Pan Tealight i Prezent dla Wiedźmy…

„Co roku miał z tym problem.

Nie no, cieszyła się właściwie z czegokolwiek, cokolwiek dostała, to się śmiała i podskakiwała, choć w jej wieku to raczej, no wiecie sami… Wieść Gminna trąbila, że z gówienka w papierku tez pewnie by sie radowała, ale nikt nie sprawdzał… Jednak gdyby dać jej coś takiego, co wiecie, zostało by na zawsze. Co zawsze będzie przy niej, co sprawi, że nie tylko się ucieszy, ale zapamięta, zamyśli, ale i jakoś tak… Tylko co dać Wiedżmie Wronie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_6001-2

I wieje…

img_0220

img_3371

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Prezent dla Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Życie Podpiaskowe…

„No bo…

… wiecie jak to jest.

Zaśniesz sobie na piasku, fala za falą i już cię nie ma. Glony dokopią, dokryją, a nad tym wszystkim ona… Wiedźma Wrona zaś niska i moknąca się nader łatwo! Serio. Bo toto niczym jakiś lekko opóźniony w ruchach osobnik po odpowieniej dawce wspomożenia medycznego… nie do końca myśli, gdy robi zdjęcia. I w ten sposób ci co pod piachem żyją, też mogą sobie coś przegryźć. No przecież nie od razu jedzą wszystko!!! Oni są maleńcy, ale mają niesamowitą kulturę i należy jakoś ich wzmacniać. Co tam zbędny naskórek, czy też kawałek paznokcia, co nie?

A tak, nie dość głęboko, w ciemnej, ale lekko jarzącej się wszelaką ciepłością gnijących wodorostów, żyją sobie Podpiaskowi. Maleńki ludek. Maciupki właściwie. Wiecie, mini mini, mikro mikro. Dla nich muszeleczka, to daszek chatki, a muszelki u nasz cudowne, lecz maleńkie. Wodorostowe ściany i podłogi, do tego kamienne wstawki i rzeźby z piaskowych kamyczków. Cudowne… bo to wiecie lud bardzo mądry, spokojny i wszelako spolegliwy. Zainteresowany tym, by żyć, przeżyć i oczywiście innych nie doprowadzić do płaczu, bo z płaczu robią się perły, które ich zabijają… Tak, niczego nie nienawidzą tak, jak pereł! A fe!!! Mordercze potwory, stwory i wszelkie pławy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3146

Z cyklu przeczytane: „Enklawa” – … Polak? Czy Owczarz? A tak, bo widzicie, właściwie to Owczarz, co nie? A jednak książkę zdecydował się napisać po polsku i wydać w Polsce, co mnie zastanawiało… do czasu.

Do czasu, gdy przeczytałam całość i zrozumiałam, że w nacjonalistycznej Danii no cóż, byłby lekki skandal.

Oto jest opowieść z Wysp Owczych. Podobno Danii, a jednak gadają prawie jak na Islandii. Podobno wyspa, a jednak tak naprawdę całkiem odmienny kontynent z cudowną przyrodą, dachami otrawionymi i oczywiście… specyficznymi ludźmi. Nie oszukujmy się. Mieszkanie w takim miejscu naraża, zresztą podobnie jak na mojej Wyspie, na alkoholizm, depresję i uzależnienie od Turyścizny. No taki klimat. Sporo ciemności, potem narzucona jasność… ale do rzeczy. W miejscu, gdzie poza bijatykami zbrodnia nie istnieje, ginie dziewczyna. Nasz główny bohater widział ją ostatni. Facet po przejściach, samotny ojciec dorastającej córki, niczego nie pamięta z tamtego wieczora poza jej twarzą. Oczywiście zaczyna się śledztwo i…

I właściwie nie ono jest ważne, a Owczarze. Oni. Dziwni ludzie z mnogością tajemnic, zagubieni, silnie związani ze swoją krainą i nienawidzący Danii. A tak, konflikt duńsko-farerski jest tutaj większym wątkiem, niż same poszukiwania dziewczyny. Oczywiście sekrety wyłażą na światło dzienne, a z męskimi Wyspami Owczymi zmierzyć musi się duńska pani detektyw.

Masa wątków, cudownie opisany całkiem inny świat. Kryminał? Ech, nie wiem. Nadmierne dorzucenie wątków powojennych i nacjonalistycznych sprawiło, że w pewnym momencie zapominacie o zbrodni. Jesteście tylko na dziwnej, zielonej wyspie. I wciąż jecie baraninę. I chcecie odłączyć się od Danii. I… dobra, przeczytałam nie z powodu kryminalności, ale etnograficznego spojrzenia na całkiem inny świat. Całkiem odmienny. Świat pomiędzy dwoma krajami, który jak moją Wyspę Dania zwyczajnie doi i to dostałam. Ale, poza tym, ech, nie to, co w opisie. Książka jest przydługa. Ale tego oczekiwałam. Zgrzytały we mnie nazwy: Faroje i Farerowie, ale… może u nas mawia się inaczej? Wkurzyły mnie wątki nie dokończone. Czy on ją zabił, wiecie oną drugą ją i czy rzeczywiście ma problemy powojenne? I dlaczego dożywocie dla sprawcy?

Dlaczego?

img_3078

Wiatr nadchodzi…

A gdy wiatr nadchodzi, cóż, powiedzmy sobie szczerze, najpierw jest cisza. Dziwna cisza. Ciemna cisza i gęsta, niczym ten cholerny sos, co o nim zapomniałaś, a teraz jest z niego ino masa, w której łyżka siedzi. Oto co mamy teraz. Przed wiatrem. I trochę deszczu też mamy, ale nie oszukujmy się, tyle słonecznych dni, jakie doświadczyliśmy ostatnio, te wypady na wschody słońca i moczenie się w falach… ech, cudownie było. A teraz niech będzie ciemno, to sobie odeśpię…

Jeżeli chodzi o wiatr, to tym razem ostrzeżenie otrzymała cała Dania, więc jak nic ino Poul Anker nas uratuje. Sorry Leonora, ale sama wiesz, ty wolisz morza płaskie i najlepiej ciepłe. Tak, szybka jesteś i w ogóle smukle wiotka, ale Szwedom robisz fale zbyt wielkie, a na sztormy uciekasz i chowasz się gdzie popadnie. Oczywiście, że mówię o promach. No sorry, ale darzę je specjalnym sentymentnem. W końcu gdyby nie one, to człek by tu nie dotarł, ale też i nie mógł od czasu do czasu obejrzeć, czy świat na zewnątrz też istnieje. No wiecie…

… święta idą, a to oznacza zakupy.

I to sorry, ale raczej dostanie czegoś tutaj, to problem, więc wiecie, ludzie wypływają. Czasem ino na zakupy na promie, czasem tylko na sekund pięć w innym kraju, czasem… po prostu. Zwykli ludzie też chcą mieć jakieś takie słodkie te święta. Albo napitkowe. Dlatego wyruszają. Niektórzy tak z miejsca, jak ich stać, cała reszta raczej planuje dość ostro, bo wiecie, koszty. Niby po wielkich zmianach ferrowych, niby miało być taniej – i jest, niby… to jednak wiecie, oczywiście są inne problemy. Dlatego lepiej bilety zaklepać sobie miesiąc wcześniej, albo i dwa. Pewno, że wtedy nie wiesz, czy będzie mocno bujało czy nie, nie masz pojęcia, czy jednak się uda w ogóle wypłynąć, czy nie… nie wiesz nic, zwyczajnie masz nadzieję, że nie będzie problemów. Po prostu rzucacie się w wir natury jakoś tak naturalnie. Nie masz innej opcji…

… się rzucasz.

img_5073

Gdy tak zmrok zapada, w okolicach 16tej to już noc właściwie o tej porze roku, wiecie, trza się doświetlać. Nie, nie jesteśmy północną Szwecją, czy wieczną zmarzlizną coby nas stać było na te bajeranckie lampki, więc mamy świeczki. I lampki. I w wielu oknach już wiszą jakieś takie lampkowe ustrojstwa. I wiecie co, fajnie to wygląda, ale też uświadamia nam jak nas niewiele… i że ten świnia złodziej, który obrobił jeden z sommerhusów i dodatkowo – co jest mega skurwysyństwem – opluł wszystko pianką z gasnicy, miał łatwo. Przeraża to. Coraz bardziej…

Ekhm, z kolejnych nowości drogowych, to w Listed chcieli zrobić to samo co zrobili w Bølshavn. Czyli, nie wiem, czy kojarzycie, taki wąski pas ruchu środkiem i kosmicznie szerokie, czerwonawe pobocza. Czyli właściwie, jak ktoś się nie zna, jak nie wie cóż to z austrojstwo, a sorry, ale nikt normalny nie łapie onej nowoczesności, to… wiecie wali ino pasem środkowym nie zjeżdżając na pobocza. I… no właśnie. Stworzenie takiej strefy w Bølshavn, gdzie nie ma chodnika, miało oczywiście na celu wymuszenie onego wlniejszego jeżdżenia, oraz nie rozpłaszczanie rowerzystów i przechodniów. Czy się opłaciło? Hmmm, nie wiem. Statystyki na razie milczą, albo nie doczytałam jeszcze do końca. Tam może i ma to jakiś sens, ale w Listed… ekhm, tam ulica ma silnie zróżnicowaną szerokość szosy otoczoną… tratatatatadaaaaam domami!!! Czyli totalnym murem. Tam z ledwością się auta wymijają, więc jazda środkiem, na dodatek przy tak ostrych zakrętach to oczywiście TOTALNY IDIOTYZM. Nie lepiej wydelegować chłopców radarowców i kosić kasę? No sorry! Wiecie ile walą za zwykły mandat tutaj?

Wiecie?

Wiele koszmarnie!!!

Co gorsza, rowerzystom się zdaje, że one czerwone przestrzenie to ino dla nich i wiecie, w przypadku dwóch aut jadących na przeciwko sobie, niczym oni rycerze z kopia, oraz pobocznych jednośladów… ech, marny nasz los i tyle wam powiem. Bo przecież znaków to nikt nie czyta, a już na pewno nie rowerzyści, którzy jawnie twierdzą, że ich toto wszystko nie dotyczy, bo oni tacy ekologiczni… Tia, serio! Cytacik wam tutaj podrzucam. Może swoimi słowami, ale mocny!

Noc… może tak hibernacja?

img_0359

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Życie Podpiaskowe… została wyłączona

Pan Tealight i Rycerza Połowica…

„Dobra, była zakuta.

Ale tak to już chyba jest w długich związkach, że się do siebie upodabniacie… Powinno się jednak zaznaczyć, że ta poszła o ciut za daleko i miała problemy, wiecie jak często kobiety muszą siku?!!! a jak się z takiej zbroi ciężko i długo wyłazi? A jak kurcze się człek posika, to kurna zimno, może i w lecie intrygująco wrząco najpierw, potem chłodno, ale zimą ciepełko czujesz tylko przez chwilę, a potem…

Mróz.

Ale była jego żoną.

Panią Rycerzową.

Z metalowym fartuszkiem i zakutym łbem. Z mitenkami z cieniutkiego, ale mocnego mithrillu, ale też i paznokcie powleczone miała metalem. Miała kieckę, ale wiecie ino na wyjścia, na co dzień wyłącznie portki i kamizelka, sweterek ze zrebrzystości, ale z koronkami, bez urazy, wszystko zdobione i babskie. Miejscami nawet złocone. I mała, ozdobna kula z kolcami na plecach…

Kochała go.

No oczywiście, że tak… gdy się poznali nosiła zawsze kiecki z tiurniurą i wianko świeże i jeszcze te torebeczki przy pasku diamentowym, zawsze haftowane w drobniutkie kwiatuszki i oczywiście różowa była, pastelowa, stroniąca od twardości, bezsiniakowa! A teraz, co się ruszyła, to nit jakiś się jej wdziera w niegdyś miękką skórkę. Siniaki, gdy tylko wieczorem zdoła się wyswobodzić z tych okowów, znaczą ja niczym plamiastą, chorą kobyłę. Ale on… on tak bardzo kocha jak noszą pasujące do siebie ubrania. Nawet plecie warkocze… jej kobyle. Nawet mówi znajomym, że jest najlepszą z żon, że nigdy nie myślał, że będzie tak szczęśliwy, więc ona zakłada tę zbroję i po prostu… żyje i jest małżonką Rycerza. Całkiem ortodoksyjnego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1040-2

Pływak żółtobrzeżek…

A co, przecież mówiłam, że u nas wielka rzecz, to czasem bardzo mała rzecz. A dokładniej tym razem, jest to… żuczek. Podobno żuczek bardzo rzadki, na pierwszy rzut oka jednak całkiem typowy jakiś taki. Wrzucony za koszulkę skróci każdą randkę… ale też jest i piękny i niesamowity i rzadki, kochający czyste wody. Czyli fajno jest. Wiecie, jeśli wciąż jeszcze ludzie potrafią cieszyć się żuczkiem, to…

… jest dobrze.

Ciekawe jednak, czy pan Żuczek się dobrze przygotował na zimę, bo wiecie, wieje. I chłodno całkiem jest. Jak na Wyspę, nawet mocno. Temperatury w okolicach zera to coś sporadycznego tutaj, więc… a może on lubi? Wiecie, uodpornił się, a domek ma fajnie oliściony i do tego kominek, albo podłączył się do ogrzewania ludziowego i ma wszystko gdzieś i grzańca se robi właśnie… bo przecież zimą on odpoczywa. A może bawi się swoim syfonem oddechowym?

Ekhm…

Poza tym mamy aferę gwiazdkową, tak serio niby o nic, ale jest. Muzeum zorganizowało wystawę, na którą dzieci z Wyspy miały zrobić gwiazdki. No wiecie Jul to w końcu światło, gwiazda i tak dalej i… ekhm, oczywiście są problemy. I to dziwne problemy w kraju, który rak serio gdzieś ma religię ogólnie pojętą jako chrześcijańską. Oczywiście wyszło na to, że muzeum miało gdzieś jakie to gwiazdki, ale polityki już nie. I wiecie co, po raz pierwszy wygooglałam słowo gwiazda. I dostałam nic. Poszukałam gwiazdkę i dotarłam do asterisku i nauczyłam się czegoś, że nic nie wiem. Tak, wiem coś o pentagramie, czy gwieździe Dawida, o tym, że Betlejemska często ma ino cztery ramiona, ale tak naprawdę od którego momentu gwiazdka gwiazdką jest i czy można pominąć w tym rozważaniu cholerne kody informatyczne? Czy osiem, to rzeczywiście taka przesada, a siedem ramion też jest dziwne… no serio. Tak w ogóle, czy wciąż pojmujemy pewne symbolizmy, jak powinniśmy je pojmować, dziwnie atawistycznie?

Za to dowiedziałam się jakim symbolem jest gwiazda wytatuowana w różnych miejscach ciała i… ech!

img_0492

No nic to…

… oto znów nadszedł czas, w którym ponownie ludzie będą się mądrzyć, że przecież to Saturnalia, czy też inne, wcześniejsze święta i wiecie co… zaczynam się przeciw temu buntować. Nie dlatego, że wiem o co chodzi, nie dlatego, iż zdaję sobie sprawę z ewolucji religii wszelkich oraz zapożyczeń z hymnów Echnatona i nie dlatego, że jestem najdzikszym przykładem pogaństwa… Po prostu dla mnie to dwa święta. 21 to mój czas, potem uznaję 24ty, bo tak, jakoś dobrze się czuję z tym wieczorem wspomnień z dzieciństwa, a reszta… od dzieciaka nie uznawałam kolejnych dni świątecznych. No bez przesady, i niby co to ma być?

Nawet nie dają prezentów.

Jaka jest prawda?

Chyba taka, że na Północy Wszelakiej to okres ciemności i wszelakiego przygnębienia. Dlatego ludzie piją i nadmiernie eksploatują żarówki, latarenki i wszelkie knoty. Normalność… więc może właśnie o to chodzi? O światło i picie razem, a nie osobno, tudzież do lustra? Poświętujmy sobie! Wszystkie religie uznawały ten czas za święty, więc po kiego się kłócić, bo mój przodek zarąbał jakiegoś klechę, który mu narzucał innego bożka? Ech… zemścijmy się inaczej i zwyczajnie się bawmy.

Bo…

… oj tak, całkiem szczerze, zazdroszczę wam wszystkim tego jęczenia, że święta w sklepach tak wcześnie, że już lampki i choinki, że prezenty i promocje, ciasteczka w kształcie choinek, świeczki o zapachu odpowiednim – PS. Jakby ktoś chciał mi zrobić prezent, to świeczka Kringle w aromacie świątecznym i ciasteczkowym byłaby super! Taka wielka! I śnieżna kula! Ale szklana, wiecie, i magnici NICI, bo książki kupiłam sobie sama… Chociaż, na pewno coś by się znalazło co bym chciała, co nie? „Inni. Naznaczona” i „Hatszepsut” Kary Cooney i jeszcze „Przewodnik Pani Bradshaw” i „Gambit hetmański” – i te wszelkie bibeloty i małe rzeczy i większe rzeczy i oczywiście światełka. I wiecie, jeszcze więcej i zapach… piernik w kawałku, ten zwykły taki, w środku z cienką warstwą marmoladki i jeszcze pierniczki w tym prześwitującym popakowaniu, wiecie uszatki takie, z lukierem… i macie to wszystko.

A ja mam morze.

I ono wczoraj próbowało zrobić ze mnie jedną ze świątecznych ozdób. Wiecie, czasem jak człek tak stoi na plaży i cyka foty, to może nie zauważyć, bo fale zwykłe są głośne, ale ta zakradła się cicho i szybka była. Dotarła aż nazbyt wysoko, przerażająco wysoko, ale wyrwałam się. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Nagłego wzrostu poziomu wody właściwie z jednego miejsca w jednym miejscu…

Fascynujące i straszne.

img_5855

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rycerza Połowica… została wyłączona

Pan Tealight i Samotny Druid…

„Stał tak.

Na rozstaju dróg całkiem polnych, mocno zarośniętych, wielce zapomnianych… własciwie nie tyle dróg, co legend o nich, wspomnień i baśni… Miejsc, które niegdyś były widoczne i wytyczone, utwardzone, ale z tym cudownie punkowym szlaczkiem zieleniny po środku. Wiecie, taka była moda pośród onych polnych dróg. Zresztą, wtedy wszystkie były polne, czyż nie? W tamtych czasach, epokach, leśne może też, uradzojowe przepełnie, cudownie bujne, może i mokradłowe nawet, a może tylko i zaledwie lekko grząskawe? Albo wiecie, gdy już czasy się zmieniać zaczęły, to nawet koleinowe?

Stał tak.

Lekko zgarbiony, ale spoglądał prosto, może i spode łba, może i lekko okrutnie dziwnie, ale był. W białej szacie z kapturem, tak wiecie, w typie dżedaja bardziej, niż czegoś, co niegdyś w lesie i przy kamieniach stojących… chociaż, kto ich tam wie, co oni tak naprawdę robili oni druidowie kiedyś tam, one tysiączki lat temu, jeszcze wtedy jak inne ciuchy nosili i inaczej się zwali i…

Stał tak.

I dlatego Wiedźma Wrona Pożarta przyniosła mu stołeczek. Coby wiecie, mu tak nie było stojąco ino. Coby se usiadł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_8653-2

Z cyklu przeczytane: „Moje śliczne” – … Tak. Już jej nazwisko poraża. Nie oszukujmy się, że nie zwróciliście na to uwagi. Slaughter… zawsze mocna. Zawsze jakaś. Zawsze brutalnie prawdziwa.

Tym razem jednak nie do końca kryminalna, bo… i nie do końca tajemnicza, bo jakoś trudno się nie domyśleć, ale, kurna wciąga i szaleńczo zmusza do myślenia: Jak bardzo znamy tych, których kochamy? Jak można zmanipulować czyjeś życie? Jak wielu jest tych, którzy… potrafią nas omotać?

To nie kryminał.

Raczej określiłabym tę powieść jako thriller obyczajowy. Mocny i fascynujący, przynajmniej dla mnie i bardzo dobrze napisany. Bo to nie tylko opowieść naszej bohaterki, młodej wdowy, ale też i historia porwania jej siostry, napisana w formie pamiętnika ich ojca. To moc pasji, pragnień i marzeń, to ruina podnoszona, to historia żyć po… właściwie śmierci poprzednich, własnych istnień. To niesamowicie brutalne uświadomienie sobie, że tak naprawdę nikomu nie można ufać, a klatka nie musi wyglądać jak klatka, by nią być. By mieć zamek i…

Polecam serdecznie. Może pod choinkę?

img_3076

Brzoskwiniowa różowatość.

Albo nie, raczej szarawe, ale niegdyś okrwawione ecru, które to nie do końca się sprało. Albo stara kiecka, kiedyś cudownie letnia, wiecie, w tym odcieniu lekko rybnym, znaczy no łososiowym, ale bez obawy, bez zapachu! Taka ukochana sukienka, którą zakładało się kiedy tylko można było. Kiedy tylko czas był odpowiedni, a nawet jak już było za zimno, to jakoś tak ze sweterkiem… ale bez rajstop. nie, tylko pończoszki, jakby co, to tylko i wyłącznie pończoszki. I ta lekkość, falbanka i koronka w obrębku i jeszcze… taak, właśnie ta sukienka. Dobra i na randkę i na zwykły, niedzielny spacer, podczas którego można było kogoś spotkać. Wiecie, tego kogoś. A może jak ta chusteczka do nosa. Mięciutka, albo piżamka, coś, co było przez tak długo częścią twojego życia, aż w końcu dziur miało za wiele, nazbyt mocno zaczęło przypominać szmatę i pachniało już nie tak…

Takie właśnie ostatnio wieczorami mamy niebo.

Ciężkie, dziwnie ostateczne, odbarwiające wszystko, brudzące ostatnie zielonkawości i różowiujące praz brzoskwiniujące… serio, to skomplikwane, bo te kolory barziej się czuje, niż widzi. Znaczy widzi też, całkiem przygnębiająco. Myślę, że w ten sposób rodzą się opisy wszelakich armagedonów. To niebo i zaćmienie słońca, tak wiecie razem do kupy połączone i zmieszane, oto i gotowy przykład atawistycznych lęków.

To niebo na pewno zwiastowało wiatr… a dokładniej całkiem niezłe wietrzycho, które wywiało mi z głowy informację o Julemarkecie w Middelaldercentrecie, no ale… był to tylko jeden dzień, nie załapałam się i tyle. Ale jutro… oj już jutro, a raczej dziś, no zaraz dziś przecież, będzie market w Sandvig, więc wiecie, po prostu się pobawię. Poświątecznię się. Popatrzę na choinki, które już sotją, a w tygodniu muszę pamiętać, by obejrzeć tą w Rønne. Bo w tym roku ludzie ze stolycy przyjechali i wiecie, zrobili nam choinkę. Taniej byłoby po prostu zapytać mnie co robic, no ale… przecież kurde… ech, ale światełka w końcu biegną dookoła.

Odkrycie stulecia.

img_5697

Julemarkety julemarketami, ale już niecałe dwa tygodnie i samolot z Wyspy opluje jarmark w Gdańsku sporą ilością Tubylców spragnionych… no właściwie to spragnionych wszystkiego. Serio, kompletnie wszystkiego. Bądźcie gotowi! I wiecie, traktujcie ich z pewną delikatnością. W końcu to ludzie z Wyspy!!!

Spacerując po sklepach, ale i wszelakiej okoliczności architektonicznej Wyspy uderza to, że… no cóż, nie starają się ludzie. Wcale a wcale. A może zwyczajnie już im nie zależy. Nie oszukujmy się, młodzi nie mają czasu, bo mają dzieci i pracę, starsi może i mają czas, ale czy im sie chce, czy… nie wiem, tego jeszcze nie rozpracowałam. A może po prostu, no tak i tutaj pewno pojawia się prawda, na Wyspie ważne jest światło, a ta cała reszta, to przy braku rodzinności, tudziez rodzinności będącej w Danii na wymarciu, jakoś tak ono święto obumiera. I tyle… jeszcze gdzieś tam na górze pnia trzyma się kora, na górze chyba jest jeden listek, ale…

Ogólnie mówiąc, jak chcesz człowieku się poświętować, to zrób to se sam. I wiecie co, kiedyś będę miała taką lampokową spluwę jak w Grinchu, no wiecie, jak Ktosiowie sobie tam domki nimi ozdabiali, no i wtedy obstukam tak łańcuchami wszystkie uliczki w Gudhjem. I będzie moja własna, prywatna, bajkowa wioska Nieświętego Mikusia. Bo tutaj może nie każde miasteczko ma takowy potencjał, ale Gudhjem, czy Svaneke, oj tak. By tak poprowadzić światełka z prawej na lewą, pomiędzy domkami i po prostu… czekać na śnieg. Obiecali w przyszłym tygodniu!!!

A tak w ogóle…

… to kiedy ostatnio wysłuchaliście ciszy? Albo mgły? Samolot do Kopenhagi musiał kilka dni temu eski kręcić, żeby w końcu spóźnionym osiąść na ziemi. Pomijamy fakt, że mgły też utrudniają powroty tych, co do pracy w stolicy latają. W końcu Wyspa to wyspa. Wracając do ciszy, to jest niesamowita. W końcu człowiek coś słyszy, albo ciemność. Totalna i dziwnie niesubordynowana. Piękna, bogata i grubiuśka. Fajna ta ciemność i spokojność, równowaga dla wszelkich krzyków i kłótni świata poza Wyspą. Tylko, czy do końca poza…

img_2613

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Samotny Druid… została wyłączona

Pan Tealight i Prywatny zombiaczek wiedźmy…

„W ciemności największego z księżyców nagle poruszyła się ziemia. Dziwne, że się poruszyła, bo uklepana była mocno, a i gliniasta z natury, do tego obsadzona kwieciem jakimś, i to w wersji na każdą porę roku. Ale jednak. Mały kopczyk rósł i rósł, aż w końcu wybiła z niego ręka, potem druga, następnie pojawiła się oklejona sporadycznymi włosami głowa i wyciągnęła się cała reszta. Nadmiernie oczywiście uczarniona glebą, w porwanej odzieży, szkieletorycznie szczupła, ale jednakowoż ze wszystkimi członkami na miejscu. Wyszła, z dołka wyciągnęła drewniane chodaczki, które nasunęła sobie na czarne stopy, a potem podrapała się po głowie, parsknęła, paluchem pogrzebała w jamie względnie gębowej, wypluła sporą garść gliny i jęknęła…

Nosz kurde, ale dlaczego ja?

Odpowiedź na to pytanie znał oczywiście wyłącznie Ojeblik – mała, ucięta główka, która z dzielnością i nadzieją w ślepkach przypatrywała się wszystkiemu z obalonego, omszałego nagrobka. I uśmiechała się radośnie. Bo ona już wiedziała. Już w końcu wiedziała. Już nie musiała główki łamać, grzebać po rozumach – co to w słojach w podziemiach Sklepiku z Niepotrzebnymi stoją i wiecie, no tęskne są bardzo wszelkiego zainteresowania – tudzież podsłuchiwać, drzemać w dziwnych miejscach i ogólnie mówiąc zajmować się stalkingiem, ale w dobrej wierze oczywiście…

Ona już wiedziała co Wiedźma Wrona Pożarta dostanie pod choinkę. W końcu będzie miała swojego Małego Zombiaczka!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_7111

Ech no…

Czarny Piątek niby… może i jakieś promocje gdzieś są, ale wiecie, w kilku sklepach na krzyż to troszkę trudno. Internet za to otwiera swoje podwoje i tętni przecenami, dlatego… wybrałam się w Wyspę w poszukiwaniu bombki. Czerwonej. I to nie tak, że czerwonej czerwonej, ale zamarzyły mi się pewne zdjęcia, wymagające właśnie takiej bombki. W końcu dopięłam swego, ale po jakich bólach i cierpieniach! No dobra, nie za bardzo bawi mnie łażenie po sklepach, za to…

… za to potem poszłam na plażę i choć słonko mocne, ale spoza lekkiej zasłonki mglistych chmurek, chociaż raczej dość pieruńsko chłodno i wiatery już nadchodzą, to kurde… pięknie jest. Na Dueodde w tym okresie tupta sobie człowiek całkiem sam. Spotkanie kogoś idącego w tą samą stronę, albo z naprzeciwka to tak maleńki procent, że zniewala. Oczywiście, że minęłam szlaczek psich łap, ale chyba raczej bardzo poranny, no i oczywiście ścieżka otoczona jest już wszelaką podmokłością, trawami specyficznie bardziej sepiowymi i zmiany…

Plaża się zmieniła.

Znowu. Znaczy wiecie, po sztormach zwyczajnie dochodzi do pewnych przemeblowań, tym razem nie dośc, że wydmy się uszczupliły, to na dodatek, na zwyczajowo płaskiej idealnie plaży, wiecie w bliskości wszelkiej wody, powstały maciupkie wydemki. Cudownie architektoniczne twory. Bajeranckie i wysoko zniewalające. Gdyby tak człek miał jednak większą wytrzymałość na zimno, a może raczej tylko wiecie, trochę więcej czasu słoneczkowego, to mógłby tak leżeć i cykać, cykać i leżeć. Bo ona spokojność i czystość tej wody, ten dźwięk, piaseczek idealny…

To wszystko jest takie piękne i za darmo!

No dobra, za koszt benzynki.

img_3763-2

Taka wyprawa na plażę w dzień jednak pracowniczy, to wiecie, niczym ucieczka z lekcji. Pomieszanie niewinnej niegrzeczności, z lekkimi wyrzutami sumienia i oczywiście strasznie fajna zabawa. No wyobraźcie sobie…

… biała plaża.

Granatowo-kobaltowo-szmaragdowo-kryształowa woda. I to słońce za leciutką, mglistą firanką chmur i ta samotność. I ten zapach sosenek po drodze i oczywiście fyr w oddali i jeszcze hałdy piachu. Takie to wszystko wciąż mocno irracjonalne. Takie jakieś niemożliwe… a po drodze na plażę człek mija i domy i posiadłości, miejsca, których jeszcze dokładnie nie obadał, bo był czas ochrony ptaszków, więc wiecie, lepiej im wtedy nie przeszkadzać… a potem słyszy strzał i cholera go bierze.

Tak, nienawidzę polować.

Tak, oczywiście, że zdaję sobie sprawę z tego, że łańcuch pokarmowy właściwie już nie istnieje i Wyspa nie może stać się wyłącznym domem dla królików, ale i tak nienawidzę. Po prostu. Dźwięk wystrzału wzbudza we mnie atawistyczny lęk i nie rozumiem tych fotek w mediach i ludzi chwalących się co ustrzelili. Sorry, ale nie zrobiliście tego fair. Nie tropiliście, przyjechaliście autami, a na dodatek pomogły wam psy. Żaden z was się nie wysilił… żaden nie pomyślał… Nie rozumiem. Jakoś sorry, ale nie widuję nadmiaru dziczyzny na spacerach, nie widuję sarninek, jelonków, czy co tam mamy… Poluję na ptaszki, ale aparatem. I wiecie co, nawet wtedy, jeśli mówią nie, znaczy to nie. Nie widzę onego nadmiau dziczyzny, a większy ptak drapieżny, to wciąż dla mnie dziw nad dziwami, więc… po cholerę kurna te polowania!

Oj oczywiście. Przy tak niewielkim zaludnieniu moglibyśmy mieć masę lasów i masę zwierzyny w niej i wiecie, żyć sobie tak po dzikiemu. Z łukiem na zająca, a potem mieć kubraczek z jego futerka. Tak, to jest ekologia. Upolowanie zwierzęcia ze swojej strefy, nie wyprawa na biedne słoniątka, zjedzenie go, wykorzystanie każdej kości i skórki. Zamiast tych krowin pozamykanych przez cały rok w jakichś obozach, czy kur… U nas krowiny dopiero wróciły do ciepłych obór, no ale… to u nas. Dlaczego więc nie może być u nas trochę mniej tego polowania. Dobrze, że choć robią to po okresie rozrodu. A przynajmniej mam taką nadzieję…

Nie wierzę już ludziom. Tylko gadają… tylko kłamią.

img_3098-3

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Prywatny zombiaczek wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Skansen…

Ojeblik – mała, ucięta główka, ostatnimi czasy nie dość, że była nazbytnio i niebezpiecznie cicha oraz wszelako spokojna, to jeszcze… robiła wydzieranki. No wiecie z papierów, starych i nowszych gazet. A miejscami to nawet zębianki. No gdy się nie dało porwać jak miało być, to wiecie, dogryzała… ale bez urazy, nie śliniła, żadnej machlojki, po prostu… robiła małe cuda. Jednakowoż… po pewnym czasie jakoś tak wszyscy zaczęli mieć dość tej walającej sie makulatury dookoła i…

… i trzeba było jakoś to ogarnąć. Najpierw wklejali je w zeszyty. Różnokolorowe tła sprawiały, że wydzieranki ożywiały. Że wyłaziły z kartek i szlajały się wieczorami po Wyspie. I wiecie co, no Wyspa się ich bała. Bo sami pomyślcie, cóż takiego mogło się zaląc w głowie, która nie potrzebuje korpusika? No co…

Wiedźma Wrona Pożarta wpadła na pomysł, by obdarować wydzierankami cały świat, a dokładnie wysłac to wszystko tam, gdzie nas nie ma, więc dodatkowo Białe Domostwo było pełne kopert i znaczków i lizania. Wszyscy brali w tym udział, oczywiście poza Ojeblikiem, która to cały czas wydzierała. Trzeba było ją jakoś, no wiecie, trzeba było ją jakoś zwyczajnie od tego odciągnąć. Tylko jak? Jak odebrać główce pasję? Jej własny, choć nowy wciąż, świat?

No jak?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3478

Z cyklu przeczytane: „Ściana sekretów” – … wisi. Ściana. Rozwiązanie dyskusyjne, ale jak inaczej zlikwidować internetowy bulling? Problem się pojawia, gdy na tej ścianie pojawia się informacja nawiązująca do morderstwa popełnionego rok temu…

Czy to żart?

Nasza skomplikowana para bohaterów musi ponownie przesłuchać specyficzne uczennice elitarnej szkoły. Właściwie, chodzi nie tyle o nie wszystkie, a o dwie antagonistyczne grupy, w których naprawdę zawiera się cały wachlarz nastoletnich hormonów. Ale hormony buzują nie tylko w dziewczętach, ale i w naszej parze detektywów. On, choć ma już ustaloną ścieżkę kariery, chce czegoś nowego, a ona… cóż, od jakiegoś czasu musi udowadniać męskiej części komisariatu, że cokolwiek potrafi i nie zdobyła swojego stanowiska poprzez ładną dupę i wszelkie łóżkowe renesanse. Przywołani dziwną informacją na szkolnej Ścianie Sekretów… od nowa badają sprawę brutalnej śmierci młodego chłopaka.

I nie byłoby źle, gdyby… widzicie, cała powieść to gadanie. Pytania i odpowiedzi, kłamstwa i wyduszane z nastolatek półprawdy. Trochę smaczku dodają retrospekcje naszej głównej grupy dziewcząt, ale… no właśnie, ale tak naprawdę od razu zawężacie grupę podejrzanych. Tak w połowie już wiecie. Sorry, ale trudno się nie domyśleć. A potem, znowu gadanie i zakończenie, którego kompletnie nie rozumiem…

A może o to w tym chodziło? O portrety nastolatek współczesnych? Hmmm, to po kiego zwali to kryminałem? Można przeczytać, wiecie, no można, ale serio bez zbytnich wzlotów, raczej cały czas w pobliżu gleby…

img_3083-2

Mrok i rozmrok.

Tak wiem.

Zima idzie, mrok zapada wcześniej wszędzie, normalność, a jednak… widzicie, u nas na Wyspie i jedno i drugie ostatnio wiąże się ze światłem. Najpierw wschód, który wcale nie oznacza słonecznego dnia, o nie… to raczej łuna na niebie, więc zakładam długie gacie i z totalnie nieumytą szczęką biegnę. Gonię światło, a może ino kolorki naniebne? Gonię, pędzę, ludzie jadący do pracy gapią się na mnie wcale nie dziwnie. Połowa z nich rozumie, kolejni żałują, że sami o tym nie pomyśleli…

Lecę.

Gubię sny, bo przecież tak naprawdę się wcale nie obudziłam, one wciąż są we mnie zaplątane, zamieszane, we włosach pióra z poduszki, na twarzy odciśnięte szlaczki od poduszki… i już jestem. Nad morzem. Na plaży. Wciąż sporo wodorostów, w powietrzu cudowny aromat morskiego rozkładu i nikogo. Nikogusieńko. Kurde, ale fajnie! No po prostu bajka. Ta cała różowość już dała nogę i te ostre czerwienie, pozostała ino ona pomarańczowość kąpiąca się w stalowo-mlecznej wodzie. Takiej dość spokojnej, wiecie, fal niewiele, ale coś na kształt przypływu chyba, bo robiąc zdjęcia i gapiąc się w obiektyw nie zauważasz, jak nagle zapadasz się w piach i wodorosty…

… i buty do suszenia.

Ale to morze takie niesamowite. Z jednej strony ona pomarańczowość je plami, ale się nie miesza, więc cudne mazy na falach, z drugiej strony to wszystko tak do siebie pasuje, że aż się rozglądam za tłumem kreatorów mody, którzy chłonni są jakiejś czadowej, impresjonistycznej inspiracji. Ale nie, nie ma nikogo. Tylko ja i w oddali, na niewielkim kamieniu stojąca mewa. Stoi tak, jak ja, już od dwóch godzin i za nic ma fale. No dobra, tak naprawdę jej kamień maleńki, ale fale jakoś omijają to miejsce, jakoś tak dziwnie mewa stoi na wodzie, niczym skrzydlaty Jezusek i za nic ma plaski, rozpluski i wschód słońca też. W końcu to dla niej codzienność pewno.

img_3324

I tak zaczyna się dzień.

Mazami na intensywnym niebie… znaczy nie zawsze, ale wiecie czasem i często. Dzień oczywiście okazuje się być bardziej szary, niż słoneczny. Wilgotno trochę, listopadowo tak naprawdę. Tak mocno… chłodniutko też, ale bez urazy, nie mroźnie. Grozili nam dwucyfrowymi temperaturkami, ale chyba się obyło bez takowych upałów. Co nie znaczy, że dziś rano nie chciało mi się skoczyć do tego morza… no ale, miało być o wieczorze, a ten andchodzi nagle.

I wcześnie.

Niby gdzieś tam na horyzoncie taka cudowna budyniowa smuga, to jednak nagle, nie wiadomo skąd wyłazi słonko i teraz… gonisz je w drugą stronę. Co innego mieszkać po wschodniej, a co innego mieszkać po zachodniej stronie Wyspy. Mi się trafiła ta pierwsza, dla mnie lepsza, chyba bardziej odpowiednia. No i te wschody. Może trzeba wstawać rano, ale… miało być o zachodach. No to wiadomo, goni się światło. Wychodzi na to, że główną dyscypliną życiową Tubylców na Wyspie w okresie przedzimowym jest gonienie światła. Nic w tym złego, fajne to. W oknach świeczki i wszelakie lampeczki, na skwerkach stoją już choinki, gdzie niegdzie nawet usadzone w trzymadełka na flagi…

Ot taki to przecież inny świat.

Całkowicie specyficzny.

Gdy tak człek świtem strasznym, czy pomrokiem mocnym szlaja się po ulicach, to się zaczyna zastanawiać, a co robią inni? A może ktoś tam siedzi za sztalugami, może ktoś pisze lub czyta, a może w tym żółtym domku mieszka wybitny kucharz, ale wiecie, sam wszystko zjada? Czy w tym białym z fajnym, kolorowym karmnikiem mieszkają podglądacze ptaszydełek? A może… a może tak naprawdę zawładnęły tymi domkami elfy i gdzieś mają wszelkie ludzkie zachowania? No nie wiadomo. W końcu nawet, jeżeli zapukasz, to przecież mogą cię omamić, narzucić iluzję… mogą…

Nie no, to przecież na pewno sommerhusy… prawda?

img_3461

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skansen… została wyłączona

Pan Tealight i Wieczne Dziewice…

„No takie wybrały życie.

Można je za to ganić, można je nagradzać, można rozumieć, lub całkowicie uznawać za szalone, ale one tak wolały… no zwyczajnie wiecie, czekać. A nawet i nie czekać, co zachowywać. Pielęgnować, nacierać, wazelinować i wszelako się, tak trochę od świata, no wiecie, izolować. Bo świat to zło. Kusząca maszyna, która jak już wciągnie twój głos, czy choć nitkę z sukienki, to masz przegibane. Już się nie wyrwiesz, spruje cię do końca. Na amen i na zawsze.

Wieczne Dziewice

Nie no…

… nie że jakieś plemię, czy grupa większa. Nie… znaczy nie oceniajmy po wielkości, ale jednak nie było ich aż tak wiele. Ale miały moc. Wielką i potężną, aczkolwiek mało używaną i zardzewiałą w postaci starego traktora o przekłutych i pociętych na wiatraczki oponach. Ot zwyczajnie… tak wybrały. Nie żeby było się komuś kłócić, bo przecież były tylko dwie. I to na dodatek bliźniaczki. Totalnie takie same. Jakby dzieliły jeden mózg. Kurcze, a może i dzieliły, bo czasem jedna całkowicie milczała, a druga gadała, więc może się nim wymieniały, a wiecie… na noc wsadzały do chłodni, czy w trzewia jakiegoś mitycznego stwora, który go ładował w okolicach podżołądkowych?

Może?

Siadywały przed Sklepikiem na starej, drewnianej ławce bez oparcia, dziwnie chwiejnie, jakby przez cały czas szukały onej dźwigni, by tylko dać odpocząć plecom… siadywały i tkały. No wiecie, miały takie niewielkie krosna i tkały błony dziewicze. Do wyboru, do koloru! Chcesz czerwoną w gwiazdeczki, będzie, a może coś z rąbkiem, koronkowo, czy raczej coś bardziej stałego ze stalowej nici, a może srebro wysadzane diamentami, albo złoto, albo lepiej… coś z nowoczesnych włókien, które pod wpływem światła zmieniało kolory? No co?

Dlatego były dziewicami wiekuistymi, bo wiecie, trza wiedzieć co się robi, jeśli się chce to dobrze robić, a na dodatek jeszcze wyobraźnię mieć i… ekhm, jakieś reguły dla dobrej reklamy! Bo wiecie, Wieczne Dziewice były zwyczajnie pazerne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3376-2

Jule Jule Julemarkety…

Melstedgård tym razem nie poszedł na łatwiznę. Po pierwsze napitki i ciasteczka, po drugie sklepik ze specjałami z Wyspy, a po trzecie otwarta dla pospólstwa ona nowa, żywieniowo-gotująca część gårdu. Mnie tam jeszcze nie było, więc wiecie… zwyczajowa ciekawość mnie pchnęła, pozwoliła olać jakieś tam specjały i cuda wianki, brokuły – najnowsze modele ekologicznych choinek… kurna mutanty takie wiecie, ale z lampkami – i pogapić się na fajny komin i stoliki niczym z jakiegoś rąbanego Hell’s Kitchen. Ino Ramseya brakowało, no serio. Pasowałby tam. I ten widok na morskość i te piękne dachy… ech, cudne widoczki. Jak ktoś was zabierze na jakieś gotowalne ekskursy tutaj, to idźcie. może być zabawnie.

I mają nowy piec!

Hmmm… co do reszty, to sorry, przyznaję, że nie pogapiłam się na to, co sprzedawała ona maleńka garść sprzedawców poza… ech, gościem sprzedającym piękne dechy. Wiecie, kuchenne takie, ale piękne. Nosz kawał drewna, no wiem, przeca to nic dziwnego, ale dla mnie drewno to po prostu baja… a już taki orzech, ciemny i woskiem pszczelim powleczony lekko… ech, no brałabym, ale cena, no sorry, no cena!!! Ale ten dziki kształt, cudowna grubość i ten zapach, taką dechą przypierniczysz zombiakowi i już po gościu, czacha zostaje na ściance i tworzy malowniczą mozaikę, dorzucasz lampeczki i jest stroik na Merry Christmas!!!

Ale choinki są.

Znaczy tym razem pure økologisk oczywiście. Do tego wiązanki gałązek i już można świętować. A co. Na co czekać. Za oknem przecież tak wyje i wieje, że serio lepiej świętować teraz, niż kurna czekać na jakieś tam zmiłowanie. Serio. W oknach światełka, gdzie niegdzie lampeczki na oknach, dachach i drzwiach. Ale najczęściej na drzewkach i krzaczkach i… fajnie jest. Gdzie niegdzie po kątach stare narty i saneczki, aż kurcze chciałoby się znowu być przeszłością nie baczącą o WiFi i kurna słaby internet, który nam ostatnio podsyłają…

img_5444-2

Wyspa sobie wieje.

Czasem o poranku razi słonkiem, a potem się mruczy, mroczy i ogólnie mówiąc kołdra zakrywa i odmawia wszelakich kontaktów cielesnych. Do tego teraz się wietrzy tak, że wiecie, ma człek wrażenie, iż jeszcze chwila i trza będzie dach trzymać. Niby nic nowego, ale jednak ten wiatr potrafi troche człeka mocniej przerazić.

Gdy tak jest mroczno, ostatnie liście na drzewach, jakby chciały wszystkim udowodnić, że mogą więcej, no świecą. Te żółcienie przybierają ten jeden jedyny w swoim rodzaju odcień, który nawet nocą zdaje się być mocno fluorescencyjny. Jak te mchy na korzeniach, tak i liście zdają się wydalać całe te słoneczności, które zagarnęły latem. Temperaturka oscyluje w granicach stopni na plusie sześciu, więc ciepło… bleee, ale wiecie, zwykle tak jest, gdy wieje. Oj tak, pewno, że ja wciąż czekam…

… na śnieg.

Na prawdziwy śnieg, na dużo śniegu, na wszelaką mroźność i mazy na oknach fantazyjne, na czerwone nosy, ale nie alkoholowe i oczywiście na gluty zamarzające i jeszcze może na ten zapach i odglos, jaki wydaje śnieg. Na zimę czekam. Na wiecie, cudowność wszelkiej sparkliwości i takie tam… pewno, że nikt inny nie czeka, ale co tam, uwielbiam własną oryginalność. He he he

Wiecie, co jest najfajniejsze o tej porze roku na Wyspie? Pustki. Cudowności dzikości i możliwość wszelakiego się szlajania. Bo przecież ludzików pozostało na samej naszej ziemi niewiele… pierun wie, czy my nadal mamy te 40 tysiączków, czy jednak nie? Może znowu ktoś uciekł? Albo znowu kogoś nam na siłę dosztorcowali? Hmmm, kto to tam wiem. komu wierzyć, gdy ludzie ostatnio ogólnie z matematyką to na bakier?

No komu?

img_7178-4

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wieczne Dziewice… została wyłączona

Pan Tealight i Wyspowy Dżungla…

„No a kto włochatemu zabroni, co?

Może i nie był tak do samego końca onym sławetnym zagubionym nasieniem Tarzana… znaczy wiecie, potomkiem, no ale nasieniem też, bo przecież… ekhm, chyba był człekokształtnym? A może on tak z jaja? Wiecie, puk puk puk w skorupeczkę i włala jest dzidzia? A może jednak to przez te wiatropylne bocianice? Wiedźma Wrona Pożarta to od zawsze mówiła, że kurde ich nie lubi, z gał im dziwnie patrzy, a na dodatek ta wrzaskliwa czerwień i francuskie jedzenie…

… nosz kurna…

Ale był.

Był na Wyspie i na imię miał Dżungla.

No co, imię jak imię.

Z każdego można się pośmiać i z Jaromira i Zbigniewa, i z Jarka… On był Dżungla i tyle. I był wysoki, muskularny i szalenie włochaty, ale nie jak małpa, a raczej jak człowiek w dziwnym kombinezonie szydełkowanym takową nitką ze strzępkami czarnymi. I niczym poza tym. No może i biegał leciutko pochylony, może i zdawać się mógł niektórym jakimś tam orangutanem, ale też pisał wiersze, tańczył wybornie i wyrywał wszystkie księżniczki. Czy te osadzone głębiej, czy płyciej, no wyrywał!

Wiedźma Wrona Pożarta uznawała go za przyjaciela. Może i nie spotykali się często, nie spraszali się na herbatki, ale on zawsze ją śledził, gdy wychodziła na spacery, a ona… ona mu na to pozwalała i starała się nie krzyczeć, gdy ten z wyciem odbijał się od pnia do pnia, straszył ją własnym cieniem… i tak dalej. Nie żeby ze sobą rozmawiali, ale on czasem podrzucał jej swoje wiersze, a ona, ona zostawiała cukierki nie tylko dla trollów i nissenów. Wiecie, dla niego zostawiała takie specjalne.

Wyspa niegdyś uznawała go za ducha, ale jak to od nadejścia Wiedźmy Wrony było, cóż, nie była już onej duchowości taka pewna. Coś w Wiedźmie sprawiało, że to, co duchowe, nazbyt wymiernie się ucieleśniało. Coś, co było myślą, nagle stawało się kamieniem, a kamień łzami, więc… cóż, Dżungla.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3231

Z cyklu przeczytane: „Zaginione” – … duńskie. Ale angielskie. Ale… No kurcze nie mam pojęcia, bo tak podziałała mi na nerwy papierowa, niedopracowana główna bohaterka, żesz mną dotąd telepie.

Oto jest opowieśc o walizce, zdjęciach i seryjnym mordercy, który siedzi. I oczywiście o kobiecie – dziennikarce – której się wydaje, że wszystko może. Na dodatek duńskiej dziennikarce nieczęsto czytanego pisemka, w Anglii właściwie wiecie, całkiem nieznanego. Oczywiście to ona kupuje walizkę i rozpoznaje na zdjęciach dziewczyny ze sprawy aż nadmiernie głośnej w Danii… I wtedy się zaczyna. Kursowanie między Danią a Anglią, i ono czytelnika zagubienie. W pewnym momencie człowiek już nie wie gdzie jest, kto z kim i co… a wątek miłosny – oh please!!!

Nie wiem, czy za największy błąd wyrzucić tej książce zakończenie płaskie, przewidywalne i nadmiernie duńskie, olewające uczucia innych, czy jednak totalne niedopracowanie samego wątku kryminalnego. A może głupotę tych, którzy niby mieli być geniuszami? Nie wiem. Gdyby nie to… Widzicie, sama historia ma ogromny potencjał, ale napisana w onym duńskim stylu, pod szablonik dostępny na każdym kursie pisarskim – a tak, Duńczycy pozazdrościli Islandczykom sławy pisarskiej i też chcą, więc na potęgę rodzą się szkoły, szkółki i kursy – jest przewidywalna. Totalnie. Na dodatek niedopracowanie bohaterów razi tak mocno i ten  język… w tym nie ma pasji! Ale sama historia, kurcze… gdyby tylko dano jej więcej miejsca, więcej czasu, przemyślenia…

Ech… niby można przeczytać, ale zagubienie i wkurzenie gwarantowane.

img_3077

Julemarket…

Pierwszy w tym roku… był niesamowity. Tym razem jako pierwszy obył sie ten u nas w Gudhjem. Jul på Lauregård. No po prostu bajka. Wyobraźcie sobie biały gard stojący między polami, z widokiem na linię brzegową, lekko w dołku, z milusią drogą prowadząca do zabudowań, a wszystko w choinkach i białych światełkach. A do tego oczywiście dość wczesny wieczór, więc i mocno kobaltowe niebo…

No bajka.

Wchodzi człek między budynki, a tam świerki się prężą. Wiadomo, kazdy chce zostać choinką i być Kradashianką pośród iglaków. Najbardziej obwieszoną, obłyszczoną i wszelako dostrojoną. Piękne sa jeden w drugi, a trzeci w czwarty. Do tego oczywiście masa stroików i wszelkich cudów łącznie z przemiłym, czarny psiakiem. A właściwie, to suką. stoi sobie człek pomiędzy budynkami i myśli, że niegdyś, to były tutaj i zwierzyny i ludzie i jakaś taka zmiennoporowa normalność, która wołała o światło i zieleń w tym okresie, a teraz wszyscy jakoś tak zajmują się dupami wszelkich Maryń…

Nic to.

Lepiej nie myśleć. Lepiej zapatrzeć się w skrzynkę pełną czerwonuśkich jabłek, w one okna tchnące lekko złotawą poświata świeczek i lampek i w końcu… wejść do środka. Do miejsca, które niegdyś pewno żywiznę chowało. Grube mury bielone, drewienka stropowe ładnie oczyszczone, a do tego gwar lekki, zapachy i drobinki do upiększenia domostwa. Tutaj ramki – nabyłam jedną, cudna jest: stare drewno, drewno pływalne, drewno zapomniane i nowe, wszystko powiązane w jedno… do tego bukiety suchych kwiatów i oczywiście wszelkie wieńce na okno, na drzwi, na ścianę. Tak niesamowite. I z kwiatów i orzeszków i liści i… czegosię da. I papier czerpany, wszystko co pszczółki dają i jeszcze… oczopląs oczywiście. Pomieszczeń w tym roku udostępniono więcej, więc nie da się, po prostu nie da się wyleźć. Napatrzeć i nakupić. Chcesz sztuki, a proszę jest: kolorowa cudownie, więc na pewno zima ci się rozświetli, a może ozdoby, albo coś do kuchni. No jest wszystko, a nawet i więcej.

Ale przede wszystkim jest ono hyggeligt. To uczucie bardziej niż słowo… to, co smera cię w duszy i głaskuje po czółku.

img_5812

Rejs po sklepach…

Oczywiście, jak się człek dokuma w swej małej mądrości, że już się julemarketowanie zaczęło, to zabiera tyłek w troki i robi rejs po sklepach. Bo wiecie co, bo kurde u nas to pod koniec listopada raczej święta znikają z półek. Już teraz mało co możesz dostać, a jak nie załapałeś się na cudowności wcześniej, to ino ochłapy cię czekają. No niestety, taka dziwna polityka sklepowa. Nie rozumiem jej kompletnie. Nie no, pewno chodzi o cały ten cyrk, że Wyspa to wyspa, że przechowywanie… bo wiecie co, mam nadzieję, że nie chodzi o coś innego, bo bym się wkurwiła.

No dobra.

Kartki mam, światełka są i jeszcze choinka. Aj czadowa jest w tym roku. Zamiast smerka świerka mamy sosenkę. Trochę inaczej cudo ono sie ubiera, ale jak niesamowicie wygląda. No po prostu bajecznie! No i wiecie, ponieważ raczej ino ekscentryczne osobniki na coś takiego się skuszą, więc w cenie tez lepsza. Aczkolwiek te piękności za prawie 4000 DKK zniewalały mnie. Ale kieszeń nie ta… niewypchana.

Jedno, małe spostrzeżenie – nie wiem, czy to wszędzie, ale u nas zatrzęsienie biało-czarnych ozdób. Nie jest zwolennikiem, no ale. Czuję się dziwnie… wiecie, no rasistowska w wybieraniu ino tych co drewniane, niemalowane i na dodatek jeszcze, jak się da, to kurna niebieskie! Ha ha ha!!! Ale tam. Nosz każdy ma jakieś problemy, co nie? Może ja mam takie.

Co mnie najbardziej przytłoczyło to to, że w Lidlu nie ma już pierników!!! No kurde ludzie popierniczyło was, czy co? Przecież to winien być produkt całoroczny! A i jeszcze jedno: osobnicy jęczący, że to już… że za wcześnie. Wiecie co, przestańcie innym psuć zabawę i żyjcie w swoim biało-czarnym telewizyjnym świecie. Jebane marudy! Ciekawe co byście zrobili w takim miejscu jak Wyspa, gdzie to nie sklep rzuca ci się w ramiona, ale ty musisz znaleźć jakieś coś ciekawego…

img_3189

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyspowy Dżungla… została wyłączona

Pan Tealight i Baba Jot…

„Oczywiście, że się zdziwili, gdy nagle na Sklepik padł cień i coś dziwnie przykucnęło na trawniczku. Wiecie, te kurze łapki, ale manikjurowane, całkiem na różowo w gwiazdki srebrzyste… na nich brak zadka, ino taki daszek, jak się przechylisz, to widzisz i tarasik i całkiem niezłą posiadłość, ale raczej nie kuper, wiecie, skromność została zachowana oczywiście… i ją, Babę Jot.

Wkurwioną na maksa.

Właściwie to Baba Jot czasami zapraszała Pana Tealighta na jakieś tam dziwn ekscesy z mahjongiem, czy innym Czarny Piotrusiem. O co grali? A kurcze Duch jeden wiedział, ale nie był i przygłupi, to nie zdradzał nikomy… po każdej takiej wyprawie Pan Tealight wracał do domu mocno wykończony, dziwnie podejrzliwie wyczerpany i z rozmarzeniem w swoich nieoczach. Wiedźma Wrona Pożarta nie zadawała mu pytań, zresztą Baba niezbyt ją lubiła. Lepiej mówić, że tolerowała jak pająka, który wisi za daleko na całkiem odległym drzewie. A Wiedźma… cóż, chyba się jej bała. Chyba… z nią to też kurcze nie wiadomo, a jak jest na prochach, a ostatnio była na silnym wspomaganiu, to kurcze mogła mocno zaskoczyć…

Gdy Chatka Kuratka wylądowała obok Sklepiku, ta właśnie siedziała na schodkach i obierała marchewkę. A marchewka wcale nie łkała, bo miała ochotę na dobry pilling. Tym razem spotkanie obydwu było dość zaskakujące. Jedna wkurwiona i druga w stanie wzburzenia, więc lekko coś huknęło w niebiesiech, a potem… potem padły sobie w ramiona, a marchewka potoczyła się w stronę rzeczki, a Pan Tealight umknął do kuchni zaparzyć kilka dzbanków herbatki na nalewce. Na wszelki wypadek, bo jak baby zaczynają się lubić, to koniec świata musi być nie tyle bliski, co zwyczajnie już zapukał, ale jakoś nikt pukania nie usłyszał…

O czym gadały przed wejście do Białego Domostwa? Nikt nie wiedział, ale wróciły nadal wkurniczone, więc skierowano je do rąbania drewien i zmywania. Bo wiecie, kobiece nerwy lepiej powierzyć ostrzom i oczywiście porcelanie. Hałasu wielkiego nie było, a i w końcu obydwie sie umęczyły i siadły na podłodze – obydwie nie tolerowały krzeseł, z różnych powodów – i oczywiście powiedziały o co chodzi… Oczywiście, że chodziło o kradzież wszelkich imion i targanie nazw na pokuszenie, o to, że co jedna, co to rozpoznała krwawnik jako chwast pod butem zwała się Babą Jagą, a ta co kurde religię odrzucała to od razu wiedźma… obydwie lubiły definicje i jakoś tak… rozumiały się. Po raz pierwszy. A na dodatek Chatka Kuratka ma lekką grzybicę tylnego pazura, więc ktoś powinien być chętnym, by ją tam posmarować…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3322

Z cyklu przeczytane: „Zimne ognie” – … na czasie. Jak najbardziej powieść na czasie. Bo przecież wciąż nie cichną rozmowy dotyczące zapłodnienia in vitro. Wciąż ludzie zastanawiają się co jest etyczne, a co już wykracza poza wszelkie pojęcie tego słowa. Czy rzeczywiście rodzice zmarłego żołnierza powinni móc zapłodnić surogatkę jego spermą, by mieć wnuka…

No dobrze.

Oto jest nie do końca thriller. Nie do końca też porywająca powieść. Coś nie do końca ciekawego od autora przebojowej serii, coś wcześniejszego… opowieść o młodej, pełnej sukcesów kobiecie, która postanawia mieć dziecko. Ale z braku chętnych, wiecie, woli zrobić to inaczej. I oto opowieść o jej przyjaciółce, która oną rodzinę posiada. I oczywiście o poszukiwaniach „tatusia”. I o tym, jak na niego trafia i oczywiście zalicza faul. Nie… wcale nie zdradzam fabuły, to macie napisane nie tylko we wstępie, ale i na okładce, na dodatek sorry, ale niedomyślenie się tego co będzie dalej jest raczej mało możliwe. No bo… to wszystko jest idealnie przewidywalne, na dodatek bohaterka jest niedopracowana, dziwnie papierowa… i to wszystko stworzył autor „Chemii śmierci”?

Jak to jest możliwe?

Czy polecam? Eeee… nie. Nie dla wielu powodów. Nie dla początku, nie dla zakończenia, nie dal bohaterów pobocznych, nie nawet dla kota. Tutaj nic nie gra, nic się nie łączy, wiemy jak to się skończy, a na dodatek sorry, ale choroby psychiczne są dziedziczne! Cholernie dziedziczne!!! I nie… nie popieram takich pragnień. Jako dziecko niedorobione, dziecko nie znające połowy siebie, nie popieram.

img_3091-2

Wiecie…

Szarość wszelaka, mroczność dzienna i różne tam gloominkości sprawiają, że ostatnie listki na gałęziach świecą jak oszalałe. Świecą niesamowicie i pięknie. Na one grzybki, które wzrastają jak szalone. Na te niesamowite ścieżki, miejscami tak równiutko obłożone liśćmi… na to wszystko. Takie puste. Takie spokojne, takie przedświąteczne…

Bo wiecie co, Wyspa piękna jest w każdej pogodzie, nawet jak wieje i pizga i sztomuje i jeszcze leje. Po prostu. Tutaj wszystko zachwyca, każdy kształt barwa, kazdy kamień, konar… a poza tym jest ono uczucie przebywania w dziczy. Cudowne i niesamowite. Ta dziwaczna wolność, gdy po prostu leziesz w las i nagle… słońce. Bo ono wyłazi tak nagle jakoś, by tylko sprawdzić, czy na nie czekasz. Jakby wiecie, nie do końca było pewne, czy wciąż je tutaj ktoś chce. No to lezę w las. Ptaszki świergolą, ale wiecie, człowiek współczesny zapuszcza sobie music w uszy, by wkurwa wewnętrznego z siebie wywalić. I las to rozumie. Co prawda śmieje się w konar, gdy widzi jak robicie wygibasy, ale bez urazy, nikomu nie powie. Najwyżej stojącym kamieniom, ale kto poza mną słucha ich opowieści? No kto?

I fajnie jest.

Nagle człek sobie uświadamia, że nie mógłby żyć w miejscu bez drzew. I wkurnicza się jeszcze bardziej, gdy widzi, że idioci jacyś znowu coś wycięli. Tia, rozumiem zarządzanie gospodarką leśną, ale z tego co pamiętam ze szkoły, to korzenie utrzymują ziemię, skały i glebę w całości, więc… Sorry, ale wyjebywanie ich pod rąbane sommerhusy to głupota maksymalna! Tym bardziej stawanie cholernych domków bogaczy w strefie zalewowej! No ludzie! Są prawa!

Ale wiecie, prawa to ino dla biednych…

img_9786

Wiecie co? Świat jest przepiękny…

Wystarczy tylko to dojrzeć.

Wkurzające gadanie, ale ci co mnie wkurzają takim gadaniem, jednak mają rację. Sorry, nie jestem Tańczącą z Czakrami, ale jednak rację mają. Gdy tak człek przycupnie pod drzewkiem i spogląda na ten taneczny potok liści, na te pląsy i zakrętasy, na te nie do końca upadki, lekkie zwirowania, podniesienia się, ponowne podfrunięcia, to jakoś tak… lepiej mu. Nagle wydaje się, że gdy tylko będą drzewa, to nic złego nie może się zdarzyć. Nosz kurcze…

Może na starość Wiedźma Wrona zostanie Druidem? Ale wiecie, w moim przypadku to pierun wie, czy bardziej drzewa, czy kamienie wielbię? Czy może jednak i jedno i drugie i wcale nie muszę wybierać? Bo przecież po co jeśli i to i to jest w zasięgu łapy? Znaczy skrzydła bardziej i pazura, ale jednak.

Jest takie miejsce nad Gudhjem – no wiadukt no – z którego można spoglądać na chatki i wszelkie tam elementy wystroju osady. Kolorowe, miejscami wprost szaleńczo barwne. Na te rowery, studnie, samochody, które tutaj olewają wszelkie zasady parkowania i na oną mikrośc ludzką. Wiecie, ludzik na godzinę w zasięgu wzroku to cud, no chyba, że mówimy o moim sąsiedzie… facet uwielbia spacerować pod moim oknem wte i wewte dość regularnie. Intrygujące… Mniejsza, tak patrzy człowiek i nagle słonko za nim spoza chmur wyłazi całkiem sprzecznie z fizyką nieba, i widzisz wtedy na chwilę, że to wszystko jest ino wielkim klejnotem bezcennym, który pewnie ktoś zmyślny i lubiący finanse pociąłby na maleńkie i spylił za wielką kasę… Na szczęście słonko szybko się chowa, więc bez boja. Raczej tego nie dojrzą. Jeszcze jesteśmy bezpieczni…

… ale jak długo?

img_9102

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Baba Jot… została wyłączona

Pan Tealight i Poćmoki…

Wiedźma Wrona Pożarta to raczej nie świeciła.

No wiecie, niektórzy oczami potrafią, inni to cielesnością, znaczy aurą, skórą, czy czym tam, ale ona nie, no niczym… znaczy zdarzało się jej pod krzaczkiem tak wiecie przycupnąć w celu wiadomym, ale czy wtedy świeciła tak, by oświetlić sobie drogę, którą miała podążać, no chyba nie. W końcu przecież musiała podciągnąć gacie. Nie da się tak latać po Wyspie z gołą no i nie mieć z tym problemów. Wiecie ile jeżyn tutaj rośnie i innych tam kolczaków hawthornów i tak dalej, a wiecznie zieleni, a kurcze płotki na owce?

No więc nie świeciła.

Ani nie odbijała światła. Ona tak po prostu, zwyczajnie wiecie wolała w tym trybie mniej się w oczy rzucającym działać, ale poznała Poćmoki i wiecie, trochę się zmieniła. Nie na tyle, by skoczyć w farbę fluorescencyjną, ale jednak… coś w nich, w onych paseczkach, migadełkach, promienikach, mieczykach świetlnych ją zaczęło kręcić. Przyciągać całkiem niegrzecznie i grzesznie, jakby…

Może lepiej nie wnikać. Ale w dziwny sposób Poćmoki poznała dopiero po tylu latach. Widywała ich, na pewno, ale jakoś osoba, która nocami wolała śnić, a potem za dnia się nie budzić, wiecie, nie dążyła do jakichś kontaktów… one w końcu widać postanowiły to zmienić. I zmieniły. Nocą, gdy Wiedźma Wrona Pożarta wracała z bardzo wkurzającego spaceru, który miał na celu wymigać, wydisić i wywiać z niej wszelaką dzisiejszość i ludziowość wkurzająco żyjących… dorwały ją. Zamigotały jej, pokazały jak fajnie są owłosione w wielu miejscach i jak ono futerko pod muśnięciem wiatru połyskuje i jak bardzo to pomaga w życiu płciowym, bo przynajmniej wiadomo co do czego i gdzie po co wsadzić, co nie, nie wiecie, nie?

I wtedy…

I wtedy Wiedźma Wrona Pożarta, jednak robiąca one rzeczy, ale się płoniąca nie tylko na filmach dla względnie dorosłych, po raz pierwszy zaświeciła niczym pyląca peonia… I fajnie było!!!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0034

Księżyc…

Pewno, gdy był nad samym horyzontem, mocząc łapy w wodzie morza mocno niewzruszonego, to był duży. I pomarańczowy taki… ale nie załapałam się na ten widok. jakoś nazbytnio we mnie tkwi ten księżyc, który widziałam na Placu Grunwaldzkim wiele lat temu. Gigantyczny. Niczym brama nieotwarta do jakiegoś całkiem innego świata. Niczym zaproszenie, ale takie… z odpowiedzią na które zwlekasz.

Był sobie księżyc…

A teraz wiecie, no po staremu. Wieje, pada. Po kilku dniach niesamowitego słońca, który nadawał młodziankowym lasom specyficznie lawendowo-filetowy poblask, pada. I sennie cudownie jest. Wiecie, jakoś tak jakby ktoś przyszedł, utulił i pozwolił olać robotę. Jakoś tak czasem Wyspa robi i wdzięczna jej jestem za to… ale słońce wykorzystałam. I słońce i tą oną maleńką zmarzlinkę. Tę wiecie, nibyśnieżkę. Oszronienie, które oczywiście zatrzymało się tylko i wyłącznie w zagłębinach Almindingen. W cieniach, które postanowiły nie wstawać jak tak słonko wali. Nie wstawać z tych kotlinek i dolinek w końcu znowu pełnych wody i oczywiście pośród pni i grzybków. Oszronione kapelusze, dziwne kupki śnieżnej papki… kaszka taka lodowa. A do tego liście. Jeszcze nie zbutwiałe, pięknie barwne, odbijające sie w taflach wszelakiej wody.

Gdy chcesz wybrać się w dzicz, musisz wybrac raczej udeptaną ścieżkę. No chyba, że masz wodery, albo choć szczudła jakieś. Bo czasem można nieźle wdepnąć. Wiecie, w taką kupkę liściową, pod którą schowała się woda i błocko i wciąga… z miłości wciąga, wiecie, uczuciowe jest, ale jednak mało to przyjemne. Chociaż… ciągnie człowieka ku tym kolorom. Ku niesamowicie różnorodnym pniom i gałęziom, ostatnim liściom i zieleniom iglaków. Ku onym zagłębieniom wodnym odbijającym to, czego nie ma, bo tak spoglądając na nie dzień po dniu zaczynam wierzyć w ten świat nie po drugiej stronie lustra, ale ten, który żyje tylko… odbity. Tylko wtedy żyje, oddycha i śni, gdy ma coś, co może go odbić. Tak zwyczajnie, lekko pasożytniczo…

Wiecie co… pięknie jest.

img_0195-2

A w tym czasie…

A w tym czasie na plaży cisza lekka. Ostatnie wodorostowe kupki czekają na wielbicieli ekologicznego rycia w ogródkach, albo darmowego opału… Bo serio. Wiecie jak one fajnie się palą? Jak gorące są i tłuściutkie, niczym wrzucenie smalcu do ognia. Czadowe! Ale sparklują, więc uważajcie.

Na wodzie kołyszą się zgodnie wszelakiego rodzaju ptaszęta wodne. I rybitwy i kaczki i mewy. Wrony oczywiście zostają na lądzie. Znaczy wiecie, jeśli chcą, to udadzą się między fale, tam gdzie osłonięte kamyczki stoją, ale bez urazy, na brzegu dość onego smacznego tałatajstwa, nie muszą się moczyć. A reszta się buja. Na niewielkich falach. Specyficznych, bo cała morskość została podzielona na takie ruchawe i nieruchawe płaszczyzny. Oczywiście przez wodorosty. Te, które zostały w wodzie niesamowicie ją zagęszczają i wiecie, no jak w rosole… intrygująco jest!

Piasek zaprasza, by usiąść i się nie ruszać. Bo słonko grzeje. Ale dupsko od razu poinformuje was o tym, że to raczej już zimowa aura, więc nie da się usiedzieć długo. Oj nie. Zimny, północny podmuch wdziera się w każdą odkrytą szparkę i gryzie ciało. Wydobywa smarki z nosa i… inne tam takie dziwne, człowiecze symptomy wodnistości ludzkiej. No wiecie sami… Za to w porcie dziwne poruszenie. Niektórzy postanowili przeremontować diametralnie swoje nowo zakupione domostwa, więc stoi sobie domek imieniem London bez dachu, z rozwartymi oknami, z kominem podpartym i zastanawia się, co to z nim zrobią. Właściwie to ciekawe. Czy ino zrobią mu dach, czy jednak w końcu i zabiorą się za ściany? Kurcze… Strasznie wygląda tak odarty z godności dom. Niczym naga kobieta prezentowana sztabowi wyborczemu cielesnych. Smutne to, ale jest i nadzieja, że coś tak misternego, jak ten przecudny domeczek, chatka szachulcowa, no wiecie, będzie dalej żyła. Że ją wysuszą, odmalują… chociaż z tym malowaniem, to bez przesady, wciąż nie mogę odchorować przemalowania tego cudownego domku, co to wiecie, ma taki maciupci domeczek… w Saltunie. Wiecie, ten z kartek, co to był pomarańczowo-ceglasty, a kurcze teraz mdłoniebieski jest.

Ech…

Wyspa się zmienia…

img_0401

Opublikowano Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Poćmoki… została wyłączona