurde o czym jest ta książka? Bo jeśli o ornitologii, biologii szczególnego środowiska, to rozumiem, ale opowieść o kobiecie?

EEEE? Serio?

Naprawdę?

Jeżeli pragniecie opowieści o naturze w tak specyficznym, unikatowym, odciętym od reszty świata miejscu, to jest to książka dla was. Dla biologów morza, ornitologów, wszelkiej maści zoologów. Dla naukowców badaczy, tych, którzy wiedzą jak to jest samotnie spędzać czas obserwując tylko naturę i czuć się z tym dobrze. Mieć pasję. Rozumieć pasję. Bo o tym właśnie jest ta powieść. Jeśli chodzi o tych ludzi całą oną kryminalną-thrillerowatość to jest ona ino li dodatkiem. Dodatkiem tak pokręconym, że trudno go ogarnąć. Główna bohaterka – pierun wie dlaczego tu jest i czego chce, a to, co się wydarza… po prostu wiecie jak to się rozwinie. No i kolejne zbrodnie?!!! Helloł! Autor?! Chyba zabrakło jakichś rozdziałów, czy coś?

No naprawdę!!!

Domyślicie się kto co i dlaczego od razu. Ale opisy przyrody mogą was ująć. Dla nich można przeczytać tę powieść. Dla tej bohaterki… nie warto. Jest niepełna, dziwaczna, wkurzająca. niby kocha fotografię, a nie zachowuje się jak fotograf, jak ktoś pragnący uwiecznić wszystko lub choć bardzo wiele. I po kiego pchała się akurat tutaj. Niby to wyjaśnia, ale to nie ma sensu.

A braku sensu i spoistości nie trawię.

Jako opowieść o naturze – tak, ślicznie spisana, ale ludzie są w niej całkiem niepotrzebni. Jakoś lepiej traktować ich jako zbędne tło.

Na plażach pustki.

Fale znowu zmieniły linię brzegową i podmywają człowieka leżącego na brzuchu, co to chce cyknąć sobie ładne wodorosty. Bo kolory one mają czarowne. Wiecie, takie mega jesienne. Wszelakie żółcienie, rdzawości, brązy, czerwienie. Jaśniejsze, ciemniejsze, z bąbelkami albo i bez. Po prostu bajeczne, gdy utopi się to wszystko w błękicie wody, bo jak macie szczęście, a mogliście je mieć przez kilka ostatnich dni, to jest słonko. Może i czasem jakaś chmurka je przykryje, ale na plaży gorąc patelniowy i seryjnie można się popluskać… ale odradzam, bo wczoraj akurat fale zbyt wielkie były od naszej strony. Oczywiście maluchowi, który pod opieką okutanych rodziców bawił się przy ujściu rzeczki nic się nie stało. Nie dość, że miał opiekę, to był na tej totalnej płyciźnie i ubawu miał co niemiara!!!

Ja też.

Na pewno rodzice puknęli się kilka razy w głowę, ale co mi zrobią? No co? Złapią i nakażą zachowywać się po dorosłemu? A może i po ludzkiemu? A co to w ogóle znaczy w dzisiejszych czasach? Mieć żonę płci męskiej w wieku nastoletnim? No wiecie… miałam nadzieję, że sąsiad serio się zakochał i wiecie, będzie Bollywood love story, ale raczej nie. Wyglądają jak dziadek i jego nastoletni wnuczek… a na dodatek przedstawia go jako lokatora? Znaczy co? Znowu jestem wyłącznie naiwna?

Pewno tak.

Durna i tyle…

Nie wiem, naprawdę lepiej patrzeć na tych umarłych dawno temu, ale jak i im współcześni próbują dopisywać jakieś dziwaczne relacje, zamiast najprościej w świecie pomyśleć, że baby tez mogą więcej, że siły mają i perswazję w sobie… Dlaczego nikt już nie czyta książek historycznych? Na przykład o tych wielkich kobietach, o tych wrednych babsztylach knujących i spiskujących, mistrzyniach trucizn wszelakich… wiedźmach. Mniam!!! Dlaczego nikt już o nich nie pamięta? Przecież tyle mamy przykładów? Pewno, że niektóre posłużyły durnym, męskim ideologiom, ale to też historia. My też już historia tak naprawdę, z każdą upływającą sekundą. Nie mieści wam się w głowach, że też jesteśmy jakąś ideologią? Nie. Bo jesteśmy tymi definicyjnymi żabami wrzuconymi do zimnej wody i powoli gotującymi się. Co prawda czasem wpada jakaś nagle i krzyczy, ale nazywacie ją idiotką… bo przecież lekkie ciepło, to nie wrzątek.

What’s cooking?

Może i jesień nadchodzi, ale jeśli chodzi o kasztany i żołędzie, to są jeszcze w mocnych powijakach. podobnie zresztą i liście, serio. Próba otwarcia jakiegokolwiek kończy się marną papką, albo białym wciąż nasionkiem. Dziwne, co nie? Ale z drugiej strony wszystko jakieś takie dłużej było wiosnowe, wszystko jakieś takie opóźnione było, więc nie dziwota.

Ale co to mówi o zimie?

A o jesieni w ogóle?

No zobaczymy.

Na razie Wyspa żyje tygodniem kultury wszelakiej, co oznacza, że niektóre miejsca popasu są otwarte, ale jeśli wydaje się wam, iż oznacza to mobilizację malarzy i rzeźbiarzy, to się głęboko możecie zdziwić. Jeden, bo się przeprowadzał, zrzucił przed muzeum w Gudhjem, onym krwawym, takie dwie RZEŹBY. Jedna może jeszcze… yoni z dwustronnym przelewem więc gdy się napełnia t płynie z niej i od przodu i od tyłu… a drugie, to zwykły, lekko ociosany kawał ciemnego granitu i koniec. Żadnej tabliczki, żadnego oznajmienia, opisu, ani kto jest autorem. To, że ja wiem, to czysty przypadek. Serio… wolałabym oną cudną trawkę i stokrotki, które tutaj potrafią tak szaleć. Teraz przed muzeum zrobił się dziwny burdel. Pozostałości po onych biało czarnych, drewnianych palikach, cudna mewa, która uwielbiam – jedyne pełne dzieło sztuki, potem tubular bellsy, wyglądające wciąż jak rąbana Golgota i przerażające świeżym drewienkiem i onymi cudacznymi rurkami, no i oe dwa kamienie. Sporawe mocno. Tosz nie lepiej drzew dosadzić? Co? Choć niskopiennch? Albo z kwiatów coś stworzyć? No ludzie, no?!!!

Ale wiecie, dla Duńczyków to za tanie zwyczajnie. Tutaj sztuka się liczy podług zer za pierwszą liczbą. Oj, taka nacja.

Ale tydzień kultury mamy. Nie żeby miało to jakikolwiek wpływ na kultur w ogóle, ale jak nic znowu zrobią jakieś szacher macher i zetną drzewa, postawią koszmarki, zniszczą piękno, by udowodnić wyższość człowieka nad naturą. Bo mogą, co nie? Bo to tak ładnie wygląda potem w papierach… a czy serio tak trzeba ukulturalniać Wyspę, na której co drugi to malarz, rzeźbiarz, cuda z nici tworzący, z wełny, ten tkający, malujący tkaniny… dmuchający szkło, czy na kole obracający ceramikę. No bo pibermaker zmarł, więc wiecie, w tym mamy wakat.

Czy mnie gdzieś zaprosili? Dostała plakietkę, ale wiecie, w godzinach pracy za darmo… albo lepiej, ino w godzinach pracy otwarte.

Śmiech na sali!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kataryniarz… została wyłączona

Pan Tealight i Niemiecki golas…

„Bo widzicie.

Nie no… ogólnie mówiąc Wiedźma Wrona Pożarta jest osobistością wyględnie dorosłą. Znaczy gdy spojrzycie w jej metryczkę, no to jest stara nawet, ale jednak gdy ją wypuścić w świat, no to po prostu maks pięć lat. Jest to dość konfundujące, ale można się w końcu przyzwyczaić, albo przestać zwracać na to uwagę. A da się, serio. Naprawdę nie trzeba zwracać na nią uwagi, ona się bardzi tego nie domaga…

Ale on… on chciał być zauważony.

Wylazł z wody, do której OLABOGA!

Wiedźma Wrona Pożarta pragnęła właśnie wleźć, ale najpierw chciała pocykać doskonałe, burzowo-przeddeszczowe chmury… bo piękne były. Wszelkie odcienie błękitów, granatów, cyjanów i innych tam szaleństw przecięte tuż nad tonią kremowymi obłoczkami i czymś na kształt wyblakłej łososiowatości. Piękne to wszystko było. I jeszcze ta pustka i pomost, oczywiście dopóki on nie wylazł. A wylazł i oczywiście jakoś tak, dziwnie i z premedytacją chciał się prezentować. Machać, przeciągać, wychylać biodra, czy co tam miał, a potem tylkoności swoje…

Nie wiedział jednego.

Tego, iż Wiedźma Wrona to ślepulak straszny, więc guzik tam widziała, traumatycznie ją siekło, gdy zoomnęła się na deseczki onej promenady tymczasowej i zobaczyła coś, co nie powinno nad nią wisieć. Zmrużyła oczy i od razu pomyślała o mikrobiologii, mikrorobotyce oraz minismoczkach…

Wiecie, no sorry no!!!

Najgorsze jednak było to, że Golas Niemiecki ni nie chciał się ubrać, coby można było obok niego przejść jakoś tak bezdotykowo onym pomościkiem, nic ino jakby wiecie, się suszył oparty o barierkę i świecący dwoma księżycami swych pośladków. No nie… zdjęcia zdjęciami, ale żaden golas nie wpasowywał się w unikatową wizję artystyczną tej wiedźmy. ŻADEN!!! A pogoda zaczęła wskazywać na nadchodzący deszcz i wkurwa u wiedźmy, więc… gdy ten osobnik w końcu naciągnął gacie, niczym tuman kurzu i wkurności przemknęła obok niego i rzuciła się w fale…

I w deszcz…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Martwe ciało Mavericka” – … nie. Nie kopia. Czy inspiracja, tak. Sens? Nie do końca, ale i tak dobrze się bawiłam.

Oto opowieść o miłości, mafii i zombie. Ale o zombie specyficznych, intrygująco inteligentnych i o przyjaźni oczywiście i o miłości niespełnionej. O ojcach robiących dla dzieci swych wszystko i trochę o Romciu i Julci. Wiecie których. I jeszcze… o świecie, który jest intrygujący. I o komizmie.

I o wpadkach…

Tak, autorka kocha Pratchetta i tak, jak najbardziej daje się to odczuć w jej dziele. Ale jej świat jest inny, jej postacie są dobrze stworzone, cudownie odmalowane, pełne i intrygujące. Książka wciąga i bawi, ale niestety nie do końca jej części pasują do siebie. Wojna gangów i miłość dwójki osobników okej, ale zombie do tego? I niby jak to ma się do siebie. Pewno, że nawrócenie się Mavericka jakoś dopełnia oną historię, ale to przecież on miał być tytułową postacią.

A może li tylko tytułem.

Wiecie co… autorka ma jeszcze kopę roboty przed sobą, ale pisać umie, tworzyć światy kapitalne, bogów i magię do tego dorzucać, musi się nauczyć, z czego zrezygnować. Bo Mistrz był jeden. I zawsze nim pozostanie. Inspiracja jest okej, kopiowanie pewnych schematów już nie. Autorko masz jajca! Zacznij więcej dawać z siebie, bo naprawdę chcę Ciebie czytać!!!

Dobra… znowu manewry.

Wieść gminna niesie, że one niemieckie, srebrzyste pierdoły w Gudjem to w celu odstraszenia Rosjan, którzy też się manewrują, ale widać chłopcy nie lubią się bawić razem ino mają jakieś kliki, czy coś. Jak Eton i nieEton? No wiecie, są lepsi i lepsiejsi? Poza tym wielkie jakieś zagrożenie nagle odkryto, że jak pukną Rosjanie ten północny morski szlak gazowy, to gaz musztardowy nas wybije. Po pierwsze, to trza mieć tupet żeby myśleć, iż odkryło się wielką tajemnicę. No serio… wszyscy wiedzą, że po II wojnie światowej wszyscy wszystko wypierdolili do Bałtyku, Przecież po pierwsze ślady trza było zatrzeć, a po drugie no ziemia miała rodzić. Jak zwykle wszyscy znowu zapomnieli, że ziemia to kulka i działa na kształt rąbanego węża połykającego swój ogon… ale niech wam będzie. Odkryliście Amerykę!!! W dziwnym miejscu.

Te rąbane srebrzyste statki z niemieckimi flagami serio kijowo działają na moją pogłębiającą się depresję i stany lękowe. Nic ino się ciąć. Jak bum cyk cyk. Niektórzy nie żartują. Jedni w mieście se latają z karabinkami, inni coś modzą mi w Północnym Porcie, nosz kude no. Serio? Zajmijcie się sprzątaniem, seryjnie! Bo nie wiem, ale w tym roku Turyścizna serio nabrudziła. Może z wściekłości, że wiecie, obstalowali sobie urlopik na wrzesień, bo od dwóch lat mieliśmy takie ukropy, że hej… a tutaj co? Nie dość, że koszmarny sztorm, nie dość, że sklepy nie uznały przedłużenia sezonu, zimno na dodatek raczej dość… no i chodzą jak wkurwione zombiaki po mieście i ino patrzą na kim złość wydarzyć ze swej cielesności.

Czyli wiecie, milusio na Wyspie.

Nadal nie ma kolorowych liści, śliczne jarzębinki mocno się jednak czerwienią i pierwsze jabłka spadają z drzew. Dzika róża i głóg jeszcze nie do końca dojrzały, ale zobaczymy jak to będzie. Coś się serio rąbie z tym słońcem, bo gdy go nie ma, roślinki się radują, gdy wyłazi, wsio się pali i zdycha.

Ekhm… niepokojące.

Połowa września, a człek śpi pod kołdrą i kocem. Na pewno to jakiś bakcyl, bo to tylko ja, ale żeby aż tak dziwaczny bakcyl. Nie narzekam, bo lubię zimno, ale zasypiać w zimnie daje się wyłącznie w fazie ostatniej, dlatego jednak kocyk.

Wiecie, dla obudzenia się.

Mam miesiąc odwyku od książek, bo przecież trza było jako skitrować kasę na wycieczkę. Nie żałuję, ale tak po prostu mówię. Może to i dobrze. Poczytam coś starego znowu. A może po prostu przymknę oczy i znowu zacznę sobie zmyślać dziwaczne historie. Straszny ze mnie człowiek, co to się nudzić nie umie, odpocząć też ino pod przymusem, a na dodatek sam się jeszcze zabawi. Wiecie… a jak słonko, won z aparatem. Zawsze jest coś do zrobienia. Nadal w planach mam pływanie, ale niech ten wiatr się uspokoi. Tak, jak najbardziej sztorm już ucichł, ale wieje nadal. Dość mocno i mocno zimno. Za to jak na razie zniknęły chełbie morskie. I to jest dziwaczne. Zwykle o tej porze, niezależnie od temperatur, gromadziły się przy brzegu w swych sporych, galaretowatych ilościach niczym przeterminowane implanty powiększające piersi. Wiecie, sporawe takie, bo w końcu wody się odsoliły i ociepliły.

Gdzie one?

Jak nic wylezą, jak kurcze wiatr przestanie duć i wskoczę sobie do wody. Chcecie się założyć? A przerażają mnie niesamowicie. Podobnie jak rekiny, które tylko ja widzę i te rybki wpływające do penisa. Brak penisa serio nie jest tutaj złagodzeniem mojego strachu!!! Jakoś mój mózg tego nie ogarnia. Serio mózg?

Może to ten bakcyl? A nie, ja chyba tak zawsze miałam. Za dużo wyobraźni, nikłe pokłady zdrowego rozsądku!!! I brak tolerancji dla głupoty.

Dziwna mieszanka, co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niemiecki golas… została wyłączona

Pan Tealight i Reminiscencje…

„Zebrało się mu na wspominki i tak siedział, dudlił herbatę majtał stopami w kapciach puchatych i mówił…

… i mówił,

i mówił…

Tak naprawdę nie przestawał.

Wiecie, może i były to intrygujące opowieści o czasach zaprzeszłych, o onych i onach, o wojnach i potyczkach, miłostkach, zemstach i tajemnicach największych, które ukształtowały ten świat? Na pewno było tam i o Bogach Zapomnianych, Bogach Śniących i władcach wszelakich. O półbóstwach, pół ludziach i pół zwierzakach oraz… na pewno bylo coś o wielkich pająkach tkających sieci czasu, o trzech kobietach, bo wiecie, one to zawsze muszą być trzy i o studiach. O młodości, starości i przejściowych czasach i jeszcze o zatrutych płaszczach, kordelasach i piórkach…

Gadał właściwie bez brania tchu, taki był zaaferowany, więc musiało być serio mocno i świetnie. Na pewno jakaś magia w tym była, jakieś owocki wszelako dodające mocy w tych miejscach, w których trzeba było, albo wiecie, takie ogólnie działające… no i jeszcze zamki znikające były i oczywiście na pewno te wyspy pojawiające się tylko dla tych, którzy wypowiedzieli odpowiednie słowa. I te potwory morskie i rzeczne i bagienne. Wszelakich rodzajów twory już teraz zapomniane, ale też i potknięcia. Wiecie, te wszystkie, które przydarzyły się na samym Początku.

Ale problem był taki, że gadał w jakimś zaprzeszłym języku, którego żadne z nich nie rozumiało, ale głupio było tak się po prostu przyznać, wiecie, no jakoś im było głupio, więc kiwali głowami i się uśmiechali, modląc się do Wszystkiego, by wypadało to w dobrych, odpowiednich miejscach.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Lokatorka” – … ona. Jedna jedyna. A potem następna i następna? A może i jeszcze jedna? W końcu każdy z nas szukał kiedyś mieszkania lub domu, albo będzie szukał?

Może teraz to robicie?

Robisz?

Dobra… książka jest intrygująca, ale i strasznie durna, tudzież głupia nawet. Z jednej strony super miejsce, z drugiej, jak można nie pomyśleć, że komputerowo naszpikowane miejsce nie zwróci się przeciwko tobie. No i jeszcze te bohaterki. Trzeba mieć naprawdę porąbane we łbie by wybrać tylko idiotki, a może ja już nie mam widoków na jakąkolwiek nadzieję pośród współczesności? Nie wiem. Oczywiście jest i ten Grey typ gość architekt i cała zbrodnia, której nie wiadomo czy była, czy jej nie było, no i szczątki… serio? Wiesz, gdzie są trupy i nic z tym nie robisz?

SERIO?

Pomysł intrygujący, wykonanie denne, do tego postacie kompletnie niedopracowane. Ta książka to porażka, ale jako film może wyjść nieźle. Naprawdę. I podobno ma być, więc zobaczymy jak to wyjdzie w praniu LOL Czy polecam? A to jak się komu podoba. Ja nadal nie rozumiem logiki, którą winien się przecież charakteryzować architekt z OCD. Ech… a zakończenie? I znaczy, że co teraz? Tak, czy nie? Czy on czy ona byli zbrodniarzami? A może nikt i żadnej zbrodni nie było? A obsesja? Eeee… może jej tam trochę, nie rozumiem jak można się na nią zgadzać. Nawet za niski czynsz.

Życie w zimnej chacie z listą zakazów.

Nie…

Prom…

Wiecie, że prom pachnie tak jakoś samolotowo.

Szczególnie gdy wybieracie sobie miejsce w dzielnicy dla astmatyków i wszelakich niewąchaczy jak ja. A i tak rąbany zapach cytrusów do mnie dochodzi. I łzawię. Mniejsza… pachnie tak, jakbyś leciał. I tylko te odgłosy inne i woda dookoła dziwna taka. I oczywiście prędkość, mimo iż katamaran, to jednak raczej nie samolotowa. Ekhm! I ten sklepik, fotele, możliwości wszelkich kupek, czy pryszniców. Kuchnia, brak stewardes… czy jak je teraz zwą, bo przecież świat wciąż szaleje z nazwami i definicjami, a ja leciałam ostatnio wieki temu, bo piekielnie się boję samolotów…

I choć podobne uczucie człek ma, gdy nagle na środku morza dziwaczny, metaliczny dźwięk tarcia rozlega się na pociemniałym morzu, gdy te tam perturbacje, masturbacje, no wiecie trzęsienia się wydarzają w powietrzu… to jednak, gdy na morzu fale ogromne i czujesz jak mózg nagle przestaje być przytwierdzony do czegokolwiek w twej czaszce i przesuwa ci się z prawej na lewo, z dołu do góry, gdy dołączają do tego twe własne wnętrzności… ech, przerażający jest ten prom choć Nutella 800 gram kosztuje tyle ile maciupka na lądzie!!!

To wciąż i tak strach obecny.

Strach…

Niby oglądasz te tam procedury awaryjne, za każdym razem widzisz one pomarańczowe kamizelki zakładane na różnorakich, bardzo prawdziwych i niemodelowych ludzików, to i tak się boisz. Boisz ośmiu bucznięć… ostatni długi. Bo choć i może istniałaby możliwość utrzymania się na wodzie, w końcu jakoś tam pływasz, to wciąż jednak… to pełne morze. To fale, a z nimi nie wygrasz. Sorry. Zaleją ci łeb, wepchną się w oczy, uszy i nos i po tobie. I choć naoglądałeś się i naczytałeś o podwodnych ludzikach, syrenach i krakenach, to jednak, jednak jakoś tak przestaje cię intrygować jak to tam na dole wygląda. I nagle się zastanawiasz, dlaczego tak bardzo wyciszyli sprawę onego naukowca od rakiet i jego łodzi podwodnej?

Serio!!!

Deszcze spokojne.

Się spojawiły. No i dobrze, bo mimo wszystko jednak mamy bardzo niski poziom wody. Trzeba nam czegoś w one strumienie i rzeczki wtłoczyć. Wilgotności umożliwiającej wszelakie kiełkowania i takie tam, wiecie, odchodzenia w przeszłość.

Murszenia, gnicia i inne tam…

A ponieważ wszędzie wieje, więc i u nas musi. No przecież nie możemy być gorsi, co nie? Nie możemy, więc wieje i pada. W pewnym momencie nawet mieliśmy regularną burzę z piorunami i błyskawicami, bo te jakoś tu się nie wydarzają, ale… co tam. Trochę drzew wyrwało, trochę rzeczy poleciało, jabłka spadły… liście, choć zielone też trochę odleciały. Ciekawe od kogo dostają prochy, bo też chcę takie fajne.

Mniejsza… dzień i noc były koszmarne. A przecież cała burza uderzyła od drugiej strony Wyspy. Stolicy oberwało się mocniej, a jednak słuchanie tego jak dach podskakuje i dachówki tańczą, jak te powietrzne kule uderzają w ściany i okna, szarpią drzwiami, jakby wiecie, wiedziały którędy się włazi… jak pajęczaki wszelakie pakują mi się na chatę, jakbym kurde kogoś spraszała, a przecież nie spraszałam!!!

Naprawdę!!!

Wynocha!!!

Wszyscy krzyczą, że wiatry właściwie październikowi i listopadowi teraz, wczesnym wrześniem to oczywiście dowód na efekt cieplarniany, ale wiecie co, niegdyś pogoda też szalała. Nie znaczy to, że ludzie nie są brudasy i marnotrawiciele wszelacy, bo są, ale kurde… tak serio, kto posłuchał dokładnie przemowy Jane Goodall, która wspominała o tym, że wsio jest jeszcze do odwrócenia, że możemy jeszcze wygrać? Tylko MUSIMY przestać produkować także dzieci? No kto? Białasy może i tak, w końcu myśmy tacy cywilizowani i w ogóle, chcemy wychować dzieci, a reszta świata. Ekhm… nosz przecież zaraz mnie zamkną za to co mam na myśli. A mam wiele. Wyzwą od Hitlerów i będzie, więc… uważam, że możecie se wsadzić efekt cieplarniany, który tylko gromadzi kasę w gaciach tych, co i tak kupę jej mają.

Bo się nie zmienicie ludzie.

Nigdy.

Od zawsze jesteście tacy sami. Ja jestem chyba jakiś rąbnięty odrzut… wcale nie lepszy. Wprost przeciwnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Reminiscencje… została wyłączona

Pan Tealight i Rocznica…

„Nie żeby miały być jakieś obchody, czy coś.

Wiecie, one wielkie, kwietne celebracje i libacje, wszelakie nacje w pokłonach, tony prezentów i tak dalej. Oj nie. Znaczy były prezenty, w końcu 20 lat to nie w kij dmuchał i on nie odpowiadał, ale coś melodyjnego, co jednak przetrwało, szczególnie w dzisiejszych czasach… ale imprezy nie miało być. Ni procesji, ni kwiatków sypania, ni nawet tańców, popitki z zagryzką, czy jakiegoś striptizera… No czemu nie. Ojeblik – mała, ucięta główka była bardzo za akurat tym rodzajem rozrywki, ale jakoś nikt jej nie słuchał. A raczej wszyscy ją słyszeli, ale udawali, że wiecie…

… nic się nie dzieje.

I nikt nie gada.

Czasem tak łatwiej.

Wiecie, niby nie ignorujecie drugiej osoby ależ w życiu, ni duszy, czy w tym przypadku braku korpusika, ale po prostu wstydliwie, in was pożałować, przyznajecie się do własnej słabości lub ułomności. Tosz głuchota w dzisiejszych czasach, częściowa taka, spowodowana nadmiernym wykorzystaniem słuchawek i zbyt głośną muzyką, to coś nadzwyczaj zwyczajnego, czyż nie?

… więc nie miało być imprezki, przyjęcia, konspiracyjnie skleconej uczty oraz wszelkich jej konsekwencji. Nie. Zwyczajnie wymienili się kartkami, prezentami, a potem Wiedźma Wrona Pożarta dostała cmentarzysko, grób i misia. I już… niektórzy to naprawdę nie mają wyobraźni, albo mają ją wielką i skierowaną w całkiem dziwaczną dla reszty świata stronę, bo wiecie… jej to jak najbardziej dopowiadało. Strasznie nawet odpowiadało. Największym koszmarem byłoby w końcu: wystrojenie się, knajpa, jakieś sto lat i kieliszki z napojami wyskokowymi… przymuszanie do picia, całowania obcych i jeszcze dotykanie i bycie  w grupie z innymi ludźmi… diamenty jakieś, pewno i pełny makijaż oraz buty na obcasie i obcisłe gacie, wiecie, takie wyszczuplające… wysokie i koszmarnie swędzące. No i oczywiście rajstopki.

Rany, jak ona nienawidziła rajstopków!!!

Bleeee!!!

Dlatego były groby i dawno umarli. I jeszcze kamienie szepczące historie, słoik Nutelli wielki jak jej łeb i wiele dziwów.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Drzewo kłamstw” – … powiew. Rąbany powiew świeżości!!! I mówię to serio. Książka, która jest nie tylko mroczna, nie tylko wykracza poza nastoletni target, ale przede wszystkim zaskakuje i jest jakaś.

Oczywiście gotycka, mroczna, z jednej strony oczywista, z drugiej tak bardzo pokręcona, tak bardzo mocna i prawdziwa, tak bardzo ówczesna, że aż boli. Bohaterka kapitalna. Może rzeczywiście mimo swej inteligencji dziwnie upośledzona wtedy, ale dla nas zwyczajna, inteligentna i dojrzała. Lekko zalatująca pewnym dziewczątkiem z powieści Alan Bradleya. Choć epokowo wcześniejsza, to jednak… podobnie dociekliwa.

I jej rodzina. Właściwie, czy można ich tak zwać? Ojciec, matka i brat. Nowy dom. Dziwna wyspa i wykopaliska, ale tak naprawdę chodzi o całkiem coś innego. Coś bardziej mrocznego i pierwotnego. Coś bardziej przerażającego.

Naprawdę intrygująca, dobra powieść.

Nieźle napisana, z zaskakującym zakończeniem i czymś takim w narracji, że łatwo w człowieka włazi. Że nagle kwestionujecie zbyt wiele, a jeszcze więcej pragniecie odkryć. Nagle ona dorosłość to tylko pozwolenie na kłamliwość, a dzieciństwo, to próba do dotarcia do niej i ciągła nauka. Z jednej strony przygoda, z drugiej rozprawienie się z mitami tamtych czasów, ale i bolesna prawda o przeszłości, która… zaskakująco, wcale się nie rozmyła, bo ilu z was uznaje baby za głupie?

PS. Tak… ta okładka bardzo sprzedaje książkę, ale i jak rzadko, jest doskonale adekwatna do treści. I tak, ta powieść to jedna wielka metafora zbyt wielu spraw. Po niej jakoś, już nie jesteście tacy sami.

Kivik

W końcu.

Jak to mówią do trzech razy sztukmistrz, co nie?

Oczywiście, że do końca się bałam, że będzie zamknięte!!! Serio. Traumatycznie postanowiłam się nastawić jak zwykle na najgorsze. Ale okazało się, że najgorsze to ino ceny były. No więc tak… w okresie, w którym otwiera się dana knajpka nad strumyczkiem, wtedy nie można ot tak po prostu sobie obejrzeć dookolnie zewnętrza kurhanu, bo jest zamknięty. Włazi się przez kawiarenkę, która jest przesłodka, ale kosmicznie droga, aczkolwiek ma magnesy – ostatnie dwa i takie różne tam dzieła sztuki. No i napitki i ciasta i wybiją wam na druczku 30 koron szwedzkich od łebka za wejście. Żadnych biletów ino wydruk z kasy. Szkoda trochę, ale nie o to chodziło… przechodzicie przez słodki mostek, dookoła białe krzesełka, wiecie, wszelaka obiata dla pradawnych dusz… a wy idziecie dalej. Ponownie kluczycie oną krętą drogą niczym nierównie rozciętym tortem… wygrzebanym palcem może nawet i są one – otwarte drzwi!!! Otwarte i nikogo w środku. Może i w sezonie jest jakiś tłok, ale wiecie, po przeczytaniu opinii znajomych Szwedów, dowiedziałam się, że nic o tym nie wiedzą, więc widać wiedzą ino wtajemniczeni. No ale jest otwarte, choć ino przez chwilę, bo nagle, zaraz za progiem człek styka się ze ścianą i przez sekund zbyt wiele mało orientuje o co chodzi – tłumaczy mnie tylko to, że nie spałam w nocy, no i od zbyt wielu godzin jestem na nogach. Gdy w końcu mózg mi się uruchamia widzę po lewej jakieś kamyczki, a potem ciemnawą drogę i już widzę… jest.

I jest piękny.

Pod betonowym, prostokątnym bunkrem skryli w chłodzie i niemej wilgoci, wraz z jednym otworem na duszę w suficie – tia, wiem, że to do odpowietrzania, ale przecież jestem archeologiem… od razu widzę piramidę! To w końcu megalit. I to niesamowity. A te ryty… te powtórzenia, one koncepcje, które wirują ci we łbie, one wspomnienia. One dziwne… wszystko.

Atawistyczne.

Pierwotne.

Ta nieduża ilość światła padająca z tych trzech lampek z IKEA’i tylko ociepla to wszystko. Nie wyjdę stąd przez długo. Po pierwsze 30 koron, po drugie przecież tyle razy miałam nadzieję. I wiecie co… cudne to jest. Niesamowite. Stare i pewno większości z was w ogóle nie obchodzi, ale… uświadamia nam, że mogło być tego więcej…

… i to przeoczyliśmy badając kolejne kamienne groby. Skrzynkowe, te niesamowicie połykające każdego z naukowców, te niewyobrażalne… te groby olbrzymów. Korytarzowe, galeriowe…

Kristianstad

Niby szwedzki, a jednak duński.

Kurcze.

Wiecie co, taki Wrocław w miniaturze, albo Zamość jakiś, czy coś w ten małomiasteczkowy deseń. W porażający sposób architektura europejska w Szwecji i Danii, gdy tylko pominie sie większą ilość szachulcowej i mur pruski, to jakoś tak wsio po polsku. Nawet te kolory są polskie takie, pastelowe. Ino te znaki dziwne, wszędzie, chyba w większości świata biało-czerwone, to jednak tutaj niebiesko-żółte. Bajer no. Niby logiczne, w końcu taka ichnia flaga, a jednak jakoś rajcuje. Nie wiem, w końcu ktoś się czymś wyróżnia. Ale wracamy do miasta. Założone przez duńskiego króla, co widać po nazwie, bo królowie u nas to albo Fredzio albo Krystian i wiecie, łatwo się pomylić. Czy „wioska króla”, to nie wiem, ale mają sporo ryneczków i na jednym stoi żółw i dwa inne psopodobne zwierzaki. poza tym seryjnie trudno znaleźć pamiątki, ale jest otwarte od południa informacja turystyczna, więc wiecie przekierują was w miejsce, bardzo dziwne, gdzie może coś znajdziecie, ale pewno… tylko jeśli macie szczęście.

Oczywiście gacie i buty kupicie na każdym kroku.

Dlaczego świat jest teraz taki dziwny?

No kurcze, serio!!! Ino gacie, perfumy i inne tam kojdy? Seryjnie? Ale ja chciałam sztuki, rozwoju i magnesów!!! Kurcze, trza będzie znowu gdzieś na Północ ruszyć, może się uda coś wyłowić? Tak wiem, straszna Turyścizna ze mnie, a co. Wolno mi i tyle. W końcu mało wybywam, więc muszę się wyszaleć.

Mniejsza… miasto jak miasto.

Podobno tez mają gangi, więc wiecie, jak wszędzie.

A w międzyczasie wielka zbrodnia na Christiansø i na dodatek chłopcy bawiący się w wojnę w mieście.

Oczywiście, że mi się to nie podoba. Ale przecież nikt niczego nie może powiedzieć. Jak tylko Rosjanie naruszają nam przestrzeń morską czy wodną, to kurcze od razu wielki strach przed nalotem Putina, a jak chłopcy będą latać po Rønne, to nic?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rocznica… została wyłączona

Pan Tealight i Zmrożorożec…

„Był niebieskawo-seledynowy. Dziwnie mroczny, a jednak i połyskliwy… i oczywiście rogaty, no wiecie, bo w końcu był też jednorożcem. Jego wszelakie kontakty z Bogami Mrozów i Śnieżyc, wysoko aprobowane przez Wiedźmę Wronę Pożartą, wiecie z jej bzikiem w temacie wszelakiej zimowości… oczywiście sprawiły, że cała jego rogowatość i sierść nawet, czy i ogon, połyskiwały tęczami zamrożonych kropel wody i płatkami śniegu. Był gotowy. Był gotowy na wszelkie zawieje i śnieżyce, na wszystkie kry i odmrożenia, na malowanie na szkle, na chuchy i podmuchy, na bałwany i inne, dość zboczone śnieżne kreacje. I ludzi dziwnie nimi przerażonych. Zakutanych w płaszcze, kożuszki i swetry, oraz buty sięgające miejsc tajemnych, tudzież i te czapki, albo rękawiczki… dlaczego tak bardzo się ich bano?

Przecież nie gryźli!!!

Może trochę szczypali, czasem ciągnęli za uszy, włosy i wszelakie odstające części? A może i więcej? Ale przecież byli tylko elementem natury. Elementem czegoś, co było całkowicie znajome, świadome i tak dalej…

Ale Zmrożorożec teraz?

Tuż pod oknem sypialni Wiedźmy Wrony? Gdy jeszcze nie wybiła połowa września, gdy ona sama czekała na czerwone i bursztynowe liście, na wszelkie odcienie żółcieni i pomarańczy… No spojawił się, tak jakoś dziwnie nagle, bez zapowiedzi, liścików i kwiatów zostawianych na progu, często nadgryzionych, szczególnie, gdy były żółtawe i ładnie pachniały. A już lilie, to zjadali z łodyżkami, zostawiając tylko celofan i wstążeczkę z karteczką, że nie przepraszają.

Bo smaczne było.

Widzicie, zmrożorożce zwykle pojawiały się z Panią Zimą. Oczywiście sporadycznie ostatnimi czasy, a już na Wyspie, to właściwie nigdy. Ale ten jeden był aż nazbyt rzeczywisty i oczywisty. I nikt nie wiedział co o nim myśleć. Co prawda czas huraganowy przeniósł się na wrzesień, ale czy to oznaczało, że zima jako taka przyjdzie wcześniej? Że będzie w ogóle zimna i biała w tym roku?

Że w ogóle będzie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dyskretne szaleństwo” – … dyskretne. A raczej może dyskretne ukrywanie niewygodnych? W tamtych czasach przecież najłatwiej było tak powiedzieć o kobiecie. Szalona! Ukryć ją na mityczne 9 miesięcy.

Szalona… i zabrać jej posag.

Szalona.

Chora?

Oto opowieść gotycka w swej całej odsłonie. Opowieść o pierwszych detektywach, o ludziach myślących, ale też i o tych, którzy zwyczajnie posiadali dary. Wiedzieli. Oraz o szpitalach psychiatrycznych, które były koszmarem. Szczególnie dla kobiet. Ale też i miejscem, w którym odnajdywali się ci, którym dany został dar inteligencji. I taka jest nasza bohaterka. Może skazana na życie z koszmarem, może tak naprawdę nawet po powrocie do domu nic się nie zmieni, ale ona wciąż ma w sobie siłę. I taki jest mężczyzna, z którym wiążą go jej losy. Pierwotny myśliciel, badacz, detektyw. Osobnik, który postawi na swej szali reputację, a może i życie…

Nie doszukujcie się w tej historii opowieści miłosnej, bo jej tutaj nie ma. Raczej są intrygujące kobiece postacie, trochę przytłumione męskie oraz świat dziwnie ciemny, brudny i pogrążony w smutku.

To opowieść smutna, a jednak przynosząca też nadzieję. Dobrze napisana, ale jednak czegoś jej brakuje. Jakiejś głębi, większej ilości słów, napięcia… ale jako czytadło mroczne i gotyckie, naprawdę się nadaje.

No dobra.

Na 20 rocznicę ślubu dostałam cmentarzysko, Kivik i misia. Czyli wiecie, właściwie tak jak być powinno jeśli jest się mną. Bo przecież kobiety jak ja nie chcą diamentów, kolacji przy świecach – chociaż mój świat zawsze jest przy świecach, no i całej onej dorosłej otoczki. Dlatego dostała kawałek Szwecji w dość pochmurny dzień.

Ale ja tam lubię pochmurnie.

Szwecja wraz z końcem sierpnia się zamyka. No wiecie, w wymiarze turystycznym. Jadąc mija się zamknięte czerwone, żółte i zielonkawe domki… Odciśnięte kręgi na trawie, zamknięte kościoły, które wszystkie zdają się być jednakie, na lekkim planie krzyża, albo zwyczajnie proste, z jednej strony drzwi, z drugiej absyda zaokrąglona… dookoła groby. Jedne bielone inne znowu tyko kamienne. Jakieś takie, pierwotne, dziwnie bliższe naturze niż cała reszta. I oczywiście ta pustka, zamknięcie. Środkwa Europa przystosowuje człeka do miejsc takich, do których wejść można właściwie o każdej porze dnia i nocy, ale tutaj nie. I ta surowość. Poprawna z lekko odmienną religijnością, ale… nie wiem. Takie te kościoły wciąż przerażające.

Jakby były wściekłe, bo nikt się z nimi nie bawi.

Kompletnie nikt.

A może takie są?

Na ulicy właściwie tylko ciężarówki.

Przepełnione wszelkim dobrem, czy złem raczej. Pakują się na promy i z promów. I wożą to i tamto w te i wewte. Może i jakiegoś aliena w którejś właśnie rozczłonkowują? Może i przemycają tam coś, o czym nawet nie wiemy, że jest zakazane. Ale przede wszystkim, ten pogłębiający się upadek miejsc wszelako nie do końca rolniczych-wioskowych-ruralnych. Wiecie, onych domków i chatek, nielicznych pól, lasów i podmokłości. Tu straszą dzikami, tam znowu w końcu pojawiają się słynne znaki z łosiami!!!

Uwielbiam je!!!

Cmentarzysko.

Vätteryds gravfält… po prostu zapierający dech w piersi. Widać, że miejscami strasznie zniszczony, widać, że wynieśli stąd co najmniej połowę kamieni, ale i tak porusza. Niczym łodzie zanurzone w pofałdowanej ziemi naznaczonej owczymi bobkami, no bo przecież, darmowe kosiarki, co nie? LOL Niczym kamienne łodzie, które kiedyś w końcu wydostaną się z ziemi i popłyną… tylko gdzie?

Niby nie moje pierwsze cmentarzysko takich rozmiarów – pamiętacie, jakoś właśnie rok temu pisałam o tym duńskim – ale jednak jest w nim coś tak bardzo przerażająco porzuconego i zapomnianego, że fascynuje, ale i smuci. Jakby każdy z kamieni domagał się pogłaskania. Jakby wszystko tutaj wołało o pamięć.

Oczywiście  w pobliżu lasek, szosa, w oddali domek no i kawiarenka z kolorowymi kibelkami, ale już zamknięta, bo to przecież wrzesień już. Wiecie, a wrzesień sprawia, że turyzmowi wyłącza się zasilanie!!! Oj oczywiście, że pada, ale komu to może przeszkadzać. Przecież jesień jest tak niesamowita! Nawet jeżeli w tym roku nie jest spalona i wciąż jeszcze poraża zielenią. Nawet jeżeli róże wciąż kwitną, a wszelkie polne cudowności mienią się bursztynowymi odcieniami. Przecież… jak można kochać tylko lato, a nie doceniać tego spokojnego oczekiwania na odpoczynek. Ale współczesność przecież nie odpoczywa, czyż nie jest tak? Zawsze podłączeni do jakiegoś urządzenia, zwyczajnie wciąż jesteśmy mode on!!!

Przechadzam się między kamieniami, muskam i macam, dotykam… myślę, jak to było? Czy wracali i jedli ze zmarłymi, czy pamiętali, czy jednak jak współcześni Duńczycy chcieli być pochowani w grobach anonimowych? A tak, taka nowa fanaberia starszych osób, choć moim zdaniem to zemsta na młodszych. Starsi chcą, by pochowano ich w grobach oznaczonych tylko kamieniem, albo zwyczajnie zwalić na kupę gdzieś, spalić… a młodsi, oni nagle uświadamiają sobie, że potrzebują jakichś sznurków, pępowin, więzów. Że nie chcą, by zostać tutaj jakoś tak bez historii. Ale… chyba dla Danii jest już za późno by to odnowić. Jak zwykle. Ten kraj posiada niesamowitą umiejętność niszczenia czegoś w kilka sekund, mgnienie oka, a potem wielkie rozdzieranie szat, że ups… nie da się już do tego wrócić. Tak było z pociągami, z pocztą, z wszelaką duńskowością…

I tak między tymi kamieniami… jakoś tak nagle nic już nie ma znaczenia. Czy wyjdą te łodzie, czy nie? Zombie czy nie zombie? Stojące kamienia zdają się łkać nad przeszłością zapomnianą, ale jak radzić sobie z teraźniejszością z tym całym bagażem? A może jednak… może chodzi tylko i wyłącznie właśnie o tę pamięć, by nie popełniać tych samych błędów? By uczyć się, ale kto tam wierzy starym kamieniom.

Przemoknięta macham im na pożegnanie.

Będę za nimi tęskniła.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmrożorożec… została wyłączona

Pan Tealight i Kobiałka snów…

„Pod ruinami zamku, pod wodnym jeziorkiem, pod drzewem mocno pochylonym i pomiędzy korzeniami dziwnie splątanych sitowi… gdzieś tam, gdzie nikt już grzebać nie będzie, gdzieś tam, gdzie po prostu życie jakoś tak inaczej biegnie, a może i wcale? Wiecie, no gdzieś w tym baśniowym TAM, które nigdy nie ma imienia łatwowymawialnego, leży właśnie ona.

Kobiałka Snów.

Jasna, całkowicie pleciona według wszelkich, nadanych temu wymiarowi przestrzeni rozmiarów… perfekcyjnie ukształtowana, ale widać, że już lekko znoszona. Pochyla się w prawą stronę, jakby naprawdę chciała się pozbyć swojej zawartości. Jakby była pewna, że w okolicy jest ktoś śpiący lekko, umęczony, a może li tylko znużony? Taki, który chce tylko na chwilę przyłożyć głowę do poduszki, miedzy, kamienia czy pnia drzewa. A może taki, który woli jednak i poduszki i łóżka, piernaty wszelakie, materace i groszki pod nimi. Wiecie, gwili ścisłości tradycji. A może taki od koców? Ten leżący zawsze na wznak, nie ten, który wli pozycję płodową. A może ten, który wstydliwie wciąż sypia ze swoim misiem z dzieciństwa, poznaczonym łzami i ślinotokiem nadmiernym.

Lub ten z dmuchaną lalką.

Bo wiecie, ona nie ocenia…

Kobiałka Snów.

Zresztą i tak jest przepełniona, więc chce się ich pozbyć, a nie może tak po prostu rozrzucić snów… a może i może? Tylko nie chce, bo bałagan, bo one jak jej dzieci, a może jednak w końcu to zrobi i pozwoli im zadecydować? I po prostu udorośli je, nada im imiona i będzie wysyłać same w świat? Bo przecież może one potrafią, może wiedzą więcej niż ona, zawsze siedząca w tym samym zapomnianym miejscu, na skraju lasu, tuż przy ścieżce zbyt rzadko użytkowanej niestety. Przy strumieniu, przy papierowych łódkach, które tutaj mają swoją sekretną bardzo przystań?!! W końcu w zamku nie ma już nikogo, kto by chciał ją pozbawić zawartości…

… oni odeszli…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Egzorcysta” – … o bo kto nie oglądał. Tak serio! Kto nie oglądał Egzorcysty? No dobra… ja nie. A przynajmniej nie na tyle, by mnie przeraził. W ogóle go nie pamiętam. Próbowałam teraz oglądać, ale jakoś nie mogę. Jest serial, ale też mnie nie przekonuje. Carrie za to pamiętam aż nazbyt dobrze… więc sięgnęłam po powieść. I to niezwyczajną.

Wersję ulepszoną!!!

Książka jest… niesamowita. Całkiem inna niż film, miejscami bardziej ludzka, potem znowu bardziej przerażająca. Raz nie da się jej czytać wieczorem, a potem nagle nie możecie się oderwać. Pewnikiem zależy to od tego, czy na kogoś bardziej działają słowa czy obrazy, ale… gdy czytasz tak dobrze złożone słowa, poprawnie przetłumaczone i na dodatek ulepszone, to jakoś tak… Książka mija pierunem i zaczynacie inaczej patrzeć na świat. Może straszniej – niezależnie od religii jaką wyznajecie, czy nie wyznajecie, a może bardziej ludzko. Może bardziej zaczniecie postrzegać człowieka jako energię, a może nic się nie zmieni.

Trzeba przeczytać.

Niekoniecznie jako horror.

Szaro i pada.

Cudowna pogoda, ale oczywiście każdy Duńczyk jęczy na brak lata, na to lato, którego podobno nie było. Ja tam nie wiem o co im chodzi, bo moim zdaniem było i to było całkiem niezłe. Ludzisków była masa, morze nam nie zakwitło, a dodatkowo upały nie wymęczyły, ale też i nie padało. Poziom wód dość niski, ale może teraz się podniesie i nie będzie kijowo… no wiecie. Kukurydza na polach wzrasta sobie, cała reszta już zaorana, albo w formie ściernisk i takich tam. Czyli wiecie, powracamy do zwyczajnej domowości. Do zwykłej codzienności.

Sklepiska się zamykają, co do niektórych to nawet się sprzedają i tak dalej. A zewnętrze namaka. Namaka cudownie, spokojnie tak jakoś, tak wiecie, że nie wymywa nam gleby, ale za to słodko podlewa. Aż człekowi się chce przesadzić to, czy tamto, bo jak zebrane, jak obrodziło, to już można… i trza się szykować na zimę. No dobra, może jeszcze nie do końca, ale wiecie, oferty świąteczne już obecne w gazetach. Jeżeli chcecie się zapisać na najlepszy julefrokost, to jest to najwyższy czas!!! Inaczej trafią się wam same odpadki. Choć… nigdy nie byłam na takowej uroczystości, ni knajpiana nie jestem, to co ja tam wiem. Poza tym, że julemarkety też już się reklamują!!! Jak zwykle chcę wszystkie, bo tak. Bo mogę i tyle.

Bo… no w ogóle.

Pada.

Tak fajnie jest na zewnątrz, tak milusio wewnątrz. Po prostu aż chce się żyć. I choć wciąż jeszcze cała okoliczność drzewnie-przyrodnicza raczej wyłącznie zielonkawa, to jednak i tak czuć jesienność w aurze. Choć podparasolową, ale jednak. Milunią. Taką do zawinięcia się w kocyk, popracowania przy kompie, poczytania, popicia gorącej herbatki, czy czego tam chcecie sobie popić, bo wiecie, każdy ma swoje, co nie? Popicie… Pojedzenie i może. Może wypróbowanie nowego przepisu, dość dziwnego, ale słodkiego i z kruszonką, więc wiecie, w temacie!!!

… i pada.

Czasem mocniej, czasem mniej mocno, czasem aż te krople szaleją, jakby wyzwoliły się w końcu z nazbyt nietypowo rozentuzjazmowanego tłumu, i były sobą. Wiecie, wolnymi kroplami głodnymi moich czystych szyb!!!

Ech, no cóż.

Pada może i sobie pada, ale też wiecie, wszelaka morskość się mulusio morskuje. Czasem coś przyfaluje, czasem nie, najważniejsze, że człek na spacer się może wybrać i już mu ludzie zbytnio drogi nie zachodzą, no i jakoś nikt się nie zarecholi, jak znowu szukając jednego, niewidzianego nigdy miejsca, znowu się je ominie. A tak. Zdarza mi się. Mimo całego tego łażenie, wciąż jakoś są miejsca, których nie widziałam, które nie do końca zbadałam, obfotografowałam i tak dalej. No wiecie, nie poznaliśmy się tak bliżej…

Bo widzicie, wciąż są takie miejsca.

Wciąż jeszcze są takie, których nie widziałam w danym sezonie, danym świetle, danej odsłonie dnia. Może gdy tak człek odpocznie w ciągu tych kilku deszczowych dni, to znowu wybierze się na całodzienną wycieczkę. Bo takie wyprawy są sio mega. Bez telefonów, komputerów. Tylko rąbana natura i ja. Wiecie, w końcu przecież nie mam połączenia, więc nie uratuję świata. Zresztą ten świat chyba sobie beze mnie poradzi spokojnie, więc…

… niech se się kołuje.

I to w końcu ten najcudowniejszy okres w roku, poza zimą śnieżną oczywiście, gdy wszystko się koloruje. Gdy człek nie może się napatrzyć i nacykać i namalować, bo chce te wszystkie cienie, kolory i wschody słońca zachować… a pamięć bywa ulotna. Czasem pozostaje wyłącznie uczucie.

Tylko i wyłącznie jakieś dziwne mgnienie.

Wyspa teraz jest po prostu to die for! Nie dość, że ludziny mniej, nie dość, że cisza jakaś taka, nie dość, że sklepy pozamykane… to jeszcze na dodatek to wszystko jest tylko dla ciebie. Wciąż jeszcze jest ciepło, wciąż można wskoczyć w fale, wciąż można udawać po robocie, że jest się na wiecznych wakacjach, wciąż… więc dlaczego ludzie tak nie trawią jesieni i zimy? No serio? Dlaczego?

Czy spokojność i lenistwo liściowe was odpycha?

Hmmmm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kobiałka snów… została wyłączona

Pan Tealight i Jajo…

„No właśnie.

Seryjnie jajo.

Takie nie nazbyt wielkie, ale też i niezbyt małe. Nie można się było o nie potknąć, ale można było je przeoczyć. Nie można było go zbić ot tak, ale jednak można było… chyba, no wiecie jakoś na jajecznicę, omlet, czy jednak jakieś ciasto? Wystarczyłoby na pewno na wiele babeczek, a może i na taką kopę tych leciutkich, no wiecie, tych bezowych stożków takich, wiecie co formowane są jak fajna kupka?

Mniam.

Mniejsza.

Było sobie jajo.

Toczące się zwyczajowo, a jednakowoż teraz stojące dziwnie, Kolumbowo, choć nie nadtłuczone, wiecie… no stało, i to na tej węższej części przed Chatką Wiedźmy i… nuciło kołysankę. Nuciło ją sobie strasznie fałszując i ogólnie śpiewając od czapy, ale jednak jakoś, mimo braku wszelkich otworów… nuciło. Niczym, wiecie, taka bomba co to cyka, tylko że bardziej melodyjnie. Coraz głośniej i głośniej i w końcu Wiedźma Wrona Pożarta się wkurzyła, wylazła i nawrzeszczała na nie. A że była psychiczna, to po chwili, takiej, co to nawet nie wybrzmiała trzaśnięciem drzwi, zaraz wróciła i zaczęła je przepraszać i głaskać po tym wielkim wybrzuszeniu. Wiecie, wielce taka winna, ogólnie mówiąc taka przygaszona i bardzo przepraszająca… oczywiście od razu sobie to wyobraziła, jak to wygląda, że jest idiotką, więc znowu trzasnęła drzwiami, ale było za późno. Jajo wiedziało, że je tu chcą i rozsiadło się na dobre.

I wiecie co, mimo ciemności, mimo chłodu i deszczu, zaczęło się rozkluwać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kości nie kłamią” – … nie kłamią. Nigdy. A już szczególnie te, które długo czekają na wyjaśnienie.

I własne kości nie kłamią, jeśli kochają, to kochają…

Oto kolejna powieść antropologiczna. Ponownie śledztwa, ale też i nasza bohaterka starsza i jej uczucia ponownie zrywają się pobudzone nowymi tajemnicami. Wszystko wraca do początku, tylko dlaczego teraz? Czy jest w tym jakaś przepowiednia? Czy tylko nauka? A może przeznaczenie?

Stare sprawy, stare kości, nowe zbrodnie… niestety łatwo się domyśleć kto co i dlaczego. No sorry, ale osobników – morderców tego typu było już sporo w literaturze. I teraz wyjdzie na to, że nic nie mogę napisać, bo się domyślicie, a może jednak będzie to dla was niespodzianka? Napiszę więc tylko, że jeśli znacie tę autorkę i bohaterkę, to wiecie czego się spodziewać. Jeśli nie, to zacznijcie od wcześniejszych tomów cyklu. A cała reszta… bez zmian.

Głównie dla wielbicieli gatunku.

Ciemność.

Szarość…

Zaczęła się całkiem niespodziewanie gdzieś w okolicach poniedziałku i trwa. I jest dość dziwna. Dość zaskakująca, a nawet lekko przerażająca, a z drugiej strony… w końcu jest ciemno!!! Hurrra!!! I chłodno. Może i za mało pada i ogródek domaga się wody, no ale przecież nie można mieć wszystkiego, czyż nie? A może można? Pewno można, pewno są tacy ludzie, ale to nie ja jak nic nie ja. Nie poszczęściło mi się.

Choć z drugiej strony, kurcze, gdyby się spełniało tak wszystko, to mogłabym potem żałować wielu rzeczy i spraw.

Ludzi mniej, ale jednak jeszcze są.

Zwyczajowo w 90 procentach to Niemcy, ale wiecie, kto by ich tam liczył. Średnia wieku poszybowała w górę, więc raczej jest spokojniej, wolniej, jakoś tak bardziej spacerowo. Mniej tych biegaczy, mniej szaleńców. Oczywiście z powodu fal kolejne zniszczenia, ale nic to, w końcu pomosty wytrzymały przez lato… Bo wiecie, tutaj wrzesień to już nie jest lato. Tak jakoś uznają.

Widać inne kalendarze, inne wyliczenia.

Szaleństwo po królewskiej wizycie pozostało już tylko na zdjęciach, ale w człowieczych głowach wciąż jeszcze tkwi ona dziwna świętość, z którą się one łby zetknęły. No wiecie, jednak atawizm to mocna sprawa. Szczególnie w takim miejscu, pomiędzy tymi skałami i tymi drzewami i pod tym niebem. I jeszcze nad tymi falami. Bo przecież nie można zapominać o falach.

Ciemność.

Szarość…

Uwielbiam to czekanie na kolory.

Oną powolność szaloną, która się znowu spojawia, to zwolnienie, olewactwo, te zamykające się sklepy i promocję z kartami LEGO w sklepach. No człek się znowu jak dziecko czuje. Serio!!!

W końcu kto mi zabroni, przecież i tak jestem psychiczna!!!

Nic to…

… niech już ta jesień przychodzi, bo mi się zdjęć chce liściakowych i wszelakich szaleństw i kolorów tych wielkich i w ogóle. Spacerów pośród spadających liściejów i wszystkich ogólnie się w jesieni mieszczących barw. Wiecie, onych odcieni, tych kształtów, a już najbardziej chyba tych szelestów. Wiecie, gdy przechodzicie ścieżką leśną, czy parkową, i wasze buty zanurzają się w tej całej głośności, w tej całej barwności. Albo tych bukietów chcę. Tych składanych z liści, które i tak w końcu zbrązowieją i rozpadną się w pył, ale jednak nie możecie wyleźć z lasu bez nich. Albo bez kasztanów i bez żołędzi. I zapachu jabłek… jak tylko się trafią takie dzikuski, bo te sklepowe dawno zapomniały jak się pachnie.

Czym się podnieca Wyspa?

A bocianem!!! Przyleciał se, siadł na kominie i od razu rozkładówka, telewizja, sesje zdjęciowe. Ja już nie wiem, no ale kurde serio? To tylko rąbany bocian. Może i ze Skåne, ale tylko rabany bocian. No weźcie no.

Przecież… a zresztą, ja serio się chyba już na niczym nie znam. Widać takowy bocian to jakiś influencer, czy coś, może coś co leżało obok Królowej, może… A jeśli o Niej mowa, to wydano oświadczenie, w którym pojawiła się informacja o zdiagnozowaniu Królewskiego Małżonka. Ma demencję. I to ma tłumaczyć jego ostatnie zachowania. Jestem, przyznaję, sceptyczna, bo takie rzeczy robił już wcześniej, no ale.

Czy go ubezwłasnowolnią?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jajo… została wyłączona

Pan Tealight i Pławienie Wiedźmy…

„… no i pławili.

Wiecie, dla dowodów.

Ale też i odwrotnie pławili, bo przecież chodziło o to, by wypływała, a nie odwrotnie. Znaczy by nie tonęła. Ale też… widzicie, by nazbyt się w te wodorosty nie zaplątała, by zbytnio się nie nawodniła, bo ogólnie susza i mało wody, nawet w morzu, więc lepiej niech go nie żłopie jakby była na seryjnym kacu…

Oczywiście, że wszyscy pomagali.

Wiecie, z jednej strony udzielali rad z drewnianego pomostu, z drugiej prosili Syrenice, by jednak nie robiły TEGO więcej, ale też i Wielki Kraken, wiecie, zawsze miał jakiś krasz na jej punkcie, więc… trzeba było dużo krzyczenia, machania i wrzucania czekolady do wody… 

… a ona pływała.

No tak, tutaj należy coś uściślić.

Nie no, goła nie była, bez przesady, ale też i nie do końca ubrana. Wiecie, w dzisiejszych czasach jakoś tak zbyt wielu nakazuje babom kompletny ubierunek, gdy skaczą w fale, ale ona… ona nie przepadała ostatnio za żadnymi strojami z plastików, za żadnymi cudami i wiankami, a jednak… jakoś tak, nie do końca czuła się w tej wodzie pewna. Mimo koszulki mimo gatek, wciąż dziwnie goła, totalnie goła, naga, wszelako nie do końca wystrojona, a może i dostrojona do omszonych skał, wodorostów i implantów… Oj tak, znowu się cholerniki pojawiły!!!

Znowu!!!

Ale pływała.

Mimo ich rad, mimo wszelkich ciągot dowodnych… pływała i nie tonęła. Zwyczajnie jakoś tak. By się zmęczyć, by nie myśleć, by zapomnieć i udowodnić wszystkim, że jest wiedźmą. Taką jedyną w swoim rodzaju, co to nawet ów potężny Młot Naczarownicowy na swoją stronę przekabaci. Bo kto jej zabroni? No kto? Powiedzcie, kto jej zabroni. Może jedynie jej być nie stać, ale poza tym… może skakać jak rąbnięta kozica po rozgrzanych skałach, w zimne tonie skakać i oczywiście, pierdolić już to wszystko, bo naprawdę za wiele tego wszystkiego było!!!

Za wiele.

… więc pływała. Może i styl był to jakiś specyficzny, może i nie tonęła bardziej dzięki sferze tłuszczowej i balonom, ale jednak unosiła się. Nie tonęła. A przynajmniej nie specjalnie, czy coś? Nurkowała, fikołkowała, zdawała się mieć gdzieś i swój wiek i wszelkie doniosłości sprawowanego urzędu oraz jakieś tam retrospekcje, czy jeszcze gorzej… wiecie, te reguły i nakazy i dorosłości i jeszcze może protokoły. Bo przecież nikt nigdy nie był nią, więc nie mogli jej zmienić, nie mogli jej powiedzieć jak i gdzie, kiedy i w której z form ma co robić. Zwyczajnie… i po niej tez już nikogo takiego nie będzie. To wiedzieli wszyscy, więc woleli przypilnować, by jednak nie tonęła.

Nawet częściowo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sekta z Wyspy Mgieł” – … o rany. Wszyscy już chyba wiedzą, że cała Skandynawia kursami pisarskimi stoi. No serio, nie możecie tego nie wiedzieć, jeżeli każda z książek jest spisana według tego samego schematu. Tutaj, jakże nowatorsko, wymyślono wyspę.

ŁAŁ.

Bo tego jeszcze nie grali. Tak, to jest sarkazm.

Poznajcie naszą bohaterkę, ślepą komendę, która nie widzi, że sekta to sekta i brnie w to wszystko, bo… chce zmienić swoje życie. Wiecie, podstawowy zestaw. Bidulka co chce odmiany i źli ludzie, którzy na początku głaskają i pieszczą. No i tyle… Najbardziej z tego wszystkiego intrygująca jest oczywiście wyspa, legenda i przeszłość… ale żeby się nie domyśleć.

No serio?

Naprawdę warto sobie oszczędzić tę pozycję. Po prostu jest źle napisana. Sztywno i dziwacznie. Niekonsekwencja postaci i całej historii bije po oczach, pęta, a potem nadziewa nas na pal. Niby morze fajne, ale co z tego, jeśli to nie o tym opowieść. Ni o tych tajemnicach. Ni o… no właśnie, widzicie, najgorsze jest to, że to mogła być fajna historia! Może gdyby tylko napisał ją ktoś inny?

I jednak zaryzykował innego głównego bohatera.

Ostatnie dni lata?

Serio?

No tak nas straszą, ale co tam.

Tutaj straszą jak temperatura w granicach 20 się utrzymuje, od razu nie wiadomo jakie mrozy i tak dalej. A w rzeczywistości milusio jest!!! Cudownie jest. Idzie sobie człowiek po skałach, wynajduje nowe miejsca, których jeszcze nie poznał, nie zmacał, nie zmoczył się w nich. One maciupkie plaże na północy, które doprawdy są czarowne i czyste. Nagle tutaj nie wieje, a u nas wieje, więc człek eksploruje i wszystko go zachwyca. I te owcze bobki i dziwne odkrycia, że kozy robią to inaczej…

A tak, pojawiły się większe plemienia kóz na północy Wyspy. Wszystkie wyglądają jak te obrazki Szatanów z wszelakich strasznych, religijnych ksiąg. Serio, serio, serio. Ale jednocześnie no takie z nich słodziaki. Ale wiecie, mi z tamtą religijnością nigdy nie było po drodze, więc jakoś tak… te uszy wielkie i długie, oklapłe takie, te ogoneczki malutkie, sterczące, włochate i wiecie, oczyska, co to od razu człek wie, że do piekła prosta droga klifem w dół, a potem na lewo panowie, na prawo panie…

Kozieły raczej takie wiecie rogate, zawijają im się one rogi… jedne brązowe, a raczej takie w kolorek zwany ściana palona… he he he, no sorry, ale tak miałam napisane na paletce w szkole. Wiem, że to błąd, ale wpoiło mi się na amen i omegę!!!  No więc brązowe, rzemienne dziwnie, białawe, w ciapki i jedna ino czorna jak same podniebienie Szatańskiego. Asz genialne zwierzaczki. Po prostu genialne. Najedzą się porostów i trawki, wyleżą na nagrzanych skałach. Popatrzą w morze. Ale najśmieszniejsze są te tak w połowie zwisające ze skał. Wiecie, totalne rozleniwienie. Wiedzą, że mają wszystko: i żarło i miejscówkę i jeszcze wolność ugryzienia przechodnia w dupsko, ale co tam… przecież im się należy, czyż nie?

Znów jesteśmy najsłoneczniejsi!!!

Gratulacje dla nas! Nikt nas w tym roku nie pobił!!! Ha! Nawet sól im nie pomogła. Nic a nic. A co. Jesteśmy najsłoneczniejszym miejscem w tej części świata. Może i niewielkiej części świata, może i malutkiej… ale jednak.

Poza tym, tak z wieści, znów ktoś się utopił.

Mam wrażenie, że ostatnio jest ich coraz więcej.

Wiecie, tych wodnych trupów. Jakby morze naprawdę było ich głodne. Jakby coś się zmieniło. Zniknęła jakaś ochrona. Nikt już nie przestrzega zwyczajowego: jak wielkie fale do wody wcale. Każdemu się wydaje, że pokona naturę i morze. Że po prostu się uda. Że jesteśmy tacy ludzcy, tacy silni… a w rzeczywistości przecież i tak nie pokonamy natury. A przede wszystkim, naprawdę nazbyt mocno ufamy swoim umiejętnościom. A morze… morze potrafi naprawdę namieszać w głowie. Pociąga, wciąga, pływy i fale. Wszystko to sprawia, że naprawdę z jednej strony nie chcemy się od niego odrywać, a z drugiej nas przeraża.

Niby zwykłe morze, a przecież tyle w nim siły.

Niby zwykła woda, a jednak… naprawdę nie właźcie do wody przy większych falach, naprawdę pamiętajcie o bezpiecznych, wytyczonych miejscach do pływania, a już przede wszystkim… nie szarżujcie. Naprawdę nie warto. W końcu moglibyście przegapić jesień, którą w tym roku możemy mieć. Serio. W zeszłym raczej, po tych koszmarnych upałach i suszy, to było ogólnie mówiąc ubogo.

Właściwie w ogóle jesieni nie było.

W tym mam wielkie nadzieje!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pławienie Wiedźmy… została wyłączona